Skrzypce dla Pana Boga

Ballada o lutniku / Wiktor Paskow ; przełożyła Mariola Mikołajczak. Poznań : Wydawnictwo Poznańskie, copyright 2020. – 214, [1] strona ; 22 cm.

fot. Dom Książki/Editress

Piękna opowieść o człowieku dobrym i złym, z sumieniem i bez. Człowieku pod presją historii, polityki i społecznych uwarunkowań. Opowieść sentymentalna, ale nie ckliwa. O wszystkim co najważniejsze, szczególnie w czasach najgorszych. Nieludzkich, podłych, łamiących ducha i sumienie. Wielopoziomowa, bogata, zachwycająca. A wszystko to w stalinowskiej Bułgarii lat pięćdziesiątych. Jednak nie historia gra tu pierwsze skrzypce. To co gra w tej fabule przede wszystkim to viola d’amore – skrzypce miłości – które poruszane smyczkiem wrażliwości wydobywają z siebie najpiękniejsze dźwięki – miłość do drugiego człowieka, do tego co się robi, do życia – niezależnie od wiatru historii.  

O skrzypcach będzie całkiem sporo, jak na opowieść o lutniku przystało. Historia Georga Josefa Heniga jest niezwykła sama w sobie, ale także stanowi wyjątkową okazję, aby pokazać, co jest solą naszego życia, w każdych warunkach.

Georg Henig, czeski lutnik, postać literacka, która ma swój historyczny pierwowzór, przybywa około 1910 roku do Bułgarii z żoną Bożenką. Rzemieślnik ma wówczas 40 lat. Tworzy bułgarską szkołę lutników, której adepci, doskonale przygotowani, mogą kontynuować nauki mistrza. Czy tak czynią?

Bohatera poznajemy przez retrospektywną opowieść mężczyzny – można sądzić, że to alter ego Paskowa (powieść zawiera wątki autobiograficzne), który jako dziecko zetknął się z legendarnym lutnikiem i mógł zobaczyć upadek świata wartości, który Henig reprezentował. Mężczyzna, o imieniu Wiktor, staje się więc depozytariuszem tego, co lutnik sobą reprezentował, co mu przekazał, czego nauczył swoją wyjątkową postawą. Dyskutuje z tym spadkiem, odsłania go przed nami z bolesnym komentarzem.

Gdy Wiktor ma pięć lat, jego ojciec, muzyk, zabiera go do czeskiego lutnika, aby ten wykonał dla chłopca pierwsze skrzypce. Tak poznajemy wybitnego rzemieślnika, który z wielkim oddaniem zabiera się za wykonanie tego zlecenia. Wówczas jeszcze żyje jego żona, którą również bardzo kochał, podobnie jak swój muzyczny świat. Na kilka lat kontakt między chłopcem, a lutnikiem się urywa. Gdy skrzypce robią się za małe, kolejny raz idą z ojcem po nowy instrument. Zastają wówczas cień cienia Georga Heniga i nędzę, którą trudno opisać.

Paskow prostymi środkami wydobył z tej opowieści niezwykłe piękno, ból, rozpacz, poczucie krzywdy i postawił ważne pytania. Prosta narracja, przetykana emocjonalnymi apostrofami, kierowanymi do zmarłego już mistrza, przyjaciela, wielkiej postaci w życiu narratora, wyjątkowo gra na strunach uczuć. Bo Henig jest wyjątkowy, trudno powiedzieć że – był. Kochał bezgranicznie swój zawód, rzemiosło, był oddany swojej pracy. Wykonywał instrumenty z wielką miłością, uczył, jak pracować z drewnem, jak je dobierać, a nawet z nim rozmawiać, aby wykonać idealny instrument. Sztuka zderza się tu z brutalnym światem materializmu. Niestety, jego uczniowie nie byli już tak oddani. Traktowali swój zawód jedynie w kategoriach zarobkowych i z pogardą traktowali swojego mistrza, gdy obezwładnia go starość. Zabiera siły i możliwości. Stary lutnik zostaje jednak wierny swoim zasadom do samego końca. I gdy taniec cieni przeszłości, ludzi, przedmiotów odbiera mu jasność widzenia rzeczywistości, nadal w sercu wie, co jest ważne. Ostatkiem sił rozpoczyna swoje opus magnum – skrzypce dla Boga. Ukoronowanie swojego losu. Wielki człowiek, wyrzucony na margines, trawiony biedą i samotnością, drwiną swoich uczniów, przystępuje do dzieła – dziwnego i potęgującego nierozumienie.

Paskow pokazuje bolesny proces starzenia się i odchodzenia. Jednocześnie dopomina się o godność. Elementarną uczciwość i szacunek wobec tych, który nas ukształtowali, który dali tak wiele, podzielili się swoim czasem, życiem, umiejętnościami. Dali to co najbardziej wartościowe. Nie można bezwzględności tłumaczyć wszechobecną biedą. Nie można w czasach nikczemnych również nurzać się w podłości. Wie o tym Wiktor i jego ojciec, którzy przywracają godność Henigowi, dbają o niego mimo własnej nędzy.

Istotnie, świat bohaterów wypełniony jest biedą. Tą materialną, ale przede wszystkim duchową. Wiktor mieszka w proletariackiej dzielnicy, na ulicy Iskru, w kamienicy, gdzie bieda rządzi z góry na dół i z dołu do góry. Dawny żydowski dom, potem włoska ambasada, przez chwilę dom publiczny – staje się domem biedy materialnej, która doprowadza człowieka także do nędzy emocjonalnej. Rodzice Wiktora ledwie wiążą z koniec z końcem. Kłócą się o niespełnione marzenia, czasem tak prozaiczne, jak – chęć posiadania kredensu. U sąsiadów nie lepiej –  alkoholizm, przemoc, bezrobocie, życie w ubóstwie. Codziennie pchali wspólnie ten wózek upodlenia:

„Mój ojciec pożyczał pieniądze od Roleńskich. Roleński pożyczał od mojej matki. Matka pożyczała pieniądze od Canki. Canka – od Frosy. Frosa – od Wraży. Stamen, mąż Wraży, pił razem z Manolczem i pożyczał od niego pieniądze, Manolczo, kiedy wytrzeźwiał, pożyczał pieniądze od ojca. Pieniądze obracały się w jakimś magicznym kręgu, każdy był coś winien każdemu, w każdej chwili. To był skomplikowany, ale zgrabny system wzajemnej zależności.”

I tak toczyło się życie. Była zazdrość, ale i wspólne „święto Dionizosa”, kiedy komuś się udało i sakiewka zadzwoniła pieniędzmi. Dla Heniga pieniądze nie miały wartości. Przerażała go bieda duchowa. Wielokrotnie tłumaczył ojcu Wiktora –

„Ty bogaty, kiedy z trąbką, jak bez niej, całkiem biedny”.

Niezwykłe skrzypce dla Pana Boga, o nietypowym kształcie i gabarytach, według Wiktora powinny nauczyć Boga miłości, bo stworzył świat naprędce z wieloma błędami. Jest w mężczyźnie dużo goryczy, ale i nadziei, ta iskierka rozpalona przez Georga Heniga, który  miał w sobie tak wiele wiary, pogody ducha, akceptację losu.

Chciałabym podkreślić, że „Ballada o lutniku” nie sączy wyłącznie smutku i nostalgii. Paskow potrafi rozproszyć tę atmosferę humorem, wydobywa komizm postaci, zdarzeń. Można się uśmiechnąć przez kręcącą się w oku łezkę.

Jak podsumowuje tłumaczka, Mariola Mikołajczak, ta powieść to: moralitet bez moralizowania, powieść historyczna bez opisu wielkich zdarzeń, trzyma w napięciu, choć nie jest sensacją, wzrusza, ale bez romantyczności.

Powieść z 1987 roku, którą można z zachwytem przeczytać dziś. Ponadczasowa literatura.   

Editress

Rodzinny dom czytania

Wszystko, co najważniejsze w życiu człowieka czytającego zdarza się w dzieciństwie – nie wiem, który już raz parafrazuję zdanie Jerzego Pilcha: Tysiąc, a może milion razy powtarzałem zdanie klasyka, że wszystko, co najważniejsze w życiu człowieka piszącego zdarza się w dzieciństwie[1]. Cóż mogę na to poradzić, kiedy aż się o to prosi, gdy myślę o „wychowaniu do czytania”. Wraca do mnie ta trawestacja jak bumerang, za każdym razem, gdy myślę o czytelnictwie dzieci i młodzieży. Bo przecież kończy się rok, w którym znowu wybuchły awantury o kanon lektur szkolnych (to się chyba nigdy nie zmieni!!!), a poziom czytelnictwa nie oszałamia.

Szkolne lektury to wieczne pole bitwy, na którym nigdy nie ma zwycięzcy. Przede wszystkim problem mają młodzi czytelnicy. Oprócz lektur, które słabo przemawiają (przynajmniej niektóre), wciąż narzuca się ich jedynie słuszną interpretację. Myślałam, że takie wymogi to pieśń przeszłości. Życie jednak pokazuje, że skostnienie interpretacyjne ma się nadal dobrze i jak się okazuje, nie tylko w Polsce.

