Archiwum autora: antonina10

Czas pogody i niepogody. Rozmowa z Barbarą Kosmowską przy okazji premiery powieści „Zachmurzenie umiarkowane”.

Zachmurzenie umiarkowane / Barbara Kosmowska ; ilustracje Marcin Minor. Łódź : Wydawnictwo Literatura 2020. – 224 strony. Literatura piętro wyżej.

I wreszcie jest! Długo oczekiwana przez czytelników – książka Barbary Kosmowskiej dla dorosłych. Wchodzimy w strefę „Zachmurzenia umiarkowanego”, ale bez obawy! Aby rozbudzić czytelnicze apetyty, zostawiam małe wprowadzenie w fabułę…

Życie zaczyna się po sześćdziesiątce w domku na ogródku działkowym? Cóż, koniec roku może zasiać w głowie różne pomysły na nowe rozdanie. Ale czy można zrezygnować z „małżeńskiego szczęścia”, bo groszek z marchewką serwowany był zbyt często? Sprawy niestety nie są tak proste. Zdrowa zielenina doprawiana przez lata goryczą wzajemnych pretensji, nie przejdzie dłużej przez gardło.  Najsłodszy sernik i czekoladowe muffinki nie zabiją cierpkości wspólnych lat z upiorną teściową na karku, brakiem zrozumienia i narastającą obojętnością. Karol już to wie. Jego żona niebawem się dowie, gdy przywita Nowy Rok samotnie na sofie. 

Na ślubnej fotografii nie ma już wyrazistości, jak w całym życiu Karola i Róży. Emerytowany weterynarz i redaktorka kiepskich romansów stają na rozdrożu wspólnego życia. Deszczowe chmury zasnuwają małżeńskie niebo. Niebo? Do raju zbyt daleko, aby się wahać. Męska decyzja, kobieca duma i kociołek gotowy! W tym wszystkim dorosłe córki, przyjaciółki jak barwne ptaki i ekstrawaganckie postacie, które scalają Karola i Różę na zawsze.

Nie wszystko w ich życiu należy spisać na straty. Umiarkowany bilans, jak zachmurzenie, jest do zaakceptowania. Czas pogody i niepogody to rzeczywistość każdego z nas.

Dom Książki: Barbara Kosmowska powraca po 6 latach z powieścią dla dojrzałych czytelników – „Zachmurzenie umiarkowane” ma właśnie premierę. Czym dla Pani jest ten „powrót” i nowa powieść dla dorosłych?

Barbara Kosmowska: … ogromnym stresem! Powracającą uparcie obawą, że mogę rozczarować Czytelnika. Że nie wykorzystałam tych sześciu lat na wymyślenie powieści, która spełniłaby oczekiwania większości odbiorców. Zwłaszcza, że sama nie byłam pewna, czy ta powieść jest wystarczająco dobra, choć była dla mnie ważna, gdy nad nią pracowałam. Gdyby nie recenzja mojej przyjaciółki, wybornie znającej się na literaturze i aprobata Wydawczyni ‒ pewnie nie byłoby dzisiaj naszej rozmowy, a książka wciąż dojrzewałaby w ciemnej szufladzie komputera 🙂

DK : Główni bohaterowie to dojrzałe małżeństwo, po 60-tce, stojące przed widmem rozwodu. I to nie zdrada jest powodem rozejścia się dróg wypróbowanego związku. Trudna decyzja, gorycz rozstania, ale i nowe plany na życie. Pokazuje Pani, że w dojrzałym życiu również jest miejsce na spełnianie marzeń, radykalne zmiany i nowe rozdania. A zatem – nadzieja mimo wszystko? Każda, nawet trudna sytuacja jest szansą – w każdym wieku i w każdej okoliczności?

B.K.: Większość małżeństw na jakimś etapie życia staje na progu, rozważając, jak go przekroczyć. Często, choć już wiadomo, że wyczerpały się małżeńskie baterie, brakuje nam odwagi, by rozpocząć nowe rozdanie. Nie wiemy, czy ktoś zechce nam towarzyszyć w tej najtrudniejszej grze o szczęście, którego samo wyobrażenie jest trudne. Boimy się rozpocząć wszystko od nowa, przekonani, że to niewiele zmieni. Łatwiej zażegnać kryzys, wrócić do dawnych schematów, bezpiecznych kątów, oswojonych praktyk codzienności. Łatwiej ‒ ale czy lepiej? Powieść nie jest zachętą do rozwodów i rozwiązków, jest jednak próbą odpowiedzi na pytanie, które codziennie zadają sobie setki ludzi: co tracimy, ale i co możemy zyskać w sytuacji niemal beznadziejnej, dającej jednak szansę poznania samego siebie, swych pragnień i potrzeb.   

DK: Czy intencją tej powieści jest ucieczka od stereotypu seniora, który najczęściej nam towarzyszy? Ciepłe kapcie, spokój i uparte utrzymywanie status quo. Żadnych porywów serca i szaleństw?

B. K.: Na pewno! I dziękuję za tę sugestię! Dopiero w wieku senioralnym zrozumiałam, jak bardzo w pewnych sferach współczesności wielbiącej młodość jesteśmy albo niewidzialni, albo postrzegani, zwłaszcza przez pokolenie córek i synów, jako „szlafrokowa” pomoc domowa, bo przecież „swoje już przeżyliśmy” i czas poświęcić się innym. To zdumiewające, jak łatwo ubrać dojrzałych ludzi w piżamy, zdejmując z nich marzenia o miłości, radości życia, kiedy się zmierzcha, ale przecież jeszcze wciąż świeci słońce….   

Fot. Z archiwum domowego Autorki

DK: Róża czy Karol? Która z postaci jest bliższa Pani sercu? Komu Pani najbardziej sekunduje?

B.K.: Początkowo stawiałam na Karola, choć zachował się, nie ukrywajmy, trochę podle. Lubiłam jednak jego wrażliwość i chłopięcy urok, którego jego żona nie dostrzegała. Ale w miarę pisania Róża stawała mi się coraz bliższa. Jakbym znajdowała z nią wspólną, kobiecą więź. Pewnie dlatego zapragnęłam, by zasłużyła na sympatię i podziw Czytelnika. Bo Róża jest uroczą egzemplifikacją tej optymistycznej wersji wydarzeń: wszystko jest możliwe, w każdym wieku i o każdej porze życia.

DK: Czy miała Pani pokusę, aby inaczej zakończyć powieść?

B.K.: Pewnie tak. Jestem w końcu tradycjonalistką 🙂 Ale każde inne zakończenie skazałoby powieść na metkę historii romansowej. Wolałam więc otworzyć bohaterom drzwi do ewentualnych wzlotów serc i porywów miłości, a zająć się problemem moim zdaniem ważniejszym ‒ relacją wspólnego życia z jej wszystkimi bolesnymi i przemilczanymi niedoskonałościami.     

