Letnia altanko-czytelnia zaprasza!

Witajcie na wakacjach, najlepiej w Chudegnatach, do których zaprasza Katarzyna Wasilkowska. Nie ignorujcie tego zaproszenia, bo to znakomicie spędzony czas, nawet komary są do zniesienia wśród humoru i w towarzystwie ciotki Krychny, która jest „dorosłym na opak”. Na czym to polega? Sprawdźcie sami, nie zamierzam psuć nikomu lektury, przekonuję jednak, że „Wakacje w Chudegnatach” to strzał w dziesiątkę! Rekomenduję na bardzo dobry początek właśnie raczkujących wakacji. Piękna chwila 🙂 najlepiej ją celebrować w pierwszorzędnym towarzystwie. Na zachętę dorzucam jeszcze moje poobijane papierówki o obłędnym zapachu. Absolutnie doskonałe połączenie!

Fot. Dom Książki/Editress
Dziękuję Autorce za czerwcowe odwiedziny i te piękne, osobiste zaproszenie na wakacje 🙂

Zabrałam wszystkie lektury, które chciałam polecić do swojego ogrodu, w którym upalnie, ale i aromatycznie, wspomniane papierówki robią swoje, plus lawenda. Ogrodowa altana będzie letnią czytelnią, a może i jesienną? Tu się znakomicie czyta. Życzę wszystkim Państwu cudownych miejsc do czytania przez całe lato i polecam kilka tytułów, aby zabrać w te miejsca.

Zacznijmy od tego, co możecie poczytać przy stoliku, czyli „Przy stoliku w Czytelniku” Jarosława Molendy. Czar kawiarni literackiej, w której można było spotkać wielkie osobowości. Tęskno się robi na tę myśl. Książka pięknie wydana, bogata w fotografie, okładki, plakaty, oddaje ówczesny klimat. Samo jej przeglądanie sprawia przyjemność, a lektura pochłania bez reszty! Z myślą, że takich miejsc już nie ma, polecam zajrzeć do “Czytelnika” i przenieść się pomiędzy stoliki pasjonujących rozmów i wyjątkowej atmosfery: We wspomnieniach Marka Nowakowskiego lokal w Czytelniku “stanowił salon literacki ówczesnej Warszawy”. Poznawałem kolejnych wybitnych pisarzy, cierpiąc tortury onieśmielenia, niepewności. Czułem się jak człowiek z zabitej deskami prowincji. Ściskałem prawicę Tadeusza Konwickiego, Adolfa Rudnickiego, Kazimierza i Mariana Brandysów, Bohdana Czeczki.

Zapraszam zatem na ten literacki salon….

fot. Dom Książki/Editress

Nastrojona literacko, sięgam po tytuły z ulubionej serii. Książki o książkach. O jednej z nich pisałam już wcześniej. „Portable magic” Emmy Smith doczekała się tłumaczenia i mamy polską wersję. (Można zrobić plebiscyt, która okładka lepsza :)). Obie wersje trafiły do mnie w prezentowym trybie urodzinowym i z wdzięcznością kolejny raz polecam. Opowieści o książkowej fascynacji, ekscentryczności, a nawet szaleństwie pokazuje wyjątkową siłę tego papierowego przedmiotu, którego mocy poddało się wielu śmiertelników 🙂 Podobnie “Bibliofollia czyli szaleństwo czytania” Alberto Castoldiego. Książka erudycyjna, wciągająca w książkowe szaleństwo wielkich autorów jak Flaubert, Eco, Calvino, Borges, Canetti, Balzac czy Musil. Szaleństwo i magia, skupiona wokół książek to chyba najwłaściwsze połączenie. Każdy książkowy maniak to wie 🙂

Czas uciec w powieść. Może na Sycylię? To chyba dobra destynacja na lato. “Ucieczka Anny” to fabuła wspomnieniowa, nostalgiczna, wzruszająca od pierwszych zdań. Przyznaję, że sięgam po tę powieść, bo jak zawsze musi się pojawić wśród lektur powieść z serii z Żurawiem i okładką Małgorzaty Flis. Wybór okazał się przedni. Zaskakujące, że książka jest debiutem literackim. Mattia Corrente pisze o życiowych wyborach, które zawsze mają swoje konsekwencje, które nigdy nie “funkcjonują” w oderwaniu od innych. Wplątują bliskich w tę sieć decyzji, którzy często mogą nie rozumieć, w czym biorą udział i dlaczego tak. Dlaczego Anna ucieka po wielu latach małżeństwa? Jej mąż, Severin poszuka tej odpowiedzi, w mieszaninie uczuć, zdarzeń, scen. Tekst pociąga od pierwszych zdań, zasiewa emocje i skłania do natychmiastowego przyłączenia się i towarzyszenia bohaterowi.

A teraz może coś dla schłodzenia? Czeska pisarka Petra Soukpová potrafi zmrozić i nie owijać w bawełnę. Powieść “Pod śniegiem”, to kolejna “rozbiórka” rodziny na części pierwsze. Wspólna droga trzech sióstr do rodzinnego domu to świetna okazja do wybuchu emocji. Specjalistka od krojenia rodziny – jak piszą o autorce, kroi przy pomocy kilku bohaterów rodzinne relacje. Każdy ma swój kawałek. “Pod śniegiem” to już nie nowość wydawnicza, z mojej strony kolejne nadrabianie zaległości. Czytam książki Soukpovej trochę z przekorą, czasem niezgodą na to, co pisze, z poczuciem, że czasem przesadza, jednak lubię się przyglądać jej obrazom, wchodzić w proste, swojskie dialogi wciągające w te rodzinne relacje, które pozostawiają wiele do życzenia. Ma się o czym myśleć 🙂

Dobrze. Posiedzieliśmy, poczytaliśmy, czas ruszyć z miejsca, ale dobrze wyposażeni. W zeszłym roku polecałam książkę Michała Rożka “Nietypowy przewodnik po Krakowie“, który mnie zauroczył, w tym roku daję się zauroczyć przewodnikiem Rożka “Święte miejsca Krakowa”. Autor opisuje najsłynniejsze świątynie i miejsca kultu, ale także te zapomniane. Kraków nazywany drugim Rzymem niezmiennie zachwyca i pociąga – architektura, sztuka, tradycja. Zamierzam się w taki Kraków zanurzyć i polecam Państwu.

I trochę prywatnie. Dla siebie zostawiam książkowy powrót do Pragi, (w tym roku raczej tam nie zawitam), ale ulubiona Malá Strana zostanie ze mną. W drążeniu meandrów językowych nie należy ustawać – także latem. A zatem Jan Neruda i jego “Povídki malostranské” przywołają miłe wspomnienia i będą podnosić level językowy 🙂

Udanych wakacji, urlopów, w dobrym książkowym towarzystwie!

