Archiwum autora: antonina10

Niedorzeczne miejsce wygnania

Pustynia Tatarów / Dino Buzzati ; przełożył Alojzy Pałlasz ; posłowiem opatrzyła Katarzyna Skórska. Wydawnictwo Officyna. Wydanie I. Łódź : Officyna, 2025. 255, [1] strona ; 22 cm.

Trzecie wydanie „Pustyni Tatarów” Dino Buzzatiego w tłumaczeniu Alojzego Pałlasza budzi wyjątkowe zainteresowanie. Takie mam przynajmniej odczucia. Może to tylko moje wrażenie wynikające z gorączkowości czytania tej prozy wśród moich znajomych. Przyznaję, że to cieszy, bo jest o czym podyskutować, a powieść jest więcej niż znakomita.  

Fabuła od pierwszych zdań niesie nieokreślone napięcie, które stopniowo nabiera kształtów. Te kształty to poczucie rozczarowania losem, to wrażenie rozmycia życiowych oczekiwań. Co interesujące, bohater sam się temu losowi poddaje, akceptuje, a nawet wybiera wbrew racjonalności. A może nie ma wyboru? Może to rola, która musi przyjąć?

„Pustynia Tatarów” Dino Buzzatiego to pozornie powieść realistyczna. Myślę, że korzystniej dla czytelnika od razu przyjąć, że wchodzimy jednak na nieco inne tory. Wymaga to czujnej lektury, aby wyczytać symbole, metaforyczne sceny, paraboliczność, absurdalność, która zaciera kontury istnienia. Irracjonalność, która zagląda pod podszewkę życia, która oczekuje czegoś więcej.

Świeżo awansowany oficer Giovanni Drogo w dziwnie niepokojącej podróży do Fortecy Bastiani wprowadza czytelnika w opowieść „o życiu i jego monotonii, o wielkich nadziejach i równie wielkich rozczarowaniach”, „w opowieść o czasie i jego niepowstrzymanym biegu” – jak celnie w posłowiu pisze Katarzyna Skórska.  Sam autor tak wyjaśnił genezę powieści, która rzuca ważne światło na jej zrozumienie – obserwacja monotonnej pracy swoich kolegów w „Corriere della Sera” „zainspirowała mnie do napisania powieści, w której ująłbym los przeciętnego człowieka liczącego na wielką szansę i robiącego wszystko, aby ona nadeszła, a kiedy ta pojawia się na horyzoncie i niby ma się już urzeczywistnić, to przepada. Lub gdy się pojawia, dla niego już jest za późno…”

Jakie to częste, prawdziwe, może nawet powszechne. Tyle spraw nas mija, szans, okazji, tyle talentów sami trwonimy. Często z rozmysłem.  

Giovanni Drogo nie chce zostać w Fortecy, chce jak najszybciej z niej uciec, a jednak po kilku miesiącach zostaje. Na bardzo długo. To, co na początku  w Fortecy mu przeszkadzało, przestało być problemem. Nawet irytująco kapiąca woda z cysterny. Drogo ulega temu miejscu. Poddaje się na dobre.

„Pustynię Tatarów” czyta się w emocjach mieszanych z rezygnacją. Forteca jako „niedorzeczne miejsce wygnania” zaciska się na szyi Giovanniego, ale również jego kompanów. Każdy daje się jej wchłonąć, nawet ostrzeżenia nie pomagają. Przejmująca jest w tej kwestii rozmowa z krawcem, który szyje żołnierzom mundury. Czy Forteca to czyściec, a może nawet piekło? Majaczą cienie wroga, cienie nieznanego. Mieszkańcy Fortecy sami nie wiedzą, co widzą i na co czekają tak naprawdę.

W powieści jest zaszytych wiele obrazów, symboli, jak wskazuje Katarzyna Skórska, nawet nazwiska bohaterów mają znaczenie:

„W powieści znaczące są również nazwiska niektórych bohaterów, jak choćby nazwisko doktora Roviny, z którym zaprzyjaźnia się Drogo i który popiera jego wolę pozostania w Fortecy – po włosku „rovina” to „ruina” – pisze Skórska.  Wspomniany krawiec Prosdocimo nazwisko zyskał od greckiego przymiotnika „prosdokimos” – „oczekiwany”, „spodziewany” – „w finale przyniesie Drogowi wyczekiwaną wiadomość o nadejściu wrogich batalionów” – czytamy dalej w posłowiu.

