Urządzeni w kryształowych zamkach

Już, już! / Katarzyna Wasilkowska ; ilustracje Robert Konrad . Łódź : Wydawnictwo Literatura 2021. – 232 stron : ilustracje, 22 cm. (To Lubię)

Fot. Dom Książki/Editress

Przeczucia nie mylą, warto być im wiernym. Kiedy kilka miesięcy temu zachwycałam się powieścią „Świat Mundka” Katarzyny Wasilkowskiej, wiedziałam, że mam do czynienia z bardzo utalentowaną pisarką. Na potwierdzenie nie musiałam zbyt długo czekać. Oto na półki księgarskie trafiła powieść „Już, już!”. Autorka stworzyła fabułę wzbudzającą niesamowite emocje. O ile „Świat Mundka” otrzymał wywróżenie IBBY w plebiscycie na książkę roku, o tyle powieści „Już, już!” nie powinna ominąć żadna znacząca nagroda literacka. Książka, która wbija w ziemię, fotel. W co tylko chcecie. Emocjonalny strzał, cios, który będzie rozgrzewał wasze emocje bardzo długo – mimo iż to powieść dla młodzieży, uważam, że również obowiązkowa lektura dla dorosłych! Szczególnie dziś. Rzeczywistość, którą mamy za oknem, a raczej w swoich domach, jeszcze bardziej wzmacnia wymowę i znaczenie tej powieści.
Ciekłokrystaliczne ekrany świdrują oczy naszych dzieci od miesięcy. Zdalna nauka dorzuca kolejne godziny spędzone przed elektroniką wszelkiej maści. To nie pomaga. Powiększa się krąg dramatów.  Powieść „Już, już!” idealnie oddaje problemy współczesności, które dotykają młodych ludzi – szczególnie tych wrażliwych, osamotnionych, dla których świat cyberprzestrzeni jest naprawdę polem bitwy o psyche.   

Nasza bohaterka, dziewięcioletnia Lula żyje w zupełnie normalnym domu. Ma rodzeństwo, mamę, tatę, dobrze się uczy, nie sprawia problemów wychowawczych. Rodzice o nią dbają, są troskliwi, zabezpieczają wszystkie potrzeby. W pierwszym najeździe literackiego transfokatora – sielanka. Stopniowo pojawiają się maleńkie rysy na szkle, niedostrzegane w ciągłym biegu dnia codziennego. Uśpiona czujność pozwala na wyrośniecie niewidzialnych – jeszcze – korzeni dramatu, które oplotą rodzinę, aż do utraty tchu. Wraz z rozwojem fabuły, czytelnik dostrzega sygnały, które wysyła autorka. Perfekcyjnie dawkuje napięcie, które narasta z każdym rozdziałem.

Lula ma pierwsze, niewinne problemy. Coś w szkole idzie nie tak, koleżanki dryfują w inną stronę niż ona. Coraz mniej zrozumienia. Pierwsze konflikty w domu. Nadwrażliwość dziewczynki daje o sobie znać. Dziecięcy ostracyzm, nacisk społeczny – te motywacje popychają ostatecznie Lulę na skraj emocjonalnej przepaści, a finalnie zrzucają w tę przepaść. Dlaczego? Co za tym stoi?

Lula przy narastających kłopotach zaczyna zwracać się ku innemu światu. Stopniowo, niewinnie, niby z odpowiedzialnością i pozornym nadzorem rodziców, którzy przecież mają wszystko pod kontrolą. Cóż, tylko nam się zdaje. Niepostrzeżenie nasza Lula „urządziła” się w Kryształowym Zamku. Elegancko „umeblowała się” w demonicznej grze komputerowej, która tymczasem ją „urządziła” i podporządkowała bez jednego wystrzału. Dziewczynka prowadzona na lince tajemniczości, pozornej przyjacielskości wchodzi w piekielne medium. 

Katarzyna Wasilkowska z niesamowitą precyzją zbudowała etapy wchodzenia dziecka w zniewolenie. Wyraźnie pokazane są punkty przełomowe, motywacje, impulsy do coraz głębszego zapadania się dziewczynki. Autorka stworzyła świat iście demonicznej gry, (znacząca nazwa producenta Devil’s Media). Wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach. Opis fabuły gry, postaci, zdarzeń jest bardzo plastyczny, zasady doskonale sprecyzowane. Czytelnik od pierwszego kontaktu z tym medium, dostaje wyraźny sygnał, że wchodzi do niebezpiecznego środowiska, które zachowuje przyjazne pozory. Niewinne działania stają się coraz bardziej upiorne i niepokojące. Doskonale tę atmosferę oddał na okładce ilustrator Robert Konrad.

Powieść woła o społeczne uwrażliwienie. Prosi o dostrzeżenie problemu pokolenia „digital natives” (cyfrowego tubylca), które płaci swoją cenę. Świat cyfrowy nie jest naturalnym środowiskiem człowieka. Głębokie zanurzenie się w cyberprzestrzeń niesie za sobą szereg dysfunkcji społecznych – i to w tekście wyraźnie wybrzmiewa. Zapośredniczenie relacji międzyludzkich, wykluczenie z grupy, nieodróżnianie świata realnego od wirtualnego – to palące problemy. Ostatnio sporo mówi się o zjawisku FOMO – Fear of Missing Out, czyli o lęku przed odłączeniem od sieci, informacji. To strach, którego doświadczają młodzi – prawdziwy cywilizacyjny dramat.

Lula traci swoje wartości, jej świat się rozpada. Koszmary, agresja, wyrafinowane oszustwa (udawanie omdlenia, usuwanie maili, kradzież), nieczułość wobec bliskich, otępienie emocjonalne – koszty są straszne. Następuje całkowity paraliż życia.

Świat komputerowej gry jak trzęsienie ziemi, jak trąba powietrzna przejdzie przez dom zwyczajnej rodziny, fundując im krajobraz jak po bitwie. Wirtualny świat czasem nie bierze jeńców, rozprawia się z nimi błyskawicznie. Na miejscu, natychmiast!  Czasem mamy wrażenie, że wszystko jest pod kontrolą, ale czy na pewno?

Już, już! Pobrzmiewa to w niejednym domu. Charakterystyczne zawołanie dziecka pochłoniętego czymś… najczęściej światem wirtualnym. Już, już – oswojona formuła, z pozoru niewinna, powinna uczulić rodziców. Powtórzę – powieść Katarzyny Wasilkowskiej to lektura obowiązkowa dla dorosłych!

Emocjonalny pocisk. Pierwszorzędna literatura dla dzieci i młodzieży – niezaprzeczalnie. Należy koniecznie dodać, że „Już, już” to powieść inteligentna, niepozbawiona humoru – mimo trudnego tematu. Te zabiegi literackie również wpisują się w sukces autorki. Zabawne scenki rozładowują napięcie i ustawiają czytelnika na właściwych torach normalnego codziennego życia. To prawdziwa rzeczywistość, bezpieczna, familiarna, konieczna do prawidłowego rozwoju – jest gwarantem normalności. Dbajmy o to, włączmy dziś czujność dubeltowo!

Editress

Spotkanie autorskie jako źródło cierpień?

Trasa promocyjna / Andi Watson ; przekład Jacek Żuławik. Wydanie pierwsze. – Warszawa : Wydawnictwo Marginesy, 2020. – 270, [2] strony : ilustracje ; 24 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Przyznaję, że uwiodła mnie okładka. Piętrzące się na regałach – niemal w nieskończoność – książki. To prawdziwy raj bibliofila! Choć dla głównego bohatera – pisarza, to raczej czyściec (co również da się „wyczytać” z okładki). Oto przed nami autor G.H. Fretwell w trasie promującej jego nową książkę „Bez K”, która staje się źródłem upokorzeń i poważnych nieporozumień. Myślę, że to intrygująca zapowiedź. Zapraszam zatem dalej.

Opowieść o spotkaniach literackich z czytelnikami w księgarniach uznałam za temat wielce atrakcyjny i ochoczo skierowałam się ku lekturze „Trasy promocyjnej” Andiego Watsona, w przekładzie Jacka Żuławika. Powieść uruchomiła bowiem moje wspomnienia czasów, gdy towarzyszyłam wielu polskim pisarzom na spotkaniach autorskich w bibliotekach. (Rola organizatora to również temat na powieść, ile zakulisowych wrażeń!!). Jakże różne to były spotkania! Tłumne, a czasem niespodziewanie – „bez odbioru”. Czasem, jak w prezentowanej powieści, winna była deszczowa pogoda. Nikomu nie chciało się wyjść z domu? Istotnie. 🙂 A czasem? Kto to wie? Spotkania autorskie rządzą się swoimi regułami. Może czas je zbadać?

W powieści „Trasa promocyjna”, pierwszorzędny – drugorzędny angielski pisarz G.H. Fretwell ma szansę zderzyć się z czytelnikiem. Konfrontacja owa jest trudna i bywa wymagająca. To prawdziwy moment próby. Lubiłam zawsze obserwować z boku te starcia pisarz-czytelnik. Najczęściej, muszę przyznać, były to jednak spotkania pełne zachwytu i żarliwych dyskusji. Spotkanie z pisarzem, dla wielbiciela literatury jest czymś naprawdę znaczącym. Książka jakby na chwilę ożywa. Myślę, że piszę te słowa do skrajnie „wyspecjalizowanej” w czytaniu grupy. Wam „Trasa promocyjna” na pewno się spodoba.

