Archiwum kategorii: Literatura czeska

Letnia altanko-czytelnia zaprasza!

Witajcie na wakacjach, najlepiej w Chudegnatach, do których zaprasza Katarzyna Wasilkowska. Nie ignorujcie tego zaproszenia, bo to znakomicie spędzony czas, nawet komary są do zniesienia wśród humoru i w towarzystwie ciotki Krychny, która jest „dorosłym na opak”. Na czym to polega? Sprawdźcie sami, nie zamierzam psuć nikomu lektury, przekonuję jednak, że „Wakacje w Chudegnatach” to strzał w dziesiątkę! Rekomenduję na bardzo dobry początek właśnie raczkujących wakacji. Piękna chwila 🙂 najlepiej ją celebrować w pierwszorzędnym towarzystwie. Na zachętę dorzucam jeszcze moje poobijane papierówki o obłędnym zapachu. Absolutnie doskonałe połączenie!

Fot. Dom Książki/Editress
Dziękuję Autorce za czerwcowe odwiedziny i te piękne, osobiste zaproszenie na wakacje 🙂

Zabrałam wszystkie lektury, które chciałam polecić do swojego ogrodu, w którym upalnie, ale i aromatycznie, wspomniane papierówki robią swoje, plus lawenda. Ogrodowa altana będzie letnią czytelnią, a może i jesienną? Tu się znakomicie czyta. Życzę wszystkim Państwu cudownych miejsc do czytania przez całe lato i polecam kilka tytułów, aby zabrać w te miejsca.

Zacznijmy od tego, co możecie poczytać przy stoliku, czyli „Przy stoliku w Czytelniku” Jarosława Molendy. Czar kawiarni literackiej, w której można było spotkać wielkie osobowości. Tęskno się robi na tę myśl. Książka pięknie wydana, bogata w fotografie, okładki, plakaty, oddaje ówczesny klimat. Samo jej przeglądanie sprawia przyjemność, a lektura pochłania bez reszty! Z myślą, że takich miejsc już nie ma, polecam zajrzeć do “Czytelnika” i przenieść się pomiędzy stoliki pasjonujących rozmów i wyjątkowej atmosfery: We wspomnieniach Marka Nowakowskiego lokal w Czytelniku “stanowił salon literacki ówczesnej Warszawy”. Poznawałem kolejnych wybitnych pisarzy, cierpiąc tortury onieśmielenia, niepewności. Czułem się jak człowiek z zabitej deskami prowincji. Ściskałem prawicę Tadeusza Konwickiego, Adolfa Rudnickiego, Kazimierza i Mariana Brandysów, Bohdana Czeczki.

Zapraszam zatem na ten literacki salon….

fot. Dom Książki/Editress

Nastrojona literacko, sięgam po tytuły z ulubionej serii. Książki o książkach. O jednej z nich pisałam już wcześniej. „Portable magic” Emmy Smith doczekała się tłumaczenia i mamy polską wersję. (Można zrobić plebiscyt, która okładka lepsza :)). Obie wersje trafiły do mnie w prezentowym trybie urodzinowym i z wdzięcznością kolejny raz polecam. Opowieści o książkowej fascynacji, ekscentryczności, a nawet szaleństwie pokazuje wyjątkową siłę tego papierowego przedmiotu, którego mocy poddało się wielu śmiertelników 🙂 Podobnie “Bibliofollia czyli szaleństwo czytania” Alberto Castoldiego. Książka erudycyjna, wciągająca w książkowe szaleństwo wielkich autorów jak Flaubert, Eco, Calvino, Borges, Canetti, Balzac czy Musil. Szaleństwo i magia, skupiona wokół książek to chyba najwłaściwsze połączenie. Każdy książkowy maniak to wie 🙂

Czas uciec w powieść. Może na Sycylię? To chyba dobra destynacja na lato. “Ucieczka Anny” to fabuła wspomnieniowa, nostalgiczna, wzruszająca od pierwszych zdań. Przyznaję, że sięgam po tę powieść, bo jak zawsze musi się pojawić wśród lektur powieść z serii z Żurawiem i okładką Małgorzaty Flis. Wybór okazał się przedni. Zaskakujące, że książka jest debiutem literackim. Mattia Corrente pisze o życiowych wyborach, które zawsze mają swoje konsekwencje, które nigdy nie “funkcjonują” w oderwaniu od innych. Wplątują bliskich w tę sieć decyzji, którzy często mogą nie rozumieć, w czym biorą udział i dlaczego tak. Dlaczego Anna ucieka po wielu latach małżeństwa? Jej mąż, Severin poszuka tej odpowiedzi, w mieszaninie uczuć, zdarzeń, scen. Tekst pociąga od pierwszych zdań, zasiewa emocje i skłania do natychmiastowego przyłączenia się i towarzyszenia bohaterowi.