DK: Konfrontuje Pani rodziców z ich dziećmi. Pokazuje swego rodzaju sztafetę pokoleń. Powtarzalność życiowych błędów, rozczarowań. Rodzice nie są idealni, spadają z piedestału. Zostają wątpliwości. Dzieci Róży i Karola przyglądają się rodzicom, znają ich charaktery wychowując się w cieniu ich związku i mają obawy, czy nie podzielą podobnego losu. Jakie daje im Pani szanse na udane relacje? W dzisiejszym świecie to chyba jedna z najtrudniejszych sztuk. Trwać w udanym związku. Karol i Róża to anty-przykład? Przestroga?

B.K.: Przestroga i nie. Z moich skromnych obserwacji wynika, że znacznie większy kłopot utrzymania związku mają ludzie młodzi. Popularny wśród nich szybki rozwód to jedyny pomysł, aby zapobiec wszelkim nieporozumieniom. Seniorzy, którzy zdążyli się polubić, potrafią świetnie funkcjonować w parach, nie oczekując od życia więcej. Bywają też współuzależnieni, nawet od kłótni czy awantur, pogodzeni z codziennym piekiełkiem, w którym się budzą i zasypiają. Tymczasem Karol i Róża mają szansę odnaleźć w życiu to, czego im brakowało. Takie szukanie ma swoją cenę, ale może być nagrodą, jeśli oboje odkryją, że stają przed szansą na lepsze, ciekawsze, własne życie.   

DK: „Zachmurzenie umiarkowane” to również powieść o przyjaźni. Szczególnej. Damsko-damskiej. Jawi się ona nad wyraz burzliwe i zaskakująco. Jak to jest z zaprzyjaźnionymi kobietami w obliczu kłopotów? Obraz w powieści nie jest jednoznaczny… gdzieniegdzie padają cienie…

B.K.: Bo kobieca przyjaźń bywa złożona jak same kobiety. Niejednoznaczna, frapująca, dominująca. Jej utrata bardziej boli niż małżeńskie nieporozumienia. Każda z nas doświadczyła utraty przyjaciółki, tej na śmierć i życie. I czy to było w szkole podstawowej, czy na Uniwersytecie III Wieku, rozpacz, gorycz i zawód bolą tak samo. Jest to jednak zbyt ważna relacja, aby nie uciekać od tego ryzyka. Poturbowane otrzepujemy się, gotowe znowu zaufać kolejnej, ważnej kobiecie, która przecież wybornie nas rozumie…

DK: Ciężar problemów rozprasza w powieści niebanalny humor i nietuzinkowe postacie – jak pan Fred 🙂 – z życia wzięty, czy całkowicie literacki?  Trzeba przyznać, że mocno walczy ze stereotypami 🙂

B.K: Ha, ha, ha… Tak! To mój ulubiony bohater, ale nie do końca papierowy. Powraca w kilku powieściach pod innym imieniem i z inną energią. Ale zawsze jest nietuzinkowym menelem, nieco kłopotliwym, na swój sposób szarmanckim, zawsze uroczym… Miałam szczęście sąsiadować z pierwowzorem Freda. Był moim sąsiadem i przyjacielem. Ilekroć wkracza do moich książek, wiem, że sekunduje mi z góry. I dopiero wtedy przypominam sobie, jak bardzo za nim tęsknię.   

Fot. Z archiwum domowego Autorki

DK: Róża pracuje jako redaktorka. Dowiadujemy się, że redaguje kiepskie powieści dla kobiet. Istotnie na rynku takowych nie brakuje. Jak się Pani zapatruje na tę nadprodukcję literacką, która często pochłania wartościowe tytuły? Ważne, aby cokolwiek czytać, czy jakość jednak ma znaczenie?

B.K.: Niezręcznie mi krytykować czyjąś twórczość, ale myślę, że jako czytelniczka, nie literaturoznawczyni, też mam prawo odnieść się do chłamu, którego rzeczywiście nie brakuje. Ubolewam nad tym, to oczywiste. Pocieszam się myślą, że może lektury grafomańskie staną się początkiem odważniejszych wypraw po bardziej ambitne książki, ale zawsze myślę o powieściach świetnie napisanych, ważnych, literacko ambitnych, które mogą zniknąć pod hałdami gniotów z piękną okładką. Niepowetowana strata. I dla czytelników, i dla skromnych pisarzy, dalekich od celebryckiej pychy i agresji.    

DK: Temat świeży i jeszcze nieoswojony, bo dotyka nas pierwszy raz. Życie w czasie pandemii – jak się Pani znajduje w tej sytuacji? Sprzyja tworzeniu, czy dekoncertuje?

B.K.: Mam nieszczęście być na „kwarantannie pandemicznej” o wiele dłużej niż inni. Przechorowałam pół roku, a wyjście ze szpitala zbiegło się z pierwszymi doniesieniami o wirusie. Pojawił się w najgorszym dla mnie momencie, gdyż nagle znalazłam się po stronie osób „wysokiego ryzyka”. Szczęśliwie mogę pracować w domu, co pozwala zapomnieć o licznych niebezpieczeństwach. Bardzo pomaga mi w tym trudnym czasie mój partner. Mimo to, wiele się zmieniło. Tęsknię za spotkaniami i ludźmi. I posmutniałam… Natomiast nagła niewola pozwoliła mi dokończyć historię Karola i Róży, napisać zabawną książkę dla dzieci, zanotować kilka nowych pomysłów. Mimo różnych ograniczeń próbuję cieszyć się życiem. Nieśpiesznie. To także dotyczy pisania. Żadnych „pandemicznych” ruchów. Żadnego ulegania obsesji twórczej. Książka musi dojrzeć nie tylko do moich oczekiwań. Także do oczekiwań czytających, a to wymaga skupienia i czasu.

D.K.: W imieniu czytelników, serdecznie dziękuję za nową powieść i za rozmowę, mam nadzieję, że niebawem spotkamy się wszyscy twarzą w twarz na spotkaniu autorskim. W zdrowiu i dobrym humorze. Tymczasem delektujmy się lekturą!

Editress

Znaleźć swoje miejsce

Świat Mundka / Katarzyna Wasilkowska ; ilustracje Robert Konrad . Łódź : Wydawnictwo Literatura 2020. – 288 stron : ilustracje, 22 cm. (To Lubię)

Fot. Dom Książki/Editress

Lubię, kiedy młody czytelnik jest traktowany poważnie i z szacunkiem. Kiedy otrzymuje propozycje literackie, które rozwijają, oferują dobry język  i ze zrozumieniem traktują problemy dorastających młodych ludzi. Katarzyna Wasilkowska w swoich powieściach czyni to od lat z wielką klasą. Pochyla się z wyjątkowym wyczuciem i mądrością nad dziecięcym i młodzieżowym światem, wypełnionym korowodem trosk, poczuciem samotności i niepewności, która zawsze towarzyszy dojrzewaniu. W  najnowszej powieści „Świat Mundka”, która właśnie trafiła na półki księgarskie kolejny raz autorka uderza w sedno problemów, ważnych spraw, nie zostawiając młodego czytelnika bez szans, bez propozycji rozwiązań, czy dobrych podpowiedzi.