Na spotkaniach autorskich czytelnicy stają się mniej anonimowi, są wręcz namacalni. Albo i nie… Bo naszego bohatera Fretwella traktują jak powietrze. Za to wzbudza on zainteresowanie policji, i to na tyle, że wkrótce zaprowadzą go w miejsce bez książek, gdzie króluje kraciasty i pasiasty deseń. Czy to może być ciekawe? Owszem! Trzeba rzucić jeszcze światło na “realizację” „Trasy promocyjnej”. Otóż jest to powieść graficzna. Nie mam wielkich doświadczeń z tym gatunkiem. Ale zaczynam się fascynować. Czym się różni od komiksu? Przede wszystkim nie ma charakteru odcinkowego, przeważnie wdrapuje się powyżej 100 stron. Nie wstępują w niej superbohaterowie. Świat przedstawiony to zazwyczaj ten najbardziej realny i prozaiczny, odbijający problemy społeczne i polityczne. Postacie są mocno dookreślone psychologicznie. Najczęściej bohater jest narratorem. Na początek proponuję taki bardzo skrótowy przegląd definicyjny.

W „Trasie promocyjnej” bohater nie jest narratorem. Narratorem są ilustracje (czyli w zasadzie autor powieści Andi Watson). Rysunki, które każą nam dopowiadać sobie tę fabularną przestrzeń pomiędzy dialogami i mową wewnętrzną bohaterów. One mówią. Potrzeba czujności, aby wyłowić wszystkie tropy i znaczenia, szczególnie w kontekście wątku kryminalnego, który jest iście absurdalny. A może nie? Komedia omyłek? Tak, jest bardzo zabawnie.

Myślę, że “Trasa promocyjna” to w gruncie rzeczy mocno branżowa literatura. Książka o książce i jej okolicach. Z przyjemnością zetknęłam się z różnymi typami księgarzy, którzy goszczą Fretwella – obojętnych i żarliwych, zachęcających do czytania. Rozmarzyłam się obserwując bohatera, który wędrował od księgarni do księgarni na kolejne spotkania (w jednym mieście może być kilka księgarń!). Miło o tym poczytać, gdy dziś tyle ich upada… Wypatrzyłam w „Trasie promocyjnej” wiele zawodowych smaczków. I to była największa przyjemność. Wątek kryminalny w kafkowskim, ale zdecydowanie lżejszym stylu, był elementem napędzającym fabułę, jednak dla mnie miał mniejsze znaczenie. Ja nurzałam się w ilustracjach księgarń, dialogach o książce, problemach wydawniczych. Dość osobista to była lektura, przyznaję. I całym sercem sekundowałam bohaterowi, aby złożył jak najwięcej autografów. Nie ma w tej historii jakiegoś wielkiego rozmachu. Raczej kameralność i wszystko to, co jako wielbicielka książek kocham. Ilustracje trzeba przyznać są dość ascetyczne, co oddaje cały świat bohatera. Jest to zdecydowanie przemyślana, estetyczna i dobrze wydana książka.

Zamierzając ku puencie mam taki oto wniosek. Trawestując definicję kultury według Freuda – „kultura jako źródło cierpień”, pozwolę sobie ukuć tezę, że spotkania autorskie również mogą być poważnym źródłem cierpień…  szczególnie dla bohatera „Trasy promocyjnej”. Dziś czasy nie sprzyjają takim literackim wojażom, ale jest szansa na spotkania z pisarzami online, jest ich naprawdę sporo. Korzystajmy i czekajmy cierpliwie na spotkania księgarniano – biblioteczne.

I na koniec dialog, który złapał mnie za serce. Gdy bohater zgłasza na policji kradzież swojej walizki z książkami, taką toczy rozmowę ze stróżem prawa:

 – Co znajdowało się w bagażu?
– Książki.
– Książki? Nic wartościowego? Biżuteria, obca waluta, ważne dokumenty, leki?
– Książki są wartościowe.
– Autografowane, pierwsze wydania, białe kruki?
– Nie. Są mi potrzebne do… Napisałem je.

Książki są wartościowe! Pozwolę sobie dopowiedzieć, że są jak biżuteria, która zdobi intelekt, jak obca waluta, która daje możliwość podróży w dalekie literackie kraje i jak ważny dokument, który potwierdza moje bycie w kulturze. Jak lek – tego już chyba wyjaśniać nie trzeba 🙂
Leczmy się literaturą w tych chorych czasach.

Editress

Milczenie jest złotem…

Bo w ogniu doświadcza się złoto,
a ludzi miłych Bogu – w piecu utrapienia.

Syr 2,1-14

Legenda o języku / Pavol Rankov ; z języka słowackiego przełożył Tomasz Grabiński. Wydanie I. – Wrocław : Książkowe Klimaty, 2020. – 407, [4] strony ; 20 cm. (Słowackie Klimaty)

Fot. Dom Książki/Editress

Tym razem padło na literaturę słowacką, którą odkrywam od pewnego czasu z dużym zainteresowaniem, głównie za sprawą wydawnictwa Książkowe Klimaty. W ramach serii Słowackie Klimaty ukazało się kilka interesujących tytułów. Solidnie prezentuje się Pavol Rankov, laureat Nagrody Literackiej Europy Środkowej „Angelus” z 2014 roku. Literacką znajomość z tym słowackim prozaikiem rozpoczęłam właśnie od nagrodzonej powieści „Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)”. Po drodze były „Matki”, świeżo jestem po lekturze „Legendy o języku”, powieści, której chciałabym się bliżej przyjrzeć.

Przyznaję, że tytuł mnie zwiódł. Wiedząc, że powieść przenosi nas w “czasy czechosłowackie”, początek lat 70-tych, sądziłam, że będzie to zderzenie, rozprawa z nowomową. Tym „quasi-językiem” – jak pisał Michał Głowiński –  „totalitarnym wysłowieniem w komunistycznej wersji”. Owszem, autor  umiejętnie wkłada postaciom nowomowę w usta i potrafi ją obśmiać, ale nie czyni z niej głównego tematu rozważań. Pojawia się język propagandy, posługują się nim postacie partyjne, ukształtowani ideowo studenci. Bohaterowie „opozycyjni”, że tak ich nazwę, używają nowomowy wyłącznie w sposób prześmiewczy. Quasi-język leje się z prasy i telewizji, jest zatem w jakimś sensie bohaterem, ale nie najważniejszym. O inny język bowiem autorowi chodzi. Ten, powiedzmy, dosłowny. Język świętego Jana Nepomucena, którego historia życia i męczeństwa jest przed nami nietuzinkowo odsłaniana. Nota bene Nepomucen jest patronem języka czeskiego, choć rozwinął go i uporządkował  Jan Hus – który również zaistnieje na kartach powieści. Nepomucen jako „wróg klasowy” – gdyby zastosować ówczesną nomenklaturę, Hus jako powiedzmy „delegat z pola walki o to, co jedynie słuszne”.

Długo próbowałam wyprowadzić sobie jakąś myśl przewodnią tej powieści. Zamysł, intencję autora. Widzę ich kilka. Żadna jednak nie jest dominująca w moim odczuciu. Co czytelnik znajdzie w tym utworze? Historię – tę dużą i małą. Zbiorową i indywidualną. Człowiek w trybach historii, jednostka w totalitaryzmie – w wersji komunistycznej. Rankov pokazuje tworzenie historii, w jedynie słuszny sposób – metodą marksistowską. Ciekawy chwyt umieszczenia akcji na wydziale historii Uniwersytetu Karola w Pradze daje duże możliwość narracyjne. Grupka studentów Tomáš,  Tánia, Martin, Klára – dwoje wierzących i dwoje ateistów, jednakowo niechętnie nastawiona do czechosłowackiej rzeczywistości, świeżo naznaczonej Praską Wiosną, stanowi wdzięczny materiał do budowania opozycji wobec komunistycznego adiunkta Šindelářa, którego autor tak charakteryzuje:

Język tego doktora Šindelářa jest pełen różnego rodzaju sformułowań i frazesów. Jest to stuprocentowy towarzysz, który w roku sześćdziesiątym ósmym nie uległ pokusom demokracji.

Jak wielu… Młodzi studenci pierwszego roku historii stają więc wobec zakłamań i nowych metod, które mają ukształtować prawomyślne myślenie. Zdecydowanie udaje się autorowi uchwycić wypaczenia i koszmar tego systemu. Obłudę, fałsz, zakłamanie, głupotę, bezprawie i całą brutalność. Obok tego codzienne, jakże szare życie, zderzone z obłędem ideologii, która wdziera się we wszystkie zakamarki egzystencji. Jak uporczywa ulewa, która w powieści dręczy Pragę. Bardzo wymowny obraz. Bardzo sensualny. Czytelnik moknie z bohaterami. Powieść ma atmosferę i wyraziste problemy – te zwyczajne, jak braki w sklepach, te poziom wyższe, jak nieporozumienia dwóch złączonych narodów. Którym językiem się posłużyć, zastanawiają się bohaterowie? Słowackim, czeskim?

Skupiając się na postaciach. Autor wykreował żywych bohaterów, oddał wiernie życie studenckie tamtych czasów i wszystko co się z nim wiąże – akademiki, bigbit, czyny społeczne i lichą stołówkę. Należy również koniecznie podkreślić to, że ważnym bohaterem powieści jest Praga, jej zabytki – kościoły, kamienice, ulice. Nie mówiąc już o Moście Karola i kluczowej dla całej historii figury Jana Nepomucena.

