Archiwum kategorii: Opowiadania

Urok „Kolibra” i inne ważne odkrycia literackie… przy okazji

Poczciwi wiejscy ludzie / Flannery O’Connor ; tłum. Maria Skibniewska. Wyd.2.Warszawa : “Książka i Wiedza”, 1974. 122,[5] s. ; 18 cm. Seria: Koliber

Ocalisz życie, może swoje własne : opowiadania zebrane / Flannery O’Connor ; przełożyli Maria Skibniewska i Michał Kłobukowski ; [przedmowa Robert Giroux].Warszawa : W.A.B. – Grupa Wydawnicza Foksal, 2019. – 606, [2] strony ; 24 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Bardzo lubię serie wydawnicze. Pomagają mi porządkować literaturę, dając swego rodzaju gwarancję co do jakości tytułów, klasy autorów – choć zdarzają się rozczarowania. Jedną z moich ulubionych serii wydawniczych jest Koliber, stworzona przez wydawnictwo „Książka i Wiedza”. Jej początku można upatrywać w 1973 roku, gdy zaczęto numerować tomy i opracowano koncepcję graficzną. Seria w zasadzie prezentuje klasyków literatury, zawiera dobre i bardzo dobre tytuły, czasem można trafić na słabszy tekst. Koliber ma dla mnie „słoneczne oblicze”, bo właśnie w czasie letniej przerwy najbardziej lubię sięgać po „kolibrowe” formaty – poręczne, dobre na podróż i do plecaka. W serii jak już wspomniałam, w zasadzie sami klasycy – polscy i obcy. Nurty literackie i zjawiska. Czytelnik może uraczyć się angielskim stylem ruchu „Angry Young Man” – „Samotność długodystansowca” Alana Sillitoe, to już przecież absolutna klasyka. Warto sobie przypomnieć, jak to jest, gdy się żyje „z soboty na niedzielę”. Zaraz obok można zderzyć się z francuskim oświeceniem w osobie „Kubusia Fatalisty i jego pana” Denisa Didertota. Ubawić się po pachy z „Trzema panami w łódce nie licząc psa” Jerome’a K. Jerome’a. Wpaść w objęcia rosyjskiej klasyki: Tołstoj, Dostojewski, Czechow, Gogol. Pisarze amerykańskiego Południa również mają swoją silną reprezentację – William Faulkner, Flannery O’Connor, Erskine Caldwell. Wielka studnia literatury, która nie wysycha.

Fot. Dom Książki/Editress

Nim przejdę do mojego szczególnego zachwytu literackiego, zrobię szybką rekomendację.  Moje ulubione „kolibrowe” tytuły to: „Przechodzimur” Marcela Aymé, „Sonata Kreutzerowska” Tołstoja, „Opowieści małżeńskie” Edith Wharton, „Hotel du Nord” Eugène’a Dabita, „Baby” Czechowa, a także tytuły wyżej wymienione i jeszcze kilka innych, ale już porzucam tę wyliczankę. Naprawdę seria dostarcza prawdziwych literackich perełek i potrafi  zachwycić… Drogi czytelniku, poszukaj swoich faworytów. W bibliotekach seria jest nadal obecna.

Myśląc o tym, aby napisać tekst o Kolibrze, powracała do mnie najmocniej już wspomniana Flannery O’Connor, która stała się moim największym odkryciem w całej serii. „Poczciwi wiejscy ludzie”, to zbiór raptem trzech opowiadań. Maleńki tomik, a jaka siła rażenia!  