Świat powieściowy jest precyzyjnie skonstruowany. Każda postać, zdarzenie ma swoją istotną rolę. Bohaterowie drugiego planu są równie ważni jak protagoniści. Brak zbędnych szczegółów. W świecie trzynastoletniego Mundka, głównego bohatera powieści, burze emocji, niepewności, obaw  i zagubienia rozkładają się po równo. Przyjaciele Mundka, koledzy i koleżanki z klasy także kolekcjonują bagaż trudnych doświadczeń, nie zawsze taki sam. Bohaterowie zestawieni w pewnym kontraście trapieni są problemami materialnymi, ale również emocjonalnymi. Obok Mundka równie ważną postacią reprezentującą dziewczęcy punkt widzenia jest Inga. Każdy z bohaterów otrzymuje inny pakiet wychowawczy i w każdym z nich można znaleźć spore braki. O ile Mundek ma swojego życiowego przewodnika, mentora, o tyle Inga jest w znacznie gorszej sytuacji. Czasem przez jej życie przemknie anioł w ludzkiej skórze, ale to namiastka tego, co trzynastoletnia dziewczynka potrzebuje. Skrajnie samodzielna (jeśli można tak powiedzieć), uczy się życia poprzez swoje własne sposoby. Tak, Inga ma „sposoby” (słowo klucz), sposoby na całą gamę życiowych przeciwności. Czy zawsze są skuteczne?

Trudno namalować swój świat, gdy się dopiero poznaje jego tajemnice. Czym naszkicować dojrzewające uczucia, górę wątpliwości, samotność, czy niespodziewany sukces? Jaką technikę wybrać? Trzynastoletni Mundek sprawną ręką rysuje komiksowe dymki, ale również biega za piłką, jak każdy nastolatek chodzi do szkoły i ma swoich kumpli. Wrażliwym okiem potrafi wypatrzyć wartościowych ludzi i korzystać z cennych wskazówek.

W szkicowniku Mundka odbija się jego mały świat. Przemykający rodzice, ze swoimi problemami, tajemnicza  i nietuzinkowa Inga – klasowa koleżanka, ciocia Tenia – artystka, która niczego w życiu nie żałuje!  Barwna plejada postaci, obok których nie można przejść obojętnie. Ich charaktery są bardzo wyraziste, zaznaczone mocną kreską,  zdecydowanie nieszablonowe. Autorka „rysuje” przed czytelnikiem bardzo plastyczny świat. Płynna narracja, pobudzające wyobraźnię opisy, składają się na wysokoliteracką prozę, dzięki której młody czytelnik może poczuć się prawdziwie uszanowany. Katarzyna Wasilkowska wyczuwa również znakomicie młodzieżowe trendy, style językowe i robi z tego doskonały użytek. Tekst jest żywy i autentyczny.  

„Świat Mundka” to nie tylko powieść o dojrzewaniu. To także historia o rodzicach, którzy są ważnym i znaczącym ogniwem w budowaniu młodego człowieka. Rodzice, którzy mają jasną rolę, nie zawsze dobrze się z niej wywiązują. Wyraźnie podkreślone zostaje ogromne piętno, jakie mogą odciskać błędy wychowawcze na kształtującym się człowieku. Ciężkie i niesprawiedliwe słowa, brak wsparcia emocjonalnego, przemoc fizyczna, pustka duchowa wypełniana dobrymi warunkami finansowymi. Cóż, nie ma szkoły z kursem „jak być dobrym rodzicem”. Może zatem warto sięgnąć po dobre lektury, aby lepiej zrozumieć świat swoich dzieci?

Należy również koniecznie podkreślić erudycyjny walor powieści, nasączonej nawiązaniami biblijnymi, literackimi czy muzycznymi. Lektura niesie duży zysk poznawczy. Rozmowy Mundka z ciocią Tenią, bardzo dojrzałe i ciekawe, mogą zainspirować czytelnika do własnych poszukiwań i namysłu. Mundek, jako początkujący rysownik komiksowy, zdecydowanie utalentowany, ma sporo wątpliwości. Dostrzega, że „wszystko już było” i zastanawia się, czy warto jeszcze coś tworzyć. Może jak inni chłopcy grać w piłkę nożną? Świetny wątek, pokazujący, że mimo pewnej uniwersalności przeżyć, warto odnaleźć własny styl, język, aby o tym co ważne opowiedzieć na nowo. Ciocia bohatera wyraźnie wskazuje mu, że przede wszystkim musi nauczyć się zasad, wyjść od podstaw, a potem modyfikować je w życiu, mieć fundament, aby budować na tym coś własnego. Bohater zdaje się to bardzo dobrze pojmować. Autorka pokazuje bogactwo powiązań i ciągłe uwikłanie życia w coś więcej. W powieści delikatnie poruszany jest również temat śmiertelności, moim zdaniem znakomicie i dyskretnie opracowany fabularnie.

 „Świat Mundka” to powieść bogata w treści, wyposażona w mądry humor. Inteligentnie pokazuje dorastanie i dojrzewanie  młodych ludzi. Przed nimi  ciężka droga pełna wybojów. Pierwsze fascynacje, bo oto bohaterowie  stopniowo dorastają do relacji damsko-męskich, każdy w innym tempie. Mierzą się z trudnościami w rodzinie i w szkolnych ławach. Stają przed problemami, które często przynosi im świat dorosłych. Muszą budować swoje fundamenty, które czasem są podgryzane przez niesprawiedliwość i ludzkie ograniczenia. Dobrze pokazany jest problem biedy i bogactwa, nadmiar pieniędzy szczęścia nie daje, ale ubóstwo też szczęśliwym nie czyni. O godność trzeba walczyć z pełnym i pustym portfelem.

Koniecznie należą się również słowa uznania dla ilustratora Roberta Konrada, który „sprawił” znakomitą okładkę, oddającą klimat powieści i świetnie anonsującą  postać głównego bohatera. Taki jest Mundek i jego świat. Mam nadzieję, że to ilustracyjne wsparcie, spowoduje, że książka trafi w ręce chłopców – grupy, która najmniej czyta według statystyk. Nie ma tu żadnej ślepej uliczki, ilustracja i tekst tworzą znakomitą całość. Młody czytelnik nie będzie zawiedziony.

Obecność takich powieści w polskich księgarniach napawa optymizmem. Cieszy, że polska powieść dla młodzieży ma tak znakomitych autorów i ilustratorów. Z pełną odpowiedzialnością – polecam i zalecam lekturę powieści “Świat Mundka” Katarzyny Wasilkowskiej.