Jak pisze Maciej Miłkowski w „Anatomii opowiadania”:

„Trzeba uczciwie przyznać, że Dino Buzzati rzadko potrafił ważyć swoje alegorie. Daleko mu pod tym względem do Franza Kafki, do którego był bez przerwy porównywany. (…) Wiele jego opowiadań grzeszy nazbyt ciężką metaforyką, nazbyt wyraźnymi ambicjami parabolicznymi. Każde z tych opowiadań jest tak bardzo przypowieścią <<o czymś więcej>>, że zupełnie nie da się ich czytać jako opowieści po prostu”.

„Pustynia Tatarów” to co prawda nie opowiadanie, ale powieść, która również ma ten potencjał metaforyczno-paraboliczny, ale można ją również czytać „po prostu. I po prostu serdecznie rekomenduję. To lektura wzbogacająca na wielu poziomach, nie tylko czysto literackim.

Editress

Rozbrajanie stereotypów

Me(m)diewistyka : cudownie dziwna sztuka średniowiecza / Zofia Załęska. – Wydanie I. Kraków : Wydawnictwo Znak, 2026. – 302, [2] strony : fotografie, ilustracje ; 22 cm.

Wieki, epoki, cykle. Jacques Le Goff pytał: „czy naprawdę trzeba dzielić historię na epoki”? Czy historia jest jedna i ciągła, czy podzielona na odcinki? Nie o twórczości Le Goffa jednak będzie, ale o książce, która właśnie bierze pod lupę potężny odcinek historii, najdłuższą epokę, jaką dotychczas wyznaczyliśmy, czyli średniowiecze. A konkretnie sztukę tego okresu.

fot. Dom Książki/Editress

Wokół średniowiecza narosło wiele uprzedzeń, stereotypów, uproszczeń i zwykłych bzdur wynikających z… niewiedzy i fatalnego pijaru, który rozpoczęli twórcy renesansu. Do dziś operujemy frazeologizmem – „mroki średniowiecza”, czy też w wielu w komentarzach internetowych można zaleźć podsumowania – „średniowieczny ciemnogród”, pokazując tym samym, że piszący te słowa sami są mocno niedoedukowani.

Na szczęście pojawiają się coraz częściej głosy rehabilitujące, pokazujące piękno i wielkość tej epoki, wyprowadzające celne ciosy w stereotypy, jak „Me(m)diewistyka. Cudownie dziwna sztuka średniowiecza” Zofii Załęskiej. Książka, którą serdecznie polecam przede wszystkim młodzieży, będzie bowiem doskonałym uzupełnieniem wiedzy o epoce w szkole średniej. Świetna powtórka przed maturą. Dodatkowy zasób ciekawych informacji, które mogą podbić punkty! 🙂

Książka popularnonaukowa, a jednak kompletnie bez naukowego zadęcia. Język dostępny, nasycony dowcipem i wielkim dystansem. Po tej lekturze średniowiecze już nigdy nie będzie takie samo.
Teocentryzm, dwujęzyczność, anonimowość – pojęcia najczęściej łączone z epoką. Autorka będzie się na nich opierała, aby pokazać te tendencje w sztuce – malarstwie, rzeźbie, rzemiośle artystycznym. Jak faktycznie wygląda kwestia anonimowości, czy kobiety miały swój udział w tworzeniu średniowiecznej sztuki? Spojrzy za zakres czasowy epoki i najważniejsze jej filary, które będą z czasem zmieniały akcenty. W końcu to aż 1000 lat trwania! Dużo się działo, także w sferze znaczeń i symboli, przedstawień i wpływów filozoficznych.

Chwytliwy blurb oddaje w dużej mierze atmosferę tej książki. Już od wstępu Autorka wita nas w humorze i z ciekawymi zapowiedziami. Potem już leci lawinowo. Myślę, że styl opowieści bardzo sprzyja zapamiętaniu wielu ciekawostek, po prostu się je chłonie. Stale mając na względzie młodego czytelnika – jest to wielki atut 🙂