Anna Maślanka, autorka mojego ulubionego bloga, poświeconego literaturze czeskiej http://literackie-skarby.blogspot.com – w jednym z postów na FB opisała przypadek czeskiego ucznia, który został pouczony przez nauczycielkę, jak interpretować otwarte zakończenie książki „Klub divných dětí”. Chłopiec widział tam happy end, nauczycielka – nie. Uczeń zwrócił się do samej autorki z tym problemem. Petra Soukupová podzieliła się  mailem chłopca na Facebooku i tak rozgorzała dyskusja o samodzielnym myśleniu i jedynie słusznych interpretacjach.

Puenta wydaje się być oczywista, należy uczniom pozwolić myśleć i interpretować według własnego odczucia, kompetencji czytelniczych, doświadczeń plus zaprezentować ideę jaka przyświecała autorowi. A potem gorąco dyskutować. Tylko tak można uczynić czytanie pasją. Czytanie, które w gruncie rzeczy jest wysiłkiem.

Na marginesie kanonu lektur – “Chłopcy z Placu Broni” nadal wymiatają!!!! Rys. Vi

Nie ma co się pocieszać, że u Czechów jest tak samo jak w Polsce, bo jednak południowi sąsiedzi czytają znacznie więcej od nas. Oczywiście również nie chcę wpadać w sidła generalizacji. Są nauczyciele, którzy wychodzą poza schematy i dają uczniom rozwinąć skrzydła. Nie jest to jednak norma.

Szarpanki o kanon, jedynie słuszną interpretację nie pomagają. Po co sypać dodatkowo piasek w tryby, które i tak już ciężko się obracają? Obwieszczony wzrost czytelnictwa w Polsce do 42%, – podobno najlepszy wynik od sześciu lat (wzrost o 3%!!!) –  to żaden powód do radości (biorąc jeszcze pod uwagę, że są to badania deklaratywne). Wzrost praktycznie w granicach błędu statystycznego. A przecież promocji czytelnictwa w Polsce nie brakuje. Miliony co roku na ten cel przekazuje Ministerstwo Kultury.  

Fragment raportu Stan czytelnictwa w Polsce w 2020 roku. Całość dostępna na stronie Biblioteki Narodowej.

Biblioteki dwoją się i troją w projektach czytelniczych. Przygotowują wspaniałe wyprawki czytelnicze, jak na przykład Miejska Biblioteka Publiczna im. Galla Anonima w Głogowie – która w swoim pakiecie ma napisaną specjalnie dla biblioteki książkę „Ziołomańka” Barbary Kosmowskiej, z ilustracjami Marcina Minora. Czytelnik dostaje pakiet wartościowych i mądrych tytułów.

Strona internetowa MBP w Głogowie https://www.mbp.glogow.pl

Godny pochwały jest program Mała książka-wielki człowiek http://wielki-czlowiek.pl , który za cel stawia sobie uświadomienie rodzicom, jaka jest wartość rodzinnego czytania od początku życia dziecka. Olbrzymie środki zostały wyasygnowane na ten cel. Program działa już kilka dobrych lat. Książkowe wyprawki trafiły do tysięcy dzieci. Koordynatorzy programu udostępniają także publikacje, które mogą pomóc rodzinnie zaangażować się w domowe czytanie.

Materiały prasowe

I tu zawiera się sedno. Tkwi we mnie głębokie przekonanie, że od dobrego wychowania, dobrych nawyków –  na przykład czytelniczych – jest DOM. Instytucje mogą pomagać, ale wszystkiego nie zrobią. Rodzinny dom czytania, to moja propozycja na nowy rok. Budowanie więzi, rozbudzanie pasji czytania wspólnym czytaniem. Pakiety otrzymane w bibliotekach niech nie leżą jedynie na półkach. Wspólne czytanie ma szczególną moc. Buduje relacje. 

Czy to działa? Nie mam wątpliwości:

Jedno z najpiękniejszych wspomnień mojego dzieciństwa łączy się z chwilami, kiedy nasz Ojciec opowiadał nam baśnie i różne ciekawe historie. Cała nasza szóstka czekała zawsze w podnieceniu na baśnie Andersena, historie biblijne, wzruszające opowieści Edmonda de Amicina i oczywiście – na węgierskie baśnie ludowe. Pamiętam, jako najmłodsza z rodzeństwa, czarodziejski nastrój tych chwil, poczucie cudownej więzi rodzinnej.

Tak napisała w posłowiu do zbioru baśni węgierskich „Cudowny jeleń”[2]  Márta Gedeon, tłumaczka i redaktorka.

Fot. Dom Książki/Editress

A jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, niech sięgnie po kanoniczną już książkę „Wychowanie przez czytanie”[3] Ireny Koźmińskiej i Elżbiety Olszewskiej. Praca obu Pań i ich fundacji „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom”, to fenomen i doskonałe działanie. Hasło „Czytaj dziecku 20 minut dziennie – codziennie” chyba obiło się o uszy każdemu. No właśnie, czy tylko obiło? Szczególną orką na ugorze jest czytelnictwo chłopców i to od wielu lat. I tu widzę propozycję dla panów – ojców, dziadków. Są bowiem takie badania, które pokazują, że czytający ojciec jest skuteczny w zachęcaniu synów do czytania. To, co robi tata jest fajne, „prestiżowe” i godne naśladowania. Dało się również zaobserwować, że dzięki czytającemu ojcu maluchy lepiej rozwijały umiejętności językowe, poznawcze, rozwijały także wiedzę. Takie wnioski płynęły z badań dr Elisabeth Duursmy z Uniwersytetu w Wollongong.  Panowie – książki w dłoń!

Czytać należy nie tylko dzieciom, które same jeszcze nie potrafią. Irena Koźmińska sugeruje, że warto czytać również dzieciom, które same już czytają, ale jeszcze z małą wprawą. To bardzo stymulujące, gdy rodzic czyta, a dziecko śledzi tekst.

Czując już nadchodzącą końcówkę roku i oddech nowego na plecach, zdobyłam się na te małe rozważania o rodzinnym czytaniu. Może to będzie postanowienie noworoczne dla niektórych z Was? Szczególnie Panów? Chętnie podsunę zacną lekturę, zaglądajcie do mnie od czasu do czasu. Dobór lektur również jest ważny, aby wzrastać w kompetencjach i coraz lepiej poznawać, rozumieć i wiedzieć. Zakładajcie rodzinne domy czytania.

Editress


[1] Jerzy Pilch, Narty Ojca Świętego, Warszawa 2004, s. 6

[2] Cudowny jeleń : baśnie węgierskie / wybór, opracowanie i posłowie Márta Gedeon ; ilustracje Marianna Jagoda ; [przekład z języka węgierskiego Wojciech Obiała, Adam Snopek, Anna Maria Snopek, Jerzy Snopek]. Poznań : Media Rodzina, cop. 2016. – 467, [5] s. : il. kolor. ; 20 cm.

[3] Wychowanie przez czytanie / Irena Koźmińska, Elżbieta Olszewska. Warszawa : Świat Książki, 2010. – 320 s. ; 21 cm.

Świątecznie….

Niezmiennie uważam, że książka to najlepszy podarunek, nie tylko na święta. W tym roku wielu autorów sprawiła mi prawdziwe prezenty czytelnicze. Choć rozczarowań również nie brakowało, ale spuśćmy na to zasłonę milczenia. Szczególnie w święta 🙂

Mówmy o tym, co dobre. I dlatego zostawiam Państwu ostatnie “szybkie rekomendacje” w tym roku. Może przydadzą się w kolejnych wyborach czytelniczych.

Rys. Vi

Moje świąteczne rekomendacje nie mają specjalnego klucza. To urozmaicona lista, może nawet nietypowa. Wśród propozycji dla młodego czytelnika postanowiłam dowartościować komiks. W Domu Książki święci triumfy i robi „czytelniczą robotę”. Myślę, że może być świetnym prezentem pod choinkę. No i stawiam na naukę. W ramach praktycznych prezentów książkowych 😉Na liście dla dorosłych jest również szeroka paleta tytułów. Każdy sprawdzony.

Zatem…

Lista tytułów dziecięco-młodzieżowych (układ alfabetyczny):

1. Akademia Superbohaterów/Tomasz Rożek – książka + gra karciana. Niezwykły projekt Tomasza Rożka, który pokazuje plejadę polskich naukowców, którzy dokonali wielkich odkryć, ważnych dla świata – jak na superbohaterów przystało.

2. Aplikacja/ Paweł Beręsewicz (Wydawnictw Skrzat) – dynamicznie, zabawnie, tajemniczo…

3.Fistaszki/ Charles M. Schulz (Wydawnictwo Nasza Księgarnia) – kto nie zna Fisztaszków? Są tacy? Jeśli tak, to szansa na nadrobienie zaległości pierwszorzędna. Fistaszki zebrane. Kilka tomów, do wyboru.

4.Już, już!/Katarzyna Wasilkowska (Wydawnictwo Literatura) – książka petarda!

5.Król Myszy; Powietrzny Żeglarz/ Zuzanna Orlińska (Wydawnictwo Literatura) historia czasów napoleońskich opowiedziana BRAWUROWO! Doskonałe powieści, kandydatki do nagrody IBBY – nie bez powodu.

6.Pięć choinek/Barbara Kosmowska (Wydawnictwo Literatura) – świąteczne MUST HAVE! Gwarantowane ciepło na sercu i doskonałe wprowadzenie w świąteczną atmosferę!