Editress

Urok „Kolibra” i inne ważne odkrycia literackie… przy okazji

Poczciwi wiejscy ludzie / Flannery O’Connor ; tłum. Maria Skibniewska. Wyd.2.Warszawa : “Książka i Wiedza”, 1974. 122,[5] s. ; 18 cm. Seria: Koliber

Ocalisz życie, może swoje własne : opowiadania zebrane / Flannery O’Connor ; przełożyli Maria Skibniewska i Michał Kłobukowski ; [przedmowa Robert Giroux].Warszawa : W.A.B. – Grupa Wydawnicza Foksal, 2019. – 606, [2] strony ; 24 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Bardzo lubię serie wydawnicze. Pomagają mi porządkować literaturę, dając swego rodzaju gwarancję co do jakości tytułów, klasy autorów – choć zdarzają się rozczarowania. Jedną z moich ulubionych serii wydawniczych jest Koliber, stworzona przez wydawnictwo „Książka i Wiedza”. Jej początku można upatrywać w 1973 roku, gdy zaczęto numerować tomy i opracowano koncepcję graficzną. Seria w zasadzie prezentuje klasyków literatury, zawiera dobre i bardzo dobre tytuły, czasem można trafić na słabszy tekst. Koliber ma dla mnie „słoneczne oblicze”, bo właśnie w czasie letniej przerwy najbardziej lubię sięgać po „kolibrowe” formaty – poręczne, dobre na podróż i do plecaka. W serii jak już wspomniałam, w zasadzie sami klasycy – polscy i obcy. Nurty literackie i zjawiska. Czytelnik może uraczyć się angielskim stylem ruchu „Angry Young Man” – „Samotność długodystansowca” Alana Sillitoe, to już przecież absolutna klasyka. Warto sobie przypomnieć, jak to jest, gdy się żyje „z soboty na niedzielę”. Zaraz obok można zderzyć się z francuskim oświeceniem w osobie „Kubusia Fatalisty i jego pana” Denisa Didertota. Ubawić się po pachy z „Trzema panami w łódce nie licząc psa” Jerome’a K. Jerome’a. Wpaść w objęcia rosyjskiej klasyki: Tołstoj, Dostojewski, Czechow, Gogol. Pisarze amerykańskiego Południa również mają swoją silną reprezentację – William Faulkner, Flannery O’Connor, Erskine Caldwell. Wielka studnia literatury, która nie wysycha.

Fot. Dom Książki/Editress

Nim przejdę do mojego szczególnego zachwytu literackiego, zrobię szybką rekomendację.  Moje ulubione „kolibrowe” tytuły to: „Przechodzimur” Marcela Aymé, „Sonata Kreutzerowska” Tołstoja, „Opowieści małżeńskie” Edith Wharton, „Hotel du Nord” Eugène’a Dabita, „Baby” Czechowa, a także tytuły wyżej wymienione i jeszcze kilka innych, ale już porzucam tę wyliczankę. Naprawdę seria dostarcza prawdziwych literackich perełek i potrafi  zachwycić… Drogi czytelniku, poszukaj swoich faworytów. W bibliotekach seria jest nadal obecna.

Myśląc o tym, aby napisać tekst o Kolibrze, powracała do mnie najmocniej już wspomniana Flannery O’Connor, która stała się moim największym odkryciem w całej serii. „Poczciwi wiejscy ludzie”, to zbiór raptem trzech opowiadań. Maleńki tomik, a jaka siła rażenia!  

Te trzy opowiadania zwyczajnie wbiły mnie w ziemię. Autorka, która żyła krótko (1925-1964), i w sporym dystansie czasowym – przemówiła do mnie z całą mocą. Czytałam owy tomik w autobusie, i gdy wysiadałam, wrażenie lektury było tak silne, że zahipnotyzowana wracam do domu. To jest potęga literatury! O’Connor jest wpisana w nurt twórczości amerykańskiego Południa (Południowego Gotyku). Wyrachowana przemoc, wykluczenie, konflikty, bezsensowne okrucieństwo mocno zanurzone w bolesną groteskę, to charakterystyczne punkty twórczości autorki. Opowieść o ciemnej stronie ludzkiej natury, skrajnych emocjach, które odbierają rozum, o zderzeniu dobra ze złem – ma nieprzemijającą siłę. Opowiadania O’Connor są absolutnie mistrzowskie. Oczywistość, z jaką autorka pisze o sprawach pełnych dramatyzmu, buduje niezwykłe napięcie. Pozornie zwykła sytuacja może stać się zalążkiem czegoś, co doprowadzi do rozpadu ludzkiej duszy, a czasem i ciała. Niewinna pelargonia, niewinny widok na las… W niezwykłym dramacie autorka potrafiła umieścić groteskę, która rozbija wnętrze czytelnika i wprawia w osłupienie. Opowiadania skonstruowane na niesamowitych i skrajnych emocjach zalęgną się w głowie na długo. „Trudno o dobrego człowieka” – to tekst, który nigdy mnie nie opuści. Nie chcę czytelnikom zdradzać fabuł, raczej rozpalić ciekawość.

Wydawnictwo W.A.B. w 2019 roku zrobiło wielki ukłon w stronę Flannery O’Connor i  wydało opowiadania, zebrane pod wspólnym tytułem „Ocalisz życie, może swoje własne”. W zbiorze są również te trzy „kolibrowe” opowiadania. Cennym wprowadzeniem w twórczość pisarki jest przedmowa Roberta Giroux.

Trzydzieści jeden tekstów, które udowadniają, że literatura potrafi być żywa, emocjonująca, poruszająca mimo upływu lat. Posiada potężną siłę i obnaża prawdy o ludzkiej naturze. Flannery O’Connor jest wspaniałą przedstawicielką krótkiej formy. Wielce utalentowaną pisarką, która potrafiła stworzyć poruszające fabuły, ukazując jej własne „tu i teraz”, jak i przeprowadzała uniwersalną wiwisekcję w zakamarkach ludzkiej duszy. Doprawdy, jest nad czym myśleć po lekturze tych opowiadań. Ciekawe, ile doskonałych fabuł pisarka dostarczyłaby czytelnikom, gdyby nie przedwczesna śmierć…

Twórczość Flannery O’Connor jest jak bezchmurne, słoneczne niebo, na które nagle nadpływa ciemna, burzowa chmura. Porzućcie złudzenia, że dzień się dobrze skończy.

                                                                                                                      Editress

Tłumacz w naszych głowach

W głowie tłumaczy / scenariusz: Tomasz Pindel ; rysunki Daniel Chmielewski, Berenika Kołomycka, Robert Sienicki, Jacek Świdziński, Fanny Vaucher.Gdańsk : Instytut Kultury Miejskiej ; Warszawa : współwydawca: Wydawnictwo Kultura Gniewu, 2019. – [48] stron : ilustracje ; 30 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Rzecz wielce niszowa, zdecydowanie oryginalna, zatem trzeba uważnie na nią spojrzeć. Komiks o tłumaczach – „W głowie tłumaczy” – scenariusz Tomasz Pindel. Nie jestem znawcą komiksów, natomiast przekład jest mocno obecny w polu moich zainteresowań. Z pasją czytałam wywiady z tłumaczami „Przejęzyczenie. Rozmowy o przekładzie”[1] przeprowadzone przez Zofię Zaleską. A publikacje Jerzego Jarniewicza o przekładzie to lektury obowiązkowe, np.: „Gościnność słowa. Szkice o przekładzie literackim[2]. Obserwowałam z daleka festiwal „Odnalezione w tłumaczeniu”, z przyjemnością oglądam cykle Instytutu Książki: „Wytłumaczenia”, „Nasi tłumacze”, „Słowo od tłumacza”. Półeczka z książkami pod hasłem “przekładoznawstwo” być może nie aż tak obszerna, ale w mojej biblioteczce jest i bardzo często ją odwiedzam.

