Archiwum kategorii: Powieść

Ucieczka, która daje nadzieję

Uciekinierzy / Ulf Stark ; ilustracje Kitty Crowther ; przełożyła ze szwedzkiego Katarzyna Skalska. Wydanie pierwsze. – Poznań : Zakamarki, 2023. – 133, [11] stron : ilustracje ; 20 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

„Uciekinierzy” Ulfa Starka wpadli mi w ręce trochę przypadkiem, bowiem poszłam do księgarni z konkretnym planem zakupowym. Jednak okładka i krótki blurb odniosły marketingowy sukces i pomogłam „Uciekinierom” uciec z lokalnej księgarni. Był to bardzo dobry gest z mojej strony, ponieważ bohaterowie cudownie się „odwdzięczyli”. Powieść szwedzkiego autora pochłonęła mnie bez reszty i w niecałą godzinę oczarowana zostałam historią, która niosąc duży ładunek emocjonalny, potrafiła także zbudować i dać tak wiele nadziei. Nie spodziewałam się, że ta nieskomplikowana fabuła zrobi na mnie takie wrażenie.

Jak się później dowiedziałam, książka ukazała się już po śmierci autora i jest kolejną już częścią pewnej opowieści. Wcześniejsze losy bohaterów można znaleźć w trylogii „Magiczne tenisówki mojego przyjaciela Percy’ego”, „Mój przyjaciel szejk w Stureby” oraz „Mój przyjaciel Percy, Buffalo Bill i ja”. Co ważne, można „Uciekinierów” czytać samodzielnie, zupełnie bez straty. Czuję się jednak zachęcona, aby sięgnąć po wcześniejsze fabuły. Myślę, że będzie to ciekawy powrót do przeszłości.

A co takiego ujęło mnie podczas pierwszego spotkania w księgarni? Pozwolę sobie zacytować blurb. Będzie to bezpieczny ruch, ponieważ nie chcę zdradzać zbyt wiele z fabuły:

Dziadek chce uciec ze szpitala, by po raz ostatni odwiedzić swój dom na wyspie, gdzie spędził wiele lat życia. Ten szalony pomysł pomaga mu zrealizować jego wnuczek. Czego mały Gottfrid dowie się o swoim dziadku Gottfridzie podczas tej ryzykownej eskapady?

Dowie się sporo i przede wszystkim stanie wobec trudnych życiowych zdarzeń, z którymi dorośli kiepsko sobie radzą, a Gottfrid poradzi sobie znakomicie. Ma w sobie cudowną naturalność, dziecięcość, która go nie ogranicza, która podpowiada mu, co robić i napędza go, gdy pojawiają się problemy, niezręczności i poważne dylematy. Szuka rozwiązań, często bezkompromisowo. Bycie dzieckiem paradoksalnie pewne sprawy mu ułatwia.

A jaki jest dziadek? Dziadek jest prawdziwy. Z krwi i kości, nie jest „obrazkiem” miłego staruszka. Nie jest miłym i sympatycznym starszym panem, który rozdaje wszystkim uśmiechy. Przeciwnie. Złośliwy, arogancki, często rozdrażniony, nieźle daje się we znaki. I rodzinie, i personelowi medycznemu. Kiedy na chwilę, podstępnie opuszcza szpital, pielęgniarki oddychają z ulgą.

Dziadek jest „zbyt”. Zbyt wściekły, zbyt uparty, zbyt szalony. Ale Gotffrid właśnie takiego dziadka lubi. Zupełnie się nie zraża jego ciężkim charakterem. Bardzo chce mu pomóc. Znajduje nawet pomagierów, którzy mu to ułatwiają. Eskapada na wyspę się udaje i przynosi wiele ważnych odkryć. Za czym tęskni dziadek, czego się boi, w co wątpi, czego pragnie, leżąc samotnie na szpitalnym łóżku, otoczony obcymi ludźmi, którzy nawet nie mają pojęcia, co czuje i czego mu tak naprawdę brak.

Wnuk spisuje się na medal. Zupełnie inaczej jest z synem dziadka, ojcem Gotffrida. Obcość, obojętność, niechęć tworzy mur między dorosłym synem i zaawansowanym w latach ojcem, który ma „starte, za duże i zbyt zużyte serce”.  

I tylko słoik borówkowego dżemu, który dawno temu zrobiła babcia, jest jak życiodajna kroplówka, dawkowana po łyżeczce każdego dnia może zdziałać cuda. Dziadek jest coraz słabszy, ale milszy. Pomaga mu w tym także słownik, który daje mu nadzieję na ponowne zobaczenie się z babcią w lepszym świecie. Dlaczego? Nie zdradzę.

Gotffrid ratuje dziadka. Wyciąga z marazmu, daje nadzieję, wlewa w schorowane serce wiarę, zapełnia pustkę, która go paraliżowała i czyniła nieznośnym. Ulf Stark pokazuje, że warto dotrzeć do wnętrza drugiego człowieka, pozwolić mu nazwać swoje lęki, głośno o nich powiedzieć. Wówczas wszystko może się zmienić, nawet największa złość i zgorzknienie potrafią zamienić się w łagodność i czułość.

Piękna i wzruszająca opowieść, przez którą się płynie z ulgą do samego brzegu. Ukłony dla tłumaczki, Katarzyny Skalskiej za „udostępnienie” polskim czytelnikom tej wyjątkowej opowieści. Proszę bacznie przyjrzeć się również ilustracjom Kitty Crowther, które nadają tekstowi dodatkowego smaku i siły.

Editress

Wieczny imposybilizm i potrzeba wielkości

Cieniem będąc, cieniem zostałem / Wacław Holewiński. Wydanie pierwsze. – Warszawa : Lira Wydawnictwo, 2023. – 346, [5] stron ; 21 cm

Fot. Dom Książki/Editress

Powieść, o której wspominałam już w czerwcu, gdy przygotowywałam Czytelniczy letni prowiant. Wiedziałam, że trzeba się jej przyjrzeć bliżej. „Cieniem będąc, cieniem zostałem” Wacława Holewińskiego, to proza, z której można wyłowić mnóstwo smaczków. Ich dobór zależy jak zawsze od czytelniczych potrzeb, wrażliwości i czujności.

Historia najbogatszego Polaka w historii, Karola Jaroszyńskiego, dla którego nawet współcześni polscy miliarderzy nie są żadną konkurencją, jest niezwykle pociągająca. Autor podaje nam ją w atrakcyjnej formie narracyjnej. Nie mamy bowiem do czynienia z biografią, lecz jej literackim przełożeniem, z pełnym zaangażowaniem autorskiej wyobraźni. Czytelnik otrzymuje tu rolę rekonstruktora i musi być w tym zadaniu skrupulatny i pilny, ponieważ Holewiński nie zafundował nam linearnej opowieści. Ale to nie przeszkoda. To atut. Skaczemy po kadrach życia Jaroszyńskiego, jak filmowym transfokatorem najeżdżamy na kluczowe momenty, które zaważyły na losie naszego bohatera. Tak, to bardzo filmowa opowieść. My, Polacy, spragnieni wielkości, śniący o sukcesie na międzynarodową, światową skalę, mamy w swojej historii nietuzinkową, całkowicie zapomnianą postać, która może nam trochę ego narodowe podbudować. Przy czym ta wielkość, zaplątana w meandry wielkiej historii klasycznie się rozpada. Zostają westchnięcia i kolejne oczekiwania na bohatera, który zrobi wreszcie „coś”, co nas uniesie, przeniesie i zakotwiczy w lepszej przyszłości. Już na dobre, a nie tylko na czas mgnienia powieką.

O czym jest ta powieść? Odpowiadam, o czym jest dla mnie: o wiecznym polskim imposybilizmie i wiecznej potrzebie wielkości. O ponadczasowym umyśle, który musi się zderzyć z fatalizmem historii, karłowatymi charakterami, które nigdy nie wyczują doniosłości chwili, nie dostrzegą potencjału lub z samej zawiści zgniotą wszystko, czasem nawet dziejową szansę. Powieść o naszych grzechach narodowych, które zawsze ściągają tę samą pokutę. Ale także o pewnego rodzaju fatum, jakimś wyższym planie, który zawisł nad nami i nie wiadomo, jaki będzie jego finał.    