7.Seria Horrendalna historia Polski/ HarperKids – zapewniam, bo sprawdziłam – historia może stać się pasją. Nietuzinkowe spojrzenie na historię, masa ciekawostek i dowcip, który pozwala wchłonąć wiedzę mimochodem. Praktyczny prezent na drugi semestr nauki 🙂

8.Seria Najwybitniejsi Naukowcy. Tom 3. Arystoteles. Głód wiedzy/Jordi Bayarri (Egmont )– bardzo ciekawa seria komików, przybliżająca sylwetki ważnych filozofów, naukowców.

9.Seria Świat Mitów. Tom 1. Dedal i Ikar, Tom 2 Antygona/ Clotilde Bruneau, Giuseppe Baiguera (Egmont)

10.Skok na Rembrandta/ Deron R. Hicks (Wydawnictwo Widnokrąg) – akcja, sztuka i detektywistyczne zagadki…. Mix wiedzy i rozrywki w jednym.

Fot. Dom Książki/Editress
Fot. Dom Książki/Editress

Lista tytułów dla dorosłych czytelników (układ alfabetyczny)

1.Amerykańska księżna. Z Nowego Jorku do Siedlisk/Virgilia Sapieha (Ośrodek KARTA)

2.Antoni Patek. Zegarmistrz królów/Beniamin Czapla (Wydawnictwo Iskry)

3.Dziewczyna z poczty/ Stefan Zweig (Officyna) (Nareszcie wznowiona!!!)

4.Ilustrowany słownik terminów literackich (Wydawnictwo słowo/obraz terytoria) – idealny prezent dla literaturoznawcy 🙂

5.Interwencje 2020/Michel Houellebecq (Wydawnictwo Literackie)

6.Jak się uczymy? Dlaczego mózgi uczą się lepiej niż komputery… jak dotąd/ Stanislas Dehaene (Copernicus Center Press)

7.Jeżeli t=0/Italo Calvino (Państwowy Instytut Wydawniczy)

8.Nieskończoność w papirusie/ Irene Vallejo (Post Factum)

9.Pomiędzy/ Paweł Radziszewski (Wydawnictwo SQN)

10.Prognoza pogody/ Wydawnictwo Czarne

11.Rowerem po II Rzeczypospolitej. Niezwykła podróż po kraju, którego już nie ma/ Bernard Newman (Wydawnictwo Znak)

12.Wąski pas lądu/ Christine Dwyer Hicker (Prószyński i S-ka)

Fot. Dom Książki/Editress

Editress

„Czemu tata siedzi w garnku”, a dziadek jest zielony? No właśnie, to ciekawe historie… Rozmowa z autorem, Pawłem Beręsewiczem rzuca trochę światła…

Fot. Dom Książki/Editress

Czemu tata siedzi w garnku? / Paweł Beręsewicz ; [okładka i ilustracje: Asia Gwis].
Wydanie I. – Łódź : Literatura, 2021. – 102, [2] strony : ilustracje ; 23 cm.
(Z Parasolem)

Każda nowa książka Pawła Beręsewicza to spotkanie z doskonałą literaturą. To zawsze pełna dbałość o czytelnika i literacka klasa. Na rynku książki dziecięco-młodzieżowej Paweł Beręsewicz to prawdziwa i sprawdzona marka. Najnowszy tytuł tylko to potwierdza – „Czemu tata siedzi w garnku?” – to jak zawsze –  inteligentny humor, znakomita polszczyzna i niebanalna fabuła.

Nie jestem w tych opiniach odosobniona – W tej opowieści jest wszystko, co sprawia, że książka dla dzieci staje się książką dla każdego. Po tym poznajemy wybitą literaturę – pisze Barbara Kosmowska, również literacka klasa, która nie może się mylić!

Cieszę się, że Paweł Beręsewicz przyjął moją propozycję i zgodził się na rozmowę, którą z przyjemnością Państwu prezentuję…

Dom Książki: Przewrotnie, nie zapytam, czemu tata siedzi w garnku, czytelnicy niech sami się dowiedzą, ale to co mnie nurtuje najbardziej, o co chcę zapytać, to geneza tej opowieści? Jak rodzi się tak zabawny koncept literacki? Z przeglądania rodzinnych albumów?

Paweł Beręsewicz: Koncept jest w istocie bardzo prosty. Dziadek z wnukiem oglądają zdjęcia z dzieciństwa taty. Dla dziadka to podróż sentymentalna w dawne czasy. Dla wnuka okazja, żeby na chwilę stać się starszym niż własny ojciec i dzięki sztamie z dziadkiem poczuć satysfakcję z tej chwilowej przewagi. Nie wiemy co prawda, co na ten temat sądzi tata wzięty w kleszcze i obgadywany przez dwa sąsiednie pokolenia, ale należy mieć nadzieję, że dzielnie to znosi. Pomysł oczywiście zrodził się przy którymś z kolejnych nostalgicznych powrotów do rodzinnych albumów.

D.K.: Przyznam, że to bardzo inspirująca lektura. Może zachęcić do wspólnego przeglądania zdjęć i snucia niestworzonych rodzinnych opowieści. Myślę, że czytelnicy skorzystają. Daje Pan zgodę na taki „plagiat”? 😊

P.B.: Polecam. I rodzinne oglądanie zdjęć i wspólne zmyślanie. Swoją drogą bardzo jestem ciekaw, czy taki rytuał ma szanse przetrwać cyfryzację rodzinnych albumów.

D.K.: Wyjątkowego uroku tym opowiadaniom dodają ilustracje Joanny Gwis. Razem podpisywaliście książkę na Warszawskich Targach Książki. Miał Pan jakąś własną koncepcję ilustratorskiej oprawy tekstu? Sugestie dla ilustratorki? W końcu to prawie album rodzinny 😊

P.B.: Prawda, że świetne ilustracje? Właśnie takie sobie wymarzyłem. Trochę zwariowane, trochę nostalgiczne. Ale koncepcji wcześniej nie uzgadnialiśmy. Jedyne, co można by uznać za formę wpływu na ilustrację, to to, że dołączyłem do tekstu faktyczne zdjęcia, które zainspirowały każde z opowiadań. Mam jednak nadzieję, że pani Joanna potraktowała je tylko jako materiał poglądowy, a nie pęta.

Fot. Dom Książki/Editress

D.K.: W tym roku obchodzimy 100-lecie urodzin Stanisława Lema. Pan również przyłączył się literacko do tego świętowania. Świeże wydawnictwo – zbiór opowiadań fantastycznych „Historie nie z tego księżyca”, a w nim również Pana tekst „Zielony dziadek” (rodzinne jest w Pana ostatnich tytułach 😊). Jakie miejsce w Pana doświadczeniach czytelniczych ma Stanisław Lem?

P.B.: Muszę się przyznać, że nie jestem ani znawcą, ani wyjątkowym entuzjastą. Oczywiście czytałem to i owo, szanuję, doceniam, podziwiam, ale nigdy tak naprawdę się nie rozsmakowałem.

D.K.: Opowiadanie „Zielony dziadek” myślę, że zaskoczy czytelników wyjątkową łącznością przyszłości z naszą teraźniejszością naznaczoną koronawirusem. Czy to było jakieś szczególne wyzwanie, napisać opowiadanie fantastyczne pod „patronatem” Lema?

P.B.: Szczerze mówiąc w ogóle nie zakładałem, że piszę „pod patronatem.” Nie jestem szczególnie biegły w konwencji science fiction ani też nie mam wielkiej futurologicznej fantazji. Lubię natomiast pisać o rodzinie. Spróbowałem sobie po prostu wyobrazić, jak mogłyby wyglądać relacje rodzinne w czasach, kiedy być może będziemy żyć o wiele dłużej i w związku z tym na świecie jednocześnie będzie przebywać powiedzmy osiem pokoleń, a nie trzy, cztery jak dzisiaj. Nestorzy rodzin będą mieć setki żyjących potomków. Weź tu wszystkich zapamiętaj. Głębiej za to być może będzie sięgać rodzinna pamięć. Tropienie rodzinnych zagadek będzie jeszcze bardziej pasjonujące. Nie wiem, czy rzeczywiście udało mi się zajrzeć w przyszłość, ale zabawa była przednia.

D.K.: Z punktu widzenia czytelnika, zabawa również jest przednia – zapewniam!
Jest Pan anglistą, na swoim koncie ma Pan również publikację o charakterze edukacyjnym – Bajkowy słownik polsko-angielski, angielsko-polski dla dzieci. Z doświadczeń rodzinnych wiem, że to bardzo pomocny słownik. Nie myśli Pan o kolejnym podobnym wydawnictwie?

P.B.: Słownikami zajmowałem się, jeszcze zanim zabrałem się za pisanie. Przeżyłem bardzo ciekawą zawodową przygodę, pracując w zespole tworzącym Wielki słownik angielsko-polski i polsko-angielski PWN-Oxford. W Bajkowym słowniku spotkały się moje doświadczenia leksykograficzne z zainteresowaniem literaturą dla dzieci. Zakładałem, że to jednorazowy pomysł, ale kto wie?

Fot. Dom Książki/Editress

D.K.: Wielki słownik angielsko-polski i polsko-angielski PWN-Oxford szczęśliwe również mam w swoich zbiorach, młodsze pokolenie, jak wyrośnie z bajkowego, chwyci za ten „wielki” 😊

Rok temu ukazała się powieść dla nieco starszych czytelników „Skandal w stolicy nudy” – z wątkiem kryminalnym w czekoladowej oprawie. W tym roku dwie propozycje. Czy możemy się spodziewać Pawła Beręsewicza z kolejnymi powieściami w przyszłym roku?