Ogromnie szanuję pracę translatorską, myślę, że wspomniane lektury i materiały filmowe dość solidnie uchyliły mi drzwi do świata tłumaczy. Trudna i mocno niedoceniana praca. Choć od kilku lat można obserwować pozytywne zmiany. Wywołany już Instytut Książki zrobił sporo, aby poprawić kondycję tłumacza i nobilitować przekład literacki. Przykładem jest między innymi nagroda Transatlantyk, którą zdobyło wielu wybitnych tłumaczy, przekładających literaturę polską.

Myślę jednak, że do świadomości czytelnika sięgającego po przekład jeszcze niewiele dociera. Mało kto zwraca uwagę na to, kto książkę tłumaczył. O krytyce przekładu w ogóle nie możemy mówić. To już sprawa fachowców – takich jak w redakcji pisma „Literatura na Świecie” (warto zauważyć, że LnŚ ma nową stronę internetową!).
O pismach patronackich napiszę… osobno.

Wracając do sedna. Komiks „W głowach tłumaczy” to kapitalne wejście w zagadnienia przekładu. Lapidarne i konkretne. Z pomysłem, z dowcipem, myślę, że ciekawiej się nie da. Czytelnik, który nigdy nie zaprzątał sobie głowy tym, kto przetłumaczył mu książkę, ma wyjątkową szansę zajrzeć przez ramię lub w głowę tłumacza, który dwoi się i troi, aby praktycznie napisać od nowa – już napisaną książkę. Sztuka nie lada.    

Tak właśnie jest. Tłumacz funkcjonuje w tłumaczonym dziele. Pisze je od nowa. Musi przefiltrować tekst przez swoją kulturę, system wartości i język, który może stawiać mnóstwo ograniczeń, a jednocześnie zachować specyfikę tekstu oryginalnego. Szczególnie tłumacz literatury pięknej staje się tak naprawdę drugim autorem przekładanego tekstu. Tłumacz oswaja inne kultury. To bardzo ważny aspekt translacji, aby obcość tekstu w różnych opcjach przenieść i oswoić, zmieniać percepcję, odbiór czytelnika. Zachowując odmienność „nie sprowadza się autora do domu” lecz „wysyła czytelnika za granicę”, jak mówi Lawrence Venuti, amerykański teoretyk przekładu.

Komiks „W głowie tłumaczy” to zbiorowa praca ilustratorów, którzy pokazują różne aspekty zawodu tłumacza, od spraw prozaicznych – jak problemy zatrudnienia, umów i finansów, po czysto warsztatowe. Część pokazująca proces twórczy: „tłumacz w akcji” – jest “zabawnie” pouczająca. Padają w niej słowa klucze: język oryginału, język docelowy, adekwatność, kompensacja. Prawdziwa gimnastyka dla szarych komórek. Co zrobić, aby nie kalkować tekstu, oddać co trzeba i nadać literacki kształt? „Przekłady są jak kobiety, albo piękne, albo wierne” – wspomina tę formułę tłumaczka Małgorzata Łukasiewicz w książce „Pięć razy o przekładzie”[3]. Co zrobić, aby były i piękne, i wierne?

Tłumacz to zawód bardzo elitarny. Wymaga nie tylko znajomości języka, ale również wielu różnych zagadnień, dziedzin wiedzy. Tłumacz musi być erudytą! W przeciwieństwie do bezosobowych, komputerowych translatorów. Praca tłumacza to twórczość!

Tomasz Pindel (uznany tłumacz), opracowując scenariusz postarał się również zarysować genezę tłumaczenia i proces narodzin zawodu, który ma tak wiele form: przekład literacki, specjalistyczny, symultaniczny. O tym również jest ten komiks, o wielości przekładu. Czemu ludzie uprawiają ten trudny i kiepsko opłacany zawód? Na to także jest kilka odpowiedzi, bo jest wiele motywacji: altruistyczna, literacka, pragmatyczna, intelektualna (moja ulubiona).  

Warto na koniec wspomnieć jeszcze o miłym ukłonie w stronę redaktorów, towarzyszących tłumaczom. Współpraca układa się różnie, wszyscy jednak grają do jednej bramki. Autor scenariusza zauważa (z przymrużeniem oka), że „to właśnie redaktorzy są na samym dole łańcucha wydawniczej hierarchii”. Cóż, jedziemy chyba na wspólnym wózku i tym bardziej powinniśmy się wspierać. Czytelnicy – kochajcie tłumaczy i … redaktorów 😉 To wszystko dla Was!

Editress


[1] Przejęzyczenie : rozmowy o przekładzie / Zofia Zaleska. Wołowiec : Wydawnictwo Czarne, 2015. – 371, [2] s. ; 22 cm.

[2] Gościnność słowa : szkice o przekładzie literackim / Jerzy Jarniewicz. Kraków : Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 2012. – 284 s. ; 20 cm.

[3] Tłumaczka podaje, że autorem tej opinii jest prawdopodobnie Gilles Ménage (1613-1692), choć dziś przypisywana jest wielu innym autorom: Małgorzata Łukasiewicz, Pięć razy o przekładzie. Kraków-Gdańsk, 2017, s.37

Izolinie uczuć, izolinie ciał.

Mapa Anny / Marek Šindelka ; przełożyła Anna Wanik. Wrocław : Wydawnictwo Afera, 2020. – 175, [5] stron ; 19 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Podobno czytelnicy rzadziej wybierają opowiadania, przynajmniej wydawcy twierdzą, że gorzej się sprzedają. Zdecydowanie krótką formę literacką „docenia” wrocławski Międzynarodowy Festiwal Opowiadania, który już w  kolejnej edycji promuje z sukcesem ten gatunek literacki. Może zmienią się trendy…

Osobiście bardzo „doceniam” opowiadania. Można przecież otrzymać tyle różnorodnej fabuły w jednym tomie. Czasem teksty splatają się ze sobą, mają wspólną myśl przewodnią rozpisaną na wiele głosów i historii. Ukryty klucz odczytań. Tak właśnie jest w zbiorze opowiadań czeskiego autora Marka Šindelki  zatytułowanym „Mapa Anny”.

Czeska  literatura  to mój częsty wybór czytelniczy. Nie tylko klasyka – Hrabal, Čapek, Kundera… ale zupełnie współczesne, młode spojrzenie czeskich prozaików, ma godną reprezentację na kilku półkach. Między innymi dzięki wydawnictwu Afera można całkiem dobrze zorientować się, co aktualnie “piszczy” w literackim świecie naszego południowego sąsiada. A jest bardzo ciekawie i różnorodnie.

Marek  Šindelka  został  “zaproszony” na polski rynek wydawniczy,  właśnie dzięki wspomnianemu  wydawnictwu Afera, książką „Zostańcie z nami”. I oto kolejna propozycja opowiadań, która pozwala sądzić, że objawia nam się autor „na dłużej”, którym zdecydowanie warto się zainteresować.

„Mapa Anny” – na okładce wymowne izolinie – izobary, może izohiety?  Łączą punkty o tych samych wartościach. U Šindelki pewnie tę samą temperaturę uczuć, te same odkrycia cielesności. Obnaża się z całą mocą powtarzalność i oczekiwanie na zmianę, na paradoksalne „załamanie” tej niepogody. Czytelnik może poucztować w szukaniu odczytań. Autor naprowadza, ale zostawia również wolną rękę. Tekst jest bardzo bogaty. Potrzeba wiele uważności podczas lektury.