Nic nie wiedziała o Polsce. Może to i dobrze. Po co komu ta wiedza? Lepiej bez niej. Z czego miałby być dumny? Z ciągłych porażek? Jaki inny naród chciałby swoją tożsamość budować na przegranych. Te pochody na Sybir, kajdany, kobiety w czerni. Po co, po co?

 – myśli Jaroszyński po upojnej nocy spędzonej z pewną szwedzką hrabiną, która była świadkiem jego spektakularnego sukcesu w kasynie w Monte Carlo – wygrana 774 kilogramów złota pozwala spłacić długi tego utracjusza i kobieciarza. Ale staje się też życiowym „gamechangerem”. Od tej chwili zaczyna się finansowy sukces Jaroszyńskiego i ciąg ważnych zdarzeń. Cukrownie, banki, kopalnie, plany własnego kasyna. Wizja małżeństwa z córką cara, Tatianą. Pierwsza wojna światowa i dostawy broni dla rosyjskiego wojska. Potem zderzenie z bolszewikami, nieudana próba ich obalenia i stopniowe wpadanie w cień. Obok tego wszystkiego działania filantropijne, ochronki dla sierot, wspomaganie studentów, jeńców wojennych i ufundowanie Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Bogata i niejednoznaczna biografia. Zakurzona. Może gdyby założył ostatecznie własną rodzinę, coś więcej by dziś pozostało?

Tymczasem Wacław Holewiński mówi za Jaroszyńskiego, do czego sam się przyznaje: „tak mogło być, ale na pewno tak nie było”.  Powieść „ugina się” od przemyśleń Jaroszyńskiego, głośno wypowiedzianych, gdy okoliczności temu sprzyjały lub ścigających go wyłącznie w jego głowie. Ta powieść jest mocno „przegadana” –  w dobrym tego słowa znaczeniu – przez głównego bohatera, według możliwych wizji snutych przez autora, który wkłada mu w usta słowa potencjalne, ale możliwe, „wynikające” z biograficznych dociekań.

Polska… wielka euforia po pobiciu bolszewików, a potem wszystko na straty. Szanse… Los czasami bywa hojny, ale zwykle premiuje nielicznych. Tych, którzy chcą i wierzą, że mogą.

 – myśli Jaroszyński, stopniowo odchodząc w cień. Chcieć to móc? Pewnie dużo w tym prawdy. Ale gdy historia wyrzuca nas na ostrych zakrętach, zapewne nie jest to łatwe.

Powieść „Cieniem będąc, cieniem zostałem” Wacława Holewińskiego to także przyjemna wędrówka po epoce, w której żył Jaroszyński. Spotkanie z jej twórcami – rzeźbiarzami, malarzami, architektami. Osobiście bardzo cenię ożywianie minionego świata na kartach powieści. Lubię trafiać na jego detale i pooddychać tamtą atmosferą. Solidny sztafaż, który ma swoją rolę, choć głównego bohatera na pewno nie zakrywa. Ten nad nim zdecydowanie dominuje, mimo że cieniem był i cieniem pozostał.

Ostatecznie wszyscyśmy z cienia. Taki los.

Editress

Porzućcie nadzieję, wy, którzy wychodzicie na blokowy korytarz…

Złodzieje żarówek / Tomasz Różycki ; [projekt okładki Alicja Biała]. Wydanie I. – Wołowiec : Wydawnictwo Czarne, 2023. – 250, [5] stron ; 20 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Muszę od razu dodać, że chodzi o korytarz bloku dziesięciopiętrowego wzniesionego w minionym systemie. Konkretnie korytarz nad dziesiątym piętrem, który łączył wszystkie klatki schodowe i był miejscem schowków, pralni, suszarni i innych zakamarków, w których działy się rzeczy niesamowite, magiczne i straszne. I  tu natychmiast doprecyzuję, że Tomasz Różycki opisał PRL istotnie jako rzeczywistość mityczną, magiczną i piekielną.

Kręgi piekła w dziesięciopiętrowym bloku na jednym z osiedli w Opolu, (lokalizację da się ustalić po licznych „śladach” w tekście”), miały szerokie zasięgi i nieprawdopodobne emanacje. Winda, zsyp na śmieci, pękające rury w ścianach, wieczna ciemność – wynikająca z kradzieży żarówek, lokalnych podpaleń (stąd dym i „zaciemnienie”), dokonywanych przez kochających Heraklita wyznawców. Ciemność to także efekt zadymień papierosowych, które były stałym elementem każdej rodzinnej imprezy, gdzie przysłowiowe siekiery nie poddawały się prawom grawitacji. Ciemność mogła również spaść na człowieka nagle, gdy zbyt wiele skapnęło z aparatury wiadomego zastosowania.

W takim piekielnym bloku funkcjonuje rodzina Tadeusza, naszego dziecięcego narratora, który przeprowadza nas przez swoją historię, ale także towarzyszących mu sąsiadów, rówieśników, znajomych. Nie jest to obraz w pełni realistyczny, ale też nie mamy poczucia zupełnego surrealistycznego odrealnienia. Tadeusz, mitologizując sceny, obrazy, postacie, podnosi ich rangę w czasie, który potrafił upodlić wszystko i wszystkich. Mityczne bóstwa musiały od czasu do czasu zawładnąć ludzkimi ciałami, wpływać na ich zachowania, a nawet wygląd – bo inaczej Tadeusz nie wytłumaczyłby sobie tej rzeczywistości i zjawisk w niej występujących. W mojej opinii wybrał najlepszą z dróg.

Powieść złożona jest z nawarstwiających się dygresji. Bohater chce nam opowiedzieć o pewnym ważnym zdarzeniu w jego rodzinie, o niesamowitym „geście miłości”, aby dosłownie po pierwszym zdaniu skręcić w odmęty mnóstwa innych historii i obrazków, których kolejnym katalizatorem jest kawa w ziarnach i konieczność zmielenia jej u sąsiada. Aby tego dokonać, należy pokonać wspomniany koszmarny korytarz, w którym mógł czyhać Minotaur, a nawet sam Hades z „bóstwami pomniejszymi”. Wyobraźnia Tadeusza, dziecięca naiwność i dziecięce lęki otwierają przed nami Tartar niesamowitych opowieści, pole walk z bogami, którzy robili z ludźmi, co im się tylko zamarzyło. Korytarz jako miejsce niczyje i zarazem miejsce dla wszystkich, przeraża i nęci:

Korytarz, z poziomu którego dało się ręką dosięgnąć obłoków czy gwiazd w rozświetloną noc, pozostawał wszelako miejscem niczyim, kładką zawieszoną  w przestworzach, na której spotykali się wszyscy pragnący ucieczki i odosobnienia: tam umawiano się na papierosa, na flaszkę, na miłosne schadzki, tam próbowano wszelkich substancji zakazanych. Tam wreszcie dopadały ludzi ludzkie potrzeby: liczne wnęki i zakamarki wzdłuż całego przejścia były z jakiegoś powodu dla niektórych wprost wymarzone, wręcz korciły, by w ukryciu załatwić się, pozostając wciąż niewykrytym.(…) Korytarz – zwany też stromym strychem z uwagi na mieszczące się tam pomieszczenia pralni i suszarni – potrafi być bowiem miejscem grozy, szczególnie w ciemnościach. Ale i w dzień często widoczne na posadzce ślady krwi wskazywały na to, że niekiedy ktoś tam poluje.

To mały rzut okiem na wspólną przestrzeń blokową. Ale bohaterowie sprawnie funkcjonują również wśród „akcesoriów PRL-u” –  prodiż, młynek, śnieżący telewizor, „aparatura”, a wszystko to w metrażach klatek dla chomików – à propos, wątek zwierząt jest też szeroko i interesująco przedstawiony. Szczególnie psów. Mam wrażenie, że pies jest zwierzęciem arcypolskim w każdym systemie. 🙂

Chów klatkowy nieco rozluźnia balkon. Jest on bardzo ważną przestrzenią, w której dokonują się sprawy istotne (tu często biją źródła donosicielstwa, zawsze można podsłuchać, co u sąsiada…), ale również wyzwala się prawdziwa chęć do lotu, chęć opuszczenia piekielnych blokowych kręgów.