P.B.: Nie mogę nie skorzystać z okazji, żeby pochwalić się jeszcze jedną książką, która ukazała się w tym roku. Nosi tytuł „Aplikacja” i wydało ją krakowskie wydawnictwo Skrzat. To również powieść dla nieco starszych czytelników. Trochę fantastyczna, trochę sensacyjna, powiedziałbym też, że odrobinę filozoficzna, choć podkreślę tę odrobinę, żeby nie straszyć czytelników. A w przyszłym roku? Leży już w wydawnictwie kolejna rodzinna pozycja, trochę być może podobna w klimacie do „Taty w garnku”. Poza tym zacząłem niedawno nową powieść, ale zbyt mało sam jeszcze o niej wiem, żeby coś zdradzać publicznie.

D.K.: Dom Książki przegapił „Aplikację”, ale nie ma tego złego! Niebawem święta, wiem, co będzie pod choinką! Serdecznie dziękuję za rozmowę, cieszę się na nowe zapowiedzi. Życzę w imieniu swoim i czytelników wielu pomysłów, ciekawych konceptów i dobrej zabawy przy pisaniu. Potem będzie nasza czytelnicza radość – do zobaczenia przy półkach księgarskich w nadchodzącym roku! Aaa i na spotkaniach autorskich!!!

Dom Książki/Editress

Paweł Beręsewicz – anglista, tłumacz, autor opowiadań, powieści i wierszy dla dzieci i młodzieży. Laureat Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego, Nagrody Literackiej Miasta Stołecznego Warszawy oraz nagrody w II i III Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren.

Strona Autora http://www.pawelberesewicz.pl

Samotne piekło w locie

Pusty przelot / Daniel Odija ; [projekt okładki Karolina Lubaszko]. Wydanie I. – Wołowiec : Wydawnictwo Czarne, 2021. – 189, [3] strony ; 20 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Powieść „Ulica”, była moim pierwszym spotkaniem literackim z Danielem Odiją, które uznałam za udane. Zachęcona, intensywnie przyglądałam się rozwojowi literackiemu twórców z roczników 70-tych – do których Odija również należy. Opracowanie „Tekstylia. O rocznikach siedemdziesiątych” autorstwa Piotra Mareckiego, Igora Stokfiszewskiego i Michała Witkowskiego było w tych obserwacjach wielce pomocne. Dziś „dzieci gorszej koniunktury”, jak określił ich Robert Ostaszewski, „swobodne elektrony”, działające w sprzyjających niszach czasopism młodoliterackich, to dorośli, dojrzali twórcy z dorobkiem. Z wyróżnieniami, nagrodami, tłumaczeniami – tak jak Daniel Odija, który w tym roku raczy czytelnika nową powieścią „Pusty przelot”.

Przyznaję, zwabił mnie blurb i zbiegi okoliczności. Po niedawnej lekturze „Zaburzonego umysłu” Erica R. Kandela, lektura „Pustego przelotu” wydała się mi swego rodzaju konsekwencją. Potrzebą. Moje wyczulenie na skomplikowanie ludzkiej psychiki wzrosło, a chęć poznania prozatorskiego opracowania tematu wydała mi się bardzo pociągająca. I słusznie. 

Ta książka to konkret. Autor nie nadmuchuje tematu. Pisze mocno i bardzo obrazowo. Sama powieść nie jest zbyt obszerna i to wychodzi jej na dobre. Odija nie przegadał problemu. Zawarł sedno. Nie ma tu patosu, histerii, rozpaczy, to męskie, twarde spojrzenie. Choć chłopaki też tam płaczą, cierpią i wzruszają się.

Dwóch braci. Różnica wieku między nimi – dwa lata. Niby normalna rodzina, z małą (a może dużą) tajemnicą – nieobecność ojca. Życie jakoś się toczy. Jest matka, dość silna osobowość, która odciska swoje piętno na synach. Na jednym szczególnie, ale to nie jest kluczowe. Katalizatorem problemu, ukrywającej się w głowie starszego syna choroby psychicznej jest raczej genetyka. Być może czynniki środowiskowe jakoś dodatkowo wpływają, pogarszają sprawę, ale trudno to jednoznacznie ocenić. Ja przynajmniej nie potrafię. Stopniowo zapadamy się wraz z narratorem – młodszym bratem – w historię rodzinnej choroby – bo w konsekwencji wszyscy stają się chorzy. Tak bywa najczęściej, gdy ciężka choroba wdziera się w rodzinę. I oto stajemy przed koszmarną walką, gdzie widmo porażki jest bardzo wyraźne. Przeczuwalne.

Dojmująca jest samotność, niemożliwość współdzielenia losu. Zostaje tylko przyglądanie się i niezrozumienie. Bariera choroby psychicznej jest tak wielka, że nie jesteśmy w stanie jej pojąć w żaden sposób. Można wydobyć jedynie jakąś formę empatii, która poszyta jest niepewnością i koszmarnym, przerażającym nierozumieniem. Słowo niezrozumienie kołowało w mojej głowie podczas lektury, odmieniane przez wszystkie przypadki. Do tego samotność i nieopisane cierpienie, które nie ma fizycznej postaci. Możemy współodczuwać ból fizyczny, mieści się on w naszej wyobraźni, bo każdy go doświadczył. A tu? Potworne piekło, które toczy się w człowieku, w niewypowiedzianej samotności nie ma przełożenia. Można próbować zobrazować ten stan słowami – brat chorego, gdy trafia na jego zapiski, doświadcza krótkiego przebłysku, ale nigdy nie dotknie z całą mocą wewnętrznego przerażenia chorej osoby. Przypominał mi się w tym momencie pełen rozpaczy fragment listu Franza Kafki do Oskara Pollaka:

Jesteśmy opuszczeni jak zabłąkane dzieci w lesie. Kiedy stoisz przede mną i patrzysz na mnie, co wiesz o moich bólach i co ja wiem o twoich? A gdybym padł przed tobą na kolana i płakał, i opowiadał, co wiedziałbyś o mnie więcej niż o piekle, które ktoś określił ci jako gorące i straszne? Już dlatego my ludzie powinniśmy stać naprzeciw siebie tak zamyśleni i współczujący, jak przed wejściem do piekła.

Nieprzekładalność kompletna. Domysły i przeczucia. Współczucie i towarzyszenie. Tyle zostaje. Szczególnie, gdy wokół dominuje społeczny ostracyzm. Schizofrenia to często śmierć za życia. Społeczna. Myślę, że historia Johna Nasha opowiedziana w filmie „Piękny umysł” dała jakąś namiastkę, wgląd w umysł schizofreniczny, ale w codziennym życiu między ludźmi nie bywa jak w filmie.  

Powieść „Pusty przelot” wydobywa swego rodzaju heroiczność osób chorych psychicznie. Rozmowy młodszego brata z lekarzem psychiatrą dają bardzo ciekawy i pogłębiony ogląd problemu. Oddają tym ludziom należne im człowieczeństwo, a nawet nobilitują:

– Zdaje się, że każdy z nich ma za sobą krótkotrwałe odwiedziny w niebie, ale długotrwałe w piekle – mówił. – Ekstaza zawsze jest chwilowa, ból zawsze trwa za długo. Dlaczego nie odwrotnie? Piekło jest bliższe życiu, niebo śmierci. A oni wciąż żyją i uważam, że cierpią za nas wszystkich. Przestępstwa, morderstwa, zbrodnie, tortury, zdrady ulegają w nich psychicznemu przetworzeniu. Wszelkie katastrofy globalne, terrorystyczne zamachy, klęski żywiołowe kumulują się w nich i w pewnym momencie wybuchają wewnętrzną eksplozją, która oczyszcza nas z grzechów i odpuszcza nam nasze czyny. Są jak święci.

– Święci?

– A czemu nie? Czy nie cierpią za miliony? (…)

– To gdzie podziali się wariaci? – spytałem.

– Nie ma ich w naszych szpitalach. Do nas przychodzą po prostu chorzy ludzie, którzy potrzebują pomocy. (…). Z kolei prawdziwi wariaci żywią się społeczeństwem i bez niego nie są w stanie zaistnieć. (…) Cały intelekt i energię wydatkują na walkę o władzę nad innymi i próby ujarzmienia rzeczywistości, by skakała pod ich dyktando. Prawdziwi wariaci są wśród nas i nami rządzą.

Mocna puenta. Choroba coś zabiera, ale też przynosi, mimo, że nie da się często tego zbilansować i generalnie pozostaje się na minusie. Osobiście chcę jednak wierzyć, że jest w tym większy sens. Powieść „Pusty przelot” to trudna lektura, ale mimo tego, zapraszam, na ten straszny życiowy, samotny lot przez piekło, trudne do opisania.

