Archiwum kategorii: Serie wydawnicze

Monodram o przyjemności i nieprzyjemności kochania

Zakochany / Alfred Hayes ; tłumaczyła Anna Arno. Warszawa : Wydawnictwo Próby, 2021. – 134, [2] strony ; 20 cm

Fot. Dom Książki/Editress

Z przyjemnością odnotowałam w zeszłym roku pojawienie się Wydawnictwa Próby na rodzimym rynku wydawniczym. Zespół wywodzący się z Zeszytów Literackich był już dla mnie gwarantem jakości. Jak się szybko okazało, nie ma tu pomyłki i błędnego przeczucia. Zapowiedzi wydawnicze bardzo obiecujące, dziś już w księgarniach cieszą oko i czytelniczą duszę. Moją na pewno :). Czas zatem pochylić się nad konkretnym tytułem i poświęcić kilka słów wspaniałej pracy zespołu redakcyjnego Prób, a na warsztat biorę powieść Alfreda Hayesa „Zakochany”.

Zanim jednak przystąpię do próby analizy, recenzji, chciałam zwrócić uwagę na edytorską wartość publikowanych tomów. Elegancka koncepcja graficzna serii Proza i Wędrowiec pieści oko. Bez nadmiaru, klasycznie, spójnie. Za koncepcją graficzną i typograficzną serii Proza stoi Janusz Górski. Jest również autorem znaku i sygnetu wydawnictwa Próby. W projekcie sygnetu wykorzystany został rysunek Józefa Wilkonia. Zatem, same znakomitości i udane wejście na rynek, bo tytuły Prób wizualnie mocno zapadają w pamięć. Jako wielbicielka serii i staranności edytorskiej, muszę wyrazić swój zachwyt. Przyjemnie obcować z tymi książkami.

Tym bardziej cieszy, że mimo krótkiej działalności wydawnictwo „zbiera” pierwsze nagrody, jak na przykład Nagrodę Magellana 2021 za serię Wędrowiec (przy tej serii widzę szczególnie wpływy Zeszytów Literackich. Najlepsze :)).

Po takim editorialu, czas przyjrzeć się powieści Alfreda Hayesa, „Zakochany”, która, jak słusznie zanotowała tłumaczka Anna Arno, może czytelnikowi proponować flirt z obrazami Edwarda Hoppera i dzięki temu znacząco wzbogacić przekaz, działać na wyobraźnię. Osobiście mocno uległam takim wpływom. Nie ukrywam, że patrzyłam przez Hoppera. Przypomniała mi się nie tak dawna lektura zbioru W świetle i w mroku. Opowiadania inspirowane malarstwem Edwarda Hoppera. Pomyślałam, że Hayes doskonale opowiedziałby Hoppera (lub w drugą stronę – malarz zilustrował pisarza :)).

„Zakochany”, powieść z 1953 roku pokazuje nam Hayesa nie tylko jako znanego scenarzystę, ale odkrywa prozatorskie umiejętności autora. Niepozorna objętościowo fabuła jest wspaniałą „spowiedzią” z uczucia, które poniosło porażkę. Dlaczego? Sądzę, że tropów jest kilka. Odczytania mogą być ściśle osobiste, przefiltrowane przez własne doświadczenia. Jednak wydaje się, że widać w tej historii powtarzalność losu niejednej miłości, niejednego zakochania.

Spotykamy bohatera, gdy zgasłe uczucie pcha go do ostatecznego zadeptania tlących się jeszcze bolesnych wspomnień. Mężczyzna usiłuje „zagadać” zranione uczucie. Monolog, bardziej monodram, słowotok, który wartko płynie nie pozwala odróżnić dawnych rozmów kochanków, cudzych przemyśleń. Historia opowiedziana jednym tchem, jak jeden strumień spływa z impetem. Bohater ze złamanym sercem zawłaszcza wszystko. Ma swój punkt widzenia, swoje interpretacje, domysły, przeczucia. Bazuje na wypowiedzianych słowach, oskarżeniach, obietnicach i zdarzeniach, które można przeżywać w nieskończoność, dopisując nowe wersje. Rozgrywając je inaczej. Co mogłem zrobić, powiedzieć w inny sposób?

