Archiwum kategorii: Proza

Monodram o przyjemności i nieprzyjemności kochania

Zakochany / Alfred Hayes ; tłumaczyła Anna Arno. Warszawa : Wydawnictwo Próby, 2021. – 134, [2] strony ; 20 cm

Fot. Dom Książki/Editress

Z przyjemnością odnotowałam w zeszłym roku pojawienie się Wydawnictwa Próby na rodzimym rynku wydawniczym. Zespół wywodzący się z Zeszytów Literackich był już dla mnie gwarantem jakości. Jak się szybko okazało, nie ma tu pomyłki i błędnego przeczucia. Zapowiedzi wydawnicze bardzo obiecujące, dziś już w księgarniach cieszą oko i czytelniczą duszę. Moją na pewno :). Czas zatem pochylić się nad konkretnym tytułem i poświęcić kilka słów wspaniałej pracy zespołu redakcyjnego Prób, a na warsztat biorę powieść Alfreda Hayesa „Zakochany”.

Zanim jednak przystąpię do próby analizy, recenzji, chciałam zwrócić uwagę na edytorską wartość publikowanych tomów. Elegancka koncepcja graficzna serii Proza i Wędrowiec pieści oko. Bez nadmiaru, klasycznie, spójnie. Za koncepcją graficzną i typograficzną serii Proza stoi Janusz Górski. Jest również autorem znaku i sygnetu wydawnictwa Próby. W projekcie sygnetu wykorzystany został rysunek Józefa Wilkonia. Zatem, same znakomitości i udane wejście na rynek, bo tytuły Prób wizualnie mocno zapadają w pamięć. Jako wielbicielka serii i staranności edytorskiej, muszę wyrazić swój zachwyt. Przyjemnie obcować z tymi książkami.

Tym bardziej cieszy, że mimo krótkiej działalności wydawnictwo „zbiera” pierwsze nagrody, jak na przykład Nagrodę Magellana 2021 za serię Wędrowiec (przy tej serii widzę szczególnie wpływy Zeszytów Literackich. Najlepsze :)).

Po takim editorialu, czas przyjrzeć się powieści Alfreda Hayesa, „Zakochany”, która, jak słusznie zanotowała tłumaczka Anna Arno, może czytelnikowi proponować flirt z obrazami Edwarda Hoppera i dzięki temu znacząco wzbogacić przekaz, działać na wyobraźnię. Osobiście mocno uległam takim wpływom. Nie ukrywam, że patrzyłam przez Hoppera. Przypomniała mi się nie tak dawna lektura zbioru W świetle i w mroku. Opowiadania inspirowane malarstwem Edwarda Hoppera. Pomyślałam, że Hayes doskonale opowiedziałby Hoppera (lub w drugą stronę – malarz zilustrował pisarza :)).

„Zakochany”, powieść z 1953 roku pokazuje nam Hayesa nie tylko jako znanego scenarzystę, ale odkrywa prozatorskie umiejętności autora. Niepozorna objętościowo fabuła jest wspaniałą „spowiedzią” z uczucia, które poniosło porażkę. Dlaczego? Sądzę, że tropów jest kilka. Odczytania mogą być ściśle osobiste, przefiltrowane przez własne doświadczenia. Jednak wydaje się, że widać w tej historii powtarzalność losu niejednej miłości, niejednego zakochania.

Spotykamy bohatera, gdy zgasłe uczucie pcha go do ostatecznego zadeptania tlących się jeszcze bolesnych wspomnień. Mężczyzna usiłuje „zagadać” zranione uczucie. Monolog, bardziej monodram, słowotok, który wartko płynie nie pozwala odróżnić dawnych rozmów kochanków, cudzych przemyśleń. Historia opowiedziana jednym tchem, jak jeden strumień spływa z impetem. Bohater ze złamanym sercem zawłaszcza wszystko. Ma swój punkt widzenia, swoje interpretacje, domysły, przeczucia. Bazuje na wypowiedzianych słowach, oskarżeniach, obietnicach i zdarzeniach, które można przeżywać w nieskończoność, dopisując nowe wersje. Rozgrywając je inaczej. Co mogłem zrobić, powiedzieć w inny sposób?

Czy spowiedź w hotelowym barze, czyniona przy nieznanej młodej kobiecie może przynieść chwilowe katharsis? Coś odmienić, być wyjściem do nowego rozdania? Można tak sądzić. Dojrzały mężczyzna mówiący o uczuciach młodej kobiecie, może wydawać się rozczulający. Choć, jak sam mówi, w końcowych słowach: Wolałbym, żeby to była inna opowieść. Poruszająca albo czuła. W sumie dziwne, jak rzadko to się zdarza. Wydawałoby się, że powinno się zdarzać częściej. Ale czułość zawsze wychodzi jakby przypadkiem. Nigdy w roli głównej.

Czytelnik może poczuć rozczulenie, ale czy to jest faktycznie czuła historia? Chyba nie. Gra tu trochę męskie ego – tego, który został zastąpiony innym. Kobiece wyrachowanie z szlachetną pobudką – pragmatyczne meblowanie życia, gdy się nie odpowiada tylko za siebie. Trzeba porzucić te “bzdruy” o miłości, gdy życie upomina się o swoje.