Editress

Środek znieczulający… ze srebrnym zębem :)

Dziewczynka ze srebrnym zębem / Andrzej[ek] Marek Grabowski ; ilustracje Kasia Kołodziej. Łódź : Wydawnictwo Literatura, 2024. 162, [5] stron : ilustracje ; 22 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

W zdecydowanie wakacyjnym nastroju, przeczuwając, że są już blisko wolne, letnie dni, proponuję pierwszorzędną lekturę z okazji wyżej wymienionych nadchodzących „zdarzeń” :). Cieszę się, że książka Andrzeja Marka Grabowskiego „Dziewczynka ze srebrnym zębem” kolejny raz pojawia się na księgarskich półkach i chcę to zaakcentować, bo na wakacje dobrze zadbać o prowiant literacki. Takie wznowienia lubię i szanuję :).

Scenarzysta, twórca kultowych programów dla dzieci i młodzieży – Tik-Tak, Ciuchcia, Budzik, Andrzej Marek Grabowski pozwala nam zajrzeć w swoją osobistą historię z dzieciństwa, dziejącą się w szpitalnych salach, na korytarzach, a nawet…  w piwnicy! Historia, która może wywołać zdumienie u dzisiejszego młodego czytelnika. Dlaczego? Dlatego, że jest to powrót do przeszłości, w której nie było kolorowo. Dziecko, które trafiało do szpitala, mogło liczyć na wizytę rodzica raz w tygodniu, przebywało samo wśród obcych ludzi, którzy w dodatku dokonywali różnych przerażających zabiegów, oczywiście w szczytnym celu naprawia zdrowia, ale sonda, punkcja to jednak groza. Zatem stres i samotność to permanentni towarzysze, których należało jakoś obezwładnić i pokonać. Z założenia szpital, to nie jest radosne miejsce, a gdy trzeba mierzyć się z dodatkowymi trudnościami, staje się prawdziwym obozem przetrwania.

Autor pokazuje wszystkie oblicza tego miejsca, jednocześnie dając nam potężne znieczulenie, w postaci humoru, a przede wszystkim Ani – dziewczynki ze srebrnym zębem, która sama w sobie staje się środkiem znieczulającym, dzięki swoim niezwykłym opowieściom i nietuzinkowej osobowości (srebrny ząb również się na nią składa!).  Zamienia ten siermiężny PRL-owski szpital w miejsce sensacyjnych historii, detektywistycznych poszukiwań i ważnych odkryć, które pozwalają spojrzeć na drugiego człowieka inaczej. Ania potrafi rozpalić wyobraźnię na tyle, że wiele trosk znika, przynajmniej na chwilę.

A trosk jest niemało, szczególnie gdy miesiącami przebywa się w szpitalu, z dala od rodziny i poza zwykłym rytmem dnia, bo nawet szkoła przenosi się do szpitalnych murów. Personel nie zawsze jest miły, a zabiegi męczące i nieprzyjemne. Autor pokazuje, jak często brakowało wrażliwości w podejściu do młodego pacjenta, poszanowania jego godności, a także poważnego traktowania jego słów. Dzieci ze stresem radzą sobie różnie, nie każdy umie zachować pogodę ducha, a wtedy… mogą pojawiać się dodatkowe problemy.

Opieka psychologiczna wówczas dopiero pełza, a wiemy, że w takich warunkach szpitalnych jest niezwykle ważna, nie tylko dla młodych pacjentów, ale także dla dorosłego personelu, co znakomicie wybrzmi w tej opowieści. Przyznaję, że z mojej perspektywy, dojrzałego czytelnika, ma ta powieść wiele ciekawych smaczków związanych z czasami, w których się rozgrywa. Jednak nie tylko z tego powodu czytałam ją z wielką przyjemnością. Historie, które opowiada dziewczynka ze srebrnym zębem, są nietuzinkowe, zabawne i tak ciekawe, że z pasją można się im oddać. A „zakulisowe” szpitalne zdarzenia również im nie ustępują. Razem wszystkie te elementy składają się na świetną powieść. A rysunki Kasi Kołodziej doskonale dopełniają całości i też stanowią swoiste znieczulenie (nawet punkcja nie maluje tak strasznie :)).

Jak zapewnia nas autor już we wstępie, wszystko to przeżył na własnej skórze i “wysłuchał” na własne uszy :). Niezwykła znajomość z dziewczynką ze szpitala, która była jak siostra w tym trudnym czasie, może i miałaby swoją kontynuację, gdyby nie dziecięcy wstyd, obawa i pośpiech w zacieraniu śladów :). Nie zdradzę, dlaczego :).

Ale przyłączam się do apelu Autora, wystosowanym na końcu tej opowieści i kolportuję go dalej:

Gdyby tę książkę czytała swoim wnukom pewna babcia Ania, która wiele lat temu leżała w szpitalu reumatologicznym w Warszawie, w sali numer pięć pod oknem, a jej sąsiadem był ośmioletni blondynek, który został jej braciszkiem, bardzo proszę o list pod adres wydawnictwa.   

Gdyby tę recenzję czytała pewna babcia Ania… to proszę o odpowiedź na ten apel :). Takie spotkanie po latach, to byłoby coś :). Ciekawe, ile kapitalnych nowych historii wydarzyło się u dziewczynki ze srebrnym zębem przez te lata…

Editress

Świat z czerwonej cegły, którego już nie ma…

Familoki : śląskie mikrokosmosy / Kamil Iwanicki. Gliwice : Editio, © 2023. – 255, [1] strona : ilustracje, fotografie, mapy ; 21 cm.

fot. Dom Książki/Editress

„Familoki. Śląskie mikrokosmosy” Kamila Iwanickiego to znakomicie opowiedziane historie, te duże i małe, wokół robotniczego domu z cegły. Tu zdecydowanie uprościłam „definicję” familoka, ponieważ Kamil Iwanicki udowadnia, że familoki bywały urozmaicone architektonicznie. Najbezpieczniej skorzystać z dookreślenia „familoki to robotnicze domy wielorodzinne”, jak w rozdziale Istota familoka, podaje autor. Zresztą bardzo dokładnie rozpracowuje istotę tego budynku, który stał się doskonałym pretekstem, aby opowiedzieć o ludzkich losach na tle wielkiej historii. O zwykłym codziennym życiu, gdzie czasem „sadza się maże na łoku”. To opowieść o wielkiej cywilizacyjnej zmianie, opowieść o górnośląskim życiu, obyczajach, języku, tradycjach. O początkach Górnego Śląska jako regionu przemysłowego, a także o wpływach innych kultur, które są widoczne do dziś.

„Familoki. Śląskie mikrokosmosy” to opowieść o świecie, którego już nie ma, czy też świecie, który zanika, choć nie brakuje tych, którzy próbują ratować i ocalać od zapomnienia familokowe kolonie, które wytworzyły coś własnego, swoją kulturę, obyczaje, swoje życie w gromadzie ludzi, których łączyło tak wiele, a których już nie ma.