Wracając do fabuły. Opowieść ma w sobie jeszcze jedną narracyjną nić, która niepokoi, rodzi obawę o losy dopiero poznanych bohaterów. Autor przenosi czytelnika w czasy współczesne, przestawia nam kobietę, tkwiącą od lat w obłędzie po ciężkich przeżyciach, które miały miejsce właśnie w początkach lat 70-tych. Wiemy, że studiowała historię. Krótko, ale intensywnie. Jan Nepomucen i historia średniowiecznych Czech mocno zaprząta jej głowę. Kim jest i jakie ma znaczenie dla fabuły? Co ją łączy z Tomášem,  Tánią, Martinem i  Klárą. Coś wisi w powietrzu…

W „Legendzie o języku” czechosłowacka historia staje naprzeciw historii czeskiego średniowiecza. Co wspólnego może mieć czternastowieczny męczennik, spowiednik z człowiekiem przygniecionym komunistycznym reżimem? Znak sprzeciwu? Ofiara? Zderzenie niewiary z wiarą? Wierność prawdzie i zasadom?
Milczenie zabija Jana Nepomucena, święty staje w ogniu cierpienia i męki, broniąc tajemnicy spowiedzi. Milczenie jest złotem… hartowanym w ogniu. Skryte i ciche dążenia bohaterów do poznania prawdy historycznej stają się ich utrapieniem i tragedią, której nie przeczuwali. Finał jest przejmujący.

Małą łyżkę dziegciu zostawiam koniec. Powieść wydaje się trochę przegadana, nie we wszystkich punktach wiarygodna. Łatwość z jaką studenci pierwszego roku zdobywają kontakty z naukowcem – cudzoziemcem, pracującym przy ekshumacji Nepomucena wydaje się mało prawdopodobna. Jak również jego szczerość w ujawnieniu wyników badań grupce młodych ludzi, których tożsamość mogła być fałszywa. Kilka takich mało przekonywujących obrazków powieść zawiera.

„Legenda o języku” odkrywa ciekawe i straszne karty czeskiej historii. W prostym podsumowaniu – to opowieść o zniewoleniu, podwójnym myśleniu, poszukiwaniu prawdy i  pragnieniu życia pełną piersią w każdych warunkach. Myślę, że to tematy znane i oswojone przez polskiego czytelnika, jak milczące nepomuki, czyli figury Jana Nepomucena, często obecne w polskim krajobrazie.

Na koniec ukłony dla tłumacza, Tomasza Grabińskiego, który od lat prezentuje słowacką literaturę wartą odkrycia, a z Rankovem kolejny raz stworzył udany tandem.

Editress

Przemoc nasza powszednia

Wrony / Petra Dvořáková ; [tłumaczenie: Mirosław Śmigielski]. Wołów : Wydawnictwo Stara Szkoła, 2020. 177, [7] stron ; 20 cm.

Długo się zastanawiałam, czy inaugurować 2021 rok recenzją książki ciężkiego kalibru, czyli powieścią czeskiej pisarki Petry Dvořákovej „Wrony”. Po namyśle uznałam, że absolutnie biorę ten tekst pod recenzencką lupę, bowiem nie ma przypadków, są znaki. Powieść godną omówienia należy zaprezentować. I to jedyny właściwy wyznacznik.

Lapidarne anonse i blurby na okładkach jedynie podrażniają literacki węch i to nie zawsze we właściwy sposób. Wykrzykiwanie „Bestseller z Czech” – wyrobionych czytelników zdystansuje do lektury. Porzućmy zatem tani marketing, gdy idzie o coś więcej. Petra Dvořáková jest popularną pisarką u naszych południowych sąsiadów, na koncie posiada czeską literacką nagrodę Magnesia Litera, warto przyjrzeć się bliżej tej twórczości. Na czeskich stronach znalazłam wiele słów zachwytu nad powieścią „Wrony”. Powiedziałam zatem: sprawdzam. I było warto.

O przemocy domowej pisano już nieraz w różnych konfiguracjach. Czy jest sens sięgać po kolejną podobną lekturę? W takich sytuacjach powraca do mnie myśl Gustawa Herlinga-Grudzińskiego

Dobry powieściopisarz czy nowelista treścią ukrytą w formie wyraża swój stosunek do życia. Ma on o życiu niewiele nowego do powiedzenia wprost po tym co zostało już powiedziane przez jego poprzedników; ale modulacją głosu, rytmem prozy, tonem narracji, dystansem i ustawieniem wobec opisywanego przedmiotu, wydziera jeszcze Wielkiej Tajemnicy swój drobny okruch.[1]

Czy Petra Dvořáková wydarła swój drobny okruch? Czy mając do dyspozycji często zużyte ponad miarę narzędzia literackie, opowiedziała choć trochę inaczej o rodzinnej przemocy? Otóż moimi zdaniem – tak.

Zajrzyjmy do opowieści. Oto mamy dwie narratorki. Dwunastoletnią Basię oraz jej matkę. Ten klasyczny chwyt pozwala zobaczyć jedną sytuację z dwóch punktów widzenia. Autorka umiejętnie wykorzystała taki model narracyjny, zdecydowanie z korzyścią dla fabuły. Zbudowała emocjonalną huśtawkę. Czytelnik odbija się od jednej do drugiej bohaterki. Doświadcza wewnętrznego rozbicia, choć muszę przyznać, że punkt widzenia matki w ogóle nie wydaje się przekonywujący. Od wejścia w tekst do jego zakończenia nawet na moment nie umiałam przyznać tej bohaterce racji. Bo czy przemoc można czymś uzasadnić? NIE. Zdecydowanie wstawiam tę bohaterkę do schowka z jednoznacznie złymi postaciami. Cała motywacja matki, która nakręca spiralę przemocy, złości, wiecznych pretensji wobec najmłodszej córki ogranicza się do tego, aby w domu był porządek. Musi być poukładane, wszystko na swoim miejscu. Ma być czysto, a dzieci….. muszą być grzeczne, zdrowe i przede wszystkim muszą się uczyć. Nie ma miejsca na spontaniczność, na odrobinę luzu. Baśka i Kasieńka w jednym stały domu. Tak, Baśka to ta zła. Nie trzyma porządku. Kasieńka – wiadomo. Starsza córka jest idealna, czemu młodsza nie może taka być? A nawet jak już zbliża się do ideału, cóż, wszelkie starania są pomniejszane, deptane, intencje fałszywie odczytywane. Mimo że padają słowa „kocham cię”, są one raczej jak cios wymierzony kamieniem w głowę. Jak dodatkowy wyrzut sumienia. Kocham cię, a ty jesteś taka… nieporządna. A tak naprawdę – niekochana. Od tej niby-miłości aż mdli.

Przemoc matki wynika właśnie z niekochania. I jest to wyraźnie wyczuwalne w kreacji tej bohaterki. Jej fałsz demaskuje się na każdym kroku. Matkę drażni, że dziewczynka ma talent plastyczny. Najlepiej, gdyby nic w niej dobrego nie było. Uniemożliwianie Basi rozwijania malarskich zdolności to również świetna okazja do szantażu i wygrywania kolejnych paskudnych emocji. Wyrzuty sumienia czasem przelatują przez głowę matki jak wrona za oknem, ale szybko znikają. Głupi i podły rodzic potrafi wytłumaczyć sobie wszystko. Nawet bolesne siniaki, które dziewczynka musi chować przez wzrokiem koleżanek w szkolnej szatni.  Wiecznie ścinane na krótko włosy (dziewczynka marzy o dłuższych), to kolejny świetny sposób na upokorzenie. Niech boli i szczypie, jak systematycznie dosypywana sól do ranki. Ile życie przynosi pomysłów, sposobów na przemoc… małą i dużą. Z fabuły aż się wysypują. I właśnie w tych cynicznych pociągnięciach batem jest moc tej powieści. Bolesna, tętniąca pod skórą.

Przerażająca jest oczywistość perfidii, która trwa w najlepsze. Zwykłość dramatu podawanego codziennie jak szklanka wody. A w tym klasyczna lojalność wobec kata, domowy syndrom sztokholmski. Plus klasyczna ślepota na zło, które się czyni. To perfekcyjna machina niechęci, którą zarządza “dwa w jednym” – matka i żona.


Tymczasem Basia się stara. Im bardziej się stara, tym gorzej wychodzi. Triumf nienawiści jest kompletny, gdy matka zaraża nią również ojca i starszą siostrę Basi, którzy dokładają dziewczynce kolejne ciężary. Matka w swojej histerii, bezwzględności i okrucieństwie zyskuje sojuszników, którzy zatracają właściwy ogląd rzeczywistości. I gdy pojawia się wreszcie trochę światła w dziewczęcym świecie Basi Lundak, rodzinna brutalność rujnuje wszystko. Co szczególnie przejmuje w tej powieści to deptanie, miażdżenie dojrzewającej dziewczynki, rujnowanie jej intymności, wystawionej na oceny, poniżanie – o zgrozo – przez rodzinę! Dojrzewające ciało, wstyd przed obnażeniem, wstyd przed ojcem, podnoszącym rękę na rozkaz matki, który nawet nie wybrzmiewa wprost. Wacław Lundak odczytuje podświadomie polecenie żony, ukryte w słowach-kluczach i wykonuje je bezbłędnie. Przeraża to, że dojrzewająca dziewczynka nie ma wsparcia w matce. Jej najbardziej intymne problemy rozwiązują inni, ci, którzy ją szanują. W domu Lundaków szacunku i poszanowania godności dziecka nie ma.

Patologiczna sieć, którą tworzą bohaterowie wynika z porażającego braku miłości, takiej, która jest należna dzieciom od rodziców, żonie od męża i vice versa. Uwypuklony niejasny stosunek ojca do Basi budzi dodatkowo podskórny niepokój. Autorka wysyła sygnały, które kłują jak drzazgi. Wbijają się i drażnią.