Bohater zaczyna głębiej rozumieć, że kocha, gdy traci. Odczuwa zazdrość, zamyka się, cierpi, choć jednoczenie twierdzi, że to nie jest tak ważne uczucie. A ona? Rozwódka z dzieckiem, musi się jakoś urządzić w życiu. On tak naprawdę niczego nie obiecuje. Jest, tymczasem na dłuższą metę to za mało. To na przyszłość – nic. Tak możemy sądzić z opowieści zakochanego. Chciała być szczęśliwa. Taką bohater podaje motywację. Cóż, szczęśliwym się bywa. Wizja nowego związku według barowej relacji, w której tkwimy nie jawi się sielankowo. Może zazdrosny jak „pies ogrodnika”, odrzucony-zakochany – kłamie? Jeśli jednak uczciwie opowiada, dawna kochanka skazana jest na związek pełen rozsądku – przede wszystkim. Tak wybiera, tak dyktuje jej życie i poczucie obowiązku. Czy można ją oskarżać, oceniać? Ją, jego? Czytelnik ma się nad czym zastanawiać. Prawdziwa huśtawka nastrojów, czasem na modłę żurawia i czapli. Kiedy ona spotyka się z innym mężczyzną, chwilowo czysto towarzysko, nasz zakochany nie demonstruje zazdrości, nie mówi tych słów, które wyjawia w swoim monodramie, przed nieznajomą w barze: Wystarczyło powiedzieć, że nie chcę, żeby się z nim spotykała, przyjmowała jego zaproszenia, że ją kocham i jestem zazdrosny. A jednak nie umiałem tego zrobić. Uśmiechałem się. Udawałem, że się zgadzam, i że nie jestem zaniepokojony. Zacząłem niekończącą się komedię maskowania przed nią uczuć, a wewnętrznie coraz bardziej kamieniałem. Czy może być lepszy gwóźdź do miłosnej trumny?

Kto nie rozdrapywał ran po uczuciu, które już za nim? Kto nie tworzył nowych wersji minionych zdarzeń, pisał na nowo zakochane dialogi? To Wam, drodzy czytelnicy – Alfred Hayes pokazuje, że to nic nowego pod słońcem. Historia z lat pięćdziesiątych pobrzmiewa i dziś w niejednym sercu. W zakochaniu wciąż błądzimy jak ślepcy i popełniamy najwięcej błędów. Tak to już bywa z niedopowiedzianą miłością. Pragmatyczną, prozaiczną, wzniosą, mistyczną. Do wyboru. A propos mistyki, autor pięknym wierszem George’a Herberta „Miłość” – brytyjskiego poety nurtu mistycznego – zaczyna monodram swojego bohatera i tymi samymi wersami kończy opowieść nasz zakochany literat, opuszczając hotelowy bar, idąc w ciemność, ale czy sam…?

Dziewczyna nie znała wiersza. Wyszli razem. Nie znała wiersza? Nie znała miłości?

Nasz bohater nie opowiadał o swojej pierwszej miłości, to pewnie i nie ostatnia była… Aż ma się ochotę dopowiedzieć resztę wersów utworu Herberta, które składają piękną obietnicę. Miłość niech mąci nam widzenie, dodaje odwagi i daje nasycenie do skutku… Ona wszystkiemu winna, obiecuje spełnienie, a my na jej usługach. Łakomi. Byle zasłużyć.

George Herbert, Miłość (III)
(tłum. Stanisław Barańczak)

Miłość drzwi mi otwarła, lecz dusza nieśmiała
Cofa się, pełna winy.
Więc, Miłość, bystrooka, gdy tylko ujrzała,
Że zwlekam bez przyczyny,
Podchodzi do mnie bliżej i pyta grzesznego,
Czy mi brakuje czego.
“Cnót takich, bym był godzien przestąpić Twe progi”.
“Przestąpisz”, odpowiada.
“Ja, nieczuły, niewdzięczny? Na przepych Twój błogi
Patrzeć mi nie wypada”.
Miłość na to z uśmiechem argument wytoczy:
“Wszak wiesz, kto stworzył oczy?”
“Ty, ale ja zmąciłem czystość ich widzenia
Grzechów haniebnych kurzem”.
“Czyż nie wiesz, kto był sprawcą tego zmącenia?”
“O, niech Ci więc usłużę”.
“Oto czeka posiłek’, rzekła, “siądź za stołem”.
siadłszy więc jeść począłem.

Editress

Wieczna bieda

Stacja Tokio Ueno / Yu Miri ; tłumaczenie z japońskiego Dariusz Latoś. Wydanie I. – Kraków : Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2020. – 158, [2] strony ; 21 cm. (Seria z Żurawiem)

Fot. Dom Książki/Editress

Przejmująca opowieść, która swoje głębokie korzenie zapuszcza w rzeczywistości. Niestety. Historia niby japońska, ale w moim przekonaniu znajdzie swoje odbicie także w społecznościach innych państw. Bieda występuje wszędzie. Bieda mimo pracy, która owszem zostawia – spracowane ręce i tylko kilka przysłowiowych miedziaków na dnie kieszeni. W naszym postrzeganiu Kraju Kwitnącej Wiśni, jako wysoko rozwiniętej cywilizacji, historia przedstawiona przez Yu Miri wydaje się jeszcze bardziej wyostrzona i dramatyczna w swojej wymowie.

Pracująca biedota to zapewne miliony na naszej planecie. Praca ponad siły, praca, która pochłania niemal całe życie, a w konsekwencji i tak nie przynosi elementarnych efektów. Bieda wciąż istnieje, choć pewnie dałoby się jej zapobiec. Nierówności są aż nadto widoczne. Bieda odbiera godność, dehumanizuje w oczach zamożnych. Dysproporcje są dramatyczne i coraz większe.

Kazu Mori, bohater powieści „Stacja Tokio Ueno” od dwunastego roku życia pracuje na rodzinę. Daleko od domu, w którym jest praktycznie gościem raz na kilka miesięcy. Ma elementarne wykształcenie. To nie ułatwia sprawy. Chce pomóc rodzeństwu, żeby sięgnęło po lepszą edukację. Zatem pracuje i nie narzeka. Nie zna bowiem innego życia. Być może to również pokłosie japońskiej mentalności – zgoda na to co jest.

Kazu zakłada rodzinę. Ma dwoje dzieci. Nadal pracuje poza domem. W Tokio buduje obiekty sportowe na olimpiadę, która odbyła się w 1964 roku. Żyje w hotelu robotniczym. Tam w radiu wsłucha się w cesarski głos, który ogłosi uroczyste otwarcie XVIII Olimpiady ery nowożytnej. Sam nie będzie podziwiał sportowców. To nie dla niego. Swoje zrobił. Może iść do innego zajęcia. Życie toczy się dalej albo nagle się kończy. Kazu doświadcza czarnych chwil żałoby, gdy musi chować kolejno członków swojej rodziny, której nie poświecił zbyt wiele czasu. Nie nacieszył się dziećmi, żoną, zwykłą codziennością domu. Nie miał kiedy zabrać dzieci do ZOO, a też często nie było go stać, aby zafundować im jakieś przyjemności. W pamięci przechowuje te upokorzenia.