A teraz może coś dla schłodzenia? Czeska pisarka Petra Soukpová potrafi zmrozić i nie owijać w bawełnę. Powieść “Pod śniegiem”, to kolejna “rozbiórka” rodziny na części pierwsze. Wspólna droga trzech sióstr do rodzinnego domu to świetna okazja do wybuchu emocji. Specjalistka od krojenia rodziny – jak piszą o autorce, kroi przy pomocy kilku bohaterów rodzinne relacje. Każdy ma swój kawałek. “Pod śniegiem” to już nie nowość wydawnicza, z mojej strony kolejne nadrabianie zaległości. Czytam książki Soukpovej trochę z przekorą, czasem niezgodą na to, co pisze, z poczuciem, że czasem przesadza, jednak lubię się przyglądać jej obrazom, wchodzić w proste, swojskie dialogi wciągające w te rodzinne relacje, które pozostawiają wiele do życzenia. Ma się o czym myśleć 🙂

Dobrze. Posiedzieliśmy, poczytaliśmy, czas ruszyć z miejsca, ale dobrze wyposażeni. W zeszłym roku polecałam książkę Michała Rożka “Nietypowy przewodnik po Krakowie“, który mnie zauroczył, w tym roku daję się zauroczyć przewodnikiem Rożka “Święte miejsca Krakowa”. Autor opisuje najsłynniejsze świątynie i miejsca kultu, ale także te zapomniane. Kraków nazywany drugim Rzymem niezmiennie zachwyca i pociąga – architektura, sztuka, tradycja. Zamierzam się w taki Kraków zanurzyć i polecam Państwu.

I trochę prywatnie. Dla siebie zostawiam książkowy powrót do Pragi, (w tym roku raczej tam nie zawitam), ale ulubiona Malá Strana zostanie ze mną. W drążeniu meandrów językowych nie należy ustawać – także latem. A zatem Jan Neruda i jego “Povídki malostranské” przywołają miłe wspomnienia i będą podnosić level językowy 🙂

Udanych wakacji, urlopów, w dobrym książkowym towarzystwie!

Editress

„Zawiadowca Ci odpowie, gdy wypije piwko…”

Stacja Europa Centralna / Jaroslav Rudiš, ; z języka niemieckiego przełożyła Małgorzata Gralińska. Wrocław : Książkowe Klimaty, 2023. – 285, [3] strony : fotografie ; 20 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Tekst zacytowanej w tytule piosenki zespołu „Trzy korony” obijał się w mojej głowie podczas lektury podróżniczego eseju Jaroslava Rudiša „Stacja Europa Centralna”. Książka, która była jednocześnie moją podróżą kolejami, bo przypomniała mi wiele ciekawych tras, ludzi, których w pociągach spotkałam. Przypomniałam sobie także o guzikach z kolejowego munduru, które leżą gdzieś na dnie starej puszki z guzikami, które bardzo lubiłam oglądać,  gdy byłam dzieckiem. Podobnie jak autor, miałam w swojej rodzinie kolejarzy. Jaroslav Rudiš chciał kontynuować kolejarskie tradycje rodzinne, ja nie, ale pociąg do dziś jest moim ulubionym środkiem transportu.

Ze względu na wadę wzroku autor kolejarzem jednak nie został, ale miłość do kolei została, czemu dał wyraz w tej podróżniczej opowieści. „Stacja Europa Centralna” to przyjemna lekcja historii, geografii,  a nawet filozofii :). Naprawdę mnóstwo iście filozoficznych pytań i przemyśleń można znaleźć w tym tekście:

W Ostendzie pociąg kończy bieg. Pośród nas jest także ekspert od dworców. Uwielbia samotność na końcach linii, gdzie podróż dobiega kresu. Mawia, że to miejsca metafizyczne, w których człowiek uświadamia sobie znikomość swojej egzystencji. Na stacji końcowej wyraźnie widać, że życie nie trwa wiecznie. Na końcu toru stoi kozioł oporowy. Dalej nie można już jechać.

Ale my jedźmy dalej, bo podróż z Rudišem obfituje w zaskoczenia, zachwyty i ciekawych ludzi. Podróżnych i ludzi kolei – maszynistów, manewrowych, dyżurnych ruchu, rewidentów taboru, konduktorów – którzy z pasją wykonują swój zawód. Potrafią nawet wskazać, w którym punkcie tunelu kolejowego bije serce Karpat, a może nawet gdzie znajduje się środek Europy? Bo są i tacy maniacy, którzy owych środków poszukują. Jak pewni Anglicy, którzy podczas wspólnej podróży pociągiem dopytywali Rudiša o środek Europy Wschodniej, wytrwale go poszukując.   

Myślę, że autor może odpowiedzieć na wiele kolejowych i około kolejowych pytań. Jego wiedza doprawdy imponuje. Typy lokomotyw, wagony, parowozownie, czy nastawnie. À propos nastawni, Rudiš przywołuje Hrabala i jego chatę w Kersku, którą pisarz nazwał nastawnią. W rozdziale Okna z widokiem na tory, Rudiš opowiada o swoim mieszkaniu w Pradze, blisko Dworca Głównego, które również nazwał nastawnią. Pobrzękiwanie szkła i innych naczyń z każdym przejazdem pociągu, kolejowe zapachy, zupełnie autorowi nie przeszkadzały. Czy to nie jest miłość? Zdarzyło się również i mi mieszkać blisko dworca w pewnym dużym polskim mieście. Przyznaję, że trzeba mieć serce do kolei, żeby lubić pociąg „przejeżdżający“ przez środek mieszkania :).

Jeśli już jesteśmy przy Hrabalu, to oczywiście nie zabrakło wspominek o „Pociągach pod specjalnym nadzorem“, ale i o innych przejawach kultury, nie tylko literackiej, w których objawiała się kolej – w muzyce, malarstwie, filmie. Tak, Jaroslav Rudiš kocha pociągi :), a dzięki nim mijane pejzaże, nocne podróże, dworce kolejowe i bary, w których można zatrzymać się, posilić, popatrzeć na podróżnych, kolejarzy i pomyśleć o celu:

Wcześniej czy później bez wątpienia osiągniemy cel podróży. A może jej cel i sens polega na tym, by nigdzie nie dotrzeć? Liczy się sama podróż, ciągłe bycie w drodze, wysiadanie. Cudowna niepewność: czy dotrzemy do miejsca, do którego zmierzamy, czy może zupełnie gdzie indziej?