Editress

Studnia uczuć

Lato, gdy mama miała zielone oczy / Tatiana Tîbuleac ; z języka rumuńskiego przełożył Dominik Małecki. Wrocław : Książkowe Klimaty, 2021. – 148, [3] strony ; 20 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Dawno nie czułam się tak emocjonalnie rozedrgana po lekturze powieści. A była to lektura intensywna, zachłanna i całkowicie pochłaniająca. Długo musiałam zbierać myśli, porządkować swoje odczucia, wrażenia, aby zdobyć się na ocenę, aby odsłonić swoje przeżycia czytelnicze. „Lato, gdy mama miała zielone oczy” to powieść, która trwale zapisze się w mojej pamięci. Książka wydana przez Książkowe Klimaty w serii rumuńskiej jest tytułem, który niezwykle absorbuje. Historia trzyma czytelnika w kleszczach emocji, czasem naprawdę skrajnych –  od pierwszej linijki tekstu, do samego końca.

Autorka, Tatiana Tîbuleac to mołdawsko-rumuńska pisarka i dziennikarka, debiutująca powieściowo w 2017 roku i trzeba orzec, iż był to debiut znakomity. Książka „Lato, gdy mama miała zielone oczy” została doceniona w wielu krajach, słusznie nagrodzona i sądzę, że w Polsce również powinna być dostrzeżona, zbierając przy tym wysokie noty. „Małe literatury” potrafią zachwycić wielkimi odkryciami. Proza rumuńska znalazła w naszym kraju świetną, współczesną ambasadorkę literacką. Sądzę, że warto czekać na kolejne tłumaczenia. Należy podkreślić, że Dominik Małecki, tłumacz, który przełożył tę debiutancką powieść Tatiany Tîbuleac, zasługuje na translatorskie wyróżnienia.

Dlaczego ten tytuł wzbudza moją szczególną atencję? O uczuciach w relacji rodzic – dziecko, napisano już wiele. Czy można wydobyć literacko coś jeszcze? Okazuje się, że tak. Autorce udało się przez zastosowane środki, język, postacie, fabułę, „wydrzeć” w tym temacie coś mocnego, innego i ważnego.

Narratorem jest Aleksy, syn matki o zielonych oczach, który retrospektywnie ocenia dawne zdarzenia i emocje. Przeprowadza nas przez całą historię nie oszczędzając w żadnej scenie. Potrafi być bardzo dosadny, a nawet okrutny, tym samym wyostrza te kłębowisko uczuć – skrajnych, ekstremalnych, pozbawionych pudru. Widzimy rodzinę w całkowitym rozpadzie, na której zaciążyły traumatyczne wydarzenia. Każdy przeżywa tragedię na swój sposób. Radzi sobie po swojemu, a w zasadzie nie radzi. Tak przez lata narasta obcość, obojętność, a następnie nienawiść w czystej postaci. Bo Aleksy nienawidzi swojej matki. Daje temu wyraz w ciężkim języku, pełnym dosadnych porównań. Nienawidzi również siebie. Walczy z zaburzeniami psychicznymi, które kładą się cieniem na jego życiu, relacjach rodzinnych i towarzyskich. Poznajemy go w momencie, gdy kończy szkołę i otrzymuje od matki dziwną propozycję, aby spędzili wakacje razem na francuskiej prowincji. Aleksy ma inne plany, jednak obietnica złożona przez mamę, skłania go do zmiany planów. (Nie chcę odsłaniać zbyt wielu szczegółów fabuły, aby nie odbierać czytelnikom mocy tej prozy.)

Matka chłopca ma konkretny powód, aby spędzić lato z synem. Oboje zanurzają się w studnię swoich uczuć, na dno której nie docierał przez lata nawet jeden promień słońca – jak to w studni. Nie ma na to szans. Bohaterowie skazani na siebie stopniowo wynurzają się, odbijają od dna, aby ujrzeć swoje życie w pełnym świetle. Wreszcie znajdują siłę na słowa prawdy i rodzącą się… miłość, której oboje bardzo pragnęli. Chociaż na chwilę, na krótkie lato.

Interesująco przedstawiony jest proces, podczas którego zaczynamy w drugim człowieku, w tym przypadku najbliższym, widzieć kogoś, kogo nigdy wcześniej nie dostrzegaliśmy lub nie chcieliśmy dostrzec. Mama zawsze miała zielone oczy, nie tylko w „te lato”. Jednak Aleksy nigdy w jej oczy nie patrzył, bo też ona na to nie pozwalała. Łączyła ich bardzo komplikowana relacja, pełna zaburzeń, niemocy i beznadziejności. Poznajemy ją bardzo dokładnie, ponieważ serwowana nam opowieść, jest formą terapii bohatera, w ramach której spisuje przeszłość i związane z nią emocje. 

Francuska prowincja staje się miejscem szczególnym. Wyjątkowym tłem. W słonecznikach, makach, wśród jabłoni bohater jakby rodził swoją matkę na nowo, a ona zamieniała się w dziecko. Coraz słabsze, zależne od syna, oderwane od rzeczywistości. Matka jest umierająca. Metamorfoza jej ciała przekładała się również na metamorfozę uczuć. Brzydota przeradza się w piękno. Obojętność w czułość. Aleksy ujawnia swoje wielkie pragnienie bycia kochanym i sam chce obdarzyć tym uczuciem z całą mocą. Ono jednak nie umie się przebić, znaleźć właściwego wyrazu, bo demony przeszłości tak łatwo nie dają za wygraną. Przyjdzie mu stoczyć jeszcze wiele bitew i nie każdą wygra. To nie jest historia o tym, że zawsze się udaje, że wszystko idzie naprawić. To nie jest opowieść pod tytułem „będzie dobrze”. Czasem już się nie da, ale w tym tkwi prawdziwość życia. Krew i kości. Mimo, że Aleksy odnosi sukces jako malarz i snuje swą opowieść jako dojrzały mężczyzna, nie jest wolny od blizn, nowych ran i nigdy już całkiem wolny nie będzie.

W czym tkwi moc tej historii? W plastyczności języka, tempie narracji i jej konsekwencji. Fabuła jest przemyślana do ostatniej kropki. Nie ma w tej opowieści nic zbędnego. Emocjonalny język, pełen niezwykłych porównań tętni życiem i prawdziwością. Każde mocne wyrażenie nie wydaje się nadużyciem, ale wołaniem z samego wnętrza bohaterów. Zdarzenia mają mocną kreskę.

Ukazanie ewolucji uczuć, głębokie wejście w emocje, to wielki atut tej historii. Tę emocjonalną przemianę widać w oczach mamy, które niby od początku były piękne, ale…  „Mama miała zielone oczy, tak piękne, że marnowanie ich na tę sfermentowaną twarz wydawało się grubą pomyłką”. Jednak w te lato udało się znaleźć w tych oczach znacznie więcej:

Oczy mamy były błędem

Oczy mamy były pozostałościami mamy pięknej

Oczy mamy płakały do wewnątrz

Oczy mamy były życzeniem ślepej spełnionym przez słońce

Oczy mamy były polami ułamanych łodyg

Oczy mamy były nieopowiedzianymi mi historiami

Oczy mamy były oknami szmaragdowej łodzi podwodnej

Oczy mamy były muszelkami wyrosłymi na drzewach

Oczy mamy były bliznami na twarzy lata

Oczy mamy były pąkami w oczekiwaniu

Relacje rodzinne potrafią być bardzo bolesne, a ich intensywność może stale wybuchać na nowo. Trudne uczucia mogą trwać w oczekiwaniu i nigdy nie znaleźć ukojenia. Jak blizny, złamane łodygi. Czasem pozostaje tylko płacz do wewnątrz.

Editress

Na pożegnanie wakacji…

Koniec wakacji, koniec wakacyjnych lektur. Czas na te jesienno-zimowe. Każda pora roku jest idealna, aby zatopić się w lekturze. Zanim powieje jesienny wiatr i z zapowiedzi wydawniczych na półki wskoczą nowości, w ramach szybkich rekomendacji chciałam jeszcze spojrzeć na moje wakacyjne wybory czytelnicze i polecić Państwu wyjątkową piątkę. Bardzo urozmaiconą. 🙂

Oto lista pięciu książek, które wybornie urozmaiciły, wzbogaciły, a nawet rozbawiły mnie podczas urlopowego przestoju (kolejność alfabetyczna):

  • Andreowia/Beata Chomątowska (Wielka Litera)
  • Ijasz/Tomasz Różycki (Wydawnictwo Literackie)
  • Praga magiczna/Angelo Maria Rippelino (Dowody na istnienie)
  • Zaburzony umysł/ Eric R. Kandel (Copernicus Center Press)

Nie zapomniałam również zajrzeć w nowości literatury dziecięcej. Tu faworytem został Paweł Beręsewicz:

  • Czemu tata siedzi w garnku/Paweł Beręsewicz (Wydawnictwo Literatura)

Lektury bardzo różne, ale absolutnie przednie. Lubię robić sobie taki książkowy mix. Państwu również serdecznie polecam. Od września zapraszam do czytania nowych recenzji, wywiadów.

Dom Książki zaprasza!

Nie tylko Dyzma

Pechowy literat i inne opowiadania, nowele, humoreski / Tadeusz Dołęga-Mostowicz ; wybór i opracowanie Jarosław Górski. Warszawa : Iskry, copyright © 2021. – 269, [3] strony ; 20 cm.