Pozostają wspomnienia, dokumenty, fotografie w cyfrowych archiwach, które bogato ilustrują książkę Iwanickiego. I przyznaję, że jest to bardzo sentymentalna podróż. Znawcy Śląska, badacze, dawni mieszkańcy, pasjonaci otrzymują od autora szansę, aby ciekawie i z wielkim znawstwem opowiedzieć o ceglanych domach i życiu wokół nich. Przechowują ten „familokowy” depozyt i próbują ratować. Rewitalizacja to słowo odmieniane przez wszystkie przypadki, gdy mówi się o tych ceglanych robotniczych koloniach. Klasycznym przykładem jest Nikiszkowiec, który stał się turystyczną atrakcją, a sądzę, że jeszcze wiele innych familokowych osiedli może uzyskać podobny status. Już dziś bardzo popularne stają się spacery po ceglanych koloniach, które prowadzi także sam autor książki.

Familoki jeszcze stoją, często w opłakanym stanie, ale są i można jeszcze podarować im drugie życie. Zniknęło jednak bezpowrotnie coś innego. Dawni mieszkańcy i ich życie. Często trudne, ale przede wszystkim wspólnotowe. Ten dodatkowy podtytuł, który znajdziemy na okładce: „Opowieść o mieszkańcach ceglanych domów”, jest dla mnie kluczem do tej książki. I w całej tej prawdziwej opowieści, najbardziej poruszały mnie obrazy codziennego, skromnego życia, w którym ludzie starali się funkcjonować jak najpełniej. Było biednie, ale bardziej po ludzku. Rodziny były wielodzietne, ojcowie pracowali po dwanaście godzin, matki, babki „ogarniały” rodzinną codzienność. Z okien pomalowanych na czerwono lub zielono omy zerkały na wnuki albo klachały ze sobą przed domem. Ludzie pomagali sobie i dzielili się tym, co mieli. Oczywiście, nie można tylko idealizować, były także kłótnie, na przykład o kolejkę do wychodka czy piekarnioka,  ale żyło się nadal wspólnie. Życie toczyło się wokół  kuchennego stołu, w jednym pokoju, bo gdy się miało dwie izby, to ta druga była odświętna i rzadko bywała w użyciu. O tej codziennej egzystencji opowiadają sami mieszkańcy familoków, opowiadają w śląskiej godce. We fragmentach literackich przemawia natomiast Janosch albo Horst Bieniek, których autor często cytuje lub się na nich powołuje.

Obok siermiężnej rzeczywistości były także inne wymiary, w których królowały beboki, czy utopce. Jak wykazuje Iwanicki, miały one bardzo praktyczne zastosowanie. 🙂 Wszystko czemuś musi służyć, jak klopsztanga, na której nie tylko trzepało się dywany.

Trzeba koniecznie podkreślić, że lektura bardzo wzbogaca słownictwo z zakresu śląskiej godki, a autor wszystko skrupulatnie przekłada na polski :), żaden czytelnik nie poczuje się zagubiony.

Robotniczy los i bogaci założyciele kopalń, hut. Bajkowa historia „Kopciuszka ze Śląska”, pałace i ajncle dla górników-kawalerów. Święta Barbara, śląskie wigilie i prawdziwi zbójnicy. Bo to prawdziwie zagmatwany świat, w którym przeplatają się wszystkie porządki. Znakomicie udało się to autorowi ująć.

Familok wali się już dzisiaj, Nad familokami górują dymiące kominy i czarne hołdy, Familoki to miejsca przeklęte – to trzy tytuły końcowych rozdziałów. Jakie były, jakie są i będą familoki? Jaki będzie ich los? Warto zajrzeć do książki Kamila Iwanickiego, który interesująco opowiada o przeszłości, teraźniejszości domów z cegły, a także ciekawie kreśli wizję ich przyszłości, która wbrew wszystkiemu jest pełna nadziei. Nie brakuje bowiem ludzi, którzy jej sprzyjają.

Editress

Ucieczka, która daje nadzieję

Uciekinierzy / Ulf Stark ; ilustracje Kitty Crowther ; przełożyła ze szwedzkiego Katarzyna Skalska. Wydanie pierwsze. – Poznań : Zakamarki, 2023. – 133, [11] stron : ilustracje ; 20 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

„Uciekinierzy” Ulfa Starka wpadli mi w ręce trochę przypadkiem, bowiem poszłam do księgarni z konkretnym planem zakupowym. Jednak okładka i krótki blurb odniosły marketingowy sukces i pomogłam „Uciekinierom” uciec z lokalnej księgarni. Był to bardzo dobry gest z mojej strony, ponieważ bohaterowie cudownie się „odwdzięczyli”. Powieść szwedzkiego autora pochłonęła mnie bez reszty i w niecałą godzinę oczarowana zostałam historią, która niosąc duży ładunek emocjonalny, potrafiła także zbudować i dać tak wiele nadziei. Nie spodziewałam się, że ta nieskomplikowana fabuła zrobi na mnie takie wrażenie.

Jak się później dowiedziałam, książka ukazała się już po śmierci autora i jest kolejną już częścią pewnej opowieści. Wcześniejsze losy bohaterów można znaleźć w trylogii „Magiczne tenisówki mojego przyjaciela Percy’ego”, „Mój przyjaciel szejk w Stureby” oraz „Mój przyjaciel Percy, Buffalo Bill i ja”. Co ważne, można „Uciekinierów” czytać samodzielnie, zupełnie bez straty. Czuję się jednak zachęcona, aby sięgnąć po wcześniejsze fabuły. Myślę, że będzie to ciekawy powrót do przeszłości.

A co takiego ujęło mnie podczas pierwszego spotkania w księgarni? Pozwolę sobie zacytować blurb. Będzie to bezpieczny ruch, ponieważ nie chcę zdradzać zbyt wiele z fabuły:

Dziadek chce uciec ze szpitala, by po raz ostatni odwiedzić swój dom na wyspie, gdzie spędził wiele lat życia. Ten szalony pomysł pomaga mu zrealizować jego wnuczek. Czego mały Gottfrid dowie się o swoim dziadku Gottfridzie podczas tej ryzykownej eskapady?

Dowie się sporo i przede wszystkim stanie wobec trudnych życiowych zdarzeń, z którymi dorośli kiepsko sobie radzą, a Gottfrid poradzi sobie znakomicie. Ma w sobie cudowną naturalność, dziecięcość, która go nie ogranicza, która podpowiada mu, co robić i napędza go, gdy pojawiają się problemy, niezręczności i poważne dylematy. Szuka rozwiązań, często bezkompromisowo. Bycie dzieckiem paradoksalnie pewne sprawy mu ułatwia.

A jaki jest dziadek? Dziadek jest prawdziwy. Z krwi i kości, nie jest „obrazkiem” miłego staruszka. Nie jest miłym i sympatycznym starszym panem, który rozdaje wszystkim uśmiechy. Przeciwnie. Złośliwy, arogancki, często rozdrażniony, nieźle daje się we znaki. I rodzinie, i personelowi medycznemu. Kiedy na chwilę, podstępnie opuszcza szpital, pielęgniarki oddychają z ulgą.