My natomiast możemy mieć pewność, że dotrzemy z Rudišem w wiele wspaniałych miejsc w Europie zwanej Środkową, przemierzymy nawet trasę Szwejka do Sanoka. Obejrzymy dworce piękne jak katedry, ale  i prawdziwe dworcowe kaplice. Odmierzymy czas dworcowym zegarem, który także jest jedyny w swoim rodzaju. Podążymy wzrokiem za pociągiem, który odjechał Louisowi Armstrongowi, wypijemy piwko i espresso w dworcowym barze, zjemy w wagonie restauracyjnym lub też własny prowiant, wcześniej przygotowany. Ach, kanapki do pociągu… , wyjątkowa strawa.

Mnóstwo wspomnień powróciło do mnie i miło się rozgościło. A w nich kilku ludzi, których spotkałam tylko raz, w osobowych i pospiesznych, ale rozmowy z nimi nigdy nie zapomnę. Zastanawiam się nawet, jak im się koleje losu ułożyły… Z mojej perspektywy właśnie te spotkania z innymi towarzyszami podróży, przypadkowe, czasem niezwykłe mają największą wartość.

Turystka kolejowa jest moim zdaniem bardzo atrakcyjnym sposobem na poznanie tej najbliższej nam części Europy,  w wielu wymiarach, także historycznym – podróżowanie trasami kolejowymi, które kiedyś leżały w jednym państwie, znajdowanie wspólnego stylu w architekturze dworców, a jak się dobrze ucha nastawi albo zapyta, można wysłuchać wielu barwnych opowieści starych kolejarzy. Rudiš zamknął to wszystko w swoim eseju zgrabnie, z talentem gawędziarza. Okrasił swoją elokwencją i erudycją. Cóż, podróże kształcą, a koleją szczególnie. „Stacja Europa Centralna”, to książka nie tylko dla fanów kolei. Każdy, kto lubi dobre gawędziarskie opowieści znajdzie tu coś dla siebie. A zatem, „wsiadajcie” do lektury (gwizdek) – Odjazd!

 Bucha, bucha dym z komina, płoną złote iskry,
Jeśli nie wiesz, czy dojedziesz – spytaj maszynisty.

Jak napisał Janusz Kondratowicz… „Maszynisty” Rudiša nie musicie pytać, dowiezie was z powodzeniem do wielu ciekawych miejsc, ludzi i historii. Zapewniam! Jeśli się rozsmakujecie, polecam również komiks „Alois Nebel”, o kolejarzu z czesko-polsko-niemieckiego pogranicza, którego również w warstwie słownej stworzył Jaroslav Rudiš.

Editress 

Osiem do jednego, czyli jaki piękny remis.

Opowiadania i wiersz / Zdeněk Svěrák ; przeł. Dorota Dobrew, Jan Węglowski. Wydawnictwo Afera, 2023. 168 s.

Fot. Dom Książki/Editress

„Opowiadania i wiersz” Zdenka Svěráka w tłumaczeniu duetu Dorota Dobrew, Jan Węglowski, okazały się doskonałą lekturą na pożegnanie wakacji, a w zasadzie i lata, które ewidentnie ustępuje jesieni. Oby była złota i ciepła. Po wypowiedzeniu życzenia, czas przyjrzeć się temu zbiorowi prozatorsko-poetyckiemu, który, przyznaję, celowo zostawiłam na wakacyjny finał. Wiedziałam, co robię. 🙂

Nie chciałabym się nurzać w klasycznym i może już nieco stereotypowym spojrzeniu na twórczość Svěrákaże typowy czeski humor, ironia, absurd, dystans do życia, którego nam Polakom brakuje. Jasne, to wszystko w tym zbiorze ośmiu opowiadań + jeden wiersz, jest. Potwierdzam. Jednak humor humorem, ale jest tu jednak coś jeszcze. Coś, co z przyjemnością „wyławiałam” – mniej popularne „objawy” czeskości, polsko-czeskie punkty wspólne, obrazki, które były przyjemne dla oka wyobraźni, a czasem uderzenie w poważniejszą nutę z niezwykłą, niepodrabialną nostalgią.   

Nie jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością literacką Svěráka. Pierwszym był zbiór opowiadań „Podwójne widzenie”. Podkreślam ten literacki aspekt twórczości, ponieważ autor jest także aktorem – czy jest ktoś, kto nie widział „Koli” lub „Butelek zwrotnych”? – komikiem i „współstwórcą” (z Ladislavem Smoljakiem i Jiřím Šebánkem) niezwykłej postaci Járy Cimrmana, którą kocha cały czeski naród. Ten uniwersalny (nieistniejący) geniusz wymyślił mnóstwo wybitnych wynalazków, ale niestety zawsze spóźniał się z ich opatentowaniem. Dlatego dziś znamy na przykład Nobla, Marconiego i Edisona. Ale Cimrman to także dramaturg, poeta, muzyk, podróżnik…  O mały włos zostałby ogłoszony Największym Czechem w 2005 roku w konkursie telewizyjnym na największą osobowość w czeskiej historii i współczesności. Tym razem zdyskwalifikowało go nieistnienie. Ale od 1967 roku ma swój teatr. 🙂

Wspominam o tym wątku w twórczości Zdeňka Svěráka z podziwu dla skali wyobraźni i rozmachu kreacyjnego 🙂 i trochę z zazdrości, że Polsce nikt nie wymyślił takiej postaci, która w swoim geniuszu, nigdy nieodkryta, zawsze stała tuż za progiem sukcesu. Myślę, że dobrze odnalazłaby się w polskiej historii. 🙂

