Archiwum kategorii: Powieść graficzna

Zmarszczki na naszym życiu

Zmarszczki / Paco Roca ; przełożył Tomasz Pindel. Warszawa : Kultura Gniewu, 2023. – 100, [3] strony : ilustracje ; 25 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Przyznaję, że rzadko sięgam po komiks i powieść graficzną, ale kilka razy w roku zdarzy się, że trafię na ciekawą propozycję z tego gatunku. I tak z polecenia wpadły mi w ręce „Zmarszczki” Paco Roki, które wywołały szereg skrajnych emocji i sprowokowały liczne pytania, najczęściej bez odpowiedzi. 

„Zmarszczki” to opowieść o starości, tak można powiedzieć w największym skrócie, o życiu w domach seniorów, o ciężkich chorobach zaawansowanego wieku i postawach wobec nich. Główny bohater Emilio zapada na chorobę alzheimera i rodzina staje przed wielkim problemem, jak sobie z tym poradzić, jak w miarę normalnie funkcjonować. Myślę, że łatwo sobie wyobrazić ten dramat, nawet jeśli nie dotknął nas osobiście.

Rodzina decyduje, że Emilio potrzebuje stałej opieki i rozwiązaniem może być dom seniora. Bohater, często zupełnie zagubiony, trafia w nową przestrzeń, między nowe twarze i ostatnim wysiłkiem musi ogarnąć tę obcą rzeczywistość. Ma pomocnika, Miguela, lokatora ze wspólnego pokoju, który stanie się prawdziwą podporą, mimo swojego dość niekonwencjonalnego funkcjonowania w tym domu opieki.

„Upokarzające, gdy człowieka traktują jak dziecko, nie?” – mówi Miguel.  Owszem, ale jest tu obustronna bezradność także cierpiącej rodziny, która nie wie, jak postępować, która czuje się jak widz patrzący przez szybę, trochę zawstydzona, obarczona wyrzutami sumienia. W żaden sposób nie można uznać, że jest im lżej od momentu, gdy bliski trafia do takiego domu i zapada głębiej w chorobę. „Zmarszczki” nie dokonują ocen i tak powinno być. Ilu ludzi, tyle historii. A w domu spokojnej starości, do którego trafia Emilio, jest wielu seniorów z ciekawymi biografiami i mniej ciekawymi chorobami, które „marszczą” ich życie. Narastające przez lata niedogodności fizyczne, mniej lub bardziej dokuczliwe, są zmarszczkami na naszym życiu. Zmieniają nas bezpowrotnie.

Rysownik świetnie oddał  wędrówki bohaterów w przeszłość, to jak może widzieć świat człowiek z demencją, alzheimerem. Jak z młodości wraca do starości i czuje przerażenie. Przyznaję, że momentami mogła zakręcić się łza w oku. Bywa przejmująco. Przypominało mi to trochę zabieg zastosowany w filmie „Piękny umysł”, który kapitalnie oddał to, czym jest schizofrenia. My też możemy w pełni poczuć dramatyzm splątanej pamięci. Do tego te uciekające podstawowe wyrazy i ta świadomość, że coś jest nie tak, że coś się wymyka, że się traci kontrolę nad sobą i światem wokół. Znikające twarze ludzi, których bohater już nie rozpoznaje. Ten nudny rytm dnia, który nic nie przynosi. Godzinami oczekiwanie na nic. Drzemki, jedzenie, drzemki, jedzenie. Sen.

Czasem wydaje się, że ten urojony świat przeszłości jest dla pensjonariuszy wybawieniem. Lepiej myśleć, że podróżuje się Orient Expressem i jedzie do Stambułu – jak sądzi Rosaria – niż mieć świadomość, że przez resztę życia będzie patrzeć przez okno domu spokojnej starości, siedząc na wózku inwalidzkim. Może lepiej, że podróżuje w przyjemnym wnętrzu luksusowego pociągu.   

Jest jeszcze rzeczywistość na piętrze, do której nikt z parteru nie chce trafić, dopóki ma jeszcze świadomość samego siebie. Niestety przeprowadzka „na górę”, jak mówią mieszańcy, wydaje się dla Emilia kwestią czasu. A tam już funkcjonują najtrudniejsze przypadki. Miguel będzie bardzo się starał, żeby Emilio trafił tam jak najpóźniej.