Petra Dvořáková zbudowała wyraźną siatkę skrajnych emocji. Napięcie, które narasta. I niby życie bohaterów płynie zwyczajnie, szkoła, dom, praca. A jednak kumulujący się sprzeciw wobec pseudonormalności wybucha, aby znaleźć ujście w finale.

Tytułowe wrony tworzą zgrabną symboliczną klamrę. Może trochę nachalną, ale celną. Dolewają niepokoju. Wrona zakłada gniazdo i buduje ptasią rodzinę. Normalne nawet w świecie zwierząt, ktoś jednak wchodzi w gniazdo z butami. Trzeba zacząć od nowa. Nie zawsze się da. Ponadto wrony za oknem, które obserwuje Basia (a one ją), wzbudzają jakąś demoniczność, te towarzyszki baśniowych czarownic budzą lęk. Jednak wrona to przede wszystkim ptak, także młody, który podrywa się do lotu. Oby nie za wcześnie, bo gdy chce się uciec z gniazda, a skrzydła jeszcze nie dojrzały, upadek bywa ostateczny.

Jest czas na rozsądne budowanie domu, na dojrzewanie, na poderwanie się do lotu… a może go nie ma…? Zapewne nie każdemu jest dany.

Editress


[1] Gustaw Herling-Grudziński, cytat przed posłowiem do wydania „Wieża i inne opowiadania”. W drodze. Poznań 1988. S. 229. Posłowie Zdzisława Kudelskiego. 

Moje czytanie. Dla równowagi. W świątecznym tonie…

Od kliku lat skrupulatnie notuję, jakie książki czytałam w danym roku. Dane te mają wartość statystyczną, ale także jakościową. Lubię pod koniec roku spojrzeć na swoje literackie wyprawy i ocenić, ile z nich było udanych, a które stanowiły bolesne rozczarowania. To co mnie w tym roku ujęło, znalazło się między innymi tu na blogu.

Są lata prawdziwie tłuste, są też chude. Jakie było moje czytanie w 2020 roku? Ilościowo solidne – chwalić się liczbami nie będę :), jakościowo, hmm… odczuwam sporo rozczarowań. Stało się już niemal tradycją, że książki najbardziej opiewane, promowane – znalazły się na mojej półce „nagi król”. Tytułów nie wymienię. Z roku na rok dostrzegam prymat marketingu nad faktyczną wartością literacką. A przede wszystkim NADMIAR. Tak, klęska urodzaju. Odnotowałam w tym roku informację, iż self-publishing ma się w Polsce naprawdę dobrze. Nie wiem, czy mnie to cieszy. Raczej nie. Nabijanie półek księgarskich i bibliotecznych książkami pozbawionymi redaktorskich poprawek, z podstawowymi błędami wołającymi o pomstę do nieba, wydane przez autorów własnym sumptem, to ślepa uliczka czytelnicza. Owe twory literackopodobne przysłaniają dobrą literaturę, wylewając się jak powódź. Przyłączają się do nich wspomniane towary literackie nachalnie promowane, w efekcie naprawdę dobra książka przepada.

Ciekawe, ilu autorów przypada na statystycznego czytelnika z raportu Biblioteki Narodowej? Autorów więcej niż czytających? Żart, oczywiście, ale? Pieśń przyszłości? Wkrada mi się w tę wizję wiersz Tomasza Różyckiego „Kryzys czytelnictwa polskiego” z tomiku „Litery” z 2016 roku:

Fot. Dom Książki/Editress

Litery / Tomasz Różycki. Kraków : Wydawnictwo a5, 2016. – 120, [3] s. ; 21 cm. (Biblioteka Poetycka Wydawnictwa a5 ; t. 92)

Tymczasem w auli spotkanie z Czytelnikiem,
na sali sami autorzy książek,
dla niektórych zabrakło miejsc siedzących.
Wreszcie wchodzi nieco spóźniony,
chwiejnym krokiem.
Łyknął sobie jednego dla kurażu w garderobie.
Brawa i flesze, transmisja na żywo.

Czytelnik wymienia dwa lub trzy wybrane tytuły,
streszcza fabuły.
Na sali jęk zachwytu, jęk zawodu.
Pisarze zadają pytania:
Jak pan to właściwie robi?
Jak pan znajduje moment?
Na kanapie? Przed snem?
W podróży? Papier czy czytniki?
Co pan lubi?

Chcę, żeby czytanie
było dla mnie świętem, odpowiada.
Niech to będzie celebracja.
Wybieram dzień i godzinę,
strój i drobne słabostki.
Czytać – uśmiecha się lekko – powinno się rzadko
i niechętnie.
Czy pan nie jest zmęczony? – pytają.
I co następne, czy zdradzi pan nam
swoje plany?

Tournée trwa drugi tydzień,
Czytelnik dyskretnie ociera pot z czoła.
Przed nim kolejka pisarzy po autograf,
każdy ze swoją książką.
Niektórzy są natrętni, a on
przecież jeden.
Tak wielu chciałoby być pośród wybranych.
Czy pan się nie boi? – pada ostatnie pytanie.
To trudne hobby, by nie rzec powołanie.
Niech ktoś sam spróbuje.
To zajęcie ma znamiona świętości.
Nie wiem, skąd to się wzięło.
Od początku coś czułem.
Śniły mi się litery.
Potem poznałem poetkę, nie wiem,
czy to poświęcenie.
Gdyby nie honoraria i setki fanek – żartuje – dawno bym to rzucił.

Czasem jest bardzo ciężko,
mam czarne myśli.
Dostaję listy z pogróżkami, ktoś zostawia mi
na drzwiach cytaty.
Dręczą mnie nałogi.
Jestem wrakiem człowieka.
Sny są fabularne.
Tak naprawdę żyję w koszmarze.
To żart – mówi i ściska plastikową butelkę
po wodzie mineralnej.
Kończmy już.
Bardzo tu duszno.
A jeszcze przed nim
wywiady do pism kolorowych.

Tak. Czytelnicy są na wagę złota. Trzeba o nich dbać. W świątecznym czasie wypełnionym życzeniami, snuję wizję, aby przyszły rok był wypełniony niesamowitymi książkami, opowieściami, które nas przenikną, oczarują, zostaną w nas głęboko. Mam przeczucie, że tak będzie…, nie musi być tych zachwytów dużo, ale niech będą solidne. Widząc niektóre zapowiedzi wydawnicze na 2021 rok, wiele sobie obiecuję.

Pozostając w świątecznej atmosferze, na końcówkę tego roku, na świąteczny czas, proponuję lekturę „na temat”. Książkę, która ma już swoje lata (choć ja dysponuję nowszym wydaniem), książkę opisywaną w katalogach bibliotecznych jako „opowiadania dla dzieci” – ja jednak twierdzę, że to znakomita propozycja również dla dorosłych. Teksty, które wzruszają, dotykają sedna, tak dziś rozmytego. W tym potężnym zagubieniu i rozedrganiu, jakie nam towarzyszy od kilku miesięcy (a może dłużej…), proponuję lekturę, która przynosi równowagę i sens – „Betlejem” Ernesta Brylla, w wydaniu z 2009 roku z wspaniałymi ilustracjami Magdaleny Bryll.

Betlejem / Ernest Bryll ; il. Magdalena Bryll. Zysk i S-ka Wydawnictwo, 2009. Poznań. ISBN: 978-83-7506-438-4

Skromny objętościowo tomik prozy i poezji. Czułej, delikatnej, rozlewającej ciepło w sercu. Piękne spojrzenie na Boże Narodzenie okiem współczesnego człowieka, pokazujące to wielkie wydarzenie w niezwykłym odcieniu naszego tu i teraz. Mnie zawsze wzrusza i przynosi równowagę. Zbliża do sedna, wprowadza ponownie na właściwą ścieżkę. Ilustracje są w pełnej łączności z treścią. Cudownie ją dopełniają, dopowiadają, autentycznie ilustrują. I są kolejnym powodem do wzruszeń. Serdecznie Państwu polecam i życzę szczęśliwej drogi do Betlejem! Niczego ani nikogo nie zgubcie w tej wędrówce! Przede wszystkim sensu! Na zachętę jeden z wierszy…

Ernest Bryll, „Ktoś pukał”

Ktoś pukał do drzwi naszych,
Aleśmy nie słyszeli
Ledwo starczyło czasu
Opłatkiem się podzielić.

Ktoś odszedł z naszych domów…
Wędruje, puka dalej,
A my, dla nieznajomych,
Stawiamy biały talerz.

Takeśmy się spieszyli,
Kłócili i cieszyli,
Że wszystko pogubili
Z tej najważniejszej chwili.

Życzymy najlepszego,
Opłatek każdy kruszy
I nikt nie wie dlaczego
Samotność ma na duszy.

Ktoś pukał do drzwi naszych,
Aleśmy nie słyszeli.
Ledwo starczyło czasu
Opłatkiem się podzielić.

Czas pogody i niepogody. Rozmowa z Barbarą Kosmowską przy okazji premiery powieści „Zachmurzenie umiarkowane”.

Zachmurzenie umiarkowane / Barbara Kosmowska ; ilustracje Marcin Minor. Łódź : Wydawnictwo Literatura 2020. – 224 strony. Literatura piętro wyżej.