„Można płakać w nieskończoność, ale nie przywróci się zmarłych do życia. Pomyśl lepiej, jaka musiała być szczęśliwa, aż siedem lat mogliście żyć we dwoje jak nowożeńcy” – pociesza Kazu brat żony podczas jej pogrzebu. Aż siedem lat z kilkudziesięciu lat małżeństwa! Tyle czasu spędzili razem na emeryturze. Podziw budzi pokora i oddanie bohatera. Poczucie, że tak trzeba. Bez łez. Została tępa rozpacz. Przerażająca samotność. Puste ręce. Nie można zarzucić bohaterowi, że zostawił rodzinę, bo robił karierę. Pracując całe życie, wypracował pustkę. W przejmującym obrazie, gdy nawet matka mężczyzny widzi bezmiar jego nieszczęścia, można doświadczyć pełni beznadziejności. Dożyć do śmierci – mówi Kazu. Taki widzi cel swojej egzystencji.

A tymczasem obok toczyło się życie. Te z wyższych sfer. Rodzi się cesarski syn, tej samej nocy, gdy w wielkim trudzie rodzi żona Kazu. Trzeba wezwać akuszerkę, choć bohater wie, że nie ma czym zapłacić. A w domu niemal wszystko zajęte jest przez komornika. Mimo że pracują wszyscy. Od świtu na polu ryżowym, tak najczęściej wygląda codzienność kobiet.

Obraz życia Kazu Mori wypełnia się dzięki retrospekcjom, wspomnieniom i refleksjom bohatera, który… już nie żyje. W swoim życiu po śmierci ocenia życie przed śmiercią. O zgrozo, nie ma różnicy! Patrzy na namioty bezdomnych w parku Ueno, w którym spędził ostanie lata życia, również jako obywatel ulicy. Wspomina towarzyszy niedoli. Podsłuchuje rozmowy tokijskiej ulicy. Dyskusje o restauracyjnych kolacyjkach za duże pieniądze, dietach dla psów, separacjach małżeńskich z wyboru. Biedny, jakże biedny Kazu musi tego słuchać. Przymuszony do separacji z rodziną, znający chłód i skrajne ubóstwo zestawiony jest z nadmiarem, który rozpycha ego. Bezdomni parku Ueno są tymczasem niewidzialni lub obrzydliwi, gdy się przypadkiem na nich wpadnie pędząc po kolejne sukcesy. Trzeba ich „posprzątać”, gdy w pobliżu pojawi się cesarska rodzina. Właśnie to specjalne sprzątanie, zwane przez bezdomnych „polowaniem” stało się przyczynkiem do napisania tej powieści. Autorka bliżej przyjrzała się praktykom “zwijania” namiotów bezdomnych i wysłuchała przejmujących opowieści w tokijskim parku – zwanym również – o ironio – Cesarskim Darem.

Autorce udało się mimo ascetycznej formy, bez wielkich literackich eksperymentów opowiedzieć bolesną historię, która woła z wielu zakamarków świata i niestety nadal się powtarza. W posłowiu Yu Miri, która wydała tę powieść w 2014 roku, wyraża obawę, że los jej bohatera powtórzą mieszkańcy okolic Fukushimy, którzy pozostali na marginesie życia po tsunami i awarii elektrowni atomowej w 2011 roku. Być może oni teraz będą cerować swoje życie pracą w Tokio przy kolejnych igrzyskach olimpijskich zaplanowanych na 2020 rok (przez pandemię koronawirusa przeniesione na 2021rok). Czy tak się stało? Pewnie tak.

Dla rozrywki bogatego świata wielu ludzi funduje sobie rozstanie, samotność, wykluczenie, aby utrzymać minimum egzystencji. Kazu Mori jest wiecznie biedny. Tak pozostanie, nawet po śmierci. Życie pozagrobowe, w które wierzył również ulgi nie przynosi. Nie spotyka tam żony, ani syna. Znowu jest biedny i samotny. Nie warto przekraczać żółtej linii na stacji Tokio Ueno.  

Powieść Yu Miri „Stacja Tokio Ueno jest wynikiem obserwacji i wielkiej empatii autorki, która upomniała się w te sposób o los tych, który żyją w Japonii w skrajnościach finansowych, ubóstwie i jawnej niesprawiedliwości. To mocny i ważny literacki głos. Ukłony dla tłumacza, Dariusza Latosia, który dał możliwość polskiemu czytelnikowi zagłębić się w tę historię. Fikcyjny Kazu Mori nie jest fikcyjny. Ma swoich rzeczywistych sobowtórów pod wieloma szerokościami geograficznymi. I to przeraża.

Powieść nie jest już pachnącą nowością, wydana została w Polsce w 2020 roku, uznałam jednak, że nie należy jej przeoczyć i dać jeszcze gorącą rekomendację. W zasadzie całej „Serii z Żurawiem” Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego wystawiam najwyższe noty. Jeśli poszukujecie „literatury współczesnej z różnych, odległych od siebie krajów świata” – jak podaje wydawnictwo – w tej serii znajdziecie znakomite tytuły. Mój zachwyt budzą również projekty okładek wykonane przez Małgorzatę Flis. Wspaniałe ilustracje i typografia tworzą wysoką jakość. Pomysł na serię i jej graficzną oprawę zasługuje na bardzo dobrą ocenę. Jako wielbicielka wydawniczych serii, będę często wracała do tej oferty.