Świat bohaterów wydaje się stosunkowo jałowy i pozbawiony smaku. Próżno szukać w nim czegoś co można byłoby nazwać prozaicznie – szczęściem – szczególnie w sferze związków i relacji. Stagnacja, identyczność, idealizacja  –  a obok wielkie wołanie o skazę, bliznę. Może nawet o brzydotę, aby wreszcie przełamać monopol nieskazitelnych ciał. Z drugiej strony, w sferze uczuć – niedojrzałość, kompletny brak zrozumienia wzajemnych oczekiwań i egoizm. Momentami można wpaść w irytację. Nachodzi ochota, aby wytrząsnąć  z bohaterów to zagapienie, nijakość, oczekiwania pozbawione widoków na jakiekolwiek spełnienie. Szybkie wpadanie w nudę, wypalanie uczuć, wzajemne emocjonalne rozgrywanie się, aż do zerowego salda emocji. Bohaterowie wybuchają porywami ciała, często przypadkowymi, które niosą konkretne efekty. Poza krótkimi przypływami namiętności, pustka zadaje ból do żywego.

Możemy czytać  innych i siebie jak mapy, wspólne doświadczenia cielesności, uniwersalizm fizjologii, pozwala nam na to. Procesy zachodzące w ciele są silnie powiązane z emocjami – jak trema – znacie to uczucie, pyta jeden z bohaterów? Znacie. Postać komika jest wręcz symboliczna  – dojmujący, charakterystyczny smutek błazna, który być może jako jedyny prawdę nam powie. Bywa jednak, że słowo powtarzane wiele razy traci swoje znaczenie. Nie tylko słowa. Wiele rzeczy, spraw, postaci traci swoje znaczenie, szczególnie to pierwotne. Znak naszych czasów. Autor czujnie wyłapuje te zmiany.

Teksty są gęste od przemyśleń, obserwacji, bardzo trafnych spostrzeżeń: Całował twoje siniaki i wyobrażał sobie, że pod skórą muszą być słodkie jak obite jabłko. Autor ma wyjątkowy talent plastycznego obrazowania.

Trochę o warsztacie. Oto mamy przed sobą skondensowaną prozę bez zbędnego szczegółu. Wszystko współgra i ma znaczenie. Uderza zmienna narracja, ukazująca różne punkty widzenia, jednak skupiona i przemyślana. Nie ma ślepych uliczek. Autor ma pełne panowanie nad treścią i formą.
Bohaterowie przemieszczają się po tekstach, zapożyczani z jednego opowiadania do kolejnego, tworzą łańcuch historii. Dopełniają swoje losy, dokładają brakujące klocki.

Cóż, wszystko już było, wchłaniamy historie swoje i innych. Odziedziczone ciało staje się mapą naszych przodków, z całym bogactwem inwentarza. Odbijamy w sobie świat w mikroskali. Siebie nawzajem. Wszystko już było, pewnie tak, ale warto spojrzeć  jeszcze raz, okiem Marka Šindelki.

Editress

Kto gra pierwsze skrzypce?

Magiczne skrzypce / Izabella Klebańska ; ilustracje Monika Pollak. Łódź : Wydawnictwo Literatura, 2020. – 252 strony : ilustracje, 22 cm. (To Lubię)

Fot. Dom Książki/Editress

Budująca, pogodna i zarazem mądra powieść pojawiła się w sezonie letnim wśród propozycji dla dzieci (+9), w ramach serii To Lubię Wydawnictwa Literatura. Świetna propozycja z katalogu „ambitna i pociągająca lektura”. Bardzo sensowny wybór czytelniczy na wakacje.
Magiczne skrzypce Izabelle Klebańskiej pociągają już samą okładką, bardzo estetyczną i doskonale korespondującą z treścią. A to naprawdę ważne. (A propos, myślę, że okładki staną się tematem felietonu w Domu Książki 🙂 ).

Dwie postacie złączone w „skrzypcowym kształcie” trafnie i jednoczenie intrygująco uchylają rąbka tajemnic fabularnych. Można już zdradzić, że muzyka jest ważnym bohaterem tej powieści. Autorka kładzie duży nacisk na walor edukacyjny tekstu. Powieść wypełnia muzyka klasyczna – opera, koncerty skrzypcowe, ale również gitarowe wykonania, które wzbogacają życie bohaterów o ważny element estetyczny, ale i duchowy. Niemal dosłownie! Dzięki temu postacie cechują się wyjątkową wrażliwością.

Pora przedstawić protagonistów. Rodzina Karskich – mama Martyna, skrzypaczka, dwaj synowie Jacek, Franek i tata – nieobecny. Przyjaciele, koledzy i koleżanki, dziadek i babcia – nie całkiem obecni… Tajemniczo? Więcej nie zdradzę. Nagła choroba mamy dramatycznie rozbija już wcześniej zaburzony spokój rodziny. Kolejny raz bohaterowie stają przed bardzo wymagającymi wyzwaniami losu.

Autorka dotyka wielu bardzo trudnych tematów i wychodzi z tego zadania obronną ręką. Spotkanie po latach z ojcem, który porzucił rodzinę, to prawdziwie traumatyczne doświadczenie. Szczególnie, gdy na braci spada lęk o mamę, która jest jedynym opiekunem, filarem całej rodziny. Można się poczuć bardzo niepewnie. Izabella Klebańska umiejętnie rozgrywa te napięcia i pozwala wyłuskać wszelkie dobro, które rodzi ta trudna sytuacja. Przebaczyć to nie zapomnieć. Raz nadszarpnięte zaufanie, poobijane zdradą, „ma prawo” do ostrożności.

Do fabuły wkracza siła nadprzyrodzona. Mogę zapewnić, że nudno nie będzie. Wartka akcja pozwala zgubić ciężką atmosferę, a wyjątkowe postacie wprowadzają zupełne nową jakość w życie Jacka Karskiego. Autorka dzięki nadzwyczajnym mocom, przygodzie, a nawet intrydze osiąga świetny efekt. Młodzi czytelnicy, mimo niełatwych wyzwań przed którymi stoją bohaterowie, zostaną „oczarowani” całym ciągiem niesamowitych zdarzeń i przygód.

Tekst ma w sobie potężną dawkę emocji i uczuć. Bohaterowie dowartościowani i dobrze “zaopatrzeni” w miłość pokazują całą jej moc. Duchowa strona życia jest w powieści silnie zaakcentowana. Prawdziwe więzy rodzinne trwają aż po grób… Wiele ważnych treści płynie z książki Izabelli Klebańskiej. To wartościowa książka, wyrywająca młodego czytelnika z „mieć”, na rzecz „być”. Być mocno, intensywnie i prawdziwie. Magiczne skrzypce to przede powieść o sile rodziny, bez prawdziwych uczuć nawet magiczny instrument niczego nie zmieni. Ważne, aby wszystko czynić z oddaniem.

Mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje. Okazuje się, że może znacznie więcej. Powieść Izabelli Klebańskiej to muzyczno-literacka terapia, w której miłość gra pierwsze skrzypce.