Czy spowiedź w hotelowym barze, czyniona przy nieznanej młodej kobiecie może przynieść chwilowe katharsis? Coś odmienić, być wyjściem do nowego rozdania? Można tak sądzić. Dojrzały mężczyzna mówiący o uczuciach młodej kobiecie, może wydawać się rozczulający. Choć, jak sam mówi, w końcowych słowach: Wolałbym, żeby to była inna opowieść. Poruszająca albo czuła. W sumie dziwne, jak rzadko to się zdarza. Wydawałoby się, że powinno się zdarzać częściej. Ale czułość zawsze wychodzi jakby przypadkiem. Nigdy w roli głównej.

Czytelnik może poczuć rozczulenie, ale czy to jest faktycznie czuła historia? Chyba nie. Gra tu trochę męskie ego – tego, który został zastąpiony innym. Kobiece wyrachowanie z szlachetną pobudką – pragmatyczne meblowanie życia, gdy się nie odpowiada tylko za siebie. Trzeba porzucić te “bzdruy” o miłości, gdy życie upomina się o swoje.

Bohater zaczyna głębiej rozumieć, że kocha, gdy traci. Odczuwa zazdrość, zamyka się, cierpi, choć jednoczenie twierdzi, że to nie jest tak ważne uczucie. A ona? Rozwódka z dzieckiem, musi się jakoś urządzić w życiu. On tak naprawdę niczego nie obiecuje. Jest, tymczasem na dłuższą metę to za mało. To na przyszłość – nic. Tak możemy sądzić z opowieści zakochanego. Chciała być szczęśliwa. Taką bohater podaje motywację. Cóż, szczęśliwym się bywa. Wizja nowego związku według barowej relacji, w której tkwimy nie jawi się sielankowo. Może zazdrosny jak „pies ogrodnika”, odrzucony-zakochany – kłamie? Jeśli jednak uczciwie opowiada, dawna kochanka skazana jest na związek pełen rozsądku – przede wszystkim. Tak wybiera, tak dyktuje jej życie i poczucie obowiązku. Czy można ją oskarżać, oceniać? Ją, jego? Czytelnik ma się nad czym zastanawiać. Prawdziwa huśtawka nastrojów, czasem na modłę żurawia i czapli. Kiedy ona spotyka się z innym mężczyzną, chwilowo czysto towarzysko, nasz zakochany nie demonstruje zazdrości, nie mówi tych słów, które wyjawia w swoim monodramie, przed nieznajomą w barze: Wystarczyło powiedzieć, że nie chcę, żeby się z nim spotykała, przyjmowała jego zaproszenia, że ją kocham i jestem zazdrosny. A jednak nie umiałem tego zrobić. Uśmiechałem się. Udawałem, że się zgadzam, i że nie jestem zaniepokojony. Zacząłem niekończącą się komedię maskowania przed nią uczuć, a wewnętrznie coraz bardziej kamieniałem. Czy może być lepszy gwóźdź do miłosnej trumny?

Kto nie rozdrapywał ran po uczuciu, które już za nim? Kto nie tworzył nowych wersji minionych zdarzeń, pisał na nowo zakochane dialogi? To Wam, drodzy czytelnicy – Alfred Hayes pokazuje, że to nic nowego pod słońcem. Historia z lat pięćdziesiątych pobrzmiewa i dziś w niejednym sercu. W zakochaniu wciąż błądzimy jak ślepcy i popełniamy najwięcej błędów. Tak to już bywa z niedopowiedzianą miłością. Pragmatyczną, prozaiczną, wzniosą, mistyczną. Do wyboru. A propos mistyki, autor pięknym wierszem George’a Herberta „Miłość” – brytyjskiego poety nurtu mistycznego – zaczyna monodram swojego bohatera i tymi samymi wersami kończy opowieść nasz zakochany literat, opuszczając hotelowy bar, idąc w ciemność, ale czy sam…?

Dziewczyna nie znała wiersza. Wyszli razem. Nie znała wiersza? Nie znała miłości?