Dzięki dziecięcemu narratorowi mamy również wgląd w dzieciństwo PRL-u. Niby szare, ubogie w akcesoria, ale barwne – paradoksalnie. Na pewno bardziej swobodne i wolne niż dziś – tu również widzę paradoksalność. Dzieci to bardzo ważny “element” blokowego pejzażu i jego okolic. Wszystko, co najważniejsze działo się poza mieszkaniem. Daleko od wzroku dorosłych. Rodzice mieli swoje konspiracyjne życie. Wzniosłe i mniej wzniosłe.

„Złodzieje żarówek” to bardzo dobra powieść. Autorowi udało się wybrać całą esencję komunistycznego bytowania Polaków, pokazując nie tylko PRL-owski survival, doskonale przygotowujący naród na wojnę atomową, (aby ten nie wszedł z wprawy, „zajęcia” odbywały się każdego dnia), ale także udało się temu bytowaniu nadać barw (i humoru) poprzez mityczne przetworzenie. To nie jest kolejna opowieść o życie w komunie na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych w bloku z wielkiej płyty. Wiem, że dla wielu czytelników takie „zaanonsowanie” fabuły już mogłoby być zniechęcające. W tej powieści jest znacznie więcej. Mogłabym nawet wyobrazić sobie ekranizację opowieści Tadeusza. Małe historie i ta wielka historia, która przemyka dyskretnie, bardzo zgrabnie wpleciona w życiorysy bohaterów.

Moje doświadczenie PRL-u jest dość mgliste, ale są też elementy ostre, które z tej mgły się wyłaniają. A lata dzieciństwa zawsze są święte, niezależnie od tego, na jaki czas przypadają. To u Różyckiego również da się wyczuć. Neony, młynki, kawa w ziarnach, kolejki – pamiętam, choć to naprawdę wczesne dzieciństwo. Powieść “Złodzieje żarówek” nie jest dla mnie powrotem do przeszłości. Odnajduję w niej świetną opowieść osadzoną w konkretnych czasach, z konkretnym sztafażem, z wyrazistym narratorem, który dostaje ode mnie sto procent uwagi i zrozumienia. To bardzo solidna powieść z charakterem, z pomysłem, który mnie przekonał. Tomasz Różycki pokazał, że można o czymś, o czym już napisano tak wiele, napisać jeszcze raz w bardzo autorskiej, oryginalnej wersji.

Editress

Z dobrego serca powiem ci, jak myśleć!

Mąciciel / Paweł Beręsewicz. Wydanie I. – Łódź : Literatura, 2023. – 204, [4] strony ; 21 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Każdą nową powieść Pawła Beręsewicza witam z przekonaniem, że oto ponownie spotkam się z literaturą, która mnie zaskoczy, zafascynuje, mądrze oczaruje i wywoła uśmiech na twarzy. I już na stracie mogę powiedzieć, że i tym razem nie doznałam zawodu! „Mąciciel” wspaniale zamącił mi w głowie! Mam teraz o czym myśleć i mogę się „pozastanawiać” do woli. Własnej woli, wolnej woli, niczym nieskrępowanej woli… wol… Wolność osobista mi to gwarantuje! Wolny umysł wykonuje! A zatem rozgryzam literacko „Mąciciela” i mówię przyszłym czytelnikom, co należy z tej lektury szczególnie zapamiętać, wziąć sobie do serca, zapisać w notatnikach na czerwono i niebiesko. Na niebiesko to, co dobre i poprawne, na czerwono, to co złe i do odrzucenia. Wskażę dokładnie punkty newralgiczne, treści bezpieczne i niebezpieczne. Proszę mieć na to szczególne baczenie!

Dobrze. To oczywiście „wolne żarty”! Przepraszam, za cztery ostatnie zdania w pierwszym akapicie, coś (lub ktoś) zmąciło mi umysł… Drodzy czytelnicy, czytajcie jak chcecie, ale przeczytajcie, bo warto! Delikatnie chciałam przemycić atmosferę „Mąciciela”, sygnalizując tym samym, co czeka każdego, kto wejdzie w fabułę Pawła Beręsewicza. A czeka go niemały zamęt, zmącenie i mnóstwo pytań, na które odpowiedzi niech szuka najlepiej sam! Jest w tej powieści coś z klimatu „Aplikacji”, wcześniejszej powieści autora, obie wyraźnie i z powodzeniem skręcają w dystopijne rejony. Myślę zatem, że tematyka i styl opowiadania są doskonałą propozycją dla młodego czytelnika.

Przyznaję, że autorowi idealnie udało się oddać to, co dotyka nas w sferze wzajemnej komunikacji, panującej dezinformacji, dyktatu różnej maści poprawności. Wdzierającej się z coraz większą bezczelnością cenzury, narzucaniu jedynie poprawnej wizji świata, stylu życia, idei i wartości. Nie są to komfortowe warunki dla rozwijających się osobowości, które z braku doświadczenia, jeszcze dotkliwiej odczuwają wszelkie eksperymenty, które różni „mąciciele” przeprowadzają na naszych  „żywych organizmach” –  głównie w umysłach. Opowieść toczy się w nieokreślonym czasie, możemy się domyślać, że sięga przyszłości, którą dziś możemy tylko przeczuwać i prognozować. Ta nie jawi się kolorowo. Przesłanki, znaki i symptomy mamy już dziś, w naszej codzienności.

Autor doskonale wypunktował również tę „plemienność” sądów, która dzieli ludzi w różnych sferach życia. To stłamszenie myślenia i jednocześnie dyskusji, której w zasadzie nie ma. Zostaje tylko odbijanie się od jednego fejku do drugiego. No i te przysłowiowe dobre chęci, którymi niejedno ludzkie piekło jest wybrukowane… Z dobrego serca powiem ci, jak myśleć.

Jonasz Kurowski, główny bohater, ma tę szczególną cechę zwaną „umysłowym wiercipięctwem”, które rozpycha obowiązujące szablony. To przepustka do samych problemów, szczególnie w szkole. W świecie bohatera są na to sposoby. Naświetlanie promieniami, które skutecznie ustawią każdego do obowiązującego pionu. Poznajemy Jonasza, gdy przed koniecznością takiego zabiegu staje. Niechętnie i wielką obawą. W ostatniej –  mogłoby się wydawać –  chwili, piętnastolatek otrzymuje koło ratunkowe, które również tylko się wydaje ratunkiem. Bo w „Mącicielu” niczego nie można być pewnym. Skala manipulacji jest potężna i trzeba przyznać, że autor ma niezły rozmach we wprowadzaniu czytelnika w błąd, ślepe uliczki, labirynty, dziurawe płoty, a nawet spróchniałe pnie. Korzysta przy tym obficie z najnowszej technologii i technik zmącenia, które pewnie są pieśnią przyszłości.

Ale, ale…to, co wydaje się technologicznym zbawieniem świata, bywa jego kamieniem młyńskim u szyi. To, co budzi nakazany i jednocześnie fałszywy lęk, może być początkiem czegoś dobrego. Nie da się wszystkiego poukładać jednoznacznie. Często trzeba się zdawać na własną intuicję, wewnętrzny kompas wartości i zdobytą już wiedzę. Choć i ta bywa często polem manipulacji. Co zatem zrobić? Myślę, że czasem i dorośli tego nie wiedzą. W powieści Pawła Beręsewicza nie prezentują się aż tak wzorowo i sami solidnie mącą wodę. Sobie i innym.    

 Muszę przyznać, że „Mąciciel” nie jest łatwą lekturą, zdecydowanie stawia  przed czytelnikiem wymagania. I to mnie bardzo cieszy. W rekomendacji „Mąciciela” Katarzyna Wasilkowska pisze: Samodzielne myślenie staje się deficytem –  mam nadzieję, że ta powieść zmniejszy ten deficyt.   

Editress

A ty? Dlaczego czytasz książki?

O kocie, który ratował książki / Sosuke Natsukawa ; tłumaczenie Anna Zalewska. Tytuł oryginału: Hon o mamorō to suru neko no hanashi, 2017 Wydanie I. Kraków : Flow books, 2023. 265, [7] stron ; 20 cm.

fot. Dom Książki/Editress

Na okładce informacja, że trzymam w ręku międzynarodowy bestseller. To chyba dobrze, że książka o książkach i czytaniu ma tak wielu czytelników na całym świecie? Oznaczałoby to, że pasjonatów czytania jest pokaźna liczba na ziemskim globie.Mamy zatem poważną platformę wiodącą do międzynarodowej dyskusji i porozumienia ponad podziałami 🙂  (Nie chcę myśleć tylko o marketingowych chwytach…).