I wreszcie jest! Długo oczekiwana przez czytelników – książka Barbary Kosmowskiej dla dorosłych. Wchodzimy w strefę „Zachmurzenia umiarkowanego”, ale bez obawy! Aby rozbudzić czytelnicze apetyty, zostawiam małe wprowadzenie w fabułę…

Życie zaczyna się po sześćdziesiątce w domku na ogródku działkowym? Cóż, koniec roku może zasiać w głowie różne pomysły na nowe rozdanie. Ale czy można zrezygnować z „małżeńskiego szczęścia”, bo groszek z marchewką serwowany był zbyt często? Sprawy niestety nie są tak proste. Zdrowa zielenina doprawiana przez lata goryczą wzajemnych pretensji, nie przejdzie dłużej przez gardło.  Najsłodszy sernik i czekoladowe muffinki nie zabiją cierpkości wspólnych lat z upiorną teściową na karku, brakiem zrozumienia i narastającą obojętnością. Karol już to wie. Jego żona niebawem się dowie, gdy przywita Nowy Rok samotnie na sofie. 

Na ślubnej fotografii nie ma już wyrazistości, jak w całym życiu Karola i Róży. Emerytowany weterynarz i redaktorka kiepskich romansów stają na rozdrożu wspólnego życia. Deszczowe chmury zasnuwają małżeńskie niebo. Niebo? Do raju zbyt daleko, aby się wahać. Męska decyzja, kobieca duma i kociołek gotowy! W tym wszystkim dorosłe córki, przyjaciółki jak barwne ptaki i ekstrawaganckie postacie, które scalają Karola i Różę na zawsze.

Nie wszystko w ich życiu należy spisać na straty. Umiarkowany bilans, jak zachmurzenie, jest do zaakceptowania. Czas pogody i niepogody to rzeczywistość każdego z nas.

Dom Książki: Barbara Kosmowska powraca po 6 latach z powieścią dla dojrzałych czytelników – „Zachmurzenie umiarkowane” ma właśnie premierę. Czym dla Pani jest ten „powrót” i nowa powieść dla dorosłych?

Barbara Kosmowska: … ogromnym stresem! Powracającą uparcie obawą, że mogę rozczarować Czytelnika. Że nie wykorzystałam tych sześciu lat na wymyślenie powieści, która spełniłaby oczekiwania większości odbiorców. Zwłaszcza, że sama nie byłam pewna, czy ta powieść jest wystarczająco dobra, choć była dla mnie ważna, gdy nad nią pracowałam. Gdyby nie recenzja mojej przyjaciółki, wybornie znającej się na literaturze i aprobata Wydawczyni ‒ pewnie nie byłoby dzisiaj naszej rozmowy, a książka wciąż dojrzewałaby w ciemnej szufladzie komputera 🙂

DK : Główni bohaterowie to dojrzałe małżeństwo, po 60-tce, stojące przed widmem rozwodu. I to nie zdrada jest powodem rozejścia się dróg wypróbowanego związku. Trudna decyzja, gorycz rozstania, ale i nowe plany na życie. Pokazuje Pani, że w dojrzałym życiu również jest miejsce na spełnianie marzeń, radykalne zmiany i nowe rozdania. A zatem – nadzieja mimo wszystko? Każda, nawet trudna sytuacja jest szansą – w każdym wieku i w każdej okoliczności?

B.K.: Większość małżeństw na jakimś etapie życia staje na progu, rozważając, jak go przekroczyć. Często, choć już wiadomo, że wyczerpały się małżeńskie baterie, brakuje nam odwagi, by rozpocząć nowe rozdanie. Nie wiemy, czy ktoś zechce nam towarzyszyć w tej najtrudniejszej grze o szczęście, którego samo wyobrażenie jest trudne. Boimy się rozpocząć wszystko od nowa, przekonani, że to niewiele zmieni. Łatwiej zażegnać kryzys, wrócić do dawnych schematów, bezpiecznych kątów, oswojonych praktyk codzienności. Łatwiej ‒ ale czy lepiej? Powieść nie jest zachętą do rozwodów i rozwiązków, jest jednak próbą odpowiedzi na pytanie, które codziennie zadają sobie setki ludzi: co tracimy, ale i co możemy zyskać w sytuacji niemal beznadziejnej, dającej jednak szansę poznania samego siebie, swych pragnień i potrzeb.   

DK: Czy intencją tej powieści jest ucieczka od stereotypu seniora, który najczęściej nam towarzyszy? Ciepłe kapcie, spokój i uparte utrzymywanie status quo. Żadnych porywów serca i szaleństw?

B. K.: Na pewno! I dziękuję za tę sugestię! Dopiero w wieku senioralnym zrozumiałam, jak bardzo w pewnych sferach współczesności wielbiącej młodość jesteśmy albo niewidzialni, albo postrzegani, zwłaszcza przez pokolenie córek i synów, jako „szlafrokowa” pomoc domowa, bo przecież „swoje już przeżyliśmy” i czas poświęcić się innym. To zdumiewające, jak łatwo ubrać dojrzałych ludzi w piżamy, zdejmując z nich marzenia o miłości, radości życia, kiedy się zmierzcha, ale przecież jeszcze wciąż świeci słońce….   

Fot. Z archiwum domowego Autorki

DK: Róża czy Karol? Która z postaci jest bliższa Pani sercu? Komu Pani najbardziej sekunduje?

B.K.: Początkowo stawiałam na Karola, choć zachował się, nie ukrywajmy, trochę podle. Lubiłam jednak jego wrażliwość i chłopięcy urok, którego jego żona nie dostrzegała. Ale w miarę pisania Róża stawała mi się coraz bliższa. Jakbym znajdowała z nią wspólną, kobiecą więź. Pewnie dlatego zapragnęłam, by zasłużyła na sympatię i podziw Czytelnika. Bo Róża jest uroczą egzemplifikacją tej optymistycznej wersji wydarzeń: wszystko jest możliwe, w każdym wieku i o każdej porze życia.

DK: Czy miała Pani pokusę, aby inaczej zakończyć powieść?

B.K.: Pewnie tak. Jestem w końcu tradycjonalistką 🙂 Ale każde inne zakończenie skazałoby powieść na metkę historii romansowej. Wolałam więc otworzyć bohaterom drzwi do ewentualnych wzlotów serc i porywów miłości, a zająć się problemem moim zdaniem ważniejszym ‒ relacją wspólnego życia z jej wszystkimi bolesnymi i przemilczanymi niedoskonałościami.     

DK: Konfrontuje Pani rodziców z ich dziećmi. Pokazuje swego rodzaju sztafetę pokoleń. Powtarzalność życiowych błędów, rozczarowań. Rodzice nie są idealni, spadają z piedestału. Zostają wątpliwości. Dzieci Róży i Karola przyglądają się rodzicom, znają ich charaktery wychowując się w cieniu ich związku i mają obawy, czy nie podzielą podobnego losu. Jakie daje im Pani szanse na udane relacje? W dzisiejszym świecie to chyba jedna z najtrudniejszych sztuk. Trwać w udanym związku. Karol i Róża to anty-przykład? Przestroga?

B.K.: Przestroga i nie. Z moich skromnych obserwacji wynika, że znacznie większy kłopot utrzymania związku mają ludzie młodzi. Popularny wśród nich szybki rozwód to jedyny pomysł, aby zapobiec wszelkim nieporozumieniom. Seniorzy, którzy zdążyli się polubić, potrafią świetnie funkcjonować w parach, nie oczekując od życia więcej. Bywają też współuzależnieni, nawet od kłótni czy awantur, pogodzeni z codziennym piekiełkiem, w którym się budzą i zasypiają. Tymczasem Karol i Róża mają szansę odnaleźć w życiu to, czego im brakowało. Takie szukanie ma swoją cenę, ale może być nagrodą, jeśli oboje odkryją, że stają przed szansą na lepsze, ciekawsze, własne życie.   

DK: „Zachmurzenie umiarkowane” to również powieść o przyjaźni. Szczególnej. Damsko-damskiej. Jawi się ona nad wyraz burzliwe i zaskakująco. Jak to jest z zaprzyjaźnionymi kobietami w obliczu kłopotów? Obraz w powieści nie jest jednoznaczny… gdzieniegdzie padają cienie…

B.K.: Bo kobieca przyjaźń bywa złożona jak same kobiety. Niejednoznaczna, frapująca, dominująca. Jej utrata bardziej boli niż małżeńskie nieporozumienia. Każda z nas doświadczyła utraty przyjaciółki, tej na śmierć i życie. I czy to było w szkole podstawowej, czy na Uniwersytecie III Wieku, rozpacz, gorycz i zawód bolą tak samo. Jest to jednak zbyt ważna relacja, aby nie uciekać od tego ryzyka. Poturbowane otrzepujemy się, gotowe znowu zaufać kolejnej, ważnej kobiecie, która przecież wybornie nas rozumie…

DK: Ciężar problemów rozprasza w powieści niebanalny humor i nietuzinkowe postacie – jak pan Fred 🙂 – z życia wzięty, czy całkowicie literacki?  Trzeba przyznać, że mocno walczy ze stereotypami 🙂

B.K: Ha, ha, ha… Tak! To mój ulubiony bohater, ale nie do końca papierowy. Powraca w kilku powieściach pod innym imieniem i z inną energią. Ale zawsze jest nietuzinkowym menelem, nieco kłopotliwym, na swój sposób szarmanckim, zawsze uroczym… Miałam szczęście sąsiadować z pierwowzorem Freda. Był moim sąsiadem i przyjacielem. Ilekroć wkracza do moich książek, wiem, że sekunduje mi z góry. I dopiero wtedy przypominam sobie, jak bardzo za nim tęsknię.   