Nasz bohater nie opowiadał o swojej pierwszej miłości, to pewnie i nie ostatnia była… Aż ma się ochotę dopowiedzieć resztę wersów utworu Herberta, które składają piękną obietnicę. Miłość niech mąci nam widzenie, dodaje odwagi i daje nasycenie do skutku… Ona wszystkiemu winna, obiecuje spełnienie, a my na jej usługach. Łakomi. Byle zasłużyć.

George Herbert, Miłość (III)
(tłum. Stanisław Barańczak)

Miłość drzwi mi otwarła, lecz dusza nieśmiała
Cofa się, pełna winy.
Więc, Miłość, bystrooka, gdy tylko ujrzała,
Że zwlekam bez przyczyny,
Podchodzi do mnie bliżej i pyta grzesznego,
Czy mi brakuje czego.
“Cnót takich, bym był godzien przestąpić Twe progi”.
“Przestąpisz”, odpowiada.
“Ja, nieczuły, niewdzięczny? Na przepych Twój błogi
Patrzeć mi nie wypada”.
Miłość na to z uśmiechem argument wytoczy:
“Wszak wiesz, kto stworzył oczy?”
“Ty, ale ja zmąciłem czystość ich widzenia
Grzechów haniebnych kurzem”.
“Czyż nie wiesz, kto był sprawcą tego zmącenia?”
“O, niech Ci więc usłużę”.
“Oto czeka posiłek’, rzekła, “siądź za stołem”.
siadłszy więc jeść począłem.

Editress

Wieczna bieda

Stacja Tokio Ueno / Yu Miri ; tłumaczenie z japońskiego Dariusz Latoś. Wydanie I. – Kraków : Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2020. – 158, [2] strony ; 21 cm. (Seria z Żurawiem)

Fot. Dom Książki/Editress

Przejmująca opowieść, która swoje głębokie korzenie zapuszcza w rzeczywistości. Niestety. Historia niby japońska, ale w moim przekonaniu znajdzie swoje odbicie także w społecznościach innych państw. Bieda występuje wszędzie. Bieda mimo pracy, która owszem zostawia – spracowane ręce i tylko kilka przysłowiowych miedziaków na dnie kieszeni. W naszym postrzeganiu Kraju Kwitnącej Wiśni, jako wysoko rozwiniętej cywilizacji, historia przedstawiona przez Yu Miri wydaje się jeszcze bardziej wyostrzona i dramatyczna w swojej wymowie.

Pracująca biedota to zapewne miliony na naszej planecie. Praca ponad siły, praca, która pochłania niemal całe życie, a w konsekwencji i tak nie przynosi elementarnych efektów. Bieda wciąż istnieje, choć pewnie dałoby się jej zapobiec. Nierówności są aż nadto widoczne. Bieda odbiera godność, dehumanizuje w oczach zamożnych. Dysproporcje są dramatyczne i coraz większe.

Kazu Mori, bohater powieści „Stacja Tokio Ueno” od dwunastego roku życia pracuje na rodzinę. Daleko od domu, w którym jest praktycznie gościem raz na kilka miesięcy. Ma elementarne wykształcenie. To nie ułatwia sprawy. Chce pomóc rodzeństwu, żeby sięgnęło po lepszą edukację. Zatem pracuje i nie narzeka. Nie zna bowiem innego życia. Być może to również pokłosie japońskiej mentalności – zgoda na to co jest.

Kazu zakłada rodzinę. Ma dwoje dzieci. Nadal pracuje poza domem. W Tokio buduje obiekty sportowe na olimpiadę, która odbyła się w 1964 roku. Żyje w hotelu robotniczym. Tam w radiu wsłucha się w cesarski głos, który ogłosi uroczyste otwarcie XVIII Olimpiady ery nowożytnej. Sam nie będzie podziwiał sportowców. To nie dla niego. Swoje zrobił. Może iść do innego zajęcia. Życie toczy się dalej albo nagle się kończy. Kazu doświadcza czarnych chwil żałoby, gdy musi chować kolejno członków swojej rodziny, której nie poświecił zbyt wiele czasu. Nie nacieszył się dziećmi, żoną, zwykłą codziennością domu. Nie miał kiedy zabrać dzieci do ZOO, a też często nie było go stać, aby zafundować im jakieś przyjemności. W pamięci przechowuje te upokorzenia.