Ta książka uwrażliwia na to, że człowiek mimo wieku, upadającego ciała, w środku może być nadal młodym i ten dysonans jest prawdziwym rozdarciem. Nic tu nie jest proste, nikogo nie można osądzać. To koszmarnie trudne decyzje.

Są też w tej historii sympatyczne chwile, prawdziwe uczucia, jak w przypadku małżeństwa Dolores i Modesta. Atrakcje, które próbuje wprowadzić Miguel, oczywiście niezgodne z regulaminem placówki. Bywa dowcipnie i zabawnie. Ciepłe barwy ilustracji łagodzą emocje,  stwarzają swoistą przytulność. Na uwagę zasługuje również personel domu, który stara się pomóc z wielką empatią i czułością. Wielkie ukłony dla wszystkich pracujących w takich placówkach.

Im bliżej końca tej opowieści, tym mniej słów. Dominuje obraz i cisza, bardzo wymowna. Są strony, na których nie ma ani słów, ani obrazu. To również wymowna metafora.
Wszyscy nabieramy różnych zmarszczek na naszym życiu. Na ciele i duszy. Można je dyskretnie obserwować i oswajać. Można je zobaczyć także u innych, czasem przeglądając się jak w lustrze. Refleksyjna opowieść graficzna Paco Roki może być w tym oswajaniu i próbach zrozumienia bardzo pomocna.

Editress

Spotkanie autorskie jako źródło cierpień?

Trasa promocyjna / Andi Watson ; przekład Jacek Żuławnik. Wydanie pierwsze. – Warszawa : Wydawnictwo Marginesy, 2020. – 270, [2] strony : ilustracje ; 24 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Przyznaję, że uwiodła mnie okładka. Piętrzące się na regałach – niemal w nieskończoność – książki. To prawdziwy raj bibliofila! Choć dla głównego bohatera – pisarza, to raczej czyściec (co również da się „wyczytać” z okładki). Oto przed nami autor G.H. Fretwell w trasie promującej jego nową książkę „Bez K”, która staje się źródłem upokorzeń i poważnych nieporozumień. Myślę, że to intrygująca zapowiedź. Zapraszam zatem dalej.

Opowieść o spotkaniach literackich z czytelnikami w księgarniach uznałam za temat wielce atrakcyjny i ochoczo skierowałam się ku lekturze „Trasy promocyjnej” Andiego Watsona, w przekładzie Jacka Żuławnika. Powieść uruchomiła bowiem moje wspomnienia czasów, gdy towarzyszyłam wielu polskim pisarzom na spotkaniach autorskich w bibliotekach. (Rola organizatora to również temat na powieść, ile zakulisowych wrażeń!!). Jakże różne to były spotkania! Tłumne, a czasem niespodziewanie – „bez odbioru”. Czasem, jak w prezentowanej powieści, winna była deszczowa pogoda. Nikomu nie chciało się wyjść z domu? Istotnie. 🙂 A czasem? Kto to wie? Spotkania autorskie rządzą się swoimi regułami. Może czas je zbadać?

W powieści „Trasa promocyjna”, pierwszorzędny – drugorzędny angielski pisarz G.H. Fretwell ma szansę zderzyć się z czytelnikiem. Konfrontacja owa jest trudna i bywa wymagająca. To prawdziwy moment próby. Lubiłam zawsze obserwować z boku te starcia pisarz-czytelnik. Najczęściej, muszę przyznać, były to jednak spotkania pełne zachwytu i żarliwych dyskusji. Spotkanie z pisarzem, dla wielbiciela literatury jest czymś naprawdę znaczącym. Książka jakby na chwilę ożywa. Myślę, że piszę te słowa do skrajnie „wyspecjalizowanej” w czytaniu grupy. Wam „Trasa promocyjna” na pewno się spodoba.