Tak, ja też bardzo lubię książki o książkach. O księgozbiorach, księgarniach i bibliotekach. Książki pisane przez czytelników, którzy ze swadą opowiadają o swojej pasji i miłości do szeleszczących stron, pięknych okładek i farby drukarskiej – trzy filary „uwielbienia” książki od strony fizycznej. 🙂 Pozostaje jeszcze, kwestia „książkowej duszy”, o której Sosuke Natsukawa pisze jasno, że takowa istnieje. Tchnie ją zawsze czytający.

Jest w książce „O kocie, który ratował książki” sporo „okrągłych zdań”, które nie odkrywają przed czytelnikiem nowych światów, czasem trącą naiwnością, ale padają też pytania, które są dość istotne w kontekście motywacji czytelniczych, jakości czytania, nadprodukcji książkowej, z którą mamy dziś do czynienia i „wypierania książki dobrej przez złą”. Tak, są książki dobre i złe. Podobnie jak filmy, obrazy i inne wytwory kultury.

Tytułowy kot, przypominający tygrysa, pociąga Rintarō, ucznia liceum, spadkobiercę antykwariatu, prowadzonego dotychczas przez dziadka, w tajemnicze labirynty z intencją ratowania książek. Rintarō jako wielki miłośnik czytania daje się w ciągnąć w tę przedziwną znajomość i misje ratownicze, które pozwolą mu jednocześnie uporządkować sytuację życiową. Przepełniony smutkiem po stracie dziadka chłopiec będzie mógł wypełnić stratę i otworzyć się na nowe możliwości.

Nie jest to powieść realistyczna, kot, który mówi, to jednak rzadkość :), ale ta magiczna konwencja, która tworzy ramy dyskusji o książce, jest bardzo atrakcyjna narracyjnie. Nie chcę analizować samej fabuły. Moją uwagę przykuły  bowiem trzy kwestie. Pierwsza – motywacje czytelnicze. Dlaczego czytamy? Popularne są od kilku lat wyzwania  w rodzaju „52 Book Challenge” – pięćdziesiąt dwie książki przeczytane w ciągu roku, czyli jedna na tydzień. Czytanie dla ilości? A co z jakością czytania? Dziadek Rintarō zadaje pytanie, czy więcej warty jest ten, kto przeczytał dziesięć książek niż ten, który przeczytał jedną dziesięć razy? Co przynosi czytanie na akord? Lektura powinna coś w nas zostawiać. Powinna być przepracowana, powinna nam coś wnieść na trwałe, na dłużej. Skłonić do przemyśleń. Ilość czy jakość? Odpowiedź jest oczywista. Przypomina mi się historia czytelniczki, która zamknęła się w pokoju hotelowym w ostatnim dniu roku, aby doczytać książki, które dopełniły jej czytelnicze całoroczne wyzwanie. Szybko kartkowała, skakała, aby osiągnąć ilość. Pomyłka i nonsens. A samo kupowanie książek? Jaka jest motywacja? Snobistyczne gromadzenie? Tego rodzaju pytania i wnioski pojawiają się, gdy bohater trafia do pierwszego labiryntu.

W drugim rozstrzyga się kwestia nadmiaru wydawniczego, efektywności czytania i pragnienia bycia oczytanym, szczególnie w klasyce, która z każdą dekadą stoi coraz bliżej lamusa. Rintarō odbywa rozmowę z naukowcem, który dwoi się i troi, aby skutecznie streścić wszystko, co się da, licząc, że wtedy ocali zapominane tytuły. Wraz z umiejętnością szybkiego czytania streszczone do jednego zdania książki stworzą nieprawdopodobnie oczytane społeczeństwo. W tekście wyraźnie wybrzmiewa sprzeciw wobec wszelkich uproszczeń, streszczeń, które niszczą całą językową maestrię książki, które zubażają, a tym samym nie kształtują, nic nie wnoszą. Dają czytelnikowi produkt pozbawiony zasadniczych wartości.

Labirynt trzeci to wyrzut uczyniony wydawcom, dla których liczy się wyłącznie sprzedaż. Poradniki sprzedające powietrze, chwytliwe slogany, kształtowanie oferty wydawniczej pod wpływem kiepskich gustów, bez poczucia, że książka powinna jednak coś oferować nie tylko silne bodźce, rozrywkę, tanie pocieszenie. A to się najlepiej sprzedaje.

Ludziom, którzy w ogóle nie sięgają po książki, wystarczy przygotować proste informacje w punktach. Jakieś pięć sposobów na osiągniecie sukcesu albo osiem warunków koniecznych, żeby zrobić karierę, i tym podobne. Do samego końca nie zorientują się, że nie zrobią kariery właśnie dlatego, że czytają takie książki.

Tak mówi wydawca w trzecim labiryncie. Gorzka, ale niosąca wiele prawdy pigułka. Czytanie powinno rozwijać. „Trudna” książka jest “trudna”, bo zawiera treści często nam obce. A zatem już nas otwiera na nowe. Trzeba czasem zaryzykować i taką lekturę.

Czytanie nie powinno alienować. O tym przekonuje się Rintarō. Powinno rozwijać, ale i uwrażliwiać na innych. Wędrówki po labiryntach z nadzwyczajnym kotem prowadzą do właściwego, dobrego wyjścia. Bohater odkrywa życie wokół siebie i ludzi, których nawet nie podejrzewał o empatię, troskliwość, której, jak mu się zdawało – nie doświadczał.

Powieść „O kocie, który ratował książki” Sosuke Natsukawy potwierdziła niektóre moje przeczucia, utwierdziła w przekonaniach i zainspirowała do stawiania pytań o jakość i cel naszego czytania, a także o postawy wydawców. Czytając, warto podnosić poprzeczkę. Jest wówczas szansa, że nie skusi nas i nie zwiedzie książka „napisana i wydana wyłącznie dla pieniędzy”, że tak sobie pozwolę strawestować słowa Grzegorza Ciechowskiego…   

Editress

Złudne panowanie

Cesarski zegarmistrz / Christoph Ransmayr ; tłumaczenie Jacek St. Buras. Kraków : Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, copyright 2018. – 268, [3] strony ; 21 cm. (Seria z Żurawiem)

Fot. Dom Książki/Editress

Człowiek i czas. Temat fascynujący i niewyczerpany. Pytania o naturę czasu, jego panowanie nad nami spędzają sen z powiek naukowcom i filozofom. Sądzę, że to się nie zmieni do końca… no właśnie. Początek i koniec, przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. Tkwimy w okowach temporalnych pojęć, jesteśmy przez nie zdeterminowani i kusi nas, aby zapanować nad zegarem. Albo przynajmniej poudawać, że możemy bieg czasu spowolnić, a nawet na chwilę zatrzymać. Być panem czasu? Kompletna ułuda. Lubimy to jednak rozważać i mieć nadzieję, że może kiedyś stanie się to możliwe. Czas, jednostka fizyczna, która potrafi być tak subiektywnie odczuwana. Choć mam wrażenie, że ostatnio wszyscy doświadczają jakiegoś upiornego przyśpieszenia.

Ten być może przydługi wstęp jest efektem lekturowego namysłu. Trochę niespodziewanie wpadła mi bowiem w ręce książka austriackiego pisarza Christopha Ransmayra „Cesarski zegarmistrz”, która nie tylko o czasie rozprawia, ale jednak czyni z niego osnowę całej opowieści. Pokazuje żałosną chęć panowania nad czasem i ostateczne poddanie się mu, które staje się przeznaczeniem każdego z nas, bez względu na stan posiadania i społeczną pozycję.

Alister Cox, wybitny angielski zegarmistrz udaje się z ekipą swoich utalentowanych pracowników do Chin, aby tam spełnić zachcianki chińskiego cesarza, którego pochłania fascynacja zegarami. Qíanlóng,  Pan Dziesięciu Tysięcy Lat, przed którym musi się zginać każde kolano, a żaden wzrok nie może dosięgnąć jego oczu, wykłada Coxowi swoje banały o czasie. To jedynie przekonuje zegarmistrza, że chiński cesarz jest tylko człowiekiem, i jak wszyscy jest poddanym czasu, a nie jego władcą. Żałosna chęć posiadania nieograniczonej władzy, jakiej domaga się śmiertelny i ułomny człowiek, może tylko budzić uśmiech politowania.