Fot. Z archiwum domowego Autorki

DK: Róża pracuje jako redaktorka. Dowiadujemy się, że redaguje kiepskie powieści dla kobiet. Istotnie na rynku takowych nie brakuje. Jak się Pani zapatruje na tę nadprodukcję literacką, która często pochłania wartościowe tytuły? Ważne, aby cokolwiek czytać, czy jakość jednak ma znaczenie?

B.K.: Niezręcznie mi krytykować czyjąś twórczość, ale myślę, że jako czytelniczka, nie literaturoznawczyni, też mam prawo odnieść się do chłamu, którego rzeczywiście nie brakuje. Ubolewam nad tym, to oczywiste. Pocieszam się myślą, że może lektury grafomańskie staną się początkiem odważniejszych wypraw po bardziej ambitne książki, ale zawsze myślę o powieściach świetnie napisanych, ważnych, literacko ambitnych, które mogą zniknąć pod hałdami gniotów z piękną okładką. Niepowetowana strata. I dla czytelników, i dla skromnych pisarzy, dalekich od celebryckiej pychy i agresji.    

DK: Temat świeży i jeszcze nieoswojony, bo dotyka nas pierwszy raz. Życie w czasie pandemii – jak się Pani znajduje w tej sytuacji? Sprzyja tworzeniu, czy dekoncertuje?

B.K.: Mam nieszczęście być na „kwarantannie pandemicznej” o wiele dłużej niż inni. Przechorowałam pół roku, a wyjście ze szpitala zbiegło się z pierwszymi doniesieniami o wirusie. Pojawił się w najgorszym dla mnie momencie, gdyż nagle znalazłam się po stronie osób „wysokiego ryzyka”. Szczęśliwie mogę pracować w domu, co pozwala zapomnieć o licznych niebezpieczeństwach. Bardzo pomaga mi w tym trudnym czasie mój partner. Mimo to, wiele się zmieniło. Tęsknię za spotkaniami i ludźmi. I posmutniałam… Natomiast nagła niewola pozwoliła mi dokończyć historię Karola i Róży, napisać zabawną książkę dla dzieci, zanotować kilka nowych pomysłów. Mimo różnych ograniczeń próbuję cieszyć się życiem. Nieśpiesznie. To także dotyczy pisania. Żadnych „pandemicznych” ruchów. Żadnego ulegania obsesji twórczej. Książka musi dojrzeć nie tylko do moich oczekiwań. Także do oczekiwań czytających, a to wymaga skupienia i czasu.

D.K.: W imieniu czytelników, serdecznie dziękuję za nową powieść i za rozmowę, mam nadzieję, że niebawem spotkamy się wszyscy twarzą w twarz na spotkaniu autorskim. W zdrowiu i dobrym humorze. Tymczasem delektujmy się lekturą!

Editress

Znaleźć swoje miejsce

Świat Mundka / Katarzyna Wasilkowska ; ilustracje Robert Konrad . Łódź : Wydawnictwo Literatura 2020. – 288 stron : ilustracje, 22 cm. (To Lubię)

Fot. Dom Książki/Editress

Lubię, kiedy młody czytelnik jest traktowany poważnie i z szacunkiem. Kiedy otrzymuje propozycje literackie, które rozwijają, oferują dobry język  i ze zrozumieniem traktują problemy dorastających młodych ludzi. Katarzyna Wasilkowska w swoich powieściach czyni to od lat z wielką klasą. Pochyla się z wyjątkowym wyczuciem i mądrością nad dziecięcym i młodzieżowym światem, wypełnionym korowodem trosk, poczuciem samotności i niepewności, która zawsze towarzyszy dojrzewaniu. W  najnowszej powieści „Świat Mundka”, która właśnie trafiła na półki księgarskie kolejny raz autorka uderza w sedno problemów, ważnych spraw, nie zostawiając młodego czytelnika bez szans, bez propozycji rozwiązań, czy dobrych podpowiedzi.

Świat powieściowy jest precyzyjnie skonstruowany. Każda postać, zdarzenie ma swoją istotną rolę. Bohaterowie drugiego planu są równie ważni jak protagoniści. Brak zbędnych szczegółów. W świecie trzynastoletniego Mundka, głównego bohatera powieści, burze emocji, niepewności, obaw  i zagubienia rozkładają się po równo. Przyjaciele Mundka, koledzy i koleżanki z klasy także kolekcjonują bagaż trudnych doświadczeń, nie zawsze taki sam. Bohaterowie zestawieni w pewnym kontraście trapieni są problemami materialnymi, ale również emocjonalnymi. Obok Mundka równie ważną postacią reprezentującą dziewczęcy punkt widzenia jest Inga. Każdy z bohaterów otrzymuje inny pakiet wychowawczy i w każdym z nich można znaleźć spore braki. O ile Mundek ma swojego życiowego przewodnika, mentora, o tyle Inga jest w znacznie gorszej sytuacji. Czasem przez jej życie przemknie anioł w ludzkiej skórze, ale to namiastka tego, co trzynastoletnia dziewczynka potrzebuje. Skrajnie samodzielna (jeśli można tak powiedzieć), uczy się życia poprzez swoje własne sposoby. Tak, Inga ma „sposoby” (słowo klucz), sposoby na całą gamę życiowych przeciwności. Czy zawsze są skuteczne?

Trudno namalować swój świat, gdy się dopiero poznaje jego tajemnice. Czym naszkicować dojrzewające uczucia, górę wątpliwości, samotność, czy niespodziewany sukces? Jaką technikę wybrać? Trzynastoletni Mundek sprawną ręką rysuje komiksowe dymki, ale również biega za piłką, jak każdy nastolatek chodzi do szkoły i ma swoich kumpli. Wrażliwym okiem potrafi wypatrzyć wartościowych ludzi i korzystać z cennych wskazówek.

W szkicowniku Mundka odbija się jego mały świat. Przemykający rodzice, ze swoimi problemami, tajemnicza  i nietuzinkowa Inga – klasowa koleżanka, ciocia Tenia – artystka, która niczego w życiu nie żałuje!  Barwna plejada postaci, obok których nie można przejść obojętnie. Ich charaktery są bardzo wyraziste, zaznaczone mocną kreską,  zdecydowanie nieszablonowe. Autorka „rysuje” przed czytelnikiem bardzo plastyczny świat. Płynna narracja, pobudzające wyobraźnię opisy, składają się na wysokoliteracką prozę, dzięki której młody czytelnik może poczuć się prawdziwie uszanowany. Katarzyna Wasilkowska wyczuwa również znakomicie młodzieżowe trendy, style językowe i robi z tego doskonały użytek. Tekst jest żywy i autentyczny.  

„Świat Mundka” to nie tylko powieść o dojrzewaniu. To także historia o rodzicach, którzy są ważnym i znaczącym ogniwem w budowaniu młodego człowieka. Rodzice, którzy mają jasną rolę, nie zawsze dobrze się z niej wywiązują. Wyraźnie podkreślone zostaje ogromne piętno, jakie mogą odciskać błędy wychowawcze na kształtującym się człowieku. Ciężkie i niesprawiedliwe słowa, brak wsparcia emocjonalnego, przemoc fizyczna, pustka duchowa wypełniana dobrymi warunkami finansowymi. Cóż, nie ma szkoły z kursem „jak być dobrym rodzicem”. Może zatem warto sięgnąć po dobre lektury, aby lepiej zrozumieć świat swoich dzieci?

Należy również koniecznie podkreślić erudycyjny walor powieści, nasączonej nawiązaniami biblijnymi, literackimi czy muzycznymi. Lektura niesie duży zysk poznawczy. Rozmowy Mundka z ciocią Tenią, bardzo dojrzałe i ciekawe, mogą zainspirować czytelnika do własnych poszukiwań i namysłu. Mundek, jako początkujący rysownik komiksowy, zdecydowanie utalentowany, ma sporo wątpliwości. Dostrzega, że „wszystko już było” i zastanawia się, czy warto jeszcze coś tworzyć. Może jak inni chłopcy grać w piłkę nożną? Świetny wątek, pokazujący, że mimo pewnej uniwersalności przeżyć, warto odnaleźć własny styl, język, aby o tym co ważne opowiedzieć na nowo. Ciocia bohatera wyraźnie wskazuje mu, że przede wszystkim musi nauczyć się zasad, wyjść od podstaw, a potem modyfikować je w życiu, mieć fundament, aby budować na tym coś własnego. Bohater zdaje się to bardzo dobrze pojmować. Autorka pokazuje bogactwo powiązań i ciągłe uwikłanie życia w coś więcej. W powieści delikatnie poruszany jest również temat śmiertelności, moim zdaniem znakomicie i dyskretnie opracowany fabularnie.

 „Świat Mundka” to powieść bogata w treści, wyposażona w mądry humor. Inteligentnie pokazuje dorastanie i dojrzewanie  młodych ludzi. Przed nimi  ciężka droga pełna wybojów. Pierwsze fascynacje, bo oto bohaterowie  stopniowo dorastają do relacji damsko-męskich, każdy w innym tempie. Mierzą się z trudnościami w rodzinie i w szkolnych ławach. Stają przed problemami, które często przynosi im świat dorosłych. Muszą budować swoje fundamenty, które czasem są podgryzane przez niesprawiedliwość i ludzkie ograniczenia. Dobrze pokazany jest problem biedy i bogactwa, nadmiar pieniędzy szczęścia nie daje, ale ubóstwo też szczęśliwym nie czyni. O godność trzeba walczyć z pełnym i pustym portfelem.