„Można płakać w nieskończoność, ale nie przywróci się zmarłych do życia. Pomyśl lepiej, jaka musiała być szczęśliwa, aż siedem lat mogliście żyć we dwoje jak nowożeńcy” – pociesza Kazu brat żony podczas jej pogrzebu. Aż siedem lat z kilkudziesięciu lat małżeństwa! Tyle czasu spędzili razem na emeryturze. Podziw budzi pokora i oddanie bohatera. Poczucie, że tak trzeba. Bez łez. Została tępa rozpacz. Przerażająca samotność. Puste ręce. Nie można zarzucić bohaterowi, że zostawił rodzinę, bo robił karierę. Pracując całe życie, wypracował pustkę. W przejmującym obrazie, gdy nawet matka mężczyzny widzi bezmiar jego nieszczęścia, można doświadczyć pełni beznadziejności. Dożyć do śmierci – mówi Kazu. Taki widzi cel swojej egzystencji.

A tymczasem obok toczyło się życie. Te z wyższych sfer. Rodzi się cesarski syn, tej samej nocy, gdy w wielkim trudzie rodzi żona Kazu. Trzeba wezwać akuszerkę, choć bohater wie, że nie ma czym zapłacić. A w domu niemal wszystko zajęte jest przez komornika. Mimo że pracują wszyscy. Od świtu na polu ryżowym, tak najczęściej wygląda codzienność kobiet.

Obraz życia Kazu Mori wypełnia się dzięki retrospekcjom, wspomnieniom i refleksjom bohatera, który… już nie żyje. W swoim życiu po śmierci ocenia życie przed śmiercią. O zgrozo, nie ma różnicy! Patrzy na namioty bezdomnych w parku Ueno, w którym spędził ostanie lata życia, również jako obywatel ulicy. Wspomina towarzyszy niedoli. Podsłuchuje rozmowy tokijskiej ulicy. Dyskusje o restauracyjnych kolacyjkach za duże pieniądze, dietach dla psów, separacjach małżeńskich z wyboru. Biedny, jakże biedny Kazu musi tego słuchać. Przymuszony do separacji z rodziną, znający chłód i skrajne ubóstwo zestawiony jest z nadmiarem, który rozpycha ego. Bezdomni parku Ueno są tymczasem niewidzialni lub obrzydliwi, gdy się przypadkiem na nich wpadnie pędząc po kolejne sukcesy. Trzeba ich „posprzątać”, gdy w pobliżu pojawi się cesarska rodzina. Właśnie to specjalne sprzątanie, zwane przez bezdomnych „polowaniem” stało się przyczynkiem do napisania tej powieści. Autorka bliżej przyjrzała się praktykom “zwijania” namiotów bezdomnych i wysłuchała przejmujących opowieści w tokijskim parku – zwanym również – o ironio – Cesarskim Darem.

Autorce udało się mimo ascetycznej formy, bez wielkich literackich eksperymentów opowiedzieć bolesną historię, która woła z wielu zakamarków świata i niestety nadal się powtarza. W posłowiu Yu Miri, która wydała tę powieść w 2014 roku, wyraża obawę, że los jej bohatera powtórzą mieszkańcy okolic Fukushimy, którzy pozostali na marginesie życia po tsunami i awarii elektrowni atomowej w 2011 roku. Być może oni teraz będą cerować swoje życie pracą w Tokio przy kolejnych igrzyskach olimpijskich zaplanowanych na 2020 rok (przez pandemię koronawirusa przeniesione na 2021rok). Czy tak się stało? Pewnie tak.