Editress

Urządzeni w kryształowych zamkach

Już, już! / Katarzyna Wasilkowska ; ilustracje Robert Konrad . Łódź : Wydawnictwo Literatura 2021. – 232 stron : ilustracje, 22 cm. (To Lubię)

Fot. Dom Książki/Editress

Przeczucia nie mylą, warto być im wiernym. Kiedy kilka miesięcy temu zachwycałam się powieścią „Świat Mundka” Katarzyny Wasilkowskiej, wiedziałam, że mam do czynienia z bardzo utalentowaną pisarką. Na potwierdzenie nie musiałam zbyt długo czekać. Oto na półki księgarskie trafiła powieść „Już, już!”. Autorka stworzyła fabułę wzbudzającą niesamowite emocje. O ile „Świat Mundka” otrzymał wyróżnienie IBBY w plebiscycie na książkę roku, o tyle powieści „Już, już!” nie powinna ominąć żadna znacząca nagroda literacka. Książka, która wbija w ziemię, fotel. W co tylko chcecie. Emocjonalny strzał, cios, który będzie rozgrzewał wasze emocje bardzo długo – mimo iż to powieść dla młodzieży, uważam, że również obowiązkowa lektura dla dorosłych! Szczególnie dziś. Rzeczywistość, którą mamy za oknem, a raczej w swoich domach, jeszcze bardziej wzmacnia wymowę i znaczenie tej powieści.
Ciekłokrystaliczne ekrany świdrują oczy naszych dzieci od miesięcy. Zdalna nauka dorzuca kolejne godziny spędzone przed elektroniką wszelkiej maści. To nie pomaga. Powiększa się krąg dramatów.  Powieść „Już, już!” idealnie oddaje problemy współczesności, które dotykają młodych ludzi – szczególnie tych wrażliwych, osamotnionych, dla których świat cyberprzestrzeni jest naprawdę polem bitwy o psyche.   

Nasza bohaterka, dziewięcioletnia Lula żyje w zupełnie normalnym domu. Ma rodzeństwo, mamę, tatę, dobrze się uczy, nie sprawia problemów wychowawczych. Rodzice o nią dbają, są troskliwi, zabezpieczają wszystkie potrzeby. W pierwszym najeździe literackiego transfokatora – sielanka. Stopniowo pojawiają się maleńkie rysy na szkle, niedostrzegane w ciągłym biegu dnia codziennego. Uśpiona czujność pozwala na wyrośniecie niewidzialnych – jeszcze – korzeni dramatu, które oplotą rodzinę, aż do utraty tchu. Wraz z rozwojem fabuły, czytelnik dostrzega sygnały, które wysyła autorka. Perfekcyjnie dawkuje napięcie, które narasta z każdym rozdziałem.

Lula ma pierwsze, niewinne problemy. Coś w szkole idzie nie tak, koleżanki dryfują w inną stronę niż ona. Coraz mniej zrozumienia. Pierwsze konflikty w domu. Nadwrażliwość dziewczynki daje o sobie znać. Dziecięcy ostracyzm, nacisk społeczny – te motywacje popychają ostatecznie Lulę na skraj emocjonalnej przepaści, a finalnie zrzucają w tę przepaść. Dlaczego? Co za tym stoi?

Lula przy narastających kłopotach zaczyna zwracać się ku innemu światu. Stopniowo, niewinnie, niby z odpowiedzialnością i pozornym nadzorem rodziców, którzy przecież mają wszystko pod kontrolą. Cóż, tylko nam się zdaje. Niepostrzeżenie nasza Lula „urządziła” się w Kryształowym Zamku. Elegancko „umeblowała się” w demonicznej grze komputerowej, która tymczasem ją „urządziła” i podporządkowała bez jednego wystrzału. Dziewczynka prowadzona na lince tajemniczości, pozornej przyjacielskości wchodzi w piekielne medium. 

Katarzyna Wasilkowska z niesamowitą precyzją zbudowała etapy wchodzenia dziecka w zniewolenie. Wyraźnie pokazane są punkty przełomowe, motywacje, impulsy do coraz głębszego zapadania się dziewczynki. Autorka stworzyła świat iście demonicznej gry, (znacząca nazwa producenta Devil’s Media). Wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach. Opis fabuły gry, postaci, zdarzeń jest bardzo plastyczny, zasady doskonale sprecyzowane. Czytelnik od pierwszego kontaktu z tym medium, dostaje wyraźny sygnał, że wchodzi do niebezpiecznego środowiska, które zachowuje przyjazne pozory. Niewinne działania stają się coraz bardziej upiorne i niepokojące. Doskonale tę atmosferę oddał na okładce ilustrator Robert Konrad.

Powieść woła o społeczne uwrażliwienie. Prosi o dostrzeżenie problemu pokolenia „digital natives” (cyfrowego tubylca), które płaci swoją cenę. Świat cyfrowy nie jest naturalnym środowiskiem człowieka. Głębokie zanurzenie się w cyberprzestrzeń niesie za sobą szereg dysfunkcji społecznych – i to w tekście wyraźnie wybrzmiewa. Zapośredniczenie relacji międzyludzkich, wykluczenie z grupy, nieodróżnianie świata realnego od wirtualnego – to palące problemy. Ostatnio sporo mówi się o zjawisku FOMO – Fear of Missing Out, czyli o lęku przed odłączeniem od sieci, informacji. To strach, którego doświadczają młodzi – prawdziwy cywilizacyjny dramat.

Lula traci swoje wartości, jej świat się rozpada. Koszmary, agresja, wyrafinowane oszustwa (udawanie omdlenia, usuwanie maili, kradzież), nieczułość wobec bliskich, otępienie emocjonalne – koszty są straszne. Następuje całkowity paraliż życia.

Świat komputerowej gry jak trzęsienie ziemi, jak trąba powietrzna przejdzie przez dom zwyczajnej rodziny, fundując im krajobraz jak po bitwie. Wirtualny świat czasem nie bierze jeńców, rozprawia się z nimi błyskawicznie. Na miejscu, natychmiast!  Czasem mamy wrażenie, że wszystko jest pod kontrolą, ale czy na pewno?

Już, już! Pobrzmiewa to w niejednym domu. Charakterystyczne zawołanie dziecka pochłoniętego czymś… najczęściej światem wirtualnym. Już, już – oswojona formuła, z pozoru niewinna, powinna uczulić rodziców. Powtórzę – powieść Katarzyny Wasilkowskiej to lektura obowiązkowa dla dorosłych!