Bestiariusze, żywoty świętych, niezwykłe przedstawienia w malarstwie, rzeźbie, przedmiotach użytkowych swoim ukrytym przekazem, który dziś nie jest dla nas oczywisty, zaskoczą wielu. Zapewne pomogą w lepszej kontemplacji i w zrozumieniu średniowiecznej sztuki, którą spotykamy w muzeach czy przede wszystkim kościołach. Autorka zdecydowanie umie rozbudzić zainteresowanie. Piekielne kręgi, niezwykłe zwierzęta, wymyślne tortury i śmierć, nie będą miały tajemnic w swoich przedstawieniach. Nie chcę ujawniać ciekawych detali, myślę, że już zapowiedziane na okładce średniowieczne przedstawienie bobra (wyglądającego jak pies :)) odgryzającego własne jądra – dobrze rozpala wyobraźnię 🙂 (no właśnie, dlaczego on je odgryza? :)) Na wiele pytań znajdziecie odpowiedź, nawet na te pytania, których sami nigdy byście nie zadali, bo nie mieliście pojęcia, że jest o co pytać. Powiedzmy sobie jasno, kto oprócz mediewistów i historyków sztuki tak dokładnie analizuje średniowieczną sztukę? Po tej lekturze na pewno też zaczniecie. W książce jest wiele pomocnych ilustracji (bobra też :)), które pomogą zweryfikować fakty od razu.

A potem tylko zaczynać własne poszukiwania, odkrycia i fascynacje. W epoce memów warto sięgnąć dalej, lepiej rozumieć, wyjść poza przerobione na dzisiejszą modłę obrazki i przekonać się też, że nie byliśmy tak całkiem pierwsi w obrazowych gierkach.

Editress

Wokół szpulki czarnych nici

Vaim / Jon Fosse ; z norweskiego przełożyła Iwona Zimnicka. Warszawa : ArtRage, 2026. Wydanie I. ISBN: 978-83-68295-69-6

W tym roku nakładem wydawnictwa ArtRage do rąk polskiego czytelnika trafia najnowsza powieść norweskiego Noblisty z 2023 roku Jona Fossego pod tytułem „Vaim”, w przekładzie Iwony Zimnickiej. Utwór jest pełną realizacją stylu pisarskiego autora, który posługuje się techniką strumienia świadomości, co podkreśla tworzeniem opowieści pisanej jednym długim zdaniem bez kropki – aż do końca fabuły. Opowieść nigdy się nie kończy.

Fot. Dom Książki/Editress

Jestem oczarowana kunsztem tej najnowszej prozy. Jon Fosse potrafił zbudować historię, wolno nawijając to jedno długie zdanie jak nić na szpulkę. A szpulka czarnych nici jest istotnym detalem tej fabuły. To również niezwykłe, jak wokół drobiazgów codzienności można stworzyć prostą, ale niezwykłą opowieść. Jak dużo można opowiedzieć o ludziach poprzez zwykłe czynności, podstawowe relacje, które nas łączą, czasem przypadkowo, jak klienta i sprzedawcę – nie zawsze uczciwego.

Zwykłe zdarzenie, w którym główny bohater zderza się z ludzką nieuczciwością, prowadzi go do czegoś ważnego, co przemeblowuje mu życie. Szpulka czarnych nici, której potrzebuje, będzie punktem wyjścia do „nawinięcia” nowego losu także paru innym postaciom.

Trzej narratorzy – Jatgeir, Elias i Frank-Olav opowiadają jak by wiedzieli, że my czytelnicy istniejemy i czekamy na ich historię. To pisanie ciągiem, bez kropek, bez wydzielonych zdań, doskonale ten zamiar opowiadania oddaje. Bohater snuje historię, aż do wyczerpania, a potem czytelniku zostajesz z nią sam. Bohaterowie, mówiąc, często się powtarzają, jak to w zwyczaju mają starsi ludzie opowiadający młodszym ważne koleje swojego losu. Można odnieść wrażenie, że siedzimy z nimi przy stole i słuchamy, nie przerywając nawet zbyt głośnym oddechem, ani tym bardziej słowem. Nie pytamy, pozwalamy im opowiadać. Powoli, bardzo powoli w pełnym strumieniu świadomości.

Od wydawcy otrzymujemy sugestię, że „Vaim” to opowieść o trójkącie miłosnym. Jeśli jest tam miłość, to najdziwniejsza, o jakiej kiedykolwiek czytałam. Osobiście uważam, że jest to opowieść o ludzkich charakterach, które zderzają się ze sobą w niespodziewanych okolicznościach i tworzą na pozór normalne relacje. To opowieść o skrywanych motywacjach, słabościach, które czynią nas poddanych innym. Czy Eline kocha Jatgeira albo Franka? Nic mi na to nie wskazuje. Czy oni ją kochają? Jatgeir tak, tego jednego możemy być pewni. Ona być może na tym uczuciu żeruje. Co nią kieruje, żeby pogrywać z tymi mężczyznami? Nie widomo, bo ona jedna nie dostaje głosu w tej powieści. Szkoda. Znamy tylko punkt widzenia Jatgeira i Franka, którzy są przez Eline też nawinięci jak nić wokół jej palca. Chciałabym wiedzieć, co myślała Eline, gdy poznała swojego męża i co myślała, gdy wtargnęła na pokład łodzi Jatgeira, wywracając mu życie do góry nogami.