Dom Książki/Editress

Przyznam, że uczuciem, które dominowało we mnie w trakcie lektury „Pechowego literata i innych opowiadań, nowel, humoresek” była nostalgia. Dlaczego? Bo oto wracamy do świata, w którym kochano fabułę, kochano tekst, kochano powieść, humor zaprezentowany słowem pisanym. Nie memem, obrazkiem, jednym zdaniem bez polotu i literackiego waloru, ruchomym obrazem z puentą, prostą, by nie rzec – prostacką. Jakże tęskno mi się zrobiło za światem, w którym drobno zadrukowane szpalty były namiętnie rozczytywane. Skąd ta myśl? Za sprawą wstępu Jarosława Górskiego, który dokonał wyboru tekstów Tadeusza Dołęgi-Mostowicza z lat 1925-1939. Tekstów, które publikowane w codziennej prasie, były wielce pożądane. We wstępie czytamy: Publiczność prasowa tamtego czasu, co dziś trudno sobie wyobrazić, wręcz domagała się w swoich ulubionych tytułach literatury. I to nie tylko powieściowych odcinków wymagających systematycznego śledzenia, ale także lekkich opowiadań, nowelek, humoresek, politycznych alegorii, które można było z przyjemnością przeczytać przy śniadaniu i kawie (w gazetach porannych) lub przed snem (w gazetach wieczornych), a potem o nich zapomnieć.

Zapomnieć, czy nie – widać tę potrzebę obcowania ze słowem pisanym, która dziś jest zdecydowanie w odwrocie. Czytanie po nagłówkach, marketingowo skrojonych, uciekanie od dłuższych teksów, kryzys prasy drukowanej. A tymczasem w świecie Dołęgi-Mostowicza, w opowiadaniu „Szary pan” czytamy: Przedział wagonu pędzącego z Warszawy, gdzieś w kierunku Gdyni czy Zakopanego. W kącie wygodnie ulokował się dość młody jeszcze mężczyzna w szarym podróżnym ubraniu, zagłębiony w lekturze wielkiej płachty jakiegoś londyńskiego dziennika. Na dłużej mu widać tego starczy, bo obok piętrzy się sterta różnych ilustrowanych i nieilustrowanych wydawnictw angielskich. Tak jest zaabsorbowany studiowaniem tych kilometrowych arkuszy zasianych drobnym makiem druku, że nawet nie zwraca uwagi na dwie młode przedstawicielki płci ozdobnej i ich szarmanckiego towarzysza, którzy właśnie napełnili przedział swą pachnącą paryskimi perfumami inwazją.

Ale dobrze. Bez dalszego utyskiwania nad problemami czytelnictwa, bo na inne walory „Pechowego literata…” należy zwróć uwagę. A jest ich wiele. Zapraszam zatem do lektury tych ciekawie złożonych w jeden tom tekstów Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, ponieważ odczarowują go jako autora „Kariery Nikodema Dyzmy”, czy losów „Znachora”, którym kinematografia zrobiła największą sławę. (I słusznie). Film był zresztą wielką miłością literata.

Tadeusz Dołęga-Mostowicz był bardzo zdolnym pisarzem, z głębokim wczuciem, umiał być w samym centrum tętniącego życia i oddać je słowem. Doskonale czuł się w wielu formach literackich i ten zgrabny zbiór jest znakomitym tego dowodem. Warto sprawdzić, jak dobrze autor władał słowem i potrafił wyczarować niesamowite literackie obrazki. To bardzo udana podróż do czasów II Rzeczypospolitej. Możemy poczuć atmosferę tego okresu, podsłuchać rozmowy, które pisarz oddał w kolorycie epoki, przejść ulicami, zobaczyć teatralną widownię, uczestniczyć w życiu towarzyskim i politycznym. Bywa rozczulająco i zabawnie, zaskakująco i z przymrużeniem oka. Z codziennej obserwacji, Mostowicz umiał wyczarować niezwykły tekst, jak ten o fiołkach („Fiołki na deszczu”) https://becejprevoz.com/buchstabe-k/index.html , sprzedawanych na ulicy: – Kupcie fiołki, ociekające ciepłą wodą deszczową! Już nikt nie uwierzy w powrót zimy! Nikt! Wszyscy chłoniemy łagodne miękkie powietrze, upajamy się wonią kwiatków (muszą pachnieć!), idziemy osłonięci parasolem pod rozkosznym dudnieniem kropelek…  Ciepły deszcz – wiosna.

Czy można dziś oczekiwać takiego tekstu w codziennej prasie? Jaki byłby jego odbiór? Cóż, patrzmy dalej. Przed nami korowód barwnych postaci, polityków, redaktorów (tu wątek autotematyczny, który pisarz oddał z wielkim dystansem i humorem!), typków spod ciemnej gwiazdy, którzy zapełniają publicystyczny i literacki świat Dołęgi-Mostowicza. Prawdziwy przekrój społeczny z doskonałą charakterystyką, prezentującą całą paletę dystynktywnych zachowań, przynależnych różnym grupom społecznym. W niektórych tekstach można dostrzec już „zapowiedź” Dyzmy.

Mostowicz umie przenieść zastaną rzeczywistość w literacki obraz, krótki, krotofilny, autentyczny. Wsłuchuje się w język ulicy, doskonale wykorzystuje literackie potencjały różnych form. Zajrzymy do teatru, “szalonego tramwaju”, zobaczymy polityczną szopkę. Nietuzinkowe spojrzenie na święta Wielkanocne, Bożego Narodzenia i reminiscencje wojenne, prawdziwie zaskoczą. Ponadto zderzymy się z ówczesnymi problemami – mieszkaniowymi czy restauracyjno-usługowymi – tak – na przykład problem napiwków zręcznie oprawiony w ramy szczególnego humoru i literackiej swady, wywołuje szeroki uśmiech.   

“Pechowy literat…” to znakomita podróż w przeszłość z wielką klasą literacką. Ukłon wdzięczność dla Jarosława Górskiego, który wybrał esencję. (Choć pewnie były dylematy wyboru). Zbór jest jak sądzę, bardzo reprezentacyjny i udany, istotnie widzimy Dołęgę-Mostowicza w innym świetle. Literacki talent pozwala na przypuszczenia, że autor uraczyłby nas jeszcze wieloma wspaniałymi opowieściami, felietonami, humoreskami i powieściami, względem którym miał wielkie plany – także filmowe, gdyby nie zbyt szybko przerwana linia życia. Tymczasem delektujmy się tym, co nam podane. Tadeusz Dołęga-Mostowicz jako dziennikarz – nie zawiedzie. Liczę, że będzie to sentymentalna podróż dla wielu czytelników.  

Editress

“Historia jest fascynująco odległa i zarazem całkiem bliska”. Rozmowa z Zuzanną Orlińską wokół najnowszej powieści “Król Myszy”.

Fot. Dom Książki/Editress

Król Myszy / Zuzanna Orlińska ; ilustracja na okładce Marcin Minor ; [mapa Mikołaj Kamler]. Łódź : Literatura, 2021. 391, [1] strona ; 22 cm. (Uczeń sztukmistrza T. 1) (A To Historia!)

Warszawa, początek XIX wieku. Ludwik XVIII, z Bożej łaski król Francji i Nawarry, przebywa kolejny rok na wygnaniu. Snuje plany ocalenia tronu i zachowania pamiątek monarchii. Nie jest to łatwe zadanie, gdyż siatka intryg i zdrad robi się wokół niego coraz bardziej gęsta.

Tymczasem obok tętni życie. Marcin Zięba, syn szewca, codziennie staje do walki z losem o małe radości i dobrą przyszłość. Wspaniałe dokonania wielkich umysłów epoki inspirują do szukania nowych dróg. W korowodzie wyjątkowych postaci spotkamy artystę Ernesta Hoffmana, fizyka Antoniego Magiera i kolorowego ptaka Jordakiego Kuparenkę – wynalazcę, który zostawia nam ciekawy klucz do odczytania świata. Zapewniam, że fascynujących postaci w „Królu Myszy” czytelnik będzie miał pod dostatkiem!

Czy na scenie cyrkowej, czy teatralnej – przedstawienie trwa! Wielkie starcie wartości -„szkiełko i oko”, serce i emocje! A wszystko po to, aby teatr świata ciągle nas zachwycał!

„Król Myszy” to prawdziwa powieść-spektakl, w której wspaniale rozpisane role głęboko poruszają emocje. Jesteśmy marionetkami w wielkim teatrze świata! A może uda się zerwać obezwładniające sznurki?

Zapraszam do lektury „Króla Myszy” i rozmowy z Autorką, Zuzanną Orlińską, która zdradzi „odrobinę” – jak pisze się tak dobre powieści z historią w roli głównej!

Dom Książki: Zacznę od zachwytów nad „Królem Myszy”. Znakomita powieść, imponująca, z rozmachem. Bardzo erudycyjna. Myślę, że dla czytelnika poważnie smakującego w literaturze. Jakiego Pani widziała czytelnika przystępując do pisania?

Zuzanna Orlińska: Muszę przyznać, że rzadko wyobrażam sobie czytelnika, kiedy przystępuję do pisania, chyba, że szczegółowe określenie np. wieku odbiorcy, jest elementem zamówienia od wydawcy. Wydaje mi się, że trzymanie się sztywnych podziałów na gatunki czy kategorie wiekowe tylko szkodzi literaturze. Dobra książka pozostanie dobrą książką, mogą po nią sięgać zarówno dzieci jak dorośli. Gdybym miała określić, dla kogo piszę, powiedziałabym pewnie, że tworzę takie książki, jakie sama chciałabym przeczytać mając kilkanaście lat. Jako nastolatka bardzo lubiłam przygodowe książki historyczne. Podobało mi się, gdy autor umiejętnie wplatał wątki fikcyjne pomiędzy prawdziwe wydarzenia. Mimo woli przyswajałam też sporą dawkę wiedzy. Tu pora wyznać, że próbną maturę z historii o panowaniu Kazimierza Jagiellończyka napisałam opierając się niemal wyłącznie na tym, co zapamiętałam z „Historii żółtej ciżemki” Antoniny Domańskiej. I dostałam czwórkę z plusem!