Dla rozrywki bogatego świata wielu ludzi funduje sobie rozstanie, samotność, wykluczenie, aby utrzymać minimum egzystencji. Kazu Mori jest wiecznie biedny. Tak pozostanie, nawet po śmierci. Życie pozagrobowe, w które wierzył również ulgi nie przynosi. Nie spotyka tam żony, ani syna. Znowu jest biedny i samotny. Nie warto przekraczać żółtej linii na stacji Tokio Ueno.  

Powieść Yu Miri „Stacja Tokio Ueno jest wynikiem obserwacji i wielkiej empatii autorki, która upomniała się w te sposób o los tych, który żyją w Japonii w skrajnościach finansowych, ubóstwie i jawnej niesprawiedliwości. To mocny i ważny literacki głos. Ukłony dla tłumacza, Dariusza Latosia, który dał możliwość polskiemu czytelnikowi zagłębić się w tę historię. Fikcyjny Kazu Mori nie jest fikcyjny. Ma swoich rzeczywistych sobowtórów pod wieloma szerokościami geograficznymi. I to przeraża.

Powieść nie jest już pachnącą nowością, wydana została w Polsce w 2020 roku, uznałam jednak, że nie należy jej przeoczyć i dać jeszcze gorącą rekomendację. W zasadzie całej „Serii z Żurawiem” Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego wystawiam najwyższe noty. Jeśli poszukujecie „literatury współczesnej z różnych, odległych od siebie krajów świata” – jak podaje wydawnictwo – w tej serii znajdziecie znakomite tytuły. Mój zachwyt budzą również projekty okładek wykonane przez Małgorzatę Flis. Wspaniałe ilustracje i typografia tworzą wysoką jakość. Pomysł na serię i jej graficzną oprawę zasługuje na bardzo dobrą ocenę. Jako wielbicielka wydawniczych serii, będę często wracała do tej oferty.

Editress

Urok „Kolibra” i inne ważne odkrycia literackie… przy okazji

Poczciwi wiejscy ludzie / Flannery O’Connor ; tłum. Maria Skibniewska. Wyd.2.Warszawa : “Książka i Wiedza”, 1974. 122,[5] s. ; 18 cm. Seria: Koliber

Ocalisz życie, może swoje własne : opowiadania zebrane / Flannery O’Connor ; przełożyli Maria Skibniewska i Michał Kłobukowski ; [przedmowa Robert Giroux].Warszawa : W.A.B. – Grupa Wydawnicza Foksal, 2019. – 606, [2] strony ; 24 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Bardzo lubię serie wydawnicze. Pomagają mi porządkować literaturę, dając swego rodzaju gwarancję co do jakości tytułów, klasy autorów – choć zdarzają się rozczarowania. Jedną z moich ulubionych serii wydawniczych jest Koliber, stworzona przez wydawnictwo „Książka i Wiedza”. Jej początku można upatrywać w 1973 roku, gdy zaczęto numerować tomy i opracowano koncepcję graficzną. Seria w zasadzie prezentuje klasyków literatury, zawiera dobre i bardzo dobre tytuły, czasem można trafić na słabszy tekst. Koliber ma dla mnie „słoneczne oblicze”, bo właśnie w czasie letniej przerwy najbardziej lubię sięgać po „kolibrowe” formaty – poręczne, dobre na podróż i do plecaka. W serii jak już wspomniałam, w zasadzie sami klasycy – polscy i obcy. Nurty literackie i zjawiska. Czytelnik może uraczyć się angielskim stylem ruchu „Angry Young Man” – „Samotność długodystansowca” Alana Sillitoe, to już przecież absolutna klasyka. Warto sobie przypomnieć, jak to jest, gdy się żyje „z soboty na niedzielę”. Zaraz obok można zderzyć się z francuskim oświeceniem w osobie „Kubusia Fatalisty i jego pana” Denisa Didertota. Ubawić się po pachy z „Trzema panami w łódce nie licząc psa” Jerome’a K. Jerome’a. Wpaść w objęcia rosyjskiej klasyki: Tołstoj, Dostojewski, Czechow, Gogol. Pisarze amerykańskiego Południa również mają swoją silną reprezentację – William Faulkner, Flannery O’Connor, Erskine Caldwell. Wielka studnia literatury, która nie wysycha.