Emocjonalny pocisk. Pierwszorzędna literatura dla dzieci i młodzieży – niezaprzeczalnie. Należy koniecznie dodać, że „Już, już” to powieść inteligentna, niepozbawiona humoru – mimo trudnego tematu. Te zabiegi literackie również wpisują się w sukces autorki. Zabawne scenki rozładowują napięcie i ustawiają czytelnika na właściwych torach normalnego codziennego życia. To prawdziwa rzeczywistość, bezpieczna, familiarna, konieczna do prawidłowego rozwoju – jest gwarantem normalności. Dbajmy o to, włączmy dziś czujność dubeltowo!

Editress

Spotkanie autorskie jako źródło cierpień?

Trasa promocyjna / Andi Watson ; przekład Jacek Żuławnik. Wydanie pierwsze. – Warszawa : Wydawnictwo Marginesy, 2020. – 270, [2] strony : ilustracje ; 24 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Przyznaję, że uwiodła mnie okładka. Piętrzące się na regałach – niemal w nieskończoność – książki. To prawdziwy raj bibliofila! Choć dla głównego bohatera – pisarza, to raczej czyściec (co również da się „wyczytać” z okładki). Oto przed nami autor G.H. Fretwell w trasie promującej jego nową książkę „Bez K”, która staje się źródłem upokorzeń i poważnych nieporozumień. Myślę, że to intrygująca zapowiedź. Zapraszam zatem dalej.

Opowieść o spotkaniach literackich z czytelnikami w księgarniach uznałam za temat wielce atrakcyjny i ochoczo skierowałam się ku lekturze „Trasy promocyjnej” Andiego Watsona, w przekładzie Jacka Żuławnika. Powieść uruchomiła bowiem moje wspomnienia czasów, gdy towarzyszyłam wielu polskim pisarzom na spotkaniach autorskich w bibliotekach. (Rola organizatora to również temat na powieść, ile zakulisowych wrażeń!!). Jakże różne to były spotkania! Tłumne, a czasem niespodziewanie – „bez odbioru”. Czasem, jak w prezentowanej powieści, winna była deszczowa pogoda. Nikomu nie chciało się wyjść z domu? Istotnie. 🙂 A czasem? Kto to wie? Spotkania autorskie rządzą się swoimi regułami. Może czas je zbadać?

W powieści „Trasa promocyjna”, pierwszorzędny – drugorzędny angielski pisarz G.H. Fretwell ma szansę zderzyć się z czytelnikiem. Konfrontacja owa jest trudna i bywa wymagająca. To prawdziwy moment próby. Lubiłam zawsze obserwować z boku te starcia pisarz-czytelnik. Najczęściej, muszę przyznać, były to jednak spotkania pełne zachwytu i żarliwych dyskusji. Spotkanie z pisarzem, dla wielbiciela literatury jest czymś naprawdę znaczącym. Książka jakby na chwilę ożywa. Myślę, że piszę te słowa do skrajnie „wyspecjalizowanej” w czytaniu grupy. Wam „Trasa promocyjna” na pewno się spodoba.

Na spotkaniach autorskich czytelnicy stają się mniej anonimowi, są wręcz namacalni. Albo i nie… Bo naszego bohatera Fretwella traktują jak powietrze. Za to wzbudza on zainteresowanie policji, i to na tyle, że wkrótce zaprowadzą go w miejsce bez książek, gdzie króluje kraciasty i pasiasty deseń. Czy to może być ciekawe? Owszem! Trzeba rzucić jeszcze światło na “realizację” „Trasy promocyjnej”. Otóż jest to powieść graficzna. Nie mam wielkich doświadczeń z tym gatunkiem. Ale zaczynam się fascynować. Czym się różni od komiksu? Przede wszystkim nie ma charakteru odcinkowego, przeważnie wdrapuje się powyżej 100 stron. Nie wstępują w niej superbohaterowie. Świat przedstawiony to zazwyczaj ten najbardziej realny i prozaiczny, odbijający problemy społeczne i polityczne. Postacie są mocno dookreślone psychologicznie. Najczęściej bohater jest narratorem. Na początek proponuję taki bardzo skrótowy przegląd definicyjny.

W „Trasie promocyjnej” bohater nie jest narratorem. Narratorem są ilustracje (czyli w zasadzie autor powieści Andi Watson). Rysunki, które każą nam dopowiadać sobie tę fabularną przestrzeń pomiędzy dialogami i mową wewnętrzną bohaterów. One mówią. Potrzeba czujności, aby wyłowić wszystkie tropy i znaczenia, szczególnie w kontekście wątku kryminalnego, który jest iście absurdalny. A może nie? Komedia omyłek? Tak, jest bardzo zabawnie.

Myślę, że “Trasa promocyjna” to w gruncie rzeczy mocno branżowa literatura. Książka o książce i jej okolicach. Z przyjemnością zetknęłam się z różnymi typami księgarzy, którzy goszczą Fretwella – obojętnych i żarliwych, zachęcających do czytania. Rozmarzyłam się obserwując bohatera, który wędrował od księgarni do księgarni na kolejne spotkania (w jednym mieście może być kilka księgarń!). Miło o tym poczytać, gdy dziś tyle ich upada… Wypatrzyłam w „Trasie promocyjnej” wiele zawodowych smaczków. I to była największa przyjemność. Wątek kryminalny w kafkowskim, ale zdecydowanie lżejszym stylu, był elementem napędzającym fabułę, jednak dla mnie miał mniejsze znaczenie. Ja nurzałam się w ilustracjach księgarń, dialogach o książce, problemach wydawniczych. Dość osobista to była lektura, przyznaję. I całym sercem sekundowałam bohaterowi, aby złożył jak najwięcej autografów. Nie ma w tej historii jakiegoś wielkiego rozmachu. Raczej kameralność i wszystko to, co jako wielbicielka książek kocham. Ilustracje trzeba przyznać są dość ascetyczne, co oddaje cały świat bohatera. Jest to zdecydowanie przemyślana, estetyczna i dobrze wydana książka.