Dziadek jest „zbyt”. Zbyt wściekły, zbyt uparty, zbyt szalony. Ale Gotffrid właśnie takiego dziadka lubi. Zupełnie się nie zraża jego ciężkim charakterem. Bardzo chce mu pomóc. Znajduje nawet pomagierów, którzy mu to ułatwiają. Eskapada na wyspę się udaje i przynosi wiele ważnych odkryć. Za czym tęskni dziadek, czego się boi, w co wątpi, czego pragnie, leżąc samotnie na szpitalnym łóżku, otoczony obcymi ludźmi, którzy nawet nie mają pojęcia, co czuje i czego mu tak naprawdę brak.

Wnuk spisuje się na medal. Zupełnie inaczej jest z synem dziadka, ojcem Gotffrida. Obcość, obojętność, niechęć tworzy mur między dorosłym synem i zaawansowanym w latach ojcem, który ma „starte, za duże i zbyt zużyte serce”.  

I tylko słoik borówkowego dżemu, który dawno temu zrobiła babcia, jest jak życiodajna kroplówka, dawkowana po łyżeczce każdego dnia może zdziałać cuda. Dziadek jest coraz słabszy, ale milszy. Pomaga mu w tym także słownik, który daje mu nadzieję na ponowne zobaczenie się z babcią w lepszym świecie. Dlaczego? Nie zdradzę.

Gotffrid ratuje dziadka. Wyciąga z marazmu, daje nadzieję, wlewa w schorowane serce wiarę, zapełnia pustkę, która go paraliżowała i czyniła nieznośnym. Ulf Stark pokazuje, że warto dotrzeć do wnętrza drugiego człowieka, pozwolić mu nazwać swoje lęki, głośno o nich powiedzieć. Wówczas wszystko może się zmienić, nawet największa złość i zgorzknienie potrafią zamienić się w łagodność i czułość.

Piękna i wzruszająca opowieść, przez którą się płynie z ulgą do samego brzegu. Ukłony dla tłumaczki, Katarzyny Skalskiej za „udostępnienie” polskim czytelnikom tej wyjątkowej opowieści. Proszę bacznie przyjrzeć się również ilustracjom Kitty Crowther, które nadają tekstowi dodatkowego smaku i siły.

Editress

Kij w wydawnicze mrowisko

Yellowface / Rebecca F. Kuang ; [tłumaczenie Grzegorz Komerski]. Wydanie I. – Lublin ; Warszawa : Fabryka Słów, 2023. – 427, [5] stron : ilustracje ; 21 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

W paru wstępnych zdaniach chciałam jasno wyartykułować – nie, „Yellowface” Rebeki F. Kuang nie jest wybitną powieścią, nie wiem, czy odważyłabym się nawet napisać, że jest dobra. Może dostateczna? Jest w tej fabule wiele naiwności i zbyt prostych, mało wiarygodnych rozwiązań. Bohaterowie bardzo zgodnie irytują i kompletnie z nikim nie można się identyfikować, a to nie jest zbyt komfortowe dla czytelnika. Niektóre pomysły fabularne są zbyt naciągane i wydumane. Język w wielu miejscach także bywa irytujący, ale… występuje w tej powieści wiele ciekawych wątków, bardzo ważnych spostrzeżeń, diagnoz i bezpośredniej krytyki, która bardzo szeroko uderza w środowisko wydawnicze. I głównie z tego powodu pozwalam sobie skreślić o tym tytule kilka słów, jako osoba z owym środowiskiem związana od lat, przyjmująca w nim różne role i dostrzegająca to i owo. Na marginesie, tę powieść poleciła mi zaprzyjaźniona pisarka :), dziękuję!

Myślę, że ta książka nie przypadnie do gustu czytelnikom, których rynek wydawniczy i jego zakulisowe historie kompletnie nie interesują. Bo tylko te wątki, tak naprawdę, są zajmujące w tej powieści. Próbowałam „przełożyć” niektóre z nich na polskie podwórko. Oczywiście jest wielka przepaść pomiędzy środowiskiem wydawniczym w USA, gdzie dzieje się cała opowieść, a polskim światem książki. Opisywane w „Yellowface” problemy i zjawiska mają w Polsce wciąż mniejszą skalę, trochę inne formy lub nie występują – jeszcze – w ogóle.

Podobno muzyka łagodzi obyczaje, ja zawsze myślałam, że książka również. Stąd tkwiło we mnie naiwne przekonanie, że praca z książką, przy książce musi mieć wyjątkowy charakter, że czyni ludzi lepszymi. (Jeśli macie ochotę zaśmiać się teraz głośno – zróbcie to śmiało, ja już się „wyśmiałam” :):):)).

Czytając „Yellowface”, uśmiechałam się, kiwałam głową – różnie. Cieszę się, że ta książka wpadła w moje ręce właśnie teraz, gdy zamierzam dokonać sporych zmian zawodowych. Tak, myślę, że ten tekst, będzie dość prywatny, podszyty własnym oglądem redaktorki literatury pięknej.

Zatem, co my tu mamy. Autor – wydawca, autor – redaktor, autor – promocja, autor – krytyka, autor – czytelnik, autor – autor. Te relacje rozpracowuje pisarka. Jest w nich sporo uogólnień, ale zasadniczo, jest również sporo prawdy. Po kolei. 

Autor – redaktor – wydawca. Skleję te relacje razem. Rebecca F. Kuang ujawnia kulisy pracy redakcyjnej – żmudnej, detektywistycznej, obarczonej nowymi obsesjami naszych czasów – jak poprawność polityczna. Dorzuciłabym do tego ograniczenia czasu pracy redakcyjnej, oczekiwania, że w osobie redaktora, znajdzie się też korektor, redaktor techniczny – za jedno honorarium. Trzy osoby w jednej – tak umie tylko Pan Bóg 🙂 i nikt Mu w ogóle nie płaci! Na studiach edytorskich uczono nas zakresu obowiązków wyżej wymienionych zawodów. Bywa, że na siebie nachodzą, ale jednak się nie pokrywają. Autor – redaktor – wydawca, to bardzo skomplikowana relacja trzech podmiotów, które wywierają na siebie wzajemne naciski. Wydawca na redaktora, redaktor na autora, autor na redaktora i wydawcę.

Autorka pokazuje relacje autor – redaktor w dwóch wersjach. Dobrej i tej złej. Szczęśliwe dane mi było doświadczyć jedynie dobrej współpracy z autorami, tłumaczami, ale wiem, że nie każdy tak ma. To poważnie rzutuje na efekty. Brak wzajemnego zrozumienia, brak wyczucia intencji autora, brak rozumienia efektu, jaki chciał osiągnąć autor, to prosta droga to szarpaniny, która nie przyniesie niczego dobrego. Autorka często podkreśla, że redaktor to zazdrośnik, który żyje niespełnieniem, który sam chciałby zaistnieć jako autor, ale nie jest mu to dane. Traktuję to jako złośliwe uogólnienie. 🙂 Równie szczęśliwie nigdy nie miałam potrzeby zaśmiecania rynku wydawniczego swoimi tekstami. Zbędnych lektur jest aż nadto. 🙂

Będąc przy wątku pisania, autorka dokonuje  demitologizacji pracy autora – umiejętność stworzenia solidnej konstrukcji fabularnej, kilka celnych zdań i mamy to! A potem już do promocji. Bo „bestsellery po prostu się wybiera”.  Tak, „tworzy się mit w czasie rzeczywistym” – pewnie dlatego każde moje spotkanie z bestsellerem to w 95% rozczarowanie. Autor jest dla wydawcy towarem, podobnie jak jego książka. Kuang pokazuje sposoby na dobre przehandlowanie książki i jej „wytwórcy”.