Koniecznie należą się również słowa uznania dla ilustratora Roberta Konrada, który „sprawił” znakomitą okładkę, oddającą klimat powieści i świetnie anonsującą  postać głównego bohatera. Taki jest Mundek i jego świat. Mam nadzieję, że to ilustracyjne wsparcie, spowoduje, że książka trafi w ręce chłopców – grupy, która najmniej czyta według statystyk. Nie ma tu żadnej ślepej uliczki, ilustracja i tekst tworzą znakomitą całość. Młody czytelnik nie będzie zawiedziony.

Obecność takich powieści w polskich księgarniach napawa optymizmem. Cieszy, że polska powieść dla młodzieży ma tak znakomitych autorów i ilustratorów. Z pełną odpowiedzialnością – polecam i zalecam lekturę powieści “Świat Mundka” Katarzyny Wasilkowskiej.

Editress

Urok „Kolibra” i inne ważne odkrycia literackie… przy okazji

Poczciwi wiejscy ludzie / Flannery O’Connor ; tłum. Maria Skibniewska. Wyd.2.Warszawa : “Książka i Wiedza”, 1974. 122,[5] s. ; 18 cm. Seria: Koliber

Ocalisz życie, może swoje własne : opowiadania zebrane / Flannery O’Connor ; przełożyli Maria Skibniewska i Michał Kłobukowski ; [przedmowa Robert Giroux].Warszawa : W.A.B. – Grupa Wydawnicza Foksal, 2019. – 606, [2] strony ; 24 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Bardzo lubię serie wydawnicze. Pomagają mi porządkować literaturę, dając swego rodzaju gwarancję co do jakości tytułów, klasy autorów – choć zdarzają się rozczarowania. Jedną z moich ulubionych serii wydawniczych jest Koliber, stworzona przez wydawnictwo „Książka i Wiedza”. Jej początku można upatrywać w 1973 roku, gdy zaczęto numerować tomy i opracowano koncepcję graficzną. Seria w zasadzie prezentuje klasyków literatury, zawiera dobre i bardzo dobre tytuły, czasem można trafić na słabszy tekst. Koliber ma dla mnie „słoneczne oblicze”, bo właśnie w czasie letniej przerwy najbardziej lubię sięgać po „kolibrowe” formaty – poręczne, dobre na podróż i do plecaka. W serii jak już wspomniałam, w zasadzie sami klasycy – polscy i obcy. Nurty literackie i zjawiska. Czytelnik może uraczyć się angielskim stylem ruchu „Angry Young Man” – „Samotność długodystansowca” Alana Sillitoe, to już przecież absolutna klasyka. Warto sobie przypomnieć, jak to jest, gdy się żyje „z soboty na niedzielę”. Zaraz obok można zderzyć się z francuskim oświeceniem w osobie „Kubusia Fatalisty i jego pana” Denisa Didertota. Ubawić się po pachy z „Trzema panami w łódce nie licząc psa” Jerome’a K. Jerome’a. Wpaść w objęcia rosyjskiej klasyki: Tołstoj, Dostojewski, Czechow, Gogol. Pisarze amerykańskiego Południa również mają swoją silną reprezentację – William Faulkner, Flannery O’Connor, Erskine Caldwell. Wielka studnia literatury, która nie wysycha.

Fot. Dom Książki/Editress

Nim przejdę do mojego szczególnego zachwytu literackiego, zrobię szybką rekomendację.  Moje ulubione „kolibrowe” tytuły to: „Przechodzimur” Marcela Aymé, „Sonata Kreutzerowska” Tołstoja, „Opowieści małżeńskie” Edith Wharton, „Hotel du Nord” Eugène’a Dabita, „Baby” Czechowa, a także tytuły wyżej wymienione i jeszcze kilka innych, ale już porzucam tę wyliczankę. Naprawdę seria dostarcza prawdziwych literackich perełek i potrafi  zachwycić… Drogi czytelniku, poszukaj swoich faworytów. W bibliotekach seria jest nadal obecna.

Myśląc o tym, aby napisać tekst o Kolibrze, powracała do mnie najmocniej już wspomniana Flannery O’Connor, która stała się moim największym odkryciem w całej serii. „Poczciwi wiejscy ludzie”, to zbiór raptem trzech opowiadań. Maleńki tomik, a jaka siła rażenia!  

Te trzy opowiadania zwyczajnie wbiły mnie w ziemię. Autorka, która żyła krótko (1925-1964), i w sporym dystansie czasowym – przemówiła do mnie z całą mocą. Czytałam owy tomik w autobusie, i gdy wysiadałam, wrażenie lektury było tak silne, że zahipnotyzowana wracam do domu. To jest potęga literatury! O’Connor jest wpisana w nurt twórczości amerykańskiego Południa (Południowego Gotyku). Wyrachowana przemoc, wykluczenie, konflikty, bezsensowne okrucieństwo mocno zanurzone w bolesną groteskę, to charakterystyczne punkty twórczości autorki. Opowieść o ciemnej stronie ludzkiej natury, skrajnych emocjach, które odbierają rozum, o zderzeniu dobra ze złem – ma nieprzemijającą siłę. Opowiadania O’Connor są absolutnie mistrzowskie. Oczywistość, z jaką autorka pisze o sprawach pełnych dramatyzmu, buduje niezwykłe napięcie. Pozornie zwykła sytuacja może stać się zalążkiem czegoś, co doprowadzi do rozpadu ludzkiej duszy, a czasem i ciała. Niewinna pelargonia, niewinny widok na las… W niezwykłym dramacie autorka potrafiła umieścić groteskę, która rozbija wnętrze czytelnika i wprawia w osłupienie. Opowiadania skonstruowane na niesamowitych i skrajnych emocjach zalęgną się w głowie na długo. „Trudno o dobrego człowieka” – to tekst, który nigdy mnie nie opuści. Nie chcę czytelnikom zdradzać fabuł, raczej rozpalić ciekawość.

Wydawnictwo W.A.B. w 2019 roku zrobiło wielki ukłon w stronę Flannery O’Connor i  wydało opowiadania, zebrane pod wspólnym tytułem „Ocalisz życie, może swoje własne”. W zbiorze są również te trzy „kolibrowe” opowiadania. Cennym wprowadzeniem w twórczość pisarki jest przedmowa Roberta Giroux.

Trzydzieści jeden tekstów, które udowadniają, że literatura potrafi być żywa, emocjonująca, poruszająca mimo upływu lat. Posiada potężną siłę i obnaża prawdy o ludzkiej naturze. Flannery O’Connor jest wspaniałą przedstawicielką krótkiej formy. Wielce utalentowaną pisarką, która potrafiła stworzyć poruszające fabuły, ukazując jej własne „tu i teraz”, jak i przeprowadzała uniwersalną wiwisekcję w zakamarkach ludzkiej duszy. Doprawdy, jest nad czym myśleć po lekturze tych opowiadań. Ciekawe, ile doskonałych fabuł pisarka dostarczyłaby czytelnikom, gdyby nie przedwczesna śmierć…

Twórczość Flannery O’Connor jest jak bezchmurne, słoneczne niebo, na które nagle nadpływa ciemna, burzowa chmura. Porzućcie złudzenia, że dzień się dobrze skończy.

                                                                                                                      Editress

Tłumacz w naszych głowach

W głowie tłumaczy / scenariusz: Tomasz Pindel ; rysunki Daniel Chmielewski, Berenika Kołomycka, Robert Sienicki, Jacek Świdziński, Fanny Vaucher.Gdańsk : Instytut Kultury Miejskiej ; Warszawa : współwydawca: Wydawnictwo Kultura Gniewu, 2019. – [48] stron : ilustracje ; 30 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Rzecz wielce niszowa, zdecydowanie oryginalna, zatem trzeba uważnie na nią spojrzeć. Komiks o tłumaczach – „W głowie tłumaczy” – scenariusz Tomasz Pindel. Nie jestem znawcą komiksów, natomiast przekład jest mocno obecny w polu moich zainteresowań. Z pasją czytałam wywiady z tłumaczami „Przejęzyczenie. Rozmowy o przekładzie”[1] przeprowadzone przez Zofię Zaleską. A publikacje Jerzego Jarniewicza o przekładzie to lektury obowiązkowe, np.: „Gościnność słowa. Szkice o przekładzie literackim[2]. Obserwowałam z daleka festiwal „Odnalezione w tłumaczeniu”, z przyjemnością oglądam cykle Instytutu Książki: „Wytłumaczenia”, „Nasi tłumacze”, „Słowo od tłumacza”. Półeczka z książkami pod hasłem “przekładoznawstwo” być może nie aż tak obszerna, ale w mojej biblioteczce jest i bardzo często ją odwiedzam.

Ogromnie szanuję pracę translatorską, myślę, że wspomniane lektury i materiały filmowe dość solidnie uchyliły mi drzwi do świata tłumaczy. Trudna i mocno niedoceniana praca. Choć od kilku lat można obserwować pozytywne zmiany. Wywołany już Instytut Książki zrobił sporo, aby poprawić kondycję tłumacza i nobilitować przekład literacki. Przykładem jest między innymi nagroda Transatlantyk, którą zdobyło wielu wybitnych tłumaczy, przekładających literaturę polską.

Myślę jednak, że do świadomości czytelnika sięgającego po przekład jeszcze niewiele dociera. Mało kto zwraca uwagę na to, kto książkę tłumaczył. O krytyce przekładu w ogóle nie możemy mówić. To już sprawa fachowców – takich jak w redakcji pisma „Literatura na Świecie” (warto zauważyć, że LnŚ ma nową stronę internetową!).
O pismach patronackich napiszę… osobno.