Eline tworzy własny teatr, w którym mąż i kochanek dostają rolę, gwałtownie i bez pytania przez kobietę narzuconą. Mężowi nadaje nawet inne imię. Warto odnotować, że wszyscy bohaterowie na co dzień posługują się innymi imionami niż faktycznie nadano im na chrzcie. Dopiero śmierć przywraca prawdę o nich i prawdziwe imię, wykute na nagrobku. Wtedy stają się nareszcie prawdziwi. Emocje swoich postaci autor dość szczelnie opakował powściągliwością, swego rodzaju oschłością i absolutną zgodą na los, który bywa zmienny. Szczególnie, gdy natkniemy się na apodyktyczną osobę.

Tytułowa Vaim to mała miejscowość, gdzie wszyscy się znają. Stamtąd pochodzi Eline i Jatgeir. Tam też w późnych latach swojego życia tworzą nieformalny związek, który nie wszystkim się podoba. Na przykład Eliasowi, przyjacielowi Jatgeira, który również odsłania przed nami kadry tej opowieści jako jeden z narratorów. Dorzuci też ciekawy wątek nadprzyrodzony – że tak to ujmę 🙂

Każdy z bohaterów coś wnosi do tej historii, ale nigdy nie odsłoni nam pełnego obrazu. Wciska się pomiędzy fragmenty fabuły zaskoczenie i niezrozumienie. „Wszystko było dziwne”, mówi Frank, który naprawdę ma na imię Olav. Istotnie, było dziwne, powolne, ale intrygujące.

Usiądźcie z bohaterami i wysłuchajcie ich historii. Będziecie zdumieni, ale zadowoleni. W majowych rekomendacjach, zabierając się do lektury „Vaim” napisałam: Fosse to zawsze wyzwanie. Zdania pozbawione kropek ciągnące się w nieskończoność, mało dialogów. Tu trzeba wykazać sporo własnej inwencji, aby tekst stwarzał kolejne obrazy, aby płynnie przekazywał zdarzenia dzielone na kadry, tak potrzebne, aby fabułę przyswoić. Czytelnik ma tu sporo do zrobienia i zdecydowanie staje wobec konkretnego wysiłku czytelniczego. 

Zdecydowanie warto ten trud podjąć, nie był zresztą aż tak wielki. Z tym tekstem po prostu się płynie. Może dlatego, że narratorzy to rybacy i dobrze snują opowieść…

Editress

Niespokojne migawki z życia

Takie urywki / Bianca Bellová ; przełożyły Anna Radwan-Żbikowska, Julia Różewicz. – Wydanie I. Wrocław : Wydawnictwo Afera, 2025. – 200, [7] stron ; 19 cm.

Wyrwane fragmenty życia, urywki, które potrafią czytelnika wprawić w osłupienie, zadumę, żal, ale i śmiech. Które pozostawiają pytania – co dalej? To wszystko? Co z tą historią zrobić? I chyba właśnie to w zbiorze „Takie urywki” Blanki Bellovej  jest najlepsze. Te emocjonalne uderzenie, z którym czytelnik musi sam sobie poradzić. Może coś dopowiedzieć, może pomyśleć, co sam by z tym zrobił, jak by to rozegrał, jak wybrał. Czasem może się tylko roześmiać, bo i takie fabuły znajdziemy wśród tych naprawdę udanych opowiadań. Bez patosu, pełne humoru, choć mogłoby się wydawać, że jesteśmy w sytuacji, w której zaduma i umiarkowanie są zdecydowanie najbardziej pożądane. 🙂

Fot. Dom Książki/Editress

W „Takich urywkach” można przyjrzeć się ludzkim postawom z bliska. Jak pod mikroskopem obejrzeć wybraną scenę z życia, która może zaciążyć na jego reszcie, która wszystko zmienia, a czasem nawet ostatecznie kończy. Czasem tylko rozbawi.

Składamy się z takich urywków, które wypełniają nasze życie. Jesteśmy jak puzzle układane każdego dnia, wciąż dopełniając obraz nas samych. W opowiadaniach Bellovej widać to wyraźnie. Na nasz ostateczny obrazek składają się też inni, bliscy, znajomi, przyjaciele, którzy zostawiają swój puzzlowy kawałek. Wklejają się w nasz życiorys.