D.K.: Myślę, że to doskonała zachęta dla przyszłych maturzystów, aby sięgali po powieści historyczne! A „Król Myszy” to między innymi fascynująca historia Ludwika XVIII zrośnięta z historią rozbiorowej Polski, która okazuje się doskonałym materiałem na powieść. Co sprawiło, że właśnie ten moment historii przyciągnął Pani uwagę? Kogo i dlaczego znajdziemy w tej powieści?

Z.O.: Wszystko zaczęło się od mojej poprzedniej książki, czyli rodzinnego spacerownika po cmentarzu Powązkowskim[1], który pisałam na stypendium miasta Warszawy. Przygotowując się do pisania o pochowanych tam osobach, zwróciłam uwagę zwłaszcza na postaci żyjące w Warszawie na przełomie XVIII i XIX wieku. Cóż to była za plejada niezwykłych bohaterów! Czytając o nich, od razu poczułam energię tego miejsca i czasu. Warszawa pod panowaniem pruskim i w początkach epoki napoleońskiej była miastem kontrastów, w którym wschód stykał się z zachodem, przepych mieszał się z nędzą, a na ulicy mijali się wybitni uczeni, artyści, lekarze, wynalazcy. Takie postaci jak Antoni Magier, zegarmistrz Gugenmus, Samuel Bogumił Linde, Wojciech Bogusławski czy doktor Walenty Gagatkiewicz – to właściwie początki warszawskiej inteligencji. W pobliżu przebiegała granica, pojawiali się więc także liczni szpiedzy, prowadzący swoje skomplikowane gry. To był wymarzony temat na powieść. Jej trzon stanowią równolegle śledzone losy trzech, jakże różnych, ale całkiem prawdziwych postaci: Antoniego Magiera, fizyka i meteorologa, który przez ponad ćwierć wieku wywieszał na drzwiach swojej kamienicy prognozy pogody dla Warszawy, Jordakiego Kuparenki, mechanika i wynalazcy, twórcy ruchomych teatrzyków i pioniera lotów balonowych oraz E.T.A. Hoffmanna, niemieckiego kompozytora, rysownika i pisarza, prekursora powieści fantastycznej, który pracował w Warszawie jako pruski urzędnik. Pomiędzy tymi trzema krąży główny bohater, Marcin Zięba, próbujący odnaleźć własną drogę.

Dom Książki/Editress

D.K.: Ten fragment historii, którą Pani opowiada – żyje. Tętni, zachwyca. Jak udaje się Pani panować nad tak ogromnym światem powieściowym, w trakcie jego kreacji? Postacie historyczne, fikcyjne, piękny historyczny sztafaż, detale. Widać wielką pracę, staranność, dbałość. I jednocześnie nic nie przytłacza nadmiarem. Jakie umiejętności warsztatowe są szczególnie przydatne?

Z.O.: Z punktu widzenia autora pisanie książki historycznej to oczywiście dużo więcej pracy, niż w przypadku powieści obyczajowej lub fantastycznej, bo ogromnie dużo czasu zajmuje czytanie źródeł i poszukiwanie materiałów. Ale i satysfakcja z wykonanego zadania jest większa, bo samo konstruowanie opowieści przypomina rozwiązywanie łamigłówki. Trzeba tak połączyć fakty, by pozostała między nimi przestrzeń na fabułę. A czasami (co wymaga jeszcze bardziej misternych zabiegów) udaje się sprawić, że dzięki fabule fakty nabierają nowego znaczenia. Jest to jednak praca dla cierpliwych. Nie zaczynam pisać, dopóki nie jestem przekonana, że swobodnie poruszam się w tym świecie, że wiem, jaki widok otwiera się za każdym rogiem. Dopiero wtedy mam pewność, że miejsca, w których toczy się akcja, nie będą jedynie płaską makietą scenograficzną. To samo tyczy się bohaterów. Nie lubię książek, w których postacie historyczne mówią współczesnym, potocznym językiem, bo język jest wyrazem mentalności epoki. Chcę raczej pokazywać ludzi takimi, jakimi mogli być naprawdę. Z drugiej strony drażni mnie także nadmierne „staropolskie” stylizowanie wypowiedzi, bo też wydaje się sztuczne.

D.K.: To niejedyna Pani powieść, w której historia gra pierwsze skrzypce. Kiedy ta predylekcja do historii dała o sobie znać?

Z.O.: Jak już wspominałam, zawsze lubiłam czytać powieści historyczne. W liceum byłam w klasie humanistycznej i miałam bardzo wymagającą nauczycielkę historii. Uczyła nas między innymi jak korzystać ze źródeł, jak ich poszukiwać, co przydaje mi się do dziś. Pamiętam, że przed maturą wielokrotnie podchodziłam do zaliczania dwudziestolecia międzywojennego i może nieprzypadkowo w tej epoce osadzona była akcja mojej pierwszej powieści historycznej, „Detektywów z klasztornego wzgórza”.

D.K.: Wykorzystuje Pani swoje umiejętności i wiedzę znakomicie. W „Królu Myszy” mamy przecież wiele historycznych smaczków. Z klasą ożywia Pani przeszłe zdarzenia. Czy ta powieść może być potraktowana jako wyjątkowo przyjemna lekcja historii?

Z.O.: Mam nadzieję, że tak. Myślę, że po przeczytaniu powieści historycznej w głowie nie muszą pozostać wszystkie fakty i daty. Ważne, żeby podczas lektury mimo woli nasiąkało się atmosferą epoki. Marzy mi się, żeby czytelnik mojej książki, widząc obraz, film kostiumowy, lub słysząc jakieś nazwisko mógł sobie przypomnieć, że kojarzy mu się właśnie z „Królem Myszy”.

D.K.: A propos lekcji historii, wspomniała Pani wcześniej o swojej znakomitej książce o Powązkach „Miasto pamięci”, która ukazała się w zeszłym roku. To wydawnictwo jest świetnym materiałem podczas spacerów po cmentarzu. Widziałam Pani relacje z takich właśnie „lekcji” zwiedzania cementarza z młodzieżą. Jak młodzi ludzie uczestniczą w takich zajęciach? Czy to udane i satysfakcjonujące dla Pani spotkania?

Z.O.: Te spacery są bardzo ciekawe, bo pokazują, że historia jest jednocześnie fascynująco odległa i zarazem całkiem bliska. Odległa, bo często doświadczenia i mentalność ludzi https://qarshi.com/bokstaven-h/index.html , żyjących w dawnych czasach, nie mieszczą się nam w głowie. Bliska, bo w gruncie rzeczy odkrywamy, że mimo odmiennego kostiumu i warunków życia jesteśmy do nich podobni. Na cmentarzu, w obliczu spraw ostatecznych, jest to szczególnie widoczne, bo nagrobki opowiadają o ludzkich uczuciach, a uczucia się nie zmieniają.

D.K.: Wracając do „Króla Myszy”. Los Marcina Zięby, syna szewca, i Jordakiego Kuparenki przecina się w dramatycznych momentach, to doskonale skomponowane życiorysy fikcyjnego bohatera i historycznej postaci. Jak osiąga się taki efekt?

Z.O.: Marcin jest postacią fikcyjną, ale umieściłam go w prawdziwym świecie i dbałam o to, aby jego losy były prawdopodobne. W sąsiedztwie kamienicy Magiera w drugiej połowie XVIII wieku mieszkało aż jedenastu szewców, być może któryś z nich miał nawet na nazwisko Zięba :). Poprowadzenie losów Marcina było dla mnie najtrudniejsze w trzecim tomie jego przygód, który się jeszcze nie ukazał. Zahacza on o czasy wojen napoleońskich. Dużo o nich wiemy z podręczników i innych publikacji naukowych, wciąż na przykład roztrząsane są przyczyny klęski kampanii rosyjskiej Napoleona. Zależało mi jednak na przedstawieniu tej wojny z punktu widzenia jej uczestnika, jednego z pionków na planszy. On przecież nie miał takiej wiedzy, jaką dysponowali generałowie i stratedzy. Postanowiłam więc oprzeć się na pamiętnikach żołnierzy, zwyczajnych uczestników walk. I odkryłam, że ich prawdziwe losy są nierzadko dużo bardziej fantastyczne niż fabuła wymyślona przez pisarza. Cudowne ocalenia, niezwykłe zrządzenia losu, ratunek przybywający w ostatniej chwili – sądzę, że żaden czytelnik nie uwierzy mi, że tego sama nie wymyśliłam!

Z prywatnego archiwum Autorki

D.K.: Odświeża Pani postać E. T. A. Hoffmanna, znanego chyba przede wszystkim z autorstwa „Dziadka do orzechów”. Pokazuje nam Pani, jak w głowie Hoffmanna mogła tworzyć się ta historia. Rodzi się pytanie, jak postać Hoffmana i jego twórczości, kreowała się w Pani wyobraźni?