Zegarmistrz dostaje zlecenie na trzy zegary, które mają mierzyć tempo upływu czasu w różnych okresach ludzkiego życia – dziecka, zakochanych i umierających (czy skazanych na śmierć – cesarz chiński dostarczy zegarmistrzowi możliwość porozmawiania z takimi nieszczęśnikami o czasie, który im został do egzekucji). Istotnie, różnie odczuwamy czas z biegiem lat i z narastającym doświadczeniem.

Alister Cox też ma swoje porachunki z czasem. Przedwczesna śmierć dziecka złamała zegarmistrza i odtąd zmienia się jego postrzeganie upływu kolejnych godzin i lat.

Pięć lat, tylko pięć lat!, dane było przeżyć Abigail z bezmiaru wieczności, i kiedy jej mała trumienka spłynęła w ciemność grobu na cmentarzu w Highgate, jej ojciec kazał usunąć wszystkie zegary, nawet zegar słoneczny na południowej ścianie swojego domu, poza jednym zagadkowym mechanizmem zegarowym, który polecił umieścić na nagrobku córki zamiast marmurowego anioła czy płaczącego fauna.

Ów tajemniczy zegar nazwany Zegarem życia Abigail jest w istocie kolejnym marzeniem człowieka o perpetuum mobile, czyli tak naprawdę pragnieniem nieśmiertelności. Takie właśnie opus magnum Alister Cox będzie konstruował w Chinach. Dzieło, które ma ukoić jego ból po stracie córki i jednocześnie ukochanej żony, która całkowicie go odrzuciła i zamilkła. Alister Cox liczy na uzdrowienie przy pomocy czasu tej od początku „nieproporcjonalnej miłości”. Faye, młoda dziewczyna w zaaranżowanym małżeństwie z dużo starszym mężczyzną, miała dla niego jedynie podziw, ale nie miłość, on zaś kocha ją szaleńczo.  

W czasie wypełnia się nasz los. Czym jest przedwczesność zdarzeń? Co znaczy, że wszystko ma swój czas? Jak się ten los rozkłada na sekundy i minuty, godziny, dni i lata? Każdemu inaczej. Abigail na pięć lat, młodemu pomocnikowi zegarmistrza, Badlerowi tylko na dwadzieścia dziewięć. Ile czasu ma cesarz, Alister Cox, czy Faye?

Cesarz Oíanlóng potrafi wyznaczyć poddanym czas śmierci.  Okrutnej, bestialskiej wręcz. Najbardziej jest zainteresowany zegarem przemijania, bo wydaje mu się, że nad tym zapanować potrafi. Zatrzymać pory roku, zerwać linię życia. I trwanie na wieczność. Perpetuum mobile. Fascynuje i przeraża go zarazem. Mechanizm, który nigdy się nie zatrzyma, przerasta przecież jego wszechmoc i wieczność. Przyjdzie zapewne moment, w którym tyran się zatrzyma, a “ponadczasowy zegar” Coxa będzie odmierzał czas nadal. Czy warto go zatem uruchamiać?

Christoph Ransmayr stworzył fabułę, która płynie w jakimś szczególnym tempie. Autorowi udało się w specyficzny sposób zamknąć w tej opowieści czas i poczucie jego upływania. Nawet dramatyczne zdarzenia mają dziwne „krawędzie”, jakby zasnute, nieostre, bo to nie one są tu najważniejsze. Można odnieść wrażenie „postoju”, zamknięcia w bańce czasu historii dziejącej się w XVIII wieku. Kłania się tu również kunszt translatorski Jacka St. Burasa, któremu udało się tę wyjątkową atmosferę powieści przenieść i zachować.

„Cesarski zegarmistrz” to także opowieść pokazująca zderzenie kultur, miejsca ich nieprzystawalności i mentalnej nieprzekładalności. Opowieść o kochaniu bez wzajemności, o iluzjach, którymi chcemy się karmić i tęsknocie za czymś więcej. Tęsknocie za wiecznością. Tempus fugit, aeternitas manet.

Editress

Kwitnące wiśnie na półkach

Ukochane równanie profesora = Hakase no aishita sūshiki / Yōko Ogawa ; z japońskiego przełożyła Anna Horikoshi. Wydanie I. – Warszawa : Tajfuny, copyright 2019. – 190, [2] strony ; 20 cm.

Podziemie pamięci / Yōko Ogawa ; z japońskiego przełożyła Anna Karpiuk. Wydanie I. – Warszawa : Tajfuny, 2022. – 286, [2] strony ; 20 cm.

Dziewczyna z konbini / Sayaka Murata ; tłumaczenie z japońskiego Dariusz Latoś. Kraków : Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2019. – 141, [2] strony ; 21 cm. (Seria z Żurawiem)

Fot. Dom Książki/Editress

Początek roku przynaglił mnie do swego rodzaju inwentaryzacji domowej biblioteki. Wynikało to poniekąd z pewnych zawodowych konieczności, ale stało się podwójnie owocne. Z przyjemnością odkryłam bowiem, że rozrasta się półka z literaturą japońską. Również ta wirtualna, bo w e-bookach także kształtuje się ładna reprezentacja literacka z kraju kwitnącej wiśni. Swoją drogą dla książek elektronicznych powinnam podjąć prace ewidencyjne, bo się już gubię i zapominam, jakie skarby posiadam.

Popularyzowanie literatury to szlachetne zajęcie. Doceniam, szanuję i trzymam kciuki za wydawców, którzy podejmują się tego zadania na trudnym polskim rynku. I dzięki temu literatura japońska ma się już całkiem nieźle na naszych księgarskich półkach. Kilka lat temu moje serce zdobyło wydawnictwo Tajfuny, którego książki zachwyciły mnie również od strony edytorskiej. Kruchutka mini forma oddawała klimat tekstów, koncepcja graficzna i typograficzna dopełniały całości. Gdy pierwszy raz wzięłam te wydania w rękę, miałam wrażenie, że dotykam Japonii, chociaż w tym papierowym wymiarze. Drugim japońskim zachwytem były książki z serii „Z Żurawiem” Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego (obecnie marka Bo.wiem). Nie ukrywam, że okładki w wykonaniu Małgorzaty Flis przyciągały mnie jak magnes (okładka ma moc!). Bardzo lubię prace tej ilustratorki. I tak rozpoczęłam nową przygodę literacką.

Zatem przeglądając japoński kącik literacki, wybrałam trzy tytuły, które w moim odczuciu mają ze sobą wiele wspólnego. Dwa z nich przede wszystkim łączy osoba pisarki, czli Yōko Ogawy, a myślę tu o „Ukochanym równaniu profesora“ i „Podziemiu pamięci“. Ale ta trzecia, „Dziewczyna z konbini” Sayaky Muraty również ma z nimi łączność. Ich punkt wspólny to bohater. Poza społecznymi oczekiwaniami, normami, usiłujący znaleźć się w urządzonej już rzeczywistości. Inny, nieprzystający.

„Podziemie pamięci” to najbardziej skrajna z tych historii, ponieważ rozgrywa się w dystopijnym świecie, w którym trzeba się mocno trzymać wytyczonych zasad, aby nie podpaść systemowi i… pewnego dnia nie zniknąć. Jak wiele innych rzeczy, które znikają bez ostrzeżenia na pewnej wyspie, gdzie rozgrywa się cała akcja. Wraz z anihilacją przedmiotów (i nie tylko), z języka i z pamięci musi zostać wyrugowane wszystko, co się z nimi wiązało. Nie ma róż? Nie mówimy o różach, nie wspominamy, nie piszemy. Z tym ostatnim narratorka ma największy problem, ponieważ jest pisarką. Jak tworzyć, gdy brakuje słów i pamięci? Tajni agenci sprawdzają, czy ktoś nie przechowuje czegoś, co zniknęło, czego ma już nie być. Ani fizycznie, ani w pamięci. Ktoś, kto nadal pamięta, jest zagrożeniem, jest wrogiem systemu.
Oczywiście obok wyrasta podziemie, które nie podporządkowuje się wymogom, narażając się na przykre konsekwencje. Można powiedzieć, że podobne historie już były opowiedziane. Znamy ten schemat:  system totalitarny i kontrola obywateli. W tej jednak opowieści jest coś więcej. Bo gdy nagle znikają części ludzkiego ciała – można powiedzieć, że znika już zupełnie człowieczeństwo. „Podziemie pamięci” to wielopoziomowa powieść. Mocna w swym przesłaniu. Bohaterowie, ich wzajemne relacje, pytania, przemyślenia, a także wspomnienia, budują dotkliwą wizję wyalienowania społeczeństwa. Wizję rozpadu relacji, która kończy się upadkiem w nicość. Absolutna nicość staje się przeznaczeniem bohaterów, nic ani nikt nie przechowa przeszłości i nie stworzy przyszłości, bo nie ma już z czego.