A teraz do brzegu, czyli do „Opowiadań i wiersza”. Początkowo zastawiałam się, które opowiadanie szczególnie mnie ujęło, zrobiło na mnie wrażenie? I doszłam do konstatacji, że w każdym było coś, co mnie złapało za serce, zastanowiło, przyprawiło o uśmiech – czasem wymowny. Każde miało to swoje „coś”. Zacznę jednak od środka. „Tramwajarczyk” i „Moja piękna teściowa”, opowiadania, które potwierdziły kolejny raz moje spostrzeżenia, że młodość spędzona nawet w najgorszym czasie, jest zawsze wyjątkowa. Bo młodość jest cudownym, krótkim epizodem, często mitologizowanym, podczas którego ucząc się żyć, musimy podejmować najtrudniejsze życiowe decyzje, zupełnie bez kompetencji. Ale to także czas pierwszych uczuć, często tych najważniejszych w życiu. Czas okrywania świata z naiwnością, która pozwala wszystko widzieć w lepszych barwach. To przełomowe momenty, chwile i znaczący ludzie.

Był rok 1954, w którym Ludvík Malota skończył osiemnaście lat. Historyk stwierdziłby może, że lata pięćdziesiąte nie należały do najlepszych w naszych dziejach, ale od Ludvíka nie można żądać, aby podzielał tę opinię. Był szczęśliwy. Właśnie wyszedł zwycięsko z dwóch ważnych życiowych prób: zdał maturę, której bał się jak diabli, i dostał się na studia. A do tego właśnie zaczęły się wakacje.

Te dwa opowiadania łączy też to, że ogromną rolę gra w nich historia. Historia w ogóle jest ważna w tym zbiorze. Dramatyczne chwile w historii Czechów mają tu swoje odbicie. Svěrák jasno artykułuje to, o czym ludzie dawniej mieli odwagę tylko szeptać. Na przykład o tym, że „samobójstwo” Jana Masaryka to w rzeczywistości kolejna defenestracja. Pokazuje, że człowiek może znaleźć się w trybach historii zupełnie niechcący i z ogromnymi konsekwencjami dla dalszego życia. Myślę, że tu pojawiają się te punkty wspólne polsko-czeskie, szczególnie w kwestii rozumienia życia w ustroju komunistycznym. Na przykład, czym jest donos, który może złamać życie. Jednak Svěrák potrafi przełamać dramatyczne momenty, rozładowuje je niespodziewanie kadrem przepełnionym codziennością, zwykłymi sprawami, uczuciami czy śmiesznością zdarzeń.

W „Tramwajarczyku” wyławiałam też te wspomniane przyjemne obrazki… konkretnie z Pragi. Tramwaje, place, ulice. Te współczesne i te z dawnych lat. Obrazki z codziennego, zwykłego życia. Tego przed i po pracy. Ale i w nim nie brakuje poezji. Ludvík, nasz tramwajarczyk tworzy poezję, może nie do końca zrozumiałą, ale jednak. (Nie wiem właśnie, czy nie powinniśmy uznać, że w tym zbiorze są jednak dwa wiersze, jeśli Ludvíka potraktujemy jako alter ego autora. Ale czy autor chciałby wprost przyznać się do tej poezji, która nie może naleźć uznania? :))

Wczoraj i dziś, to ważne zestawienie w tekstach Svěráka:

W owych czasach Praga nie wyglądała latem tak jak dzisiaj. Nie musiała się bronić przed nawałą zagranicznych turystów, pragnących za wszelką cenę sfotografować Hradczany czy Tańczący Dom, gdzie wtedy ział jeszcze lej po bombie z 1945 roku. Stolica latem niemal zupełnie się wyludniała. Na hulajnogach po chodniku jeździły tylko dzieciaki. Gdyby wtedy, jak dzisiaj, na hulajnogach pędzili również dorośli brodaci mężczyźni, z pewnością pozamykano by ich w domu wariatów.

Historia wczoraj i dziś, podobnie zestawiona. Dobrze wybrzmiewa ten wątek w opowiadaniu „Generał”, przywołujący udział Czechów w Bitwie o Anglię. Tytułowy generał musi się skonfrontować z młodzieżą szkolną, która niespecjalnie historią się interesuje, a często myli podstawowe fakty. Liczy się dla nich to, co dziś. Na przykład mecz koszykarski. Historia wydaje się tak daleka i obca, że aż niemożliwa.

W przewrotny sposób autor proponuje kreatywne rozprawianie o historii w opowiadaniu „Ruina”. Uśmiech nie opuszczał mnie od pierwszych zdań, po ostatnie. Wszystko można sprzedać, jeśli się dobrze opakuje. Pozostaje pytanie, czy tak wolno w przypadku historii? Co szkodzi, a co jest jeszcze dopuszczalne i krzywdy nie czyni? Jeśli w do ruin pewnego zamku wprowadzi się postacie i rzeczy, których tam nigdy nie było, ale zyska na turystyce i zainteresowaniu lokalną historią? Stworzy legendy i nowe podania… Powraca tu do mnie myśl o zmyślonym czeskim bohaterze Cimrmanie… 🙂

Wśród tych ośmiu opowiadań jedno szczególnie przykuwa uwagę. „Rzeki”. Mini-kryminał z puentą, która rozbiła nastój niemal detektywistycznego śledztwa – w drzazgi. Przynajmniej u mnie zwieńczyła lekturę głośnym śmiechem (choć wcześniej do śmiechu nie było – aż tak bardzo :)). Tak, Zdeněk Svěrák jest mistrzem zestawień, zakładania pułapek, wodzenia czytelnika za nos i składania obietnic zachowania powagi – niestety bez pokrycia. A może dzięki Bogu?!