Editress

Życie pisarza w czasie pandemii. Rozmowa z Katarzyną Wasilkowską.

Trudno dziś o spotkanie z pisarzem face to face. Spotkania autorskie zostały  – miejmy nadzieję chwilowo – odstawione na bok. Może jesienią autorzy wyjdą do czytelników i spotkamy się znowu w bibliotekach czy księgarniach. Pozostają nam „relacje” sieciowe. Ludzie kultury prześcigają się w pomysłach na internetowy kontakt z widzem/czytelnikiem/fanem. W kręgu literackim nie ma posuchy. W serwisie YouTube można znaleźć prawdziwą perełkę!

Fot. Katarzyna Wasilkowska

Katarzyna Wasilkowska, autorka znakomitych, nagradzanych książek dla dzieci i młodzieży[1], w ramach stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w poniedziałki i czwartki o godzinie 17.00 czyta powieść kryminalną „Pierścień kurantów”. Prawdziwym smaczkiem jest to, że książka jak dotąd nie była publikowana, ale miejmy nadzieję, że niebawem będzie. To kolejne przygody Jowanki i jej przyjaciół. Wielbiciele „Jowanki i gangu spod Gilotyny” mogą uzupełnić wiedzę o dalszych losach bohaterki i dać się wciągnąć w wir fascynującej fabuły!

Wszystkie opublikowane odcinki znajdziecie właśnie tu!

Dom Książki miał okazję zapytać Autorkę, jak wygląda praca nad powieścią w odcinkach:

Dom Książki: Pani Katarzyno, tworzy Pani dla czytelników wyjątkowego „audiobooka” na podstawie swojej nieopublikowanej wcześniej powieści. Jak się Pani znajduje w roli lektora własnej książki?

Katarzyna Wasilkowska: Niepewnie. Przede wszystkim dlatego, że powieść jest surowa, a to znaczy, że nie spoczęło na niej oko żadnego redaktora. Mogą być w niej błędy, które nie miałyby prawa pojawić się w książce drukowanej. Oczywiście staram się wyłapywać niedoskonałości, bardzo dbam o stylistykę, zachowanie logiki, interpunkcję, całą tę formalną stronę, ale jako autorka pewnych rzeczy mogę po prostu nie zauważyć, potrzebny jest dystans i spojrzenie drugiej osoby. Tę rolę pełni redakcja, a „Pierścień kurantów” jest jej koncertowo pozbawiony. No a potem taki niewygładzony tekst muszę odczytać publicznie. Brzmi jak kara w jakiejś paskudnej szkole, czyż nie? Albo samobiczowanko, ha ha. Tę niepewność podkręca jeszcze brak szkolonego głosu, pojęcia nie mam o emisji, artykulacji, dykcji, oddechu, wszystko robię intuicyjnie i najlepiej jak potrafię, ale to jednak amatorka.

DK: Co sprawia największą trudność w tym przedsięwzięciu?

KW: Jak pewnie większość ludzi nie przepadam za brzmieniem swojego głosu, a tu muszę odsłuchiwać nagrany materiał, czasem kilka razy. Amatorszczyzna ma swoje granice – nie mogę wypuścić na świat przekręconych wyrazów, połkniętych głosek, czy entuzjastycznie wykrzykiwanych refleksyjnych zdań.

DK: Odcinki są również „ilustrowane”. Kto wyszedł z pomysłem, aby urozmaicić opowieść graficznie?

KW: Najbardziej obawiałam się, że gapienie się w babę gadającą monotonnie przez dziesięć-piętnaście minut będzie dla słuchaczy kompletnie niestrawne. Typowe audiobooki działają na zasadzie radia: słuchamy, zajmując się innymi czynnościami. Nie tylko nie przeszkadzają, ale nawet uprzyjemniają na przykład prowadzenie samochodu, gotowanie, prasowanie, czy jogging. Wizja ma to do siebie, że wymusza więcej uwagi, angażuje wzrok, przytrzymuje odbiorcę. Chciałam te seanse jakoś urozmaicić i wykorzystałam pasję syna, Konstantego, który rysuje właściwie bez przerwy. Rysował zanim jeszcze nauczył się mówić. Razem wybieramy odpowiedni fragment, a potem Kostek według własnego pomysłu, na wizji, tworzy do niego ilustrację. Doceniam jego zaangażowanie, bo odcinków jest sporo i zabawa zmieniła się trochę w obowiązek, ale na razie nie marudzi. Myślę, że pod koniec powieści wykorzystam jeszcze moją najmłodszą córkę, Felę. Będzie tam fragment, który może potrzebować “dziewczynkowego” punktu widzenia, a poza tym dopełni rodzinnego wymiaru tego koronawirusowego projektu. Dodam, że czołówkową muzykę dzwonów,  skomponował w prezencie mój brat Stefan Wesołowski, który na co dzień pracuje nad znacznie poważniejszymi przedsięwzięciami.

Konstanty Wasilkowski podczas ilustrowania.
Fot. Piotr Vasco Wasilkowski

DK: Wspaniale, projekt dopięty na ostatni guzik! Tymczasem akcji przyłączyły się także biblioteki. Jakie otrzymuje Pani sygnały, opinie?

KW: To prawda, kolejne odcinki i informacje o „Pierścieniu” są udostępniane przez prawie trzydzieści bibliotek z Polski, ale także z Czech, Ukrainy, partnerem projektu została nawet Polska Szkoła w Dublinie. Niektóre z nich organizują konkursy i różne inicjatywy wokół fabuły. Na przykład najstarsza grupa dzieci z Przedszkola Panienki z Okienka z Gdańska założyła własny gang, Gang z Okienka. Mają bardzo poważne plany i umieram z ciekawości, co wyknują.

DK: Gang z okienka – to brzmi obiecująco! Oby coś wyknuli! 🙂
Czy powieść jakoś Panią zaskoczyła podczas czytania? Przychodzą na przykład jakieś pomysły, aby ją uzupełnić, wprowadzić dodatkowe zmiany?

KW: Tak się zdarzało się w pierwszej części, w „Jowance i gangu spod Gilotyny”. Nakreśliłam postaci, a potem niektóre się zbuntowały i za nic nie chciały być takimi jakimi je wymyśliłam. Nie miałam wyboru, musiałam ustąpić. W „Pierścieniu kurantów” bohaterowie są konsekwentni, każdy ma swoją osobowość i wszyscy są dla mnie przewidywalni, ale ucieszyłam się bardzo, kiedy nagle w klasie Jowanki pojawiła się Monika Szmidt. Myślę że to bardzo potrzebna postać… potrzebna zwłaszcza Jowance. Była kiedyś w moim życiu taka Monika. Zresztą, oprócz wymyślonego wątku kryminalnego jest tu więcej z życia niż bym chciała. To znaczy, wolałabym, żeby w życiu nie spotykały dzieci sytuacje, jakie trafiają się głównej bohaterce, ale niestety rzeczywistość jest inna.

DK: Czy możemy się spodziewać „Pierścienia kurantów” w wersji „klasycznej”, papierowej?