Druga powieść Yōko Ogawy „Ukochane równanie profesora” jest podobno ulubioną książką Japończyków. Nie dziwię się. Mnie również zauroczyła. Opowieść o profesorze matematyki, który pamięta tylko przez osiemdziesiąt minut, a potem wszystko staje się dla niego nowe, jest dla mnie historią o empatii, dobru, które w sobie mamy – albo możemy mieć, relacjach, które przynoszą spokój, ukojenie i odnawiają ludzkiego ducha.

Wypadek samochodowy, któremu uległ bohater, poważnie uszkodził jego pamięć wsteczną. Natomiast nadal doskonale funkcjonuje w świecie liczb. Matematyka jest realnym życiem profesora. Ponieważ żyje samotnie, stale potrzebuje pomocy w domu, gospodyni, która zadba o codzienne sprawy. Jego choroba bardzo utrudnia relacje z innymi. Sam profesor wygląda dość kuriozalnie, bo cały jest obczepiony karteczkami, z informacjami, które musi pamiętać. Najważniejsza jest ta jedna. „Moja pamięć trwa osiemdziesiąt minut”. Gdy pojawia się kolejna  gosposia, musi się pojawić nowa karteczka. Przez dom profesora przewija się sporo pomocy domowych, aż pojawia się ona. Nasza narratorka, z synem, którego profesor nazywa Pierwiastkiem. Trudny, zamknięty człowiek pokazuje nowe oblicze. Niemal rodzinne relacje, jakie nawiązuje gospodyni, jej syn i profesor odmienia ich wszystkich A pomiędzy nimi jeszcze królowa nauk. Po lekturze „Ukochanego równania profesora” można zakochać się w matematyce. Zobaczyć jej „oblicze“ tak różne od tego szkolnego. Dostrzec, jak można wzrastać intelektualnie, zmieniać swoje postrzeganie świata, obcując z liczbami i ludźmi. Matematyczny język staje się czymś co wiąże, staje się dodatkowym sposobem komunikacji, łączności, budowania relacji. Coś na kształt podzielanych pasji. Ale nie tylko.

Lubię takie historie, gdy pojawienie się drugiego człowieka w życiu osoby, która pozostawała gdzieś na marginesie życia, odzyskuje ją na nowo. Daje nadzieję, budzi najpiękniejsze uczucia, empatię. Lubię, gdy w wyniku niespodziewanego spotkania, ludzie cudownie się obdarowują. Choć podobno nie ma przypadków…
Wyalienowany mężczyzna, mieszkający w świecie liczb wzruszająca niemal do łez, gdy przeżywa zwykłe zranienie chłopca jak największy dramat. Ten mężczyzna, owładnięty miłością do liczb, daje tak wiele swojej wrażliwości i czułości, o które nikt by go pewnie nie podejrzewał. Wszystkie postacie w tej historii dostają niesamowite bogactwo, dotykają sedna tego, kim jesteśmy i pojmują,  jak bardzo jesteśmy sobie potrzebni.

Fot. Dom Książki/Editress

„Dziewczyna konbini”  Sayaky Muraty nie ma w sobie już tego pocieszenia. Keiko Furukura ma 36 lat i pracuje w sklepie. Nie ma własnej rodziny i nie chce jej mieć. Od dziecka nie szuka kontaktów z innymi. Najlepiej czuje się wtedy, gdy niezauważona, wtopiona  w społeczeństwo robi mechanicznie każdego dnia to samo. Czyli pracuje w sklepie. Nie ma żadnych ambicji, o których krzyczy współczesny świat. Ona po prostu żyje i robi swoje. Praca w konbini, specyficznym japońskim sklepie, urządza jej wszystko. Jest jak trybik w machinie i czuje się z tym doskonale. Bezpiecznie. Czy społeczeństwo może zrozumieć i zaakceptować to, że ktoś tak chce żyć? No właśnie nie. Bohaterka odczuwa naciski rodziny, otoczenia, znajomych, z którymi i tak bardzo rzadko się spotyka, i zawsze pod wewnętrznym przymusem. Zaczyna więc zmyślać i koloryzować, aby dano jej spokój, aby nie widziano w niej dziwaczki, co i tak się ostatecznie nie udaje. Gdy w konbini pojawia się mężczyzna podobny do niej, następuje prawdziwe zderzenie.

Keiko nie robi nikomu krzywdy. Nikomu nic nie narzuca. Jest przeźroczysta. Żyje według własnych potrzeb, a jednak jest solą w oku. Można rozumieć, że rodzina, bliscy chcą jej szczęścia w takim kształcie, jakim go pojmują i sami doświadczają. Ale ona jest szczęśliwa według własnego wzoru i co ważne, co już podkreślałam, nie wyrządza nikomu krzywdy.  Gdy próbuje się zbliżyć do obowiązujących szablonów szczęścia, wówczas staje się zupełnie rozbita.

„Dziewczyna konbini”  dołącza do moich ulubionych lektur z serii Z Żurawiem, (w której znajdują się nie tylko japońskie tytuły). W tym roku na pewno zafunduję sobie kilka spotkań z japońską powieścią, bo to naprawdę interesujące spojrzenie na ludzką kondycję. Postaram się wybrany tytuł podsumować recenzją. Tymczasem na blogu są już dwa teksty recenzujące japońskie książki. Kilka słów o powieści „Stacja Tokio Ueno” Yu Miri i „Zanim wystygnie kawa” Toshikazu Kawaguchi jest do dyspozycji czytelników odwiedzających Dom Książki Editress!

Editress

Z pierwszego na drugie?

Siostrzyczka / Izabella Klebańska. Łodź : Wydawnictwo Literatura, 2022
165, [3] strony : ilustracje ; 21 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Utrata pierwszego miejsca na podium jest zawsze bolesna. Jak każda deklasacja, nawet ta pozorna. Takiej bowiem doświadcza Mela, bohaterka powieści Izabelli Klebańskiej „Siostrzyczka”. Jak dojrzewać do bycia starszą siostrą? To trudne zadanie. Autorka prezentuje ciekawe i nietuzinkowe spojrzenie na problem, który zapewne dotyka wielu młodych ludzi, nastolatków (jedynaków), którzy nagle dowiadują się, że będą mieli rodzeństwo. Problem dystansu wiekowego jest w tej powieści bardzo ważny. Dotychczasowy, znany świat, codzienność ulegają znaczącym przemianom. Tak w sferze prozaicznych życiowych spraw, jak również, a może przede wszystkim, w emocjonalnym świecie młodego człowieka.

Rodzi się niepewność, poczucie utraty pozycji w rodzinie, lęk o uczucia rodziców. To, co przez wiele lat było poukładane w rodzinnych relacjach, będzie podlegało przewartościowaniu, zmianom. Dla głównej bohaterki Meli jest to podwójnie trudny czas, ponieważ jako dwunastoletnia dziewczynka, wchodzi w okres dojrzewania. Powstaje tym samym prawdziwy kołowrotek uczuć, który autorce udało się doskonale oddać. Emocje w tym tekście są bardzo dobrze „wygrane” i podkreślone. Widzimy je z wielu stron, są ukazane przez pryzmat postaci dojrzałych i tych młodszych.

Mela otrzymuje dużo wsparcia, ma szansę na mądre rozmowy, które rozjaśniają obawy, lęki, choć oczywiście nie do końca. Przychodzi moment kryzysu, który dla fabuły i bohaterów stanie się katarktyczny. Moment skrajnego napięcia, kumulacji emocji, które wybuchają z mocą!

Mela jest inteligentną, bystrą, utalentowaną artystycznie nastolatką. Odnosi sukcesy w szkole muzycznej, ma również osiągnięcia plastyczne. Pojawiają się pierwsze dojrzałe pytania o to, co właściwe chciałaby robić? Grać, czy malować? Podejmuje ostatecznie bardzo odważną decyzję. Bohaterka dojrzewa na naszych oczach. Ale nie jest w tym sama.