Z opowiadania, które otwiera zbiór zatytułowanego „Okienko” (to nazwisko bohatera, które szczególnie w dzieciństwie sprawiało mu wiele trosk), moją uwagę przykuło zdanie:

Ojciec pocieszał mnie: „Mirku, mamy szczęście, że urodziliśmy się w Czechach. Na Morawach moglibyśmy nazywać się Okieneczko”.

W Czechach? Czyli gdzie? A Morawy, to nie Czechy? Cóż, Czeska Republika składa się z Czech, Moraw i Śląska, godło państwa obrazuje ten podział. Ale rzecz leży jeszcze w czymś innym. W języku czeskim, który potrafi „wyglądać” inaczej w Czechach, na Morawach, czy na Śląsku. Prawdziwa zmora tych, którzy się do czeskiego przymierzają 🙂 Cóż, podziały geograficzne mają swoje językowe konsekwencje. 🙂 W przypadku czeskiego – znaczne! A do zdrobnień Czesi mają swego rodzaju predylekcję lub po prostu je lubią 🙂

Dwa opowiadania, o których jeszcze nie wspomniałam „Nocne niebo” i „Pies” o życiu i jego ścieżkach są właśnie, pierwsze niefabularyzowane, a mimo to miejscami bardzo zabawne. Drugie fabularyzowane i jakby trochę trawestacja, bo o psie, który jeździł samodzielnie pociągiem, do Pragi. Autor sprawnie miesza to, czego sam doświadczył z tym, co … „skonfabulował”, przybierając różne postacie, bawiąc się formą, językiem, zabawnymi konceptami.

Pierwsze zdania z opowiadania „Noce niebo” potraktuję jako puentę do mojego rozprawiania o „Opowiadaniach i wierszu”:

Opowiem wam historię z życia wziętą. Żadnego fabularyzowania, żadnego zastanawiania się, czy jest wystarczająco zabawna. Nic z tych rzeczy. Po prostu opiszę, co mi się przydarzyło.

I co przydarzyło się Czechom w wymiarze narodowym. Wiersz „Opis egzekucji” jest dopełnieniem historycznego spojrzenia. Plac Wacława widział sporo znaczących i dramatycznych momentów historii. Czy da się lekko zdmuchnąć te potworności, wspólnie, z całym narodem? Zdmuchnąć, wzbudzając razem wielki wiatr historii? Zabezpieczyć i obronić jej bohaterów, oddalić katów? Poezję zostawiam państwu do osobistych rozważań, a może i filologicznych rozbiórek. To bardzo wymowny wiersz. Przewidująco „aksamitny”.

Wierszowana puenta daje piękny literacki remis: osiem do jednego. Proza zrównoważona poezją.

Editress

Po całości

Sprawy, na które przyszedł czas / Petra Soukupová ; przełożyła Julia Różewicz. Wydanie I. – Wrocław : Wydawnictwo Afera, 2022. – 369, [4] strony ; 21 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Historia jednego małżeństwa, a może niejednego?  Zdecydowanie. Petra Soukupová nie odkrywa przed nami nowych lądów. Przecież znamy te historie „że żona go nie rozumie, że wcale ze sobą nie śpią…”. „Sprawy, na które przyszedł czas” to zapis stagnacji i rozpadu relacji, czego należało się spodziewać od samego początku. Dlaczego? Małżeństwo bez fundamentów musi runąć. Bez uczucia, przyjaźni, jasnych motywacji nic na trwałe nie da się zbudować.

Generalnie –  jest dość stereotypowo. Poznajemy parę młodych ludzi, który wiążą się ze sobą. Nie widać w tej relacji szczególnej namiętności. Może ona – Alice – jest zakochana, ale szczególnie mocno to nie wybrzmiewa. W zasadzie nie wiem, co ich motywuje do bycia razem. A zatem, czy można oczekiwać związku do grobowej deski?  

On – Richard – przystojny, poukładany, sportowy typ, emocjonalnie chłodny. Pewnie może się podobać, ale kobieta zakochuje się głównie przez uszy. Kolejne lata upływające bez słów „kocham cię”, dobitnie wyartykułowanych, są nie do przejścia. Tymczasem według męskiego punktu widzenia, jeśli kiedyś tam powiedział te „kocham cię” i nie odwołał, to przecież nadal obowiązuje. A poza tym stara się, dba o rodzinę, to chyba wiadomo jak jest. Nic nowego pod słońcem – uprzedzałam.
Pojawiające się kolejno dzieci to dodatkowe zarzewie konfliktów. Ona przy garach, ta dobra i wyrozumiała, on – 12 godzin w pracy, tyrający na rodzinę, tęskniący za swobodą chociaż w weekendy. Znamy. Klasyczna dychotomia – dobra, poświęcająca się mama, czuła, wyrozumiała (czasem zmęczona i poirytowana) i wymagający, nieobecny tata, do tego pedantyczny gbur, skąpy w okazywaniu uczuć.