Wracając do sedna. Komiks „W głowach tłumaczy” to kapitalne wejście w zagadnienia przekładu. Lapidarne i konkretne. Z pomysłem, z dowcipem, myślę, że ciekawiej się nie da. Czytelnik, który nigdy nie zaprzątał sobie głowy tym, kto przetłumaczył mu książkę, ma wyjątkową szansę zajrzeć przez ramię lub w głowę tłumacza, który dwoi się i troi, aby praktycznie napisać od nowa – już napisaną książkę. Sztuka nie lada.    

Tak właśnie jest. Tłumacz funkcjonuje w tłumaczonym dziele. Pisze je od nowa. Musi przefiltrować tekst przez swoją kulturę, system wartości i język, który może stawiać mnóstwo ograniczeń, a jednocześnie zachować specyfikę tekstu oryginalnego. Szczególnie tłumacz literatury pięknej staje się tak naprawdę drugim autorem przekładanego tekstu. Tłumacz oswaja inne kultury. To bardzo ważny aspekt translacji, aby obcość tekstu w różnych opcjach przenieść i oswoić, zmieniać percepcję, odbiór czytelnika. Zachowując odmienność „nie sprowadza się autora do domu” lecz „wysyła czytelnika za granicę”, jak mówi Lawrence Venuti, amerykański teoretyk przekładu.

Komiks „W głowie tłumaczy” to zbiorowa praca ilustratorów, którzy pokazują różne aspekty zawodu tłumacza, od spraw prozaicznych – jak problemy zatrudnienia, umów i finansów, po czysto warsztatowe. Część pokazująca proces twórczy: „tłumacz w akcji” – jest “zabawnie” pouczająca. Padają w niej słowa klucze: język oryginału, język docelowy, adekwatność, kompensacja. Prawdziwa gimnastyka dla szarych komórek. Co zrobić, aby nie kalkować tekstu, oddać co trzeba i nadać literacki kształt? „Przekłady są jak kobiety, albo piękne, albo wierne” – wspomina tę formułę tłumaczka Małgorzata Łukasiewicz w książce „Pięć razy o przekładzie”[3]. Co zrobić, aby były i piękne, i wierne?

Tłumacz to zawód bardzo elitarny. Wymaga nie tylko znajomości języka, ale również wielu różnych zagadnień, dziedzin wiedzy. Tłumacz musi być erudytą! W przeciwieństwie do bezosobowych, komputerowych translatorów. Praca tłumacza to twórczość!

Tomasz Pindel (uznany tłumacz), opracowując scenariusz postarał się również zarysować genezę tłumaczenia i proces narodzin zawodu, który ma tak wiele form: przekład literacki, specjalistyczny, symultaniczny. O tym również jest ten komiks, o wielości przekładu. Czemu ludzie uprawiają ten trudny i kiepsko opłacany zawód? Na to także jest kilka odpowiedzi, bo jest wiele motywacji: altruistyczna, literacka, pragmatyczna, intelektualna (moja ulubiona).  

Warto na koniec wspomnieć jeszcze o miłym ukłonie w stronę redaktorów, towarzyszących tłumaczom. Współpraca układa się różnie, wszyscy jednak grają do jednej bramki. Autor scenariusza zauważa (z przymrużeniem oka), że „to właśnie redaktorzy są na samym dole łańcucha wydawniczej hierarchii”. Cóż, jedziemy chyba na wspólnym wózku i tym bardziej powinniśmy się wspierać. Czytelnicy – kochajcie tłumaczy i … redaktorów 😉 To wszystko dla Was!

Editress


[1] Przejęzyczenie : rozmowy o przekładzie / Zofia Zaleska. Wołowiec : Wydawnictwo Czarne, 2015. – 371, [2] s. ; 22 cm.

[2] Gościnność słowa : szkice o przekładzie literackim / Jerzy Jarniewicz. Kraków : Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 2012. – 284 s. ; 20 cm.

[3] Tłumaczka podaje, że autorem tej opinii jest prawdopodobnie Gilles Ménage (1613-1692), choć dziś przypisywana jest wielu innym autorom: Małgorzata Łukasiewicz, Pięć razy o przekładzie. Kraków-Gdańsk, 2017, s.37

Izolinie uczuć, izolinie ciał.

Mapa Anny / Marek Šindelka ; przełożyła Anna Wanik. Wrocław : Wydawnictwo Afera, 2020. – 175, [5] stron ; 19 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Podobno czytelnicy rzadziej wybierają opowiadania, przynajmniej wydawcy twierdzą, że gorzej się sprzedają. Zdecydowanie krótką formę literacką „docenia” wrocławski Międzynarodowy Festiwal Opowiadania, który już w  kolejnej edycji promuje z sukcesem ten gatunek literacki. Może zmienią się trendy…

Osobiście bardzo „doceniam” opowiadania. Można przecież otrzymać tyle różnorodnej fabuły w jednym tomie. Czasem teksty splatają się ze sobą, mają wspólną myśl przewodnią rozpisaną na wiele głosów i historii. Ukryty klucz odczytań. Tak właśnie jest w zbiorze opowiadań czeskiego autora Marka Šindelki  zatytułowanym „Mapa Anny”.

Czeska  literatura  to mój częsty wybór czytelniczy. Nie tylko klasyka – Hrabal, Čapek, Kundera… ale zupełnie współczesne, młode spojrzenie czeskich prozaików, ma godną reprezentację na kilku półkach. Między innymi dzięki wydawnictwu Afera można całkiem dobrze zorientować się, co aktualnie “piszczy” w literackim świecie naszego południowego sąsiada. A jest bardzo ciekawie i różnorodnie.

Marek  Šindelka  został  “zaproszony” na polski rynek wydawniczy,  właśnie dzięki wspomnianemu  wydawnictwu Afera, książką „Zostańcie z nami”. I oto kolejna propozycja opowiadań, która pozwala sądzić, że objawia nam się autor „na dłużej”, którym zdecydowanie warto się zainteresować.

„Mapa Anny” – na okładce wymowne izolinie – izobary, może izohiety?  Łączą punkty o tych samych wartościach. U Šindelki pewnie tę samą temperaturę uczuć, te same odkrycia cielesności. Obnaża się z całą mocą powtarzalność i oczekiwanie na zmianę, na paradoksalne „załamanie” tej niepogody. Czytelnik może poucztować w szukaniu odczytań. Autor naprowadza, ale zostawia również wolną rękę. Tekst jest bardzo bogaty. Potrzeba wiele uważności podczas lektury.

Świat bohaterów wydaje się stosunkowo jałowy i pozbawiony smaku. Próżno szukać w nim czegoś co można byłoby nazwać prozaicznie – szczęściem – szczególnie w sferze związków i relacji. Stagnacja, identyczność, idealizacja  –  a obok wielkie wołanie o skazę, bliznę. Może nawet o brzydotę, aby wreszcie przełamać monopol nieskazitelnych ciał. Z drugiej strony, w sferze uczuć – niedojrzałość, kompletny brak zrozumienia wzajemnych oczekiwań i egoizm. Momentami można wpaść w irytację. Nachodzi ochota, aby wytrząsnąć  z bohaterów to zagapienie, nijakość, oczekiwania pozbawione widoków na jakiekolwiek spełnienie. Szybkie wpadanie w nudę, wypalanie uczuć, wzajemne emocjonalne rozgrywanie się, aż do zerowego salda emocji. Bohaterowie wybuchają porywami ciała, często przypadkowymi, które niosą konkretne efekty. Poza krótkimi przypływami namiętności, pustka zadaje ból do żywego.

Możemy czytać  innych i siebie jak mapy, wspólne doświadczenia cielesności, uniwersalizm fizjologii, pozwala nam na to. Procesy zachodzące w ciele są silnie powiązane z emocjami – jak trema – znacie to uczucie, pyta jeden z bohaterów? Znacie. Postać komika jest wręcz symboliczna  – dojmujący, charakterystyczny smutek błazna, który być może jako jedyny prawdę nam powie. Bywa jednak, że słowo powtarzane wiele razy traci swoje znaczenie. Nie tylko słowa. Wiele rzeczy, spraw, postaci traci swoje znaczenie, szczególnie to pierwotne. Znak naszych czasów. Autor czujnie wyłapuje te zmiany.

Teksty są gęste od przemyśleń, obserwacji, bardzo trafnych spostrzeżeń: Całował twoje siniaki i wyobrażał sobie, że pod skórą muszą być słodkie jak obite jabłko. Autor ma wyjątkowy talent plastycznego obrazowania.

Trochę o warsztacie. Oto mamy przed sobą skondensowaną prozę bez zbędnego szczegółu. Wszystko współgra i ma znaczenie. Uderza zmienna narracja, ukazująca różne punkty widzenia, jednak skupiona i przemyślana. Nie ma ślepych uliczek. Autor ma pełne panowanie nad treścią i formą.
Bohaterowie przemieszczają się po tekstach, zapożyczani z jednego opowiadania do kolejnego, tworzą łańcuch historii. Dopełniają swoje losy, dokładają brakujące klocki.

Cóż, wszystko już było, wchłaniamy historie swoje i innych. Odziedziczone ciało staje się mapą naszych przodków, z całym bogactwem inwentarza. Odbijamy w sobie świat w mikroskali. Siebie nawzajem. Wszystko już było, pewnie tak, ale warto spojrzeć  jeszcze raz, okiem Marka Šindelki.

Editress