Autor – krytyka. To jasne, że recenzje się zamawia. Na prawdziwy głos krytyki pozwolić sobie może tylko ktoś o mocnym i znanym nazwisku w środowisku. Taki „nie od ruszenia”. Czytelnik spotka się najczęściej z zalewem peanów, napisanych jeszcze przed publikacją. Nie inaczej jest i na polskim podwórku. Niektórzy autorzy recenzji – bo o krytyce literackiej nie można w ogóle mówić, coraz rzadziej obecnej nawet w akademickich kręgach – jawnie piszą, że ich tekst wynika ze współpracy z wydawcą. Przyznaję, od razu przestaję czytać taką recenzję, wiem przecież, że próżno szukać tam obiektywnej oceny. Zresztą rozumiem to, aktem odwagi jest napisać recenzję krytykującą, po co narażać się na ewentualną sprawę sądową. Przecież pisząc źle o danej książce, naraża się wydawcę na utratę zysku. Ja mogę moim czytelnikom zaręczyć uroczyście, że na moim blogu recenzowane są książki zakupione przeze mnie osobiście i wybrane z własnego przekonania.

Autor-czytelnicy. Tu wchodzimy w nowe zjawiska, które wynikają między innymi z dostępu do mediów społecznościowych. Mowa o hejcie, który łatwo podsycić, powód się zawsze znajdzie. W „Yellowface”, przy tym wątku, doskonale wychodzą absurdy współczesności, czyli – kto, o czym może pisać? Czy biała kobieta może pisać o problemach mniejszości narodowych, o problemach rasowych? Otóż nie, nie może. W amerykańskich wydawnictwach pojawiają się nawet „konsultanci kulturowi”, którzy mają ocenić, czy autor dobrze ujął sprawę, szczególnie jeśli się nie wywodzi z opisywanej przez siebie grupy etnicznej. Jest bowiem ryzyko, że dokona „przywłaszczenia kulturowego”, stanie się „pijawką kulturową” lub sprowokuje „akt rasistowskiej mikroagresji”. Wchodzimy głęboko w absurd dawania i odbierania prawa do pisania o pewnych sprawach. I tak docieramy do zjawiska „cancel culture” – kultury unieważnienia. Emocjonalne wzmożenie, które jest charakterystyczne dla dzisiejszych społeczeństw, pomijających fakty i logikę, niszczy każdego, kto ośmieli się myśleć inaczej, wyjść poza pewne bariery, poza poprawność polityczną – kolejną chorobę naszych czasów. „Yellowface” to między innymi książka o rozemocjonowaniu, które zaślepia, prowadzi do utraty zdrowego rozsądku, oskarżeń stawianych przez oszalałą zbiorowość, głównie przy pomocy internetu, mediów typu Twitter (obecnie X). Hipokryzja bije po oczach, zalewa nas potok uprzedzeń i obłęd, nad którym nie sposób zapanować.

I na koniec. Autor – autor. W „Yellowface” jasno wybrzmiewa problem plagiatu, na którym opiera się linia opowieści. Ale też „zawiść, jako zjawisko powszechne”, autor autorowi wilkiem. Tylko po co, skoro nagrody literackie też są z góry rozdzielone, czasem jeszcze przed ukazaniem się książki na rynku… Niektórzy pisarze są od początku namaszczeni, bo poprawni, niewykluczający, pożyteczni w kręgach decydujących: „komu nagrodę, komu”.

Oczywiście jest w tej powieści dużo uogólnienia i jak już wspominałam, dominuje specyfika amerykańska. Ale sporo można przenieść również na polskie podwórko. Tak to widzę. Trudnych relacji osobowych, chwytów promocyjnych, które sterują naszym wyborem, środowiskowych koterii, które namaszczają na bestseller niekoniecznie wartościowe dzieło – jest w polskim świecie wydawniczym bez liku. Okładania kijem w mediach społecznościowych również nie brakuje. Kilka tygodni temu udało mi się na przykład zaobserwować „najazd” pisarzy na redaktorów. To à propos relacji autor-redaktor. 🙂

Żeby nie kończyć łyżką dziegciu, dodam trochę miodu. Wydawnictwo Fabryka Słów, które oddało nam do rąk „Yellowface”, z dystansem i humorem mruga do nas okiem, obnażając branżowe kulisy marketingu książki, na okładce powieści Rebeki F. Kuang. Przyjrzyjcie się, dowiecie się, jak to się robi z książką :).

Editress

Kolejka! Pan tu nie stał!

Wyjątkowo nie rozpocznę tego roku od recenzji. Mam wrażenie, że jestem mocno przejedzona książkowo i czuję lekki bezwład. Rozejrzałam się wokół i zobaczyłam piętrzące się tomy, które nabyłam jeszcze w minionym roku, a które nadal stoją w kolejce „do przeczytania”. Tymczasem co chwilę wpycha się jakiś nowy nabytek, no bo jak nie kupić, jak nęci. Nie chcę nawet wspominać o e-bookach, które tworzą elektroniczną kolejkę na czytniku. I tam również co chwilę wpada nowy epub, który się rozpycha i czeka. Kolejka rośnie, bo regularnie wciska się „pan, co tu nie stał”.

Tak, klęska urodzaju, a przecież jeszcze tyle nowości w tym roku się pojawi. No właśnie. Nadmiar, łapczywość, a może i obsesja. A przecież nie ma co się oszukiwać, wśród zeszłorocznych lektur, jak i wśród tych, które objawią się w tym roku, było i będzie wiele słabych tytułów, a co za tym idzie, zrodzi się poczucie straconego czasu. W tym nadmiarze natomiast, może umknąć coś istotnie wartościowego.

Przeglądając książkowe portale, rzuciło mi się w oko pytanie, jaka jest najlepsza książka, jaką przeczytałam w styczniu? Szukam w głowie, mam – „Rumowiska” Wita Szostaka – zaległość zeszłoroczna, która dość długo się przeleżała. Takich książek z odleżynami mam już całkiem sporo. Czas się zatem zastanowić i zmienić coś w strategii nabywania nowych tytułów. I to jest mój plan na ten rok. Sensowny umiar (oby się udało!). Żadnej marketingowej presji. Zdroworozsądkowe podejście do tematu – czy dam radę to przeczytać i co z kolejką, która czeka?