Mój stosunek do tej powieści jest mocno ambiwalentny. Z jednej strony jest dość przewidywalna – bo czy zaskakuje tragiczny epilog małżeństwa, gdy jego prolog nie jest specjalnie spektakularny emocjonalnie? Z drugiej strony Petra Soukupová wykreowała wyraziste postacie, o których opowiada ze swadą, dobrze manewrując narzędziami narracyjnymi i potoczystością stylu. A to powoduje, że chce się tę opowieść chłonąć. Jest w tym tekście pewna moc, którą podsyca trzecioosobowy, wszechwiedzący narrator, który wypowiada się za każdego bohatera. Mamy zatem kilka punktów widzenia na tę samą sprawę. Widzimy oczyma dzieci i dorosłych. Każdy filtruje przez swoje emocje. Bohaterowie grają ze sobą, podchodzą się nawzajem. Jedna wielka rozgrywka, w której każdy chce coś uszczknąć i być chwilowym zwycięzcą. W tę grę gładko wchodzą dzieci, doskonale wszystko wyczuwając, rozkładają rodziców na łopatki po swojemu. Aż nadto dobrze widać, jakimi przegranymi są dzieci. I można zaklinać rzeczywistość nową jakością – patchworkową rodziną – jednak to zawsze jest dramat. Wyrwanie z bezpiecznego układu rodzinnego nie pozostaje bez konsekwencji i to również Soukupová  zręcznie podkreśliła.

Autorce udało się wydobyć całą esencję codzienności, pokazując również pewien komizm bohaterów. Nie zanurza swoich czetników w rozpaczy. Mamy twarde realia, w których trzeba się znaleźć. Przecież w zasadzie to się może przydarzyć każdemu. „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. Zapewne Alice i Richard mieliby większe szanse, gdyby ich małżeństwo miało solidniejsze podstawy. Ale i tak po tej lekturze pozostaje we mnie niejasne oduczcie, że oni nadal mają szansę. A może się łudzę…

Alice i Richard potrafią dostrzec swoje braki i niedociągnięcia. Ona wie, że mogłaby czasem poskromić język, on, że mógłby dać z siebie więcej.  Jednak te przebłyski refleksji zostają z nimi, bo tkwi w nich niechęć do przyznania się przed partnerem, że faktycznie przekroczyli pewien próg, za którym czai się upadek. Rodzinne zderzenie czołowe zbliża się nieuchronnie.

 „Sprawy, na które przyszedł czas” nie zaskoczą, ale też nie rozczarują czytelnika. Będzie przewidywalnie i znajomo, ale autorka znajduje także swoje indywidualne struny, na których wygrywa własną melodię.

 „…a Richardowi przebiega przez myśl, że chyba naprawdę spieprzył wszystko po całości”. Puenta jest dobitna i nie pozostawia złudzeń. Bohater przegrał, a wraz z nim rodzina. Klasyczna katastrofa małżeńska „po całości”. Być może ta druzgocąca świadomość ruiny jest w stanie ocucić i coś naprawić, stąd moje złudzenia, że Alice i Richard mają jeszcze szansę.

Editress

Przemoc nasza powszednia

Wrony / Petra Dvořáková ; [tłumaczenie: Mirosław Śmigielski]. Wołów : Wydawnictwo Stara Szkoła, 2020. 177, [7] stron ; 20 cm.

Długo się zastanawiałam, czy inaugurować 2021 rok recenzją książki ciężkiego kalibru, czyli powieścią czeskiej pisarki Petry Dvořákovej „Wrony”. Po namyśle uznałam, że absolutnie biorę ten tekst pod recenzencką lupę, bowiem nie ma przypadków, są znaki. Powieść godną omówienia należy zaprezentować. I to jedyny właściwy wyznacznik.

Lapidarne anonse i blurby na okładkach jedynie podrażniają literacki węch i to nie zawsze we właściwy sposób. Wykrzykiwanie „Bestseller z Czech” – wyrobionych czytelników zdystansuje do lektury. Porzućmy zatem tani marketing, gdy idzie o coś więcej. Petra Dvořáková jest popularną pisarką u naszych południowych sąsiadów, na koncie posiada czeską literacką nagrodę Magnesia Litera, warto przyjrzeć się bliżej tej twórczości. Na czeskich stronach znalazłam wiele słów zachwytu nad powieścią „Wrony”. Powiedziałam zatem: sprawdzam. I było warto.

O przemocy domowej pisano już nieraz w różnych konfiguracjach. Czy jest sens sięgać po kolejną podobną lekturę? W takich sytuacjach powraca do mnie myśl Gustawa Herlinga-Grudzińskiego

Dobry powieściopisarz czy nowelista treścią ukrytą w formie wyraża swój stosunek do życia. Ma on o życiu niewiele nowego do powiedzenia wprost po tym co zostało już powiedziane przez jego poprzedników; ale modulacją głosu, rytmem prozy, tonem narracji, dystansem i ustawieniem wobec opisywanego przedmiotu, wydziera jeszcze Wielkiej Tajemnicy swój drobny okruch.[1]

Czy Petra Dvořáková wydarła swój drobny okruch? Czy mając do dyspozycji często zużyte ponad miarę narzędzia literackie, opowiedziała choć trochę inaczej o rodzinnej przemocy? Otóż moimi zdaniem – tak.