Na spotkaniach autorskich czytelnicy stają się mniej anonimowi, są wręcz namacalni. Albo i nie… Bo naszego bohatera Fretwella traktują jak powietrze. Za to wzbudza on zainteresowanie policji, i to na tyle, że wkrótce zaprowadzą go w miejsce bez książek, gdzie króluje kraciasty i pasiasty deseń. Czy to może być ciekawe? Owszem! Trzeba rzucić jeszcze światło na „realizację” „Trasy promocyjnej”. Otóż jest to powieść graficzna. Nie mam wielkich doświadczeń z tym gatunkiem. Ale zaczynam się fascynować. Czym się różni od komiksu? Przede wszystkim nie ma charakteru odcinkowego, przeważnie wdrapuje się powyżej 100 stron. Nie wstępują w niej superbohaterowie. Świat przedstawiony to zazwyczaj ten najbardziej realny i prozaiczny, odbijający problemy społeczne i polityczne. Postacie są mocno dookreślone psychologicznie. Najczęściej bohater jest narratorem. Na początek proponuję taki bardzo skrótowy przegląd definicyjny.

W „Trasie promocyjnej” bohater nie jest narratorem. Narratorem są ilustracje (czyli w zasadzie autor powieści Andi Watson). Rysunki, które każą nam dopowiadać sobie tę fabularną przestrzeń pomiędzy dialogami i mową wewnętrzną bohaterów. One mówią. Potrzeba czujności, aby wyłowić wszystkie tropy i znaczenia, szczególnie w kontekście wątku kryminalnego, który jest iście absurdalny. A może nie? Komedia omyłek? Tak, jest bardzo zabawnie.

Myślę, że „Trasa promocyjna” to w gruncie rzeczy mocno branżowa literatura. Książka o książce i jej okolicach. Z przyjemnością zetknęłam się z różnymi typami księgarzy, którzy goszczą Fretwella – obojętnych i żarliwych, zachęcających do czytania. Rozmarzyłam się obserwując bohatera, który wędrował od księgarni do księgarni na kolejne spotkania (w jednym mieście może być kilka księgarń!). Miło o tym poczytać, gdy dziś tyle ich upada… Wypatrzyłam w „Trasie promocyjnej” wiele zawodowych smaczków. I to była największa przyjemność. Wątek kryminalny w kafkowskim, ale zdecydowanie lżejszym stylu, był elementem napędzającym fabułę, jednak dla mnie miał mniejsze znaczenie. Ja nurzałam się w ilustracjach księgarń, dialogach o książce, problemach wydawniczych. Dość osobista to była lektura, przyznaję. I całym sercem sekundowałam bohaterowi, aby złożył jak najwięcej autografów. Nie ma w tej historii jakiegoś wielkiego rozmachu. Raczej kameralność i wszystko to, co jako wielbicielka książek kocham. Ilustracje trzeba przyznać są dość ascetyczne, co oddaje cały świat bohatera. Jest to zdecydowanie przemyślana, estetyczna i dobrze wydana książka.

Zamierzając ku puencie mam taki oto wniosek. Trawestując definicję kultury według Freuda – „kultura jako źródło cierpień”, pozwolę sobie ukuć tezę, że spotkania autorskie również mogą być poważnym źródłem cierpień…  szczególnie dla bohatera „Trasy promocyjnej”. Dziś czasy nie sprzyjają takim literackim wojażom, ale jest szansa na spotkania z pisarzami online, jest ich naprawdę sporo. Korzystajmy i czekajmy cierpliwie na spotkania księgarniano – biblioteczne.

I na koniec dialog, który złapał mnie za serce. Gdy bohater zgłasza na policji kradzież swojej walizki z książkami, taką toczy rozmowę ze stróżem prawa:

 – Co znajdowało się w bagażu?
– Książki.
– Książki? Nic wartościowego? Biżuteria, obca waluta, ważne dokumenty, leki?
– Książki są wartościowe.
– Autografowane, pierwsze wydania, białe kruki?
– Nie. Są mi potrzebne do… Napisałem je.

Książki są wartościowe! Pozwolę sobie dopowiedzieć, że są jak biżuteria, która zdobi intelekt, jak obca waluta, która daje możliwość podróży w dalekie literackie kraje i jak ważny dokument, który potwierdza moje bycie w kulturze. Jak lek – tego już chyba wyjaśniać nie trzeba 🙂
Leczmy się literaturą w tych chorych czasach.

Editress