A co między innymi jest w tym ogonku? Leo Lipski „Proza wybrana”, Vladímir Binar „Pianka od Chińczyka”, „Środkowoeuropejczyk – gatunek na wymarciu?” Magdaleny Brodackiej-Dwojak, „Pusta mapa” Aleny Morštajnovej, z serii Małe monografie – biografia Wojciecha Kilara (swoją drogą seria PWM-u, która zawiera popularnonaukowe biografie kompozytorów polskich i zagranicznych zasługuje, aby się jej bliżej przyjrzeć).

Dobrze, na początek wystarczy taka wyliczanka. Jest tego znacznie więcej. Za wyliczanie e-booków nawet się nie zabieram. Niestety prawdą jest, że w kalendarzu na ten rok już wynotowałam kilka tytułów, które planuję kupić. Trzeba będzie jednak dokonać pewnej weryfikacji i urealnienia 🙂 .

Oprócz wspomnianej powieści „Rumowiska” Wita Szostaka (naprawdę bardzo dobra), kolejkę udało się opuścić „Dziurom w ziemi. Patodeweloperka w Polsce” Łukasza Drozdy (porażający obraz polskiego budownictwa mieszkaniowego),opowiadaniom „W cieniu Brooklynu i inne opowiadania” Stanisława Dygata (znakomite!) i powieści „Którędy szedł anioł” jak zawsze przejmującego Jana Balabána.

Ale udało mi się również dokonać pewnego skoku do przodu i mam już wśród lektur przeczytanych powieść Petry Soukupovej – bardzo lubianej w Czechach, ale w Polsce także, która jest zapowiedzią wydawnictwa Afera na ten rok. A ja już mogę wam z czystym sumieniem polecić „Nikdo není sám”. Książka, która boleśnie dotyka problemów współczesnej rodziny. Momentami miałam wrażenie, że czytam Houellbecqa w znacznie lżejszej wersji, ale jednak…

Fot. Dom Książki/Editress

Skoro się już zdobyłam na wyznania i zwierzenia, przyznam, że ciągnie mnie ku rzeczom starym i sprawdzonym. I dlatego, już od lutego, zaczynam ponowną lekturę „Nowego wspaniałego świata” Aldousa Huxleya. Wydaje się na czasie :). Do nadprodukcji książkowej podejdę z rozwagą i umiarem. Czego i Państwu życzę. Tymczasem wszystkie wymienione w tym tekście tytuły, “oznaczone” jako “przeczytane”, rekomenduję!


                                                                                                                                              Editress

Kolęda całoroczna

Opowieść wigilijna / Charles Dickens ; ilustracje Robert Ingpen ; przełożyła Magdalena Iwińska. Warszawa : Buchmann – Grupa Wydawnicza Foksal, cop. 2013. 191, [1] s. : il. kolor. ; 25 cm.

Kolęda ; Świerszcz za kominem / Karol Dickens ; tłumaczyła Krystyna Tarnowska. Warszawa : “Książka i  Wiedza”, 1968. 136 stron; 15 cm.

Książka, która doczekała się potężnej liczby wydań, a także wielokrotnie była adaptowana filmowo.  Z ciekawości przejrzałam katalogi biblioteczne i byłam zdumiona, w jak wielu wydawniczych wersjach można zaleźć ten tytuł. Właśnie – tytuł, najczęściej wymieniany jako „Opowieść wigilijna”, ale w starszych wydaniach często funkcjonuje jako „Kolęda prozą”, co jest zdecydowanie bliższe oryginałowi – „A Christmas Carol”. Charles Dickens stworzył nieśmiertelną opowieść i oby tak zostało. Odwiedzając przedświątecznie lokalne księgarnie, z przyjemnością odkrywałam w ich ofercie kolejne, nowe wydania „Opowieści wigilijnej” lub właśnie „Kolędy prozą”.

Przyznaję, że uwielbiam „Opowieść wigilijną” i z wielką przyjemnością sięgnęłam w okresie świątecznym po tę baśniową historię, która powstała z powodów zupełnie niebaśniowych. Charles Dickens, który już jako dziecko zetknął się z biedą, wyzyskiem, ciężkimi warunkami pracy w fabryce czernidła, przeniósł na karty swoich opowieści tę całą nędzę ludzką, szczególnie upominając się o sprawy dzieci. Tak też zrodziła się „Opowieść wigilijna”, w związku z rządowym raportem w sprawie wykorzystywania dzieci do pracy w kopalniach i fabrykach. Dickens postanowił zabrać głos, a w zasadzie uderzyć „obosiecznym młotem – w imieniu dzieci biedaków”.

Powieść ukazała się w 1843 roku i zrobiła furorę, co zachęciło autora do napisania jeszcze kilku innych opowiadań bożonarodzeniowych – „Świerszcz w kominie”, „Dzwony”, „Choinka” i wiele innych. Dla wiktoriańskiej rodziny były prawdziwą rozrywką przy domowym kominku, przy którym skupiało się rodzinne życie.

Dickens był bowiem znakomitym kronikarzem życia w wiktoriańskiej Anglii. W „Opowieści wigilijnej” znajdziemy całą obyczajowość tamtych czasów. Jak świętowano wśród bogatych i biednych. Co było dla nich wspólne, w czym objawiały się największe dysproporcje. Oczywiście jednak nie w tym tkwi moc tej historii, lecz w jej przesłaniu przepięknie i nietuzinkowo podanym.

Z niezmiennym dreszczem emocji towarzyszę Ebenezerowi Scrooge’owi w jego duchowych podróżach w przeszłe, teraźniejsze i przyszłe Boże Narodzenie, które cudownie go odmieniają. I mimo że znam tę fabułę, za każdym razem przeżywam tę opowieść  jak podczas pierwszej lektury. Daję się oczarować Dickensowi, pozwalając sobie na nowe odkrycia, bo zawsze znajdzie się jakiś przeoczony wcześniej detal, scenka, słowa, które zyskują nową moc. Wraz z upływem lat, zwraca się uwagę na zupełnie inne rzeczy…

Duch Marleya. Rysunek Johna Leecha
http://historical.ha.com/common/view_item.php?Sale_No=683&Lot_No=57424&type=&ic=, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=4586143

Dickens pokazuje również, że prawda o człowieku jest bardzo złożona i często nieuchwytna, gdy się nie wejdzie głębiej w jego biografię, historię, los. Bo i my, czytelnicy zmieniamy się wraz z głównym bohaterem, widząc go także w innym świetle. Nie wszystko okazuje się przecież tak oczywiste i prawdziwe jak na początku. Topniejemy jak złość i podłość Scrooge’a.  

„Opowieść wigilijna” przynosi ten szczególny rodzaj ulgi, gdy przedstawiana nam historia przynosi oczyszczenie, naprawę i duchową odmianę bohatera. Daje nadzieję i pomaga rozliczyć się nam – czytelnikom – z sobą i naszym otoczeniem. Wlewa w serce coś ciepłego i nieuchwytnego, o co trzeba bardzo dbać, aby nie zgasło zbyt szybko. Oby dało się to donieść do następnego Bożego Narodzenia, które, jak pokazuje Dickens, jest czasem absolutnie niezwykłym, budującym i  odmieniającym.