Fot. Dom Książki/Editress

Nim przejdę do mojego szczególnego zachwytu literackiego, zrobię szybką rekomendację.  Moje ulubione „kolibrowe” tytuły to: „Przechodzimur” Marcela Aymé, „Sonata Kreutzerowska” Tołstoja, „Opowieści małżeńskie” Edith Wharton, „Hotel du Nord” Eugène’a Dabita, „Baby” Czechowa, a także tytuły wyżej wymienione i jeszcze kilka innych, ale już porzucam tę wyliczankę. Naprawdę seria dostarcza prawdziwych literackich perełek i potrafi  zachwycić… Drogi czytelniku, poszukaj swoich faworytów. W bibliotekach seria jest nadal obecna.

Myśląc o tym, aby napisać tekst o Kolibrze, powracała do mnie najmocniej już wspomniana Flannery O’Connor, która stała się moim największym odkryciem w całej serii. „Poczciwi wiejscy ludzie”, to zbiór raptem trzech opowiadań. Maleńki tomik, a jaka siła rażenia!  

Te trzy opowiadania zwyczajnie wbiły mnie w ziemię. Autorka, która żyła krótko (1925-1964), i w sporym dystansie czasowym – przemówiła do mnie z całą mocą. Czytałam owy tomik w autobusie, i gdy wysiadałam, wrażenie lektury było tak silne, że zahipnotyzowana wracam do domu. To jest potęga literatury! O’Connor jest wpisana w nurt twórczości amerykańskiego Południa (Południowego Gotyku). Wyrachowana przemoc, wykluczenie, konflikty, bezsensowne okrucieństwo mocno zanurzone w bolesną groteskę, to charakterystyczne punkty twórczości autorki. Opowieść o ciemnej stronie ludzkiej natury, skrajnych emocjach, które odbierają rozum, o zderzeniu dobra ze złem – ma nieprzemijającą siłę. Opowiadania O’Connor są absolutnie mistrzowskie. Oczywistość, z jaką autorka pisze o sprawach pełnych dramatyzmu, buduje niezwykłe napięcie. Pozornie zwykła sytuacja może stać się zalążkiem czegoś, co doprowadzi do rozpadu ludzkiej duszy, a czasem i ciała. Niewinna pelargonia, niewinny widok na las… W niezwykłym dramacie autorka potrafiła umieścić groteskę, która rozbija wnętrze czytelnika i wprawia w osłupienie. Opowiadania skonstruowane na niesamowitych i skrajnych emocjach zalęgną się w głowie na długo. „Trudno o dobrego człowieka” – to tekst, który nigdy mnie nie opuści. Nie chcę czytelnikom zdradzać fabuł, raczej rozpalić ciekawość.

Wydawnictwo W.A.B. w 2019 roku zrobiło wielki ukłon w stronę Flannery O’Connor i  wydało opowiadania, zebrane pod wspólnym tytułem „Ocalisz życie, może swoje własne”. W zbiorze są również te trzy „kolibrowe” opowiadania. Cennym wprowadzeniem w twórczość pisarki jest przedmowa Roberta Giroux.

Trzydzieści jeden tekstów, które udowadniają, że literatura potrafi być żywa, emocjonująca, poruszająca mimo upływu lat. Posiada potężną siłę i obnaża prawdy o ludzkiej naturze. Flannery O’Connor jest wspaniałą przedstawicielką krótkiej formy. Wielce utalentowaną pisarką, która potrafiła stworzyć poruszające fabuły, ukazując jej własne „tu i teraz”, jak i przeprowadzała uniwersalną wiwisekcję w zakamarkach ludzkiej duszy. Doprawdy, jest nad czym myśleć po lekturze tych opowiadań. Ciekawe, ile doskonałych fabuł pisarka dostarczyłaby czytelnikom, gdyby nie przedwczesna śmierć…

Twórczość Flannery O’Connor jest jak bezchmurne, słoneczne niebo, na które nagle nadpływa ciemna, burzowa chmura. Porzućcie złudzenia, że dzień się dobrze skończy.

                                                                                                                      Editress