Te trzy opowiadania zwyczajnie wbiły mnie w ziemię. Autorka, która żyła krótko (1925-1964), i w sporym dystansie czasowym – przemówiła do mnie z całą mocą. Czytałam owy tomik w autobusie, i gdy wysiadałam, wrażenie lektury było tak silne, że zahipnotyzowana wracam do domu. To jest potęga literatury! O’Connor jest wpisana w nurt twórczości amerykańskiego Południa (Południowego Gotyku). Wyrachowana przemoc, wykluczenie, konflikty, bezsensowne okrucieństwo mocno zanurzone w bolesną groteskę, to charakterystyczne punkty twórczości autorki. Opowieść o ciemnej stronie ludzkiej natury, skrajnych emocjach, które odbierają rozum, o zderzeniu dobra ze złem – ma nieprzemijającą siłę. Opowiadania O’Connor są absolutnie mistrzowskie. Oczywistość, z jaką autorka pisze o sprawach pełnych dramatyzmu, buduje niezwykłe napięcie. Pozornie zwykła sytuacja może stać się zalążkiem czegoś, co doprowadzi do rozpadu ludzkiej duszy, a czasem i ciała. Niewinna pelargonia, niewinny widok na las… W niezwykłym dramacie autorka potrafiła umieścić groteskę, która rozbija wnętrze czytelnika i wprawia w osłupienie. Opowiadania skonstruowane na niesamowitych i skrajnych emocjach zalęgną się w głowie na długo. „Trudno o dobrego człowieka” – to tekst, który nigdy mnie nie opuści. Nie chcę czytelnikom zdradzać fabuł, raczej rozpalić ciekawość.

Wydawnictwo W.A.B. w 2019 roku zrobiło wielki ukłon w stronę Flannery O’Connor i  wydało opowiadania, zebrane pod wspólnym tytułem „Ocalisz życie, może swoje własne”. W zbiorze są również te trzy „kolibrowe” opowiadania. Cennym wprowadzeniem w twórczość pisarki jest przedmowa Roberta Giroux.

Trzydzieści jeden tekstów, które udowadniają, że literatura potrafi być żywa, emocjonująca, poruszająca mimo upływu lat. Posiada potężną siłę i obnaża prawdy o ludzkiej naturze. Flannery O’Connor jest wspaniałą przedstawicielką krótkiej formy. Wielce utalentowaną pisarką, która potrafiła stworzyć poruszające fabuły, ukazując jej własne „tu i teraz”, jak i przeprowadzała uniwersalną wiwisekcję w zakamarkach ludzkiej duszy. Doprawdy, jest nad czym myśleć po lekturze tych opowiadań. Ciekawe, ile doskonałych fabuł pisarka dostarczyłaby czytelnikom, gdyby nie przedwczesna śmierć…

Twórczość Flannery O’Connor jest jak bezchmurne, słoneczne niebo, na które nagle nadpływa ciemna, burzowa chmura. Porzućcie złudzenia, że dzień się dobrze skończy.

                                                                                                                      Editress

Izolinie uczuć, izolinie ciał.

Mapa Anny / Marek Šindelka ; przełożyła Anna Wanik. Wrocław : Wydawnictwo Afera, 2020. – 175, [5] stron ; 19 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Podobno czytelnicy rzadziej wybierają opowiadania, przynajmniej wydawcy twierdzą, że gorzej się sprzedają. Zdecydowanie krótką formę literacką „docenia” wrocławski Międzynarodowy Festiwal Opowiadania, który już w  kolejnej edycji promuje z sukcesem ten gatunek literacki. Może zmienią się trendy…

Osobiście bardzo „doceniam” opowiadania. Można przecież otrzymać tyle różnorodnej fabuły w jednym tomie. Czasem teksty splatają się ze sobą, mają wspólną myśl przewodnią rozpisaną na wiele głosów i historii. Ukryty klucz odczytań. Tak właśnie jest w zbiorze opowiadań czeskiego autora Marka Šindelki  zatytułowanym „Mapa Anny”.

Czeska  literatura  to mój częsty wybór czytelniczy. Nie tylko klasyka – Hrabal, Čapek, Kundera… ale zupełnie współczesne, młode spojrzenie czeskich prozaików, ma godną reprezentację na kilku półkach. Między innymi dzięki wydawnictwu Afera można całkiem dobrze zorientować się, co aktualnie “piszczy” w literackim świecie naszego południowego sąsiada. A jest bardzo ciekawie i różnorodnie.