Zajrzyjmy do opowieści. Oto mamy dwie narratorki. Dwunastoletnią Basię oraz jej matkę. Ten klasyczny chwyt pozwala zobaczyć jedną sytuację z dwóch punktów widzenia. Autorka umiejętnie wykorzystała taki model narracyjny, zdecydowanie z korzyścią dla fabuły. Zbudowała emocjonalną huśtawkę. Czytelnik odbija się od jednej do drugiej bohaterki. Doświadcza wewnętrznego rozbicia, choć muszę przyznać, że punkt widzenia matki w ogóle nie wydaje się przekonywujący. Od wejścia w tekst do jego zakończenia nawet na moment nie umiałam przyznać tej bohaterce racji. Bo czy przemoc można czymś uzasadnić? NIE. Zdecydowanie wstawiam tę bohaterkę do schowka z jednoznacznie złymi postaciami. Cała motywacja matki, która nakręca spiralę przemocy, złości, wiecznych pretensji wobec najmłodszej córki ogranicza się do tego, aby w domu był porządek. Musi być poukładane, wszystko na swoim miejscu. Ma być czysto, a dzieci….. muszą być grzeczne, zdrowe i przede wszystkim muszą się uczyć. Nie ma miejsca na spontaniczność, na odrobinę luzu. Baśka i Kasieńka w jednym stały domu. Tak, Baśka to ta zła. Nie trzyma porządku. Kasieńka – wiadomo. Starsza córka jest idealna, czemu młodsza nie może taka być? A nawet jak już zbliża się do ideału, cóż, wszelkie starania są pomniejszane, deptane, intencje fałszywie odczytywane. Mimo że padają słowa „kocham cię”, są one raczej jak cios wymierzony kamieniem w głowę. Jak dodatkowy wyrzut sumienia. Kocham cię, a ty jesteś taka… nieporządna. A tak naprawdę – niekochana. Od tej niby-miłości aż mdli.

Przemoc matki wynika właśnie z niekochania. I jest to wyraźnie wyczuwalne w kreacji tej bohaterki. Jej fałsz demaskuje się na każdym kroku. Matkę drażni, że dziewczynka ma talent plastyczny. Najlepiej, gdyby nic w niej dobrego nie było. Uniemożliwianie Basi rozwijania malarskich zdolności to również świetna okazja do szantażu i wygrywania kolejnych paskudnych emocji. Wyrzuty sumienia czasem przelatują przez głowę matki jak wrona za oknem, ale szybko znikają. Głupi i podły rodzic potrafi wytłumaczyć sobie wszystko. Nawet bolesne siniaki, które dziewczynka musi chować przez wzrokiem koleżanek w szkolnej szatni.  Wiecznie ścinane na krótko włosy (dziewczynka marzy o dłuższych), to kolejny świetny sposób na upokorzenie. Niech boli i szczypie, jak systematycznie dosypywana sól do ranki. Ile życie przynosi pomysłów, sposobów na przemoc… małą i dużą. Z fabuły aż się wysypują. I właśnie w tych cynicznych pociągnięciach batem jest moc tej powieści. Bolesna, tętniąca pod skórą.

Przerażająca jest oczywistość perfidii, która trwa w najlepsze. Zwykłość dramatu podawanego codziennie jak szklanka wody. A w tym klasyczna lojalność wobec kata, domowy syndrom sztokholmski. Plus klasyczna ślepota na zło, które się czyni. To perfekcyjna machina niechęci, którą zarządza “dwa w jednym” – matka i żona.


Tymczasem Basia się stara. Im bardziej się stara, tym gorzej wychodzi. Triumf nienawiści jest kompletny, gdy matka zaraża nią również ojca i starszą siostrę Basi, którzy dokładają dziewczynce kolejne ciężary. Matka w swojej histerii, bezwzględności i okrucieństwie zyskuje sojuszników, którzy zatracają właściwy ogląd rzeczywistości. I gdy pojawia się wreszcie trochę światła w dziewczęcym świecie Basi Lundak, rodzinna brutalność rujnuje wszystko. Co szczególnie przejmuje w tej powieści to deptanie, miażdżenie dojrzewającej dziewczynki, rujnowanie jej intymności, wystawionej na oceny, poniżanie – o zgrozo – przez rodzinę! Dojrzewające ciało, wstyd przed obnażeniem, wstyd przed ojcem, podnoszącym rękę na rozkaz matki, który nawet nie wybrzmiewa wprost. Wacław Lundak odczytuje podświadomie polecenie żony, ukryte w słowach-kluczach i wykonuje je bezbłędnie. Przeraża to, że dojrzewająca dziewczynka nie ma wsparcia w matce. Jej najbardziej intymne problemy rozwiązują inni, ci, którzy ją szanują. W domu Lundaków szacunku i poszanowania godności dziecka nie ma.

Patologiczna sieć, którą tworzą bohaterowie wynika z porażającego braku miłości, takiej, która jest należna dzieciom od rodziców, żonie od męża i vice versa. Uwypuklony niejasny stosunek ojca do Basi budzi dodatkowo podskórny niepokój. Autorka wysyła sygnały, które kłują jak drzazgi. Wbijają się i drażnią.

Petra Dvořáková zbudowała wyraźną siatkę skrajnych emocji. Napięcie, które narasta. I niby życie bohaterów płynie zwyczajnie, szkoła, dom, praca. A jednak kumulujący się sprzeciw wobec pseudonormalności wybucha, aby znaleźć ujście w finale.

Tytułowe wrony tworzą zgrabną symboliczną klamrę. Może trochę nachalną, ale celną. Dolewają niepokoju. Wrona zakłada gniazdo i buduje ptasią rodzinę. Normalne nawet w świecie zwierząt, ktoś jednak wchodzi w gniazdo z butami. Trzeba zacząć od nowa. Nie zawsze się da. Ponadto wrony za oknem, które obserwuje Basia (a one ją), wzbudzają jakąś demoniczność, te towarzyszki baśniowych czarownic budzą lęk. Jednak wrona to przede wszystkim ptak, także młody, który podrywa się do lotu. Oby nie za wcześnie, bo gdy chce się uciec z gniazda, a skrzydła jeszcze nie dojrzały, upadek bywa ostateczny.

Jest czas na rozsądne budowanie domu, na dojrzewanie, na poderwanie się do lotu… a może go nie ma…? Zapewne nie każdemu jest dany.