U Bellovej na pierwszym planie są przede wszystkim relacje międzyludzkie w różnych konfiguracjach. Najwięcej jest rodziny, relacji rodziców z dziećmi, relacji damsko-męskich. Autorka podsuwa wiele ważnych detali, spostrzeżeń, które są jak muśnięcie czytelnika. Myślę, że odbiór tych opowiadań bardzo mocno będzie się wiązał z osobistymi doświadczeniami. I to jest największy sukces tego zbioru. W krótkich tekstach jest bogactwo treści, emocji, postaw. Uważam, że to świetna książka dla dyskusyjnego klubu książki :). Sama po lekturze odczuwałam potrzebę, aby o kilku opowiadaniach z kimś podyskutować.

Moje ulubione teksty – „Wywiad”, w którym przede wszystkim widziałam zderzenie pokoleniowe, bez szans na porozumienie, totalnie inne wektory uczuć i emocji. Brak wspólnoty przeżyć. I migawka dotycząca macierzyństwa, która jest dla mnie jak drzazga pod paznokciem. W szybkich obrazkach autorka dotknęła wrażliwej strony bycia matką. Będąc już przy temacie rodzicielstwa, poruszyło mnie opowiadanie „Delirium”. Poruszyło i wzruszyło. Córka, która rezygnuje z czegoś bardzo ważnego, co wpłynie na jej dalsze życie, bo wybiera rodziców, bo ich ratuje, bo pochyla się nad ciężką chorobą, która być może niebawem zakończy wszystko.

W opowiadaniu „Pada, Vivien” wychwytuję tyle ważnych spraw. Jak ważna jest relacja dziadków z wnukami, szczególnie mężczyzn: wnuk-dziadek. Jak ważny jest kontakt z naturą, bycie razem, rozmowy, szczere okazywanie uczuć, dzielenie się doświadczeniami. W tym tekście podobało mi się wszystko.

„Ostatnie pożegnanie” natomiast to tekst, który najbardziej mnie rozbawił, choć w zasadzie nie powinien. Autorka pogrzebała patos, mimo że ktoś inny miał być pogrzebany. Opowiadanie łamie tabu, myślę, że w Polsce szczególnie pewne formy pochówku są jednak nie do przyjęcia. A tu autorka szczególnie podbija piłeczkę i dodatkowo obudowuje wszystko komicznymi zdarzeniami i niesamowitym epilogiem. Prawdziwy smaczek :).

„Doszło do wzajemnego ubogacenia kulturowego” to również opowiadanie, które podobało mi się bez zastrzeżeń. A moją uwagę skupił szczególnie wątek wydarzeń literackich, które kosztują, ale w swoim przebiegu są… dość bujną lipą :). Cenię autorkę za to, że nie owija bawełnę i nie boi się pokazać, jak kręci się grantami. I w ogóle kręci, także w życiu prywatnym.

I ostatnie opowiadanie, które jest niejako klamrą. „Ojciec” nawiązuje w pewnych wątkach do pierwszego opowiadania „Takie urywki”. Powraca tu echo dążenia do zadowolenia rodziców, którzy nigdy ze swoich dzieci zadowoleni nie są. I tu również nie ma patosu, ale sporo humoru. Puenta ostatniego opowiadania pięknie zamyka cały zbiór.

Opowiadania „na zmianę” tłumaczone przez Julię Różewicz i Annę Radwan-Żbikowską czyta się znakomicie. Udało się tłumaczkom uchwycić wszystkie walory języka autorki, jego moc, dobitność, rejestry humorystyczne, gry słowne. Ciekawym zabiegiem jest również to, że niektóre opowiadania są prowadzone w narracji trzecioosobowej, a czasem w pierwszej osobie.

Bianca Bellová dostarcza kolejnej bardzo dobrej lektury. Potwierdza, że warto ją czytać. Po powieściach „Jezioro” i „Mona” solidny zbiór opowiadań powinien zadowolić każdego.

Editress

Kociołek majowy

Takie urywki / Bianca Bellová ; przełożyły Anna Radwan-Żbikowska, Julia Różewicz. Wroclaw : Wydawnictwo Afera, 2025. 300, [7] stron ; 19 cm

Vaim / Jon Fosse ; z norweskiego przełożyła Iwona Zimnicka. – Wydanie I. Warszawa : ArtRage, 2026. – 119, [9] stron ; 18 cm. (Mały Format)

Człowiek pana ministra / Michal Sýkora ; przełożyła Martyna M. Lemańczyk. Wydanie pierwsze. Wrocław : Wydawnictwo Afera, 2021. 489, [6] stron : plan ; 21 cm. Seria: Czeskie Krymi ISBN: 978-83-65707-36-9

Pustynia Tatarów / Dino Buzzati ; przełożył Alojzy Pałlasz ; posłowiem opatrzyła Katarzyna Skórska. Wydawnictwo Officyna. Wydanie I. Łódź : Officyna, 2025. 255, [1] strona ; 22 cm.