Marek  Šindelka  został  “zaproszony” na polski rynek wydawniczy,  właśnie dzięki wspomnianemu  wydawnictwu Afera, książką „Zostańcie z nami”. I oto kolejna propozycja opowiadań, która pozwala sądzić, że objawia nam się autor „na dłużej”, którym zdecydowanie warto się zainteresować.

„Mapa Anny” – na okładce wymowne izolinie – izobary, może izohiety?  Łączą punkty o tych samych wartościach. U Šindelki pewnie tę samą temperaturę uczuć, te same odkrycia cielesności. Obnaża się z całą mocą powtarzalność i oczekiwanie na zmianę, na paradoksalne „załamanie” tej niepogody. Czytelnik może poucztować w szukaniu odczytań. Autor naprowadza, ale zostawia również wolną rękę. Tekst jest bardzo bogaty. Potrzeba wiele uważności podczas lektury.

Świat bohaterów wydaje się stosunkowo jałowy i pozbawiony smaku. Próżno szukać w nim czegoś co można byłoby nazwać prozaicznie – szczęściem – szczególnie w sferze związków i relacji. Stagnacja, identyczność, idealizacja  –  a obok wielkie wołanie o skazę, bliznę. Może nawet o brzydotę, aby wreszcie przełamać monopol nieskazitelnych ciał. Z drugiej strony, w sferze uczuć – niedojrzałość, kompletny brak zrozumienia wzajemnych oczekiwań i egoizm. Momentami można wpaść w irytację. Nachodzi ochota, aby wytrząsnąć  z bohaterów to zagapienie, nijakość, oczekiwania pozbawione widoków na jakiekolwiek spełnienie. Szybkie wpadanie w nudę, wypalanie uczuć, wzajemne emocjonalne rozgrywanie się, aż do zerowego salda emocji. Bohaterowie wybuchają porywami ciała, często przypadkowymi, które niosą konkretne efekty. Poza krótkimi przypływami namiętności, pustka zadaje ból do żywego.

Możemy czytać  innych i siebie jak mapy, wspólne doświadczenia cielesności, uniwersalizm fizjologii, pozwala nam na to. Procesy zachodzące w ciele są silnie powiązane z emocjami – jak trema – znacie to uczucie, pyta jeden z bohaterów? Znacie. Postać komika jest wręcz symboliczna  – dojmujący, charakterystyczny smutek błazna, który być może jako jedyny prawdę nam powie. Bywa jednak, że słowo powtarzane wiele razy traci swoje znaczenie. Nie tylko słowa. Wiele rzeczy, spraw, postaci traci swoje znaczenie, szczególnie to pierwotne. Znak naszych czasów. Autor czujnie wyłapuje te zmiany.

Teksty są gęste od przemyśleń, obserwacji, bardzo trafnych spostrzeżeń: Całował twoje siniaki i wyobrażał sobie, że pod skórą muszą być słodkie jak obite jabłko. Autor ma wyjątkowy talent plastycznego obrazowania.

Trochę o warsztacie. Oto mamy przed sobą skondensowaną prozę bez zbędnego szczegółu. Wszystko współgra i ma znaczenie. Uderza zmienna narracja, ukazująca różne punkty widzenia, jednak skupiona i przemyślana. Nie ma ślepych uliczek. Autor ma pełne panowanie nad treścią i formą.
Bohaterowie przemieszczają się po tekstach, zapożyczani z jednego opowiadania do kolejnego, tworzą łańcuch historii. Dopełniają swoje losy, dokładają brakujące klocki.

Cóż, wszystko już było, wchłaniamy historie swoje i innych. Odziedziczone ciało staje się mapą naszych przodków, z całym bogactwem inwentarza. Odbijamy w sobie świat w mikroskali. Siebie nawzajem. Wszystko już było, pewnie tak, ale warto spojrzeć  jeszcze raz, okiem Marka Šindelki.

Editress