Editress


[1] Gustaw Herling-Grudziński, cytat przed posłowiem do wydania „Wieża i inne opowiadania”. W drodze. Poznań 1988. S. 229. Posłowie Zdzisława Kudelskiego. 

Izolinie uczuć, izolinie ciał.

Mapa Anny / Marek Šindelka ; przełożyła Anna Wanik. Wrocław : Wydawnictwo Afera, 2020. – 175, [5] stron ; 19 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Podobno czytelnicy rzadziej wybierają opowiadania, przynajmniej wydawcy twierdzą, że gorzej się sprzedają. Zdecydowanie krótką formę literacką „docenia” wrocławski Międzynarodowy Festiwal Opowiadania, który już w  kolejnej edycji promuje z sukcesem ten gatunek literacki. Może zmienią się trendy…

Osobiście bardzo „doceniam” opowiadania. Można przecież otrzymać tyle różnorodnej fabuły w jednym tomie. Czasem teksty splatają się ze sobą, mają wspólną myśl przewodnią rozpisaną na wiele głosów i historii. Ukryty klucz odczytań. Tak właśnie jest w zbiorze opowiadań czeskiego autora Marka Šindelki  zatytułowanym „Mapa Anny”.

Czeska  literatura  to mój częsty wybór czytelniczy. Nie tylko klasyka – Hrabal, Čapek, Kundera… ale zupełnie współczesne, młode spojrzenie czeskich prozaików, ma godną reprezentację na kilku półkach. Między innymi dzięki wydawnictwu Afera można całkiem dobrze zorientować się, co aktualnie “piszczy” w literackim świecie naszego południowego sąsiada. A jest bardzo ciekawie i różnorodnie.

Marek  Šindelka  został  “zaproszony” na polski rynek wydawniczy,  właśnie dzięki wspomnianemu  wydawnictwu Afera, książką „Zostańcie z nami”. I oto kolejna propozycja opowiadań, która pozwala sądzić, że objawia nam się autor „na dłużej”, którym zdecydowanie warto się zainteresować.

„Mapa Anny” – na okładce wymowne izolinie – izobary, może izohiety?  Łączą punkty o tych samych wartościach. U Šindelki pewnie tę samą temperaturę uczuć, te same odkrycia cielesności. Obnaża się z całą mocą powtarzalność i oczekiwanie na zmianę, na paradoksalne „załamanie” tej niepogody. Czytelnik może poucztować w szukaniu odczytań. Autor naprowadza, ale zostawia również wolną rękę. Tekst jest bardzo bogaty. Potrzeba wiele uważności podczas lektury.

Świat bohaterów wydaje się stosunkowo jałowy i pozbawiony smaku. Próżno szukać w nim czegoś co można byłoby nazwać prozaicznie – szczęściem – szczególnie w sferze związków i relacji. Stagnacja, identyczność, idealizacja  –  a obok wielkie wołanie o skazę, bliznę. Może nawet o brzydotę, aby wreszcie przełamać monopol nieskazitelnych ciał. Z drugiej strony, w sferze uczuć – niedojrzałość, kompletny brak zrozumienia wzajemnych oczekiwań i egoizm. Momentami można wpaść w irytację. Nachodzi ochota, aby wytrząsnąć  z bohaterów to zagapienie, nijakość, oczekiwania pozbawione widoków na jakiekolwiek spełnienie. Szybkie wpadanie w nudę, wypalanie uczuć, wzajemne emocjonalne rozgrywanie się, aż do zerowego salda emocji. Bohaterowie wybuchają porywami ciała, często przypadkowymi, które niosą konkretne efekty. Poza krótkimi przypływami namiętności, pustka zadaje ból do żywego.

Możemy czytać  innych i siebie jak mapy, wspólne doświadczenia cielesności, uniwersalizm fizjologii, pozwala nam na to. Procesy zachodzące w ciele są silnie powiązane z emocjami – jak trema – znacie to uczucie, pyta jeden z bohaterów? Znacie. Postać komika jest wręcz symboliczna  – dojmujący, charakterystyczny smutek błazna, który być może jako jedyny prawdę nam powie. Bywa jednak, że słowo powtarzane wiele razy traci swoje znaczenie. Nie tylko słowa. Wiele rzeczy, spraw, postaci traci swoje znaczenie, szczególnie to pierwotne. Znak naszych czasów. Autor czujnie wyłapuje te zmiany.

Teksty są gęste od przemyśleń, obserwacji, bardzo trafnych spostrzeżeń: Całował twoje siniaki i wyobrażał sobie, że pod skórą muszą być słodkie jak obite jabłko. Autor ma wyjątkowy talent plastycznego obrazowania.

Trochę o warsztacie. Oto mamy przed sobą skondensowaną prozę bez zbędnego szczegółu. Wszystko współgra i ma znaczenie. Uderza zmienna narracja, ukazująca różne punkty widzenia, jednak skupiona i przemyślana. Nie ma ślepych uliczek. Autor ma pełne panowanie nad treścią i formą.
Bohaterowie przemieszczają się po tekstach, zapożyczani z jednego opowiadania do kolejnego, tworzą łańcuch historii. Dopełniają swoje losy, dokładają brakujące klocki.

Cóż, wszystko już było, wchłaniamy historie swoje i innych. Odziedziczone ciało staje się mapą naszych przodków, z całym bogactwem inwentarza. Odbijamy w sobie świat w mikroskali. Siebie nawzajem. Wszystko już było, pewnie tak, ale warto spojrzeć  jeszcze raz, okiem Marka Šindelki.

Editress