Autorka dała Meli solidny świat. Ma opiekuńczych dziadków, którzy wspierają i oferują pomoc w trudnych chwilach. Rodziców, którzy rozumieją jej obawy. Zrządzeniem losu otrzymuje również przyjaciół w postaci wielodzietnej rodzinny Wiśniewskich, która pomaga dziewczynce w nowej sytuacji. Melania uczy się od nich bycia starszą siostrą. Przy okazji dostrzega, że każda rodzina ma swoje problemy i relacje rodzeństwa bywają trudne, nie da się uniknąć zgrzytów. Należy to wpisać w rodzinny bilans i zaakceptować. To normalne. Każdy na dnie duszy chowa tajemnice, trudne uczucia, o których głośno nie mówi – to również etap, dzięki któremu człowiek dojrzewa. Mela przekonuje się, że wiele osób z jej otoczenia – najbliżsi i znajomi mają swoje sekrety, ciężkie przeżycia, które rzutują na ich zachowania. Ta świadomość przynosi dziewczynce ulgę i stanowi kolejny stopień wtajemniczenia w dorosłość. Złe uczucia wobec rodzeństwa zdarzają się nawet w najlepszej rodzinie. Trzeba o tym rozmawiać.

Mela, w przypływie emocji potrafi otwarcie i dostanie wyartykułować, co ją boli. Jednak często zbyt mocno i nie zawsze w odpowiedniej chwili, co zbudza zdziwienie bliskich. Zbyt długo przenoszone emocje bywają trujące. Stąd pojawiają się pierwsze rysy w relacjach z mamą. Mama, która została obarczona obowiązkami związanymi z opieką nad młodszym dzieckiem, istotnie nie ma tyle czasu i siły, aby wszystkiemu sprostać, tym bardziej że młodsza córka choruje. Urodzona jako wcześniak, ma kłopoty często obecne u dzieci urodzonych za wcześnie. Mała Hela „zabiera” dużej Meli czas, uwagę, a nawet dzień urodzin – dziewczynka rodzi się dokładnie w tym samym dniu, co starsza siostra. Odtąd będą musiały świętować razem.

W powieści pada wiele mądrych słów, spostrzeżeń, które oswajają z nową rzeczywistością. Wartością jest również to, że dorośli nie ukrywają własnych doświadczeń z przeszłości – zwłaszcza dziadkowie i ciocia bohaterki. Korzystają z nich jak ze swoistego egzemplum, aby dodać dziewczynce otuchy i pokazać pewną powtarzalność zdarzeń. Problemy miał i ma każdy, szczególnie w relacjach międzyludzkich – w tym te z rodzeństwem i rodzicami. Wszystko jednak da się przezwyciężyć w dobrym domu. A Mela taki dom ma. Miejsce, w którym można dojrzewać, rozwijać się i nabierać mądrości życiowej.

„Siostrzyczka” Izabelli Klebańskiej bez wątpienia porusza ważny problem, o którym mało się mówi, mam wrażenie, że stanowi swego rodzaju tabu. Cieszę się, że taki głos pojawia się w polskiej literaturze dla dzieci. Być może będzie to powieść dająca wiele otuchy i wsparcia młodym ludziom, którzy nagle stali się starszym rodzeństwem i mają nową, ważną rolę w życiu.

Editress

Książki do zadań specjalnych

Marius, magia i Wilkołaczka Liisi/ Reeli Reinaus ; z języka estońskiego przełożyła Anna Michalczuk-Podlecki ; [Ilustracje: Marja Liisa-Plats]. Wydanie I. – Piaseczno : Wydawnictwo Widnokrąg, 2022. – 224, [3] strony : ilustracje ; 22 cm.

Żona dla taty! / Reeli Reinaus ; z języka estońskiego przełożyła Anna Michalczuk-Podlecki ; [ilustracje Marja-Liisa Plats]. Wydanie I. – Piaseczno : Wydawnictwo Widnokrąg, 2019. – 205, [3] strony : ilustracje ; 22 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Podążając estońskim tropem, rozsmakowując się w literaturze naszych bałtyckich sąsiadów, między innymi dzięki twórczości Andrusa Kivirähka  i jego „Tildzie i kurzołkowi”,  „Listopadowym porzeczkom” (nominowanych w tym roku do Nagrody Angelus), z wielką przyjemnością oddałam się lekturze powieści Reeli Reinaus, skierowanych do dzieci i młodzieży. Owe pozycje książkowe znalazły się w serii „Książki do zadań specjalnych” Wydawnictwa Widnokrąg  – i jest to bardzo trafna “klamra” (stąd zapożyczony tytuł recenzji :)). Jak się okazuje, mamy dobrą literaturę po sąsiedzku i zdecydowanie warto przyglądać się estońskim autorom.  

Dorobek Reeli Reinaus jest pokaźny i szeroko nagradzany, doceniany w Estonii, ale także poza jej granicami. Dzięki Annie Michalczuk-Podlecki, jednej z trzech tłumaczek w całej Polsce, która przekłada z estońskiego i my możemy poznać twórczość Reinaus. W jej świecie powieściowym dominują codzienne problemy dzieci, ale także ważne dylematy, wymagające zrozumienia, pomocy i czasu. Autorka jest z wykształcenia folklorystką i wiele z folkloru estońskiego możemy znaleźć w powieści „Marius, magia i wilkołaczka Liis”, która właśnie znalazła się w polskich księgarniach. Książka została wpisana na honorową listę White Ravens 2018 i  Good Children’s Book 2017. Ma w sobie wszystko, co może być kuszące w literaturze dla dzieci. Zanurzona w baśniowej magii, niesie wiele uniwersalnych prawd i mądrych wskazówek. Gdy codzienność miesza się z niezwykłym światem, pełnym niespodzianek, tajemnic i niebezpieczeństw, dostajemy emocjonującą mieszankę, która mocno działa na wyobraźnię.

Marius przeprowadza się z rodziną w nowe miejsce i musi się odnaleźć w tej rzeczywistości. Znaleźć paczkę przyjaciół, zaaklimatyzować się w szkole, wypełnić swoje życie nową treścią. Ale na co może liczyć w małej estońskiej wiosce? Wydaje się, że na niewiele. Tymczasem przed bohaterem otwiera się perspektywa niezapomnianych doznań, wrażeń i mocy, które odmienią całe jego życie i sposób patrzenia na świat. A wszystko to dzięki Liisi i tajemnicom pobliskiego lasu, gdzie kumuluje się cała baśniowość tej historii. Tajemnicze istoty, które budzą lęk i fascynację, zawładną Mariusem i jego znajomymi.

Co czytelnik, dzięki bohaterom wyniesie z tej opowieści? Z pewnością dowie się, że powierzchowna ocena zawsze zawodzi. Nie wszystko, co ma pozory dobra, jest dobre. Piękna zjawa może zabić, a wielka wilczyca ocalić życie. Jasno wybrzmiewa myśl, że poświęcenie jest wielką wartością – choć często bywa źle zrozumiane przez tych, którzy stoją z boku. Dlatego udziałem bohaterów stanie się również samotność i odrzucenie. To szczególnie trudne, gdy ma się naście lat.
Marius stara się być rozważny i zachować się sprawiedliwe, ale to nie zawsze jest proste. Uleganie opiniom innych przeważnie prowadzi na manowce, dlatego warto samemu „wyruszyć” na poszukiwanie głębi w drugim człowieku. Bohaterowie przekonają się, jak ważna jest troska o siebie nawzajem, równowaga – ta życiowa, jak i ta w naszym otoczeniu. Każde jej zaburzenie to poważne konsekwencje. Jest czas na rozkwitanie, dojrzewanie, jest też czas na śmierć. I również z jej majestatem spotkają się Marius, Liisi i ich przyjaciele.