Zamierzając ku puencie mam taki oto wniosek. Trawestując definicję kultury według Freuda – „kultura jako źródło cierpień”, pozwolę sobie ukuć tezę, że spotkania autorskie również mogą być poważnym źródłem cierpień…  szczególnie dla bohatera „Trasy promocyjnej”. Dziś czasy nie sprzyjają takim literackim wojażom, ale jest szansa na spotkania z pisarzami online, jest ich naprawdę sporo. Korzystajmy i czekajmy cierpliwie na spotkania księgarniano – biblioteczne.

I na koniec dialog, który złapał mnie za serce. Gdy bohater zgłasza na policji kradzież swojej walizki z książkami, taką toczy rozmowę ze stróżem prawa:

 – Co znajdowało się w bagażu?
– Książki.
– Książki? Nic wartościowego? Biżuteria, obca waluta, ważne dokumenty, leki?
– Książki są wartościowe.
– Autografowane, pierwsze wydania, białe kruki?
– Nie. Są mi potrzebne do… Napisałem je.

Książki są wartościowe! Pozwolę sobie dopowiedzieć, że są jak biżuteria, która zdobi intelekt, jak obca waluta, która daje możliwość podróży w dalekie literackie kraje i jak ważny dokument, który potwierdza moje bycie w kulturze. Jak lek – tego już chyba wyjaśniać nie trzeba 🙂
Leczmy się literaturą w tych chorych czasach.

Editress

Milczenie jest złotem…

Bo w ogniu doświadcza się złoto,
a ludzi miłych Bogu – w piecu utrapienia.

Syr 2,1-14

Legenda o języku / Pavol Rankov ; z języka słowackiego przełożył Tomasz Grabiński. Wydanie I. – Wrocław : Książkowe Klimaty, 2020. – 407, [4] strony ; 20 cm. (Słowackie Klimaty)

Fot. Dom Książki/Editress

Tym razem padło na literaturę słowacką, którą odkrywam od pewnego czasu z dużym zainteresowaniem, głównie za sprawą wydawnictwa Książkowe Klimaty. W ramach serii Słowackie Klimaty ukazało się kilka interesujących tytułów. Solidnie prezentuje się Pavol Rankov, laureat Nagrody Literackiej Europy Środkowej „Angelus” z 2014 roku. Literacką znajomość z tym słowackim prozaikiem rozpoczęłam właśnie od nagrodzonej powieści „Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)”. Po drodze były „Matki”, świeżo jestem po lekturze „Legendy o języku”, powieści, której chciałabym się bliżej przyjrzeć.

Przyznaję, że tytuł mnie zwiódł. Wiedząc, że powieść przenosi nas w “czasy czechosłowackie”, początek lat 70-tych, sądziłam, że będzie to zderzenie, rozprawa z nowomową. Tym „quasi-językiem” – jak pisał Michał Głowiński –  „totalitarnym wysłowieniem w komunistycznej wersji”. Owszem, autor  umiejętnie wkłada postaciom nowomowę w usta i potrafi ją obśmiać, ale nie czyni z niej głównego tematu rozważań. Pojawia się język propagandy, posługują się nim postacie partyjne, ukształtowani ideowo studenci. Bohaterowie „opozycyjni”, że tak ich nazwę, używają nowomowy wyłącznie w sposób prześmiewczy. Quasi-język leje się z prasy i telewizji, jest zatem w jakimś sensie bohaterem, ale nie najważniejszym. O inny język bowiem autorowi chodzi. Ten, powiedzmy, dosłowny. Język świętego Jana Nepomucena, którego historia życia i męczeństwa jest przed nami nietuzinkowo odsłaniana. Nota bene Nepomucen jest patronem języka czeskiego, choć rozwinął go i uporządkował  Jan Hus – który również zaistnieje na kartach powieści. Nepomucen jako „wróg klasowy” – gdyby zastosować ówczesną nomenklaturę, Hus jako powiedzmy „delegat z pola walki o to, co jedynie słuszne”.

Długo próbowałam wyprowadzić sobie jakąś myśl przewodnią tej powieści. Zamysł, intencję autora. Widzę ich kilka. Żadna jednak nie jest dominująca w moim odczuciu. Co czytelnik znajdzie w tym utworze? Historię – tę dużą i małą. Zbiorową i indywidualną. Człowiek w trybach historii, jednostka w totalitaryzmie – w wersji komunistycznej. Rankov pokazuje tworzenie historii, w jedynie słuszny sposób – metodą marksistowską. Ciekawy chwyt umieszczenia akcji na wydziale historii Uniwersytetu Karola w Pradze daje duże możliwość narracyjne. Grupka studentów Tomáš,  Tánia, Martin, Klára – dwoje wierzących i dwoje ateistów, jednakowo niechętnie nastawiona do czechosłowackiej rzeczywistości, świeżo naznaczonej Praską Wiosną, stanowi wdzięczny materiał do budowania opozycji wobec komunistycznego adiunkta Šindelářa, którego autor tak charakteryzuje:

Język tego doktora Šindelářa jest pełen różnego rodzaju sformułowań i frazesów. Jest to stuprocentowy towarzysz, który w roku sześćdziesiątym ósmym nie uległ pokusom demokracji.

Jak wielu… Młodzi studenci pierwszego roku historii stają więc wobec zakłamań i nowych metod, które mają ukształtować prawomyślne myślenie. Zdecydowanie udaje się autorowi uchwycić wypaczenia i koszmar tego systemu. Obłudę, fałsz, zakłamanie, głupotę, bezprawie i całą brutalność. Obok tego codzienne, jakże szare życie, zderzone z obłędem ideologii, która wdziera się we wszystkie zakamarki egzystencji. Jak uporczywa ulewa, która w powieści dręczy Pragę. Bardzo wymowny obraz. Bardzo sensualny. Czytelnik moknie z bohaterami. Powieść ma atmosferę i wyraziste problemy – te zwyczajne, jak braki w sklepach, te poziom wyższe, jak nieporozumienia dwóch złączonych narodów. Którym językiem się posłużyć, zastanawiają się bohaterowie? Słowackim, czeskim?