KW: Nie mam pojęcia. Bardzo bym tego chciała, ta wirtualna forma powieści jest dla mnie ciekawym eksperymentem, ale to jak dziecko nie do końca urodzone. Może jestem ortodoksem, jednak dla mnie papier jest ciągle podstawowym wcieleniem tekstu. Rynek książki jest kapryśną panną, wydawcy starają się sprostać jego wymaganiom, zobaczymy, czy przeczytany w sieci kryminał dla dzieci będzie wystarczająco atrakcyjny, żeby opublikować go w tradycyjnej formie.

DK: Czas przymusowej izolacji sprzyja tworzeniu nowych fabuł? Czy Katarzyna Wasilkowska przygotowuje nowe teksty dla swoich czytelników, jeśli możemy uchylić rąbka zawodowych tajemnic?

KW: Jeszcze tego lata powinny ukazać się dwa tytuły w Wydawnictwie Literatura: „Świat Mundka” dla nastolatków i „Jagodowy dziadek” dla młodszych dzieci, są też inne teksty, niektóre już w przygotowaniu, inne czekają na decyzje wydawnicze. W tej chwili mam na warsztacie całkiem zabawną historię o pozbawionym poczucia humoru niespełnionym detektywie Ewaryście Pączku (opowieść trochę odsunięta na brzeg stołu przez „Pierścień”, ale zaraz do niej wracam). A następne w kolejce są książki dla dużo starszego odbiorcy. Coraz wyraźniej układają mi się w głowie i już zaczynam odczuwać to niecierpliwe swędzenie, ale trudno pisać kilka większych rzeczy jednocześnie. Książka, a zwłaszcza powieść to zaborczy dzieciak, roszczeniowy i wymagający bardziej niż najsroższy szef, ha ha.

W imieniu słuchaczy „Pierścienia kurantów” gratuluję pomysłu i wykonania. Dom Książki życzy, aby powieść znalazła się niebawem na półkach w księgarniach i w bibliotekach wraz z innymi zapowiadanymi tytułami! Czekamy z niecierpliwością! Dziękuję za rozmowę!

Strona autorska Katarzyny Wasilkowskiej http://katarzynawasilkowska.pl

                                                                                                                                             Editress


[1] Niebajka o Mikołaju (Fundacja Centrum św. Jacka, 2020)

Kobra (Wydawnictwo Literatura, 2018)

Baltazar wraca do domu (Wydawnictwo Literatura, 2017)

Królestwo, jakich wiele (Wydawnictwo Literatura, 2016)

Mleczak (Wydawnictwo Literatura, 2016​)

Jowanka i gang spod Gilotyny (Wydawnictwo Literatura, 2015)

Podróż pełna sentymentów

Ilustratorki, ilustratorzy : motylki z okładki i smoki bez wąsów / Barbara Gawryluk ; książkę zaprojektowała Anna Pol.Warszawa : Wydawnictwo Marginesy, 2019. – 413, [3] strony : faksymilia, fotografie, ilustracje ; 24 cm.

Tysiąc, a może milion razy powtarzałem zdanie klasyka, że wszystko, co najważniejsze w życiu człowieka piszącego zdarza się w dzieciństwie[1] – tak w swoich tekstach deklarował Jerzy Pilch.
Śmiało można sparafrazować słowa pisarza i powiedzieć, że wszystko, co najważniejsze w życiu człowieka czytającego również zdarza się w dzieciństwie. To moja prywatna, skrajnie subiektywna perspektywa i obserwacje. Dziecięce lektury ukształtowały moją miłość do literatury wszelakiej. Rozkochały w słowie pisanym i rozpoczęły wielką przygodę z książką – również zawodową. 

Tekst i obraz – zasadnicze składniki książki dla dzieci zostawiają ślady w pamięci i w wyobraźni na lata. Z całą mocą przekonała mnie o tym książka „Ilustratorki, ilustratorzy : motylki z okładki i smoki bez wąsów” Barbary Gawryluk, która stała się cudowną podróżą w czasie, pełną sentymentów, a nawet wzruszeń. 

Z wielką przyjemnością oddałam się lekturze rozmów z czołowymi polskimi ilustratorkami i ilustratorami, którzy kształtowali dziecięcą wyobraźnię dorosłych już dziś czytelników – nie tylko w Polsce! Niektórych mistrzów ilustracji  reprezentowała rodzina, gdyż nie ma już ich wśród nas. Ale została twórczość, niepowtarzalna, wyjątkowa, pełna charakteru.

Wspaniałe reprodukcje okładek, rysunków książkowych sprawiły, że po lekturze rzuciłam się do mojej biblioteczki z dzieciństwa w poszukiwaniu tytułów pokazanych w książce. Sprawdzałam, czy każdy z ilustratorów ma swoją reprezentację w postaci choćby jednej książeczki na mojej półce. Ma!   

Czytając rozmowy ze wspaniałymi artystami lub wspomnienia o nich,  nie opuszczały mnie takie pojęcia jak: staranność, misja, klasa, jakość, pasja. Wspaniała polska szkoła ilustracji. Wielką przyjemnością było zajrzeć przez ramię ilustratorkom/ilustratorom, poznać ich warsztat pracy, ulubione techniki, zobaczyć kształtujący się styl, zajrzeć do teczek wypełnionych znakomitymi pracami. Nie tylko ilustracjami książkowymi, ale także projektami pocztówek i znaczków. Uświadomić sobie problemy, z jakimi zmagali się w pracy i w życiu. Trudności drukarskie, cenzura…, a jednak stworzyli niezwykłą grupę artystów, świetnie radzących sobie w tych szarych czasach PRL-u. A przede wszystkim, co  uderza w lekturze najmocniej, to ich relacje pełne PRZYJAŹNI! Wartości, której dziś znacząco brakuje w wielu grupach zawodowych, została bowiem zamieniona na rywalizację…  

Tymczasem miło było zajrzeć do redakcji „Misia”, kultowego  pisemka dla dzieci,  pod wodzą Zbigniewa Rychlickiego, który potrafił stworzyć wspaniałe miejsce pracy wielu wybitnych ilustratorów. Poznać pierwsze kroki Józefa Wilkonia, Bohdana Butenki. Dowiedzieć się, jak powstała kultowa okładka do serii „Poczytaj mi mamo” autorstwa Krystyny Michałowskiej. Poznać wpływy Jana Marcina Szancera na kształtowanie stylu młodych ilustratorów. Plejada wspaniałych nazwisk otwiera sentymentalną podróż w czasy dziecięcych lektur. Zdecydowanie warto dać się porwać. Niektóre prace mają drugie życie, wznowione rozbudzają wyobraźnię kolejnego pokolenia. Seria Poczytaj mi mamo – Naszej Księgarni, czy seria Mistrzowie Ilustracji Wydawnictwa Dwie siostry zyskują kolejnych wielbicieli dobrej ilustracji.

Barbara Gawryluk wykonała świetną pracę, która jest prawdziwym pokłonem dla wybitnych ilustratorów. Jako miłośniczka dobrej lektury uznałam,  że to najlepsza książka na inaugurację literackiego bloga.


[1] Jerzy Pilch, Narty Ojca Świętego, Warszawa 2004, s. 6