Nie ma sensu robić wielkich planów, gdy od zawsze oczekiwana majówka, jest w tym roku raczej symboliczna. Tak wypadło. Podobnie jak – „Nie ma sensu kupować kredensu…”, tak, pośpiewać sobie można, a nawet trzeba 😉 Z pewnością po książkę również warto sięgnąć, wchodząc w majowe klimaty tak w ogóle. Wokół dość zielono, bzy, kasztany kwitną, miłe zapachy w powietrzu, które jednak ciepłem nie rozpieszcza. I z tym można dać sobie radę, przygotowując sobie ciepły majowy kociołek propozycji. Można dokończyć, co porzucone w połowie, zacząć, co odkładane od dawna lub gdzieś się udać i odkryć coś, co tylko wydaje się, że jest znane od podszewki. Polecę dziś pewne miejsce, które takim odkryciom sprzyja. Rozpracujmy zatem te trzy punkty.

Punkt pierwszy. Dokończyć, co porzucone. Czyli Bianca Bellová i jej „Takie urywki”. Jako wielbicielka krótkiej formy czuję zadowolenie z lektury i myślę, że czas napisać zaplanowaną recenzję. Osiemnaście fabuł już chyba dobrze w głowie osiadło, choć jest to karuzela opowieści, czasem szalonych i zdumiewających. Faktycznie, takie urywki, niespokojne migawki z życia.
To dobry plan na początek maja. Zatem przysiądę i napiszę.

Fot. Dom Książki/Editress

Punkt drugi. Zacząć to, co odkładane. Może nie od dawna. W zasadzie nie są to sprawy odkładane. Po prostu zaplanowane na później. Na rozpoczynający się maj przeznaczyłam sobie trzy tytuły, których jestem bardzo ciekawa i już cieszę się na te literackie spotkanie. Rozstrzał spory, ale europejski – włoski, norweski i czeski. Coś w rodzaju trójkąta. Bardzo urozmaiconego, bo jest to rozstrzał także gatunku i stylu.

Na początek „Vaim” Jona Fossego. Noblista z 2023 roku i jego nowa powieść. Fosse to zawsze wyzwanie. Zdania pozbawione kropek ciągnące się w nieskończoność, mało dialogów. Tu trzeba wykazać sporo własnej inwencji, aby tekst stwarzał kolejne obrazy, aby płynnie przekazywał zdarzenia dzielone na kadry, tak potrzebne, aby fabułę przyswoić. Czytelnik ma tu sporo do zrobienia i zdecydowanie staje wobec konkretnego wysiłku czytelniczego. Ale oczywiście spróbuję i to z dużym zapałem.

Jeśli pojawią się większe trudności, planuję przeskoczyć na „czeskie krymi”, czyli powieść kryminalną „Człowiek pana ministra” Michala Sýkory. Wydawnictwo Afera z powodzeniem spopularyzowało czeskie kryminały w kraju nad Wisłą, a wspomniany autor zyskał szczególnie liczne grono fanów. Sýkora aktualnie intensywnie podróżuje po Polsce. Podczas Ogólnopolskiego Festiwalu Premier i Debiutów Gwiazdozbiór Kryminalny – Kujawy i Pomorze, organizowanym przez  Książnicę Kopernikańską autor odsłonił swoją pamiątkową tablicę. A już w maju odwiedzi Festiwal Literacki Lądek. Fani mogą ustawiać się po autografy ołomunieckiego profesora, który przy okazji pisze dobre kryminały. 🙂

Ostania planowana lektura to „Pustynia Tatarów” Dino Buzzatiego w nowym wydaniu Officyny. Powieść ma już swoje lata, ale przy okazji lektury „Anatomii opowiadania” Macieja Miłkowskiego autor przypomniał mi o tym włoskim powieściopisarzu, omawiając opowiadanie Buzzatiego „Siedem pięter”. Od tego momentu obiecywałam sobie, że koniecznie muszę sięgnąć po tego autora przy najbliższej nadarzającej się okazji. Właśnie nadeszła. Czego można się spodziewać po „Pustyni Tatarów”? Sam autor, przyglądając się monotonii pracy swoich kolegów w „Corriere della Sera”, poczuł, że ta obserwacja, – i tu oddajmy głos autorowi -„zainspirowała mnie do napisania powieści, w której ująłbym los przeciętnego człowieka liczącego na wielką szansę i robiącego wszystko, aby ona nadeszła, a kiedy ta pojawia się na horyzoncie i niby ma się już urzeczywistnić, to przepada. Lub gdy się pojawia, dla niego już jest za późno…” – wyznał w jednym z wywiadów. Życiowe i bardzo dotkliwe, warte opisania i przeczytania.