Skupiając się na postaciach. Autor wykreował żywych bohaterów, oddał wiernie życie studenckie tamtych czasów i wszystko co się z nim wiąże – akademiki, bigbit, czyny społeczne i lichą stołówkę. Należy również koniecznie podkreślić to, że ważnym bohaterem powieści jest Praga, jej zabytki – kościoły, kamienice, ulice. Nie mówiąc już o Moście Karola i kluczowej dla całej historii figury Jana Nepomucena.

Wracając do fabuły. Opowieść ma w sobie jeszcze jedną narracyjną nić, która niepokoi, rodzi obawę o losy dopiero poznanych bohaterów. Autor przenosi czytelnika w czasy współczesne, przestawia nam kobietę, tkwiącą od lat w obłędzie po ciężkich przeżyciach, które miały miejsce właśnie w początkach lat 70-tych. Wiemy, że studiowała historię. Krótko, ale intensywnie. Jan Nepomucen i historia średniowiecznych Czech mocno zaprząta jej głowę. Kim jest i jakie ma znaczenie dla fabuły? Co ją łączy z Tomášem,  Tánią, Martinem i  Klárą. Coś wisi w powietrzu…

W „Legendzie o języku” czechosłowacka historia staje naprzeciw historii czeskiego średniowiecza. Co wspólnego może mieć czternastowieczny męczennik, spowiednik z człowiekiem przygniecionym komunistycznym reżimem? Znak sprzeciwu? Ofiara? Zderzenie niewiary z wiarą? Wierność prawdzie i zasadom?
Milczenie zabija Jana Nepomucena, święty staje w ogniu cierpienia i męki, broniąc tajemnicy spowiedzi. Milczenie jest złotem… hartowanym w ogniu. Skryte i ciche dążenia bohaterów do poznania prawdy historycznej stają się ich utrapieniem i tragedią, której nie przeczuwali. Finał jest przejmujący.

Małą łyżkę dziegciu zostawiam koniec. Powieść wydaje się trochę przegadana, nie we wszystkich punktach wiarygodna. Łatwość z jaką studenci pierwszego roku zdobywają kontakty z naukowcem – cudzoziemcem, pracującym przy ekshumacji Nepomucena wydaje się mało prawdopodobna. Jak również jego szczerość w ujawnieniu wyników badań grupce młodych ludzi, których tożsamość mogła być fałszywa. Kilka takich mało przekonywujących obrazków powieść zawiera.

„Legenda o języku” odkrywa ciekawe i straszne karty czeskiej historii. W prostym podsumowaniu – to opowieść o zniewoleniu, podwójnym myśleniu, poszukiwaniu prawdy i  pragnieniu życia pełną piersią w każdych warunkach. Myślę, że to tematy znane i oswojone przez polskiego czytelnika, jak milczące nepomuki, czyli figury Jana Nepomucena, często obecne w polskim krajobrazie.

Na koniec ukłony dla tłumacza, Tomasza Grabińskiego, który od lat prezentuje słowacką literaturę wartą odkrycia, a z Rankovem kolejny raz stworzył udany tandem.

Editress

Przemoc nasza powszednia

Wrony / Petra Dvořáková ; [tłumaczenie: Mirosław Śmigielski]. Wołów : Wydawnictwo Stara Szkoła, 2020. 177, [7] stron ; 20 cm.

Długo się zastanawiałam, czy inaugurować 2021 rok recenzją książki ciężkiego kalibru, czyli powieścią czeskiej pisarki Petry Dvořákovej „Wrony”. Po namyśle uznałam, że absolutnie biorę ten tekst pod recenzencką lupę, bowiem nie ma przypadków, są znaki. Powieść godną omówienia należy zaprezentować. I to jedyny właściwy wyznacznik.

Lapidarne anonse i blurby na okładkach jedynie podrażniają literacki węch i to nie zawsze we właściwy sposób. Wykrzykiwanie „Bestseller z Czech” – wyrobionych czytelników zdystansuje do lektury. Porzućmy zatem tani marketing, gdy idzie o coś więcej. Petra Dvořáková jest popularną pisarką u naszych południowych sąsiadów, na koncie posiada czeską literacką nagrodę Magnesia Litera, warto przyjrzeć się bliżej tej twórczości. Na czeskich stronach znalazłam wiele słów zachwytu nad powieścią „Wrony”. Powiedziałam zatem: sprawdzam. I było warto.

O przemocy domowej pisano już nieraz w różnych konfiguracjach. Czy jest sens sięgać po kolejną podobną lekturę? W takich sytuacjach powraca do mnie myśl Gustawa Herlinga-Grudzińskiego

Dobry powieściopisarz czy nowelista treścią ukrytą w formie wyraża swój stosunek do życia. Ma on o życiu niewiele nowego do powiedzenia wprost po tym co zostało już powiedziane przez jego poprzedników; ale modulacją głosu, rytmem prozy, tonem narracji, dystansem i ustawieniem wobec opisywanego przedmiotu, wydziera jeszcze Wielkiej Tajemnicy swój drobny okruch.[1]

Czy Petra Dvořáková wydarła swój drobny okruch? Czy mając do dyspozycji często zużyte ponad miarę narzędzia literackie, opowiedziała choć trochę inaczej o rodzinnej przemocy? Otóż moimi zdaniem – tak.