Znajdowanie sobie miejsca w życiu wymaga czasu i dobrych ludzi wokół, aby osiągnąć ten cel. Przełamywanie lęku, stereotypów, dążenie do samodzielności w myśleniu dojrzewa w nas przez lata. A budowanie życia od nowa potrzebuje śmiałej decyzji. Często podejmowanej przez kilka osób jednocześnie. Jak w innej powieści Reeli Reinaus „Żona dla taty”. To ciepła i zabawna historia o sprawach ważnych. Narratorką jest Kaisa, ma 12 lat i mieszka w Tallinie. Od razu wciąga czytelnika w nurt swojej opowieści. Myślę, że pierwszoosobowa narracja w wykonaniu dorastającej dziewczynki była strzałem w dziesiątkę. Otrzymujemy bowiem dużo zabawnej naiwności i rozbrajającej bezpośredniości. Szczerość, wywołuje uśmiech na twarzy.

Mama Kaisy zmarła dawno, dziewczynka przez wiele lat była tylko z tatą. Teraz trzydziestosiedmioletni architekt uznał, że czas coś zmienić w ich rodzinnym życiu. Dziewczynka również jest otwarta na to, aby ten kobiecy pierwiastek, którego potrzebuje dorastająca nastolatka, znowu pojawił się w ich domu.

Brzmi poważnie? Ale tak nie jest, przynajmniej nie całkiem. Historia osieroconej dziewczynki, która pomaga tacie znaleźć żonę jest opowiedziana bez zadęcia. Wszystkie akcenty zostały mądrze rozłożone. Krzepiąca i  zabawna opowieść pokazuje, jak wypełnić życiową pustkę, bez potoku łez, smutku i patosu. Tylko z nadzieją.

Tata już nie pamięta, jak się randkuje, wiele jego zachowań często odstrasza kobiety. Córka służy pomysłami, wraz z przyjaciółką Merit, która ma spore doświadczenie, dzięki własnej mamie, która nieustannie szuka męża. I oto pojawia się przed nami plejada kobiet o przeróżnych charakterach. Randki taty przeważnie kończą się fiaskiem i wspólnym naradzaniem się z Kaisą, co i czemu poszło nie tak. Przy tym nie trącą dobrego humoru i nadal mocno się wspierają.

Każda z nowo poznanych kobiet wnosi coś do życia dziewczynki i jej ojca. Kształtują się w nich ważne przemyślenia. Kompromisy i próba akceptacji drugiego człowieka – tak, ale bez pomijania własnej podmiotowości. Dążenie do celu – tak, ale nie za wszelką cenę. Nic na siłę. Szczególnie w sprawach ważnych. Często, gdy przestajemy rozpaczliwie o coś zabiegać rozwiązanie przychodzi samo.

Autorka z wyczuciem dobrała kobiece bohaterki, które przewijają się przez życie Kaisi i jej taty. Dzięki nim mogła przemycić do tekstu ważne zagadnienia, jak chociażby kwestię bicia dzieci, egoizmu, narzucania bez sprzeciwu swoich zasad. Te spotkania z różnymi osobowościami wiele mówią bohaterom o tym, kim są i co jest dla nich ważne. Dzięki temu zgodnie będą potrafili przywitać w swoim życiu kobietę, która będzie idealną – mamą i żoną.

Warto zwrócić uwagę na ilustracje. Obie książki ilustrowała Marja Liisa-Plats, estońska artystka, która doskonale wpisała się w charakter obu powieści i wzmocniła przesłanie każdej z nich.

Editress

Po całości

Sprawy, na które przyszedł czas / Petra Soukupová ; przełożyła Julia Różewicz. Wydanie I. – Wrocław : Wydawnictwo Afera, 2022. – 369, [4] strony ; 21 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Historia jednego małżeństwa, a może niejednego?  Zdecydowanie. Petra Soukupová nie odkrywa przed nami nowych lądów. Przecież znamy te historie „że żona go nie rozumie, że wcale ze sobą nie śpią…”. „Sprawy, na które przyszedł czas” to zapis stagnacji i rozpadu relacji, czego należało się spodziewać od samego początku. Dlaczego? Małżeństwo bez fundamentów musi runąć. Bez uczucia, przyjaźni, jasnych motywacji nic na trwałe nie da się zbudować.

Generalnie –  jest dość stereotypowo. Poznajemy parę młodych ludzi, który wiążą się ze sobą. Nie widać w tej relacji szczególnej namiętności. Może ona – Alice – jest zakochana, ale szczególnie mocno to nie wybrzmiewa. W zasadzie nie wiem, co ich motywuje do bycia razem. A zatem, czy można oczekiwać związku do grobowej deski?  

On – Richard – przystojny, poukładany, sportowy typ, emocjonalnie chłodny. Pewnie może się podobać, ale kobieta zakochuje się głównie przez uszy. Kolejne lata upływające bez słów „kocham cię”, dobitnie wyartykułowanych, są nie do przejścia. Tymczasem według męskiego punktu widzenia, jeśli kiedyś tam powiedział te „kocham cię” i nie odwołał, to przecież nadal obowiązuje. A poza tym stara się, dba o rodzinę, to chyba wiadomo jak jest. Nic nowego pod słońcem – uprzedzałam.
Pojawiające się kolejno dzieci to dodatkowe zarzewie konfliktów. Ona przy garach, ta dobra i wyrozumiała, on – 12 godzin w pracy, tyrający na rodzinę, tęskniący za swobodą chociaż w weekendy. Znamy. Klasyczna dychotomia – dobra, poświęcająca się mama, czuła, wyrozumiała (czasem zmęczona i poirytowana) i wymagający, nieobecny tata, do tego pedantyczny gbur, skąpy w okazywaniu uczuć.

Mój stosunek do tej powieści jest mocno ambiwalentny. Z jednej strony jest dość przewidywalna – bo czy zaskakuje tragiczny epilog małżeństwa, gdy jego prolog nie jest specjalnie spektakularny emocjonalnie? Z drugiej strony Petra Soukupová wykreowała wyraziste postacie, o których opowiada ze swadą, dobrze manewrując narzędziami narracyjnymi i potoczystością stylu. A to powoduje, że chce się tę opowieść chłonąć. Jest w tym tekście pewna moc, którą podsyca trzecioosobowy, wszechwiedzący narrator, który wypowiada się za każdego bohatera. Mamy zatem kilka punktów widzenia na tę samą sprawę. Widzimy oczyma dzieci i dorosłych. Każdy filtruje przez swoje emocje. Bohaterowie grają ze sobą, podchodzą się nawzajem. Jedna wielka rozgrywka, w której każdy chce coś uszczknąć i być chwilowym zwycięzcą. W tę grę gładko wchodzą dzieci, doskonale wszystko wyczuwając, rozkładają rodziców na łopatki po swojemu. Aż nadto dobrze widać, jakimi przegranymi są dzieci. I można zaklinać rzeczywistość nową jakością – patchworkową rodziną – jednak to zawsze jest dramat. Wyrwanie z bezpiecznego układu rodzinnego nie pozostaje bez konsekwencji i to również Soukupová  zręcznie podkreśliła.

Autorce udało się wydobyć całą esencję codzienności, pokazując również pewien komizm bohaterów. Nie zanurza swoich czetników w rozpaczy. Mamy twarde realia, w których trzeba się znaleźć. Przecież w zasadzie to się może przydarzyć każdemu. „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. Zapewne Alice i Richard mieliby większe szanse, gdyby ich małżeństwo miało solidniejsze podstawy. Ale i tak po tej lekturze pozostaje we mnie niejasne oduczcie, że oni nadal mają szansę. A może się łudzę…

Alice i Richard potrafią dostrzec swoje braki i niedociągnięcia. Ona wie, że mogłaby czasem poskromić język, on, że mógłby dać z siebie więcej.  Jednak te przebłyski refleksji zostają z nimi, bo tkwi w nich niechęć do przyznania się przed partnerem, że faktycznie przekroczyli pewien próg, za którym czai się upadek. Rodzinne zderzenie czołowe zbliża się nieuchronnie.

 „Sprawy, na które przyszedł czas” nie zaskoczą, ale też nie rozczarują czytelnika. Będzie przewidywalnie i znajomo, ale autorka znajduje także swoje indywidualne struny, na których wygrywa własną melodię.

 „…a Richardowi przebiega przez myśl, że chyba naprawdę spieprzył wszystko po całości”. Puenta jest dobitna i nie pozostawia złudzeń. Bohater przegrał, a wraz z nim rodzina. Klasyczna katastrofa małżeńska „po całości”. Być może ta druzgocąca świadomość ruiny jest w stanie ocucić i coś naprawić, stąd moje złudzenia, że Alice i Richard mają jeszcze szansę.

Editress