fot. Dom Książki/Editress

Punkt trzeci. Pozwolę sobie polecić odwiedziny w szczególnym miejscu. Właśnie tam można odkryć, że to, co wydaje się nam znane od poszewki, wcale takie nie jest. A myślę o Muzeum Pana Tadeusza, które jest idealnie zlokalizowane na wrocławskim rynku w pięknej kamienicy Pod Złotym Słońcem. To „młodziutkie” muzeum świętuje właśnie dekadę działania i myślę, że jest to świetna okazja, aby zawitać w progi tej przepięknej kamienicy i przekonać się, ile naprawdę wie się o „Panu Tadeuszu” i nie tylko. Najnowsza wystawa „Zanim Pan Tadeusz stał się epopeją” rzuci wiele światła na kulisy powstawania dzieła, które łączy tyle pokoleń Polaków i nie wyczerpuje swoich tajemnic. Wizyta w tę majówkę jest idealnym pomysłem!

Muzeum ma niezwykle bogatą ofertę przez cały rok, ale ten, 2026 jest szczególny. Sejm Rzeczypospolitej Polskiej ogłosił bowiem rok 2026 rokiem Józefa Maksymiliana Ossolińskiego, założyciela Ossolineum, natomiast Rada Miejska Wrocławia nazwała ten rok Rokiem Ossolineum. Muzeum Pana Tadeusza to jeden z czterech oddziałów Ossolineum i w związku w tym również hucznie świętuje.

Kalendarz imprez wypełniony po brzegi można sprawdzić na stronie muzeum https://muzeumpanatadeusza.ossolineum.pl i na prężnie działającym facebooku. Dla leniwych wstawiam zrzuty z FB. 🙂 Program na początek maja.

Muzeum Pana Tadeusza podbiło moje serce, czuje się w nim pasję ludzi, którzy pracują nad ofertą dla zwiedzających. A zapewniam, że dobrze poczują się tam i dorośli, i dzieci. Muzeum ma niezwykły klimat, w którym miesza się nowoczesność z klasyczną ekspozycją muzealną. Obok wystawy głównej poświęconej „Panu Tadeuszowi” jest również stała ekspozycja „Misja: Polska” – czyli wszystko o Janie Nowaku- Jeziorańskim – absolutnie kapitalna i wystawa poświęcona Tadeuszowi Różewiczowi – równie znakomita.

fot. Dom Książki/Editress

Warsztaty dla dzieci, muzealny klub książki, konferencje, wystawy stałe i czasowe, spotkania autorskie, piękne foldery – to wszystko oferuje Muzeum Pana Tadeusza w swoich niezwykłych pomieszczeniach. Można również zrobić pamiątkowe zakupy w księgarni, nabyć „Pana Tadeusza” w serii Biblioteka Narodowa – to oczywiste :), w końcu jesteśmy w Ossolineum, aczkolwiek można również zdobyć to wyjątkowe wydanie z ilustracjami Józefa Wilkonia, a potem przysiąść w kawiarence. Wszystko, co kocham 🙂

Zatem! Udanego „majowania”!

Editress

Zmarszczki na naszym życiu

Zmarszczki / Paco Roca ; przełożył Tomasz Pindel. Warszawa : Kultura Gniewu, 2023. – 100, [3] strony : ilustracje ; 25 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Przyznaję, że rzadko sięgam po komiks i powieść graficzną, ale kilka razy w roku zdarzy się, że trafię na ciekawą propozycję z tego gatunku. I tak z polecenia wpadły mi w ręce „Zmarszczki” Paco Roki, które wywołały szereg skrajnych emocji i sprowokowały liczne pytania, najczęściej bez odpowiedzi. 

„Zmarszczki” to opowieść o starości, tak można powiedzieć w największym skrócie, o życiu w domach seniorów, o ciężkich chorobach zaawansowanego wieku i postawach wobec nich. Główny bohater Emilio zapada na chorobę alzheimera i rodzina staje przed wielkim problemem, jak sobie z tym poradzić, jak w miarę normalnie funkcjonować. Myślę, że łatwo sobie wyobrazić ten dramat, nawet jeśli nie dotknął nas osobiście.