Powracając jeszcze do poszczególnych wydań „Opowieści wigilijnej”, należy zwrócić również uwagę na edycje ilustrowane. Pierwszym ilustratorem był John Leech, angielski ilustrator i karykaturzysta. Uważam, że znakomicie przysłużyły się fabule. Wśród wydań, które mam w swoich zbiorach, najbardziej lubię te z ilustracjami Roberta Ingpena, któremu doskonale udało się wydobyć emocje i nadprzyrodzoność tej opowieści.  

O tym, że „Opowieść wigilijna” ciągle żyje, przekonały mnie także wpisy w mediach społecznościowych, w których czytelnicy pokazali swoje kolekcjonerskie wydania tej powieści i to dzięki nim w zasadzie poczułam, że powinnam skreślić tych kilka słów, chyląc czoła przed Dickensem, jego talentowi i wrażliwości.  

Ps. Ponieważ powieść jest już w wolnej domenie, można w formie elektronicznej lub w formie audiobooka pobrać ją ze strony https://wolnelektury.pl/

Editress

Boże Narodzenie 2023

Dobry duch wigilijny niech Was nie opuszcza… Snujcie swoją opowieść wigilijną, szczodrą, mądrą, pełną miłości i nadziei!

Dom Książki/Editress

Fot. Dom Książki/Editress

„Zawiadowca Ci odpowie, gdy wypije piwko…”

Stacja Europa Centralna / Jaroslav Rudiš, ; z języka niemieckiego przełożyła Małgorzata Gralińska. Wrocław : Książkowe Klimaty, 2023. – 285, [3] strony : fotografie ; 20 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Tekst zacytowanej w tytule piosenki zespołu „Trzy korony” obijał się w mojej głowie podczas lektury podróżniczego eseju Jaroslava Rudiša „Stacja Europa Centralna”. Książka, która była jednocześnie moją podróżą kolejami, bo przypomniała mi wiele ciekawych tras, ludzi, których w pociągach spotkałam. Przypomniałam sobie także o guzikach z kolejowego munduru, które leżą gdzieś na dnie starej puszki z guzikami, które bardzo lubiłam oglądać,  gdy byłam dzieckiem. Podobnie jak autor, miałam w swojej rodzinie kolejarzy. Jaroslav Rudiš chciał kontynuować kolejarskie tradycje rodzinne, ja nie, ale pociąg do dziś jest moim ulubionym środkiem transportu.

Ze względu na wadę wzroku autor kolejarzem jednak nie został, ale miłość do kolei została, czemu dał wyraz w tej podróżniczej opowieści. „Stacja Europa Centralna” to przyjemna lekcja historii, geografii,  a nawet filozofii :). Naprawdę mnóstwo iście filozoficznych pytań i przemyśleń można znaleźć w tym tekście:

W Ostendzie pociąg kończy bieg. Pośród nas jest także ekspert od dworców. Uwielbia samotność na końcach linii, gdzie podróż dobiega kresu. Mawia, że to miejsca metafizyczne, w których człowiek uświadamia sobie znikomość swojej egzystencji. Na stacji końcowej wyraźnie widać, że życie nie trwa wiecznie. Na końcu toru stoi kozioł oporowy. Dalej nie można już jechać.

Ale my jedźmy dalej, bo podróż z Rudišem obfituje w zaskoczenia, zachwyty i ciekawych ludzi. Podróżnych i ludzi kolei – maszynistów, manewrowych, dyżurnych ruchu, rewidentów taboru, konduktorów – którzy z pasją wykonują swój zawód. Potrafią nawet wskazać, w którym punkcie tunelu kolejowego bije serce Karpat, a może nawet gdzie znajduje się środek Europy? Bo są i tacy maniacy, którzy owych środków poszukują. Jak pewni Anglicy, którzy podczas wspólnej podróży pociągiem dopytywali Rudiša o środek Europy Wschodniej, wytrwale go poszukując.   

Myślę, że autor może odpowiedzieć na wiele kolejowych i około kolejowych pytań. Jego wiedza doprawdy imponuje. Typy lokomotyw, wagony, parowozownie, czy nastawnie. À propos nastawni, Rudiš przywołuje Hrabala i jego chatę w Kersku, którą pisarz nazwał nastawnią. W rozdziale Okna z widokiem na tory, Rudiš opowiada o swoim mieszkaniu w Pradze, blisko Dworca Głównego, które również nazwał nastawnią. Pobrzękiwanie szkła i innych naczyń z każdym przejazdem pociągu, kolejowe zapachy, zupełnie autorowi nie przeszkadzały. Czy to nie jest miłość? Zdarzyło się również i mi mieszkać blisko dworca w pewnym dużym polskim mieście. Przyznaję, że trzeba mieć serce do kolei, żeby lubić pociąg „przejeżdżający“ przez środek mieszkania :).

Jeśli już jesteśmy przy Hrabalu, to oczywiście nie zabrakło wspominek o „Pociągach pod specjalnym nadzorem“, ale i o innych przejawach kultury, nie tylko literackiej, w których objawiała się kolej – w muzyce, malarstwie, filmie. Tak, Jaroslav Rudiš kocha pociągi :), a dzięki nim mijane pejzaże, nocne podróże, dworce kolejowe i bary, w których można zatrzymać się, posilić, popatrzeć na podróżnych, kolejarzy i pomyśleć o celu:

Wcześniej czy później bez wątpienia osiągniemy cel podróży. A może jej cel i sens polega na tym, by nigdzie nie dotrzeć? Liczy się sama podróż, ciągłe bycie w drodze, wysiadanie. Cudowna niepewność: czy dotrzemy do miejsca, do którego zmierzamy, czy może zupełnie gdzie indziej?

My natomiast możemy mieć pewność, że dotrzemy z Rudišem w wiele wspaniałych miejsc w Europie zwanej Środkową, przemierzymy nawet trasę Szwejka do Sanoka. Obejrzymy dworce piękne jak katedry, ale  i prawdziwe dworcowe kaplice. Odmierzymy czas dworcowym zegarem, który także jest jedyny w swoim rodzaju. Podążymy wzrokiem za pociągiem, który odjechał Louisowi Armstrongowi, wypijemy piwko i espresso w dworcowym barze, zjemy w wagonie restauracyjnym lub też własny prowiant, wcześniej przygotowany. Ach, kanapki do pociągu… , wyjątkowa strawa.

Mnóstwo wspomnień powróciło do mnie i miło się rozgościło. A w nich kilku ludzi, których spotkałam tylko raz, w osobowych i pospiesznych, ale rozmowy z nimi nigdy nie zapomnę. Zastanawiam się nawet, jak im się koleje losu ułożyły… Z mojej perspektywy właśnie te spotkania z innymi towarzyszami podróży, przypadkowe, czasem niezwykłe mają największą wartość.