Z.O.: E.T.A. Hoffmann jest niesłusznie w Polsce traktowany wyłącznie jako autor „Dziadka do orzechów”. Często kojarzy się zresztą z wersją baletową, której libretto oparte jest na francuskiej przeróbce Dumasa. Ale Hoffmann to przede wszystkim prekursor niemieckiego romatyzmu, autor, którego groteskowy, ironiczny humor i niesamowita wyobraźnia wpłynęły chociażby na twórczość Edgara Allana Poe czy H.P. Lovecrafta. Jego pobyt w Warszawie pozostaje w zasadzie niezauważony przez polskich i niemieckich badaczy. Dopiero pod koniec pracy nad książką udało mi się nawiązać kontakt z panem Piotrem Lachmannem, człowiekiem, który od lat na różnych polach walczy o przywrócenie Hoffmanna Warszawie. Zanim zaczęłam z nim korespondować, byłam skazana na źródła niemieckie. Z trudem przedzierałam się na przykład przez listy, które Hoffmann wysyłał z Warszawy do przyjaciół, nie tylko z powodu archaicznie już brzmiącej niemczyzny, ale także dlatego, że korzystałam z będącej w wolnym dostępie wersji złożonej gotycką czcionką. Żeby lepiej rozszyfrować tekst, przepisywałam go sobie ręcznie. Mam nadzieję, że ta żmudna praca pozwoliła mi na tyle wczuć się w umysłowość i język pana Hoffmanna, by wiernie przedstawić tę postać w książce 🙂 

D.K.: W imieniu czytelników, już dziękuję za tę Pani pracę, bo istotnie, Hoffmann nabiera w powieści bardzo konkretnych kształtów i pojawia się w mało znanych kontekstach. Będąc jeszcze przy wątkach artystycznych – to, co szczególnie zwraca uwagę w „Królu Myszy” to swego rodzaju teatralność, którą Pani wyjątkowo umiejętnie podtrzymuje. Powieść – spektakl. Postacie przypominają poniekąd lalki, marionetki, a efekt ten dopełnia praca Jordakiego Kuparenki, który ostatecznie potwierdza czytelnicze przeczucia – oto człowiek jako marionetka, a życie to rola do odegrania. Czy takie odczytanie jest uprawnione? Albo inaczej, czy jako Autorka, byłaby Pani zadowolona z takiego odczytania?

Z.O.: Tak, nieprzypadkowo pierwszy, roboczy tytuł książki brzmiał „Theatrum mundi”, czyli „Teatr świata”. Warszawa staje się tu sceną, na której rozgrywają się niezwykłe wydarzenia, takie jak próba zamachu na wygnańczego króla Francji, Ludwika XVIII, dokonana przy pomocy zatrutych marchewek. Mieszkańcy Warszawy są też marionetkami w teatrze wielkiej polityki początków XIX wieku. Odgrywają swoje role, ale większe potęgi pociągają za sznurki. Myślę, że możliwości interpretacji tego wątku znalazłoby się jeszcze dużo więcej.

D.K.: Na pewno! Daje Pani czytelnikom ogromne pole do popisu w interpretacjach 🙂 I należy podkreślić, że Warszawa jest również bardzo ważnym bohaterem w tej powieści. Plan Miasta Warszawy Mikołaja Kamlera, który „otwiera” powieść jest bardzo przydatny w poruszaniu się po fabule 🙂 A klimat miasta wyjątkowo oddaje ilustracja na okładce, autorstwa Marcina Minora.

Z.O.: Wymarzyłam sobie Marcina Minora jako ilustratora tej książki i byłam bardzo szczęśliwa, że wydawczyni także widziała go w tej roli. To artysta, którego z jednej strony cechuje niezwykle drobiazgowe podejście do kostiumu, architektury, stylu epoki, z drugiej strony jego prace mają wspaniały, magiczny klimat. Takie połączenie wydawało mi się idealnie pasujące do „Króla Myszy”. I nie pomyliłam się! Kiedy zobaczyłam okładkę, pomyślałam, że to pewnie pierwsza moja własna książka, którą bym w ciemno kupiła w księgarni 🙂 Bardzo się cieszę, że ta współpraca będzie mieć ciąg dalszy. Wiem, że ilustrator już zabiera się za okładkę do drugiego tomu. Niedawno rozmawialiśmy o topografii Warszawy i o kolorystyce ówczesnych balonów, myślę, że możemy się spodziewać czegoś równie pięknego i nie mogę się doczekać!

D.K.: Zapowiada się obiecujący, zgrany duet. Pierwszy tom jest niezbitym dowodem 🙂 Powracając do fabuły – w powieści ściera się rozum i emocje. Ernst Hoffmann – artysta, Antoni Magier – naukowiec. Szkiełko i oko? Czy serce? Co do Pani, jako Autorki mocnej przemawia?

Z.O.: Na rozstrzygnięcie tego dylematu proszę poczekać do zakończenia drugiego tomu cyklu, pod tytułem „Powietrzny żeglarz”. Weźmie w nim udział sam Adam Mickiewicz, ale nie mogę zdradzić niczego więcej 🙂

D.K.: No i finał. Crème de la crème! Otwarte, dramatyczne zakończenie. A na okładce zapowiedź drugiego tomu. Co czeka Marcina Ziębę i Jordakiego Kuparenkę? Czy jednak uchyli nam Pani nieco rąbka tajemnicy?

Z.O.: Myślę, że sporo już zdradziłam. Mogę tylko obiecać, że drugi tom, „Powietrzny żeglarz”, i trzeci – „Sobowtór” przyniosą jeszcze wiele dramatycznych zwrotów akcji.

D.K.: Serdecznie dziękuję za rozmowę, za to, że podzieliła się Pani swoimi warsztatowymi tajemnicami, wiedzą i skrupulatnością w pracy godnej podziwu. Czytelnik Pani książek powinien czuć się doceniony i bardzo poważnie potraktowany! Takiej literatury potrzeba nam w księgarniach w dużych ilościach! No i mamy zapowiedź kolejnych tomów, które na pewno będą wspaniałą podróżą przez dzieje i niebanalną opowieść! 🙂 Czekamy…

                                                                                                          Editress

Zuzanna Orlińska – absolwentka Wydziału Grafiki warszawskiej ASP, pisarka, ilustratorka książek, czasopism i podręczników.  Twórczyni strony internetowej Kiedy byłam mała poświęconej literaturze dla dzieci i młodzieży. Laureatka nagrody Guliwer w krainie Olbrzymów, przyznawanej przez redakcję czasopisma “Guliwer” (2013). Mama Szymona i Julka. Kiedy nie ma nic do napisania ani narysowania, najchętniej zajmuje się czytaniem.

Źródło: http://zuzannaorlinska.pl/o-mnie/

Pełne zestawienie napisanych przez Autorkę książek, można znaleźć: http://zuzannaorlinska.pl/o-mnie/


[1] „Miasto pamięci – czternaście rodzinnych spacerów po Starych Powązkach”, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2020

Garść książkowych rekomendacji na czas wakacji

Ponieważ nie wszystko https://italoptik.com/yelnac/index.html , co warte przeczytania zostało zrecenzowane na blogu w minionym już półroczu – zatem postanowiłam „zmontować” extra listę. Lista nie ma charakteru rankingu. Układ tytułów jest alfabetyczny, dlatego takie a nie inne miejsce zajmuje dana książka. 🙂

Proponuję książki dla dorosłych czytelników i dla dziecięco-młodzieżowych moli książkowych! To warto przeczytać! Może się okazać, że to doskonałe lektury na wakacje!!! Taką mam sugestię.

Zatem – And last but not least!!! 2 x 6 – dwa tytuły na jeden z minionych miesięcy. Dla dzieci, dla dorosłych 🙂 Nadrabiajcie 🙂

Książki dla dorosłych czytelników

  • Paradiso/Adam Szczuciński (Wydawnictwo Próby)
  • Pilchu. Na rogu Wiślnej i Hożej/Witold Bereś (Wydawnictwo Wielka Litera)
  • Po co czytać klasyków/Italo Calvino (tytuł z 2020 r.) Państwowy Instytut Wydawniczy (bogactwo wspaniałych tytułów Państwowego Instytutu Wydawniczego doczeka się omówienia na blogu!!!)
  • Praga. Czeskie ścieżki/ Mariusz Surosz (Wydawnictwo Czarne)
  • Wąski pas lądu/ Christine Dwyer Hickey (Wydawnictwo Prószyński i S-ka)
  • Zatyrani. Reportaż o najgorzej płatnych pracach/ James Bloodworth (Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Książki dla dzieci i młodzieży

  • Kilka niedużych historii/ Katarzyna Wasilkowska (Wydawnictwo Adamada)
  • Król Myszy/ Zuzanna Orlińska (Wydawnictwo Literatura)
  • Projekt Bitoven/Joanna Wachowiak (Wydawnictwo Literatura)
  • Tatry. Przewodnik dla dużych i małych/ Barbara Gawryluk, Skawiński Paweł, Pękalski Adam (Wydawnictwo Literackie)
  • Wszyscy jesteśmy kosmitami/ Krzysztof Kochański (Wydawnictwo Literatura)
  • Żelazny olbrzym/ Ted Hughes (Wydawnictwo Skład Papieru)

Miłego, wakacyjnego czytania!!!

Editress