Zajrzyjmy do opowieści. Oto mamy dwie narratorki. Dwunastoletnią Basię oraz jej matkę. Ten klasyczny chwyt pozwala zobaczyć jedną sytuację z dwóch punktów widzenia. Autorka umiejętnie wykorzystała taki model narracyjny, zdecydowanie z korzyścią dla fabuły. Zbudowała emocjonalną huśtawkę. Czytelnik odbija się od jednej do drugiej bohaterki. Doświadcza wewnętrznego rozbicia, choć muszę przyznać, że punkt widzenia matki w ogóle nie wydaje się przekonywujący. Od wejścia w tekst do jego zakończenia nawet na moment nie umiałam przyznać tej bohaterce racji. Bo czy przemoc można czymś uzasadnić? NIE. Zdecydowanie wstawiam tę bohaterkę do schowka z jednoznacznie złymi postaciami. Cała motywacja matki, która nakręca spiralę przemocy, złości, wiecznych pretensji wobec najmłodszej córki ogranicza się do tego, aby w domu był porządek. Musi być poukładane, wszystko na swoim miejscu. Ma być czysto, a dzieci….. muszą być grzeczne, zdrowe i przede wszystkim muszą się uczyć. Nie ma miejsca na spontaniczność, na odrobinę luzu. Baśka i Kasieńka w jednym stały domu. Tak, Baśka to ta zła. Nie trzyma porządku. Kasieńka – wiadomo. Starsza córka jest idealna, czemu młodsza nie może taka być? A nawet jak już zbliża się do ideału, cóż, wszelkie starania są pomniejszane, deptane, intencje fałszywie odczytywane. Mimo że padają słowa „kocham cię”, są one raczej jak cios wymierzony kamieniem w głowę. Jak dodatkowy wyrzut sumienia. Kocham cię, a ty jesteś taka… nieporządna. A tak naprawdę – niekochana. Od tej niby-miłości aż mdli.

Przemoc matki wynika właśnie z niekochania. I jest to wyraźnie wyczuwalne w kreacji tej bohaterki. Jej fałsz demaskuje się na każdym kroku. Matkę drażni, że dziewczynka ma talent plastyczny. Najlepiej, gdyby nic w niej dobrego nie było. Uniemożliwianie Basi rozwijania malarskich zdolności to również świetna okazja do szantażu i wygrywania kolejnych paskudnych emocji. Wyrzuty sumienia czasem przelatują przez głowę matki jak wrona za oknem, ale szybko znikają. Głupi i podły rodzic potrafi wytłumaczyć sobie wszystko. Nawet bolesne siniaki, które dziewczynka musi chować przez wzrokiem koleżanek w szkolnej szatni.  Wiecznie ścinane na krótko włosy (dziewczynka marzy o dłuższych), to kolejny świetny sposób na upokorzenie. Niech boli i szczypie, jak systematycznie dosypywana sól do ranki. Ile życie przynosi pomysłów, sposobów na przemoc… małą i dużą. Z fabuły aż się wysypują. I właśnie w tych cynicznych pociągnięciach batem jest moc tej powieści. Bolesna, tętniąca pod skórą.

Przerażająca jest oczywistość perfidii, która trwa w najlepsze. Zwykłość dramatu podawanego codziennie jak szklanka wody. A w tym klasyczna lojalność wobec kata, domowy syndrom sztokholmski. Plus klasyczna ślepota na zło, które się czyni. To perfekcyjna machina niechęci, którą zarządza “dwa w jednym” – matka i żona.


Tymczasem Basia się stara. Im bardziej się stara, tym gorzej wychodzi. Triumf nienawiści jest kompletny, gdy matka zaraża nią również ojca i starszą siostrę Basi, którzy dokładają dziewczynce kolejne ciężary. Matka w swojej histerii, bezwzględności i okrucieństwie zyskuje sojuszników, którzy zatracają właściwy ogląd rzeczywistości. I gdy pojawia się wreszcie trochę światła w dziewczęcym świecie Basi Lundak, rodzinna brutalność rujnuje wszystko. Co szczególnie przejmuje w tej powieści to deptanie, miażdżenie dojrzewającej dziewczynki, rujnowanie jej intymności, wystawionej na oceny, poniżanie – o zgrozo – przez rodzinę! Dojrzewające ciało, wstyd przed obnażeniem, wstyd przed ojcem, podnoszącym rękę na rozkaz matki, który nawet nie wybrzmiewa wprost. Wacław Lundak odczytuje podświadomie polecenie żony, ukryte w słowach-kluczach i wykonuje je bezbłędnie. Przeraża to, że dojrzewająca dziewczynka nie ma wsparcia w matce. Jej najbardziej intymne problemy rozwiązują inni, ci, którzy ją szanują. W domu Lundaków szacunku i poszanowania godności dziecka nie ma.

Patologiczna sieć, którą tworzą bohaterowie wynika z porażającego braku miłości, takiej, która jest należna dzieciom od rodziców, żonie od męża i vice versa. Uwypuklony niejasny stosunek ojca do Basi budzi dodatkowo podskórny niepokój. Autorka wysyła sygnały, które kłują jak drzazgi. Wbijają się i drażnią.

Petra Dvořáková zbudowała wyraźną siatkę skrajnych emocji. Napięcie, które narasta. I niby życie bohaterów płynie zwyczajnie, szkoła, dom, praca. A jednak kumulujący się sprzeciw wobec pseudonormalności wybucha, aby znaleźć ujście w finale.

Tytułowe wrony tworzą zgrabną symboliczną klamrę. Może trochę nachalną, ale celną. Dolewają niepokoju. Wrona zakłada gniazdo i buduje ptasią rodzinę. Normalne nawet w świecie zwierząt, ktoś jednak wchodzi w gniazdo z butami. Trzeba zacząć od nowa. Nie zawsze się da. Ponadto wrony za oknem, które obserwuje Basia (a one ją), wzbudzają jakąś demoniczność, te towarzyszki baśniowych czarownic budzą lęk. Jednak wrona to przede wszystkim ptak, także młody, który podrywa się do lotu. Oby nie za wcześnie, bo gdy chce się uciec z gniazda, a skrzydła jeszcze nie dojrzały, upadek bywa ostateczny.

Jest czas na rozsądne budowanie domu, na dojrzewanie, na poderwanie się do lotu… a może go nie ma…? Zapewne nie każdemu jest dany.

Editress


[1] Gustaw Herling-Grudziński, cytat przed posłowiem do wydania „Wieża i inne opowiadania”. W drodze. Poznań 1988. S. 229. Posłowie Zdzisława Kudelskiego.