Turystka kolejowa jest moim zdaniem bardzo atrakcyjnym sposobem na poznanie tej najbliższej nam części Europy,  w wielu wymiarach, także historycznym – podróżowanie trasami kolejowymi, które kiedyś leżały w jednym państwie, znajdowanie wspólnego stylu w architekturze dworców, a jak się dobrze ucha nastawi albo zapyta, można wysłuchać wielu barwnych opowieści starych kolejarzy. Rudiš zamknął to wszystko w swoim eseju zgrabnie, z talentem gawędziarza. Okrasił swoją elokwencją i erudycją. Cóż, podróże kształcą, a koleją szczególnie. „Stacja Europa Centralna”, to książka nie tylko dla fanów kolei. Każdy, kto lubi dobre gawędziarskie opowieści znajdzie tu coś dla siebie. A zatem, „wsiadajcie” do lektury (gwizdek) – Odjazd!

 Bucha, bucha dym z komina, płoną złote iskry,
Jeśli nie wiesz, czy dojedziesz – spytaj maszynisty.

Jak napisał Janusz Kondratowicz… „Maszynisty” Rudiša nie musicie pytać, dowiezie was z powodzeniem do wielu ciekawych miejsc, ludzi i historii. Zapewniam! Jeśli się rozsmakujecie, polecam również komiks „Alois Nebel”, o kolejarzu z czesko-polsko-niemieckiego pogranicza, którego również w warstwie słownej stworzył Jaroslav Rudiš.

Editress 

Wieczny imposybilizm i potrzeba wielkości

Cieniem będąc, cieniem zostałem / Wacław Holewiński. Wydanie pierwsze. – Warszawa : Lira Wydawnictwo, 2023. – 346, [5] stron ; 21 cm

Fot. Dom Książki/Editress

Powieść, o której wspominałam już w czerwcu, gdy przygotowywałam Czytelniczy letni prowiant. Wiedziałam, że trzeba się jej przyjrzeć bliżej. „Cieniem będąc, cieniem zostałem” Wacława Holewińskiego, to proza, z której można wyłowić mnóstwo smaczków. Ich dobór zależy jak zawsze od czytelniczych potrzeb, wrażliwości i czujności.

Historia najbogatszego Polaka w historii, Karola Jaroszyńskiego, dla którego nawet współcześni polscy miliarderzy nie są żadną konkurencją, jest niezwykle pociągająca. Autor podaje nam ją w atrakcyjnej formie narracyjnej. Nie mamy bowiem do czynienia z biografią, lecz jej literackim przełożeniem, z pełnym zaangażowaniem autorskiej wyobraźni. Czytelnik otrzymuje tu rolę rekonstruktora i musi być w tym zadaniu skrupulatny i pilny, ponieważ Holewiński nie zafundował nam linearnej opowieści. Ale to nie przeszkoda. To atut. Skaczemy po kadrach życia Jaroszyńskiego, jak filmowym transfokatorem najeżdżamy na kluczowe momenty, które zaważyły na losie naszego bohatera. Tak, to bardzo filmowa opowieść. My, Polacy, spragnieni wielkości, śniący o sukcesie na międzynarodową, światową skalę, mamy w swojej historii nietuzinkową, całkowicie zapomnianą postać, która może nam trochę ego narodowe podbudować. Przy czym ta wielkość, zaplątana w meandry wielkiej historii klasycznie się rozpada. Zostają westchnięcia i kolejne oczekiwania na bohatera, który zrobi wreszcie „coś”, co nas uniesie, przeniesie i zakotwiczy w lepszej przyszłości. Już na dobre, a nie tylko na czas mgnienia powieką.

O czym jest ta powieść? Odpowiadam, o czym jest dla mnie: o wiecznym polskim imposybilizmie i wiecznej potrzebie wielkości. O ponadczasowym umyśle, który musi się zderzyć z fatalizmem historii, karłowatymi charakterami, które nigdy nie wyczują doniosłości chwili, nie dostrzegą potencjału lub z samej zawiści zgniotą wszystko, czasem nawet dziejową szansę. Powieść o naszych grzechach narodowych, które zawsze ściągają tę samą pokutę. Ale także o pewnego rodzaju fatum, jakimś wyższym planie, który zawisł nad nami i nie wiadomo, jaki będzie jego finał.    

Nic nie wiedziała o Polsce. Może to i dobrze. Po co komu ta wiedza? Lepiej bez niej. Z czego miałby być dumny? Z ciągłych porażek? Jaki inny naród chciałby swoją tożsamość budować na przegranych. Te pochody na Sybir, kajdany, kobiety w czerni. Po co, po co?

 – myśli Jaroszyński po upojnej nocy spędzonej z pewną szwedzką hrabiną, która była świadkiem jego spektakularnego sukcesu w kasynie w Monte Carlo – wygrana 774 kilogramów złota pozwala spłacić długi tego utracjusza i kobieciarza. Ale staje się też życiowym „gamechangerem”. Od tej chwili zaczyna się finansowy sukces Jaroszyńskiego i ciąg ważnych zdarzeń. Cukrownie, banki, kopalnie, plany własnego kasyna. Wizja małżeństwa z córką cara, Tatianą. Pierwsza wojna światowa i dostawy broni dla rosyjskiego wojska. Potem zderzenie z bolszewikami, nieudana próba ich obalenia i stopniowe wpadanie w cień. Obok tego wszystkiego działania filantropijne, ochronki dla sierot, wspomaganie studentów, jeńców wojennych i ufundowanie Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Bogata i niejednoznaczna biografia. Zakurzona. Może gdyby założył ostatecznie własną rodzinę, coś więcej by dziś pozostało?

Tymczasem Wacław Holewiński mówi za Jaroszyńskiego, do czego sam się przyznaje: „tak mogło być, ale na pewno tak nie było”.  Powieść „ugina się” od przemyśleń Jaroszyńskiego, głośno wypowiedzianych, gdy okoliczności temu sprzyjały lub ścigających go wyłącznie w jego głowie. Ta powieść jest mocno „przegadana” –  w dobrym tego słowa znaczeniu – przez głównego bohatera, według możliwych wizji snutych przez autora, który wkłada mu w usta słowa potencjalne, ale możliwe, „wynikające” z biograficznych dociekań.

Polska… wielka euforia po pobiciu bolszewików, a potem wszystko na straty. Szanse… Los czasami bywa hojny, ale zwykle premiuje nielicznych. Tych, którzy chcą i wierzą, że mogą.

 – myśli Jaroszyński, stopniowo odchodząc w cień. Chcieć to móc? Pewnie dużo w tym prawdy. Ale gdy historia wyrzuca nas na ostrych zakrętach, zapewne nie jest to łatwe.

Powieść „Cieniem będąc, cieniem zostałem” Wacława Holewińskiego to także przyjemna wędrówka po epoce, w której żył Jaroszyński. Spotkanie z jej twórcami – rzeźbiarzami, malarzami, architektami. Osobiście bardzo cenię ożywianie minionego świata na kartach powieści. Lubię trafiać na jego detale i pooddychać tamtą atmosferą. Solidny sztafaż, który ma swoją rolę, choć głównego bohatera na pewno nie zakrywa. Ten nad nim zdecydowanie dominuje, mimo że cieniem był i cieniem pozostał.

Ostatecznie wszyscyśmy z cienia. Taki los.

Editress