Rodzina decyduje, że Emilio potrzebuje stałej opieki i rozwiązaniem może być dom seniora. Bohater, często zupełnie zagubiony, trafia w nową przestrzeń, między nowe twarze i ostatnim wysiłkiem musi ogarnąć tę obcą rzeczywistość. Ma pomocnika, Miguela, lokatora ze wspólnego pokoju, który stanie się prawdziwą podporą, mimo swojego dość niekonwencjonalnego funkcjonowania w tym domu opieki.

„Upokarzające, gdy człowieka traktują jak dziecko, nie?” – mówi Miguel.  Owszem, ale jest tu obustronna bezradność także cierpiącej rodziny, która nie wie, jak postępować, która czuje się jak widz patrzący przez szybę, trochę zawstydzona, obarczona wyrzutami sumienia. W żaden sposób nie można uznać, że jest im lżej od momentu, gdy bliski trafia do takiego domu i zapada głębiej w chorobę. „Zmarszczki” nie dokonują ocen i tak powinno być. Ilu ludzi, tyle historii. A w domu spokojnej starości, do którego trafia Emilio, jest wielu seniorów z ciekawymi biografiami i mniej ciekawymi chorobami, które „marszczą” ich życie. Narastające przez lata niedogodności fizyczne, mniej lub bardziej dokuczliwe, są zmarszczkami na naszym życiu. Zmieniają nas bezpowrotnie.

Rysownik świetnie oddał  wędrówki bohaterów w przeszłość, to jak może widzieć świat człowiek z demencją, alzheimerem. Jak z młodości wraca do starości i czuje przerażenie. Przyznaję, że momentami mogła zakręcić się łza w oku. Bywa przejmująco. Przypominało mi to trochę zabieg zastosowany w filmie „Piękny umysł”, który kapitalnie oddał to, czym jest schizofrenia. My też możemy w pełni poczuć dramatyzm splątanej pamięci. Do tego te uciekające podstawowe wyrazy i ta świadomość, że coś jest nie tak, że coś się wymyka, że się traci kontrolę nad sobą i światem wokół. Znikające twarze ludzi, których bohater już nie rozpoznaje. Ten nudny rytm dnia, który nic nie przynosi. Godzinami oczekiwanie na nic. Drzemki, jedzenie, drzemki, jedzenie. Sen.

Czasem wydaje się, że ten urojony świat przeszłości jest dla pensjonariuszy wybawieniem. Lepiej myśleć, że podróżuje się Orient Expressem i jedzie do Stambułu – jak sądzi Rosaria – niż mieć świadomość, że przez resztę życia będzie patrzeć przez okno domu spokojnej starości, siedząc na wózku inwalidzkim. Może lepiej, że podróżuje w przyjemnym wnętrzu luksusowego pociągu.   

Jest jeszcze rzeczywistość na piętrze, do której nikt z parteru nie chce trafić, dopóki ma jeszcze świadomość samego siebie. Niestety przeprowadzka „na górę”, jak mówią mieszańcy, wydaje się dla Emilia kwestią czasu. A tam już funkcjonują najtrudniejsze przypadki. Miguel będzie bardzo się starał, żeby Emilio trafił tam jak najpóźniej.

Ta książka uwrażliwia na to, że człowiek mimo wieku, upadającego ciała, w środku może być nadal młodym i ten dysonans jest prawdziwym rozdarciem. Nic tu nie jest proste, nikogo nie można osądzać. To koszmarnie trudne decyzje.

Są też w tej historii sympatyczne chwile, prawdziwe uczucia, jak w przypadku małżeństwa Dolores i Modesta. Atrakcje, które próbuje wprowadzić Miguel, oczywiście niezgodne z regulaminem placówki. Bywa dowcipnie i zabawnie. Ciepłe barwy ilustracji łagodzą emocje,  stwarzają swoistą przytulność. Na uwagę zasługuje również personel domu, który stara się pomóc z wielką empatią i czułością. Wielkie ukłony dla wszystkich pracujących w takich placówkach.

Im bliżej końca tej opowieści, tym mniej słów. Dominuje obraz i cisza, bardzo wymowna. Są strony, na których nie ma ani słów, ani obrazu. To również wymowna metafora.
Wszyscy nabieramy różnych zmarszczek na naszym życiu. Na ciele i duszy. Można je dyskretnie obserwować i oswajać. Można je zobaczyć także u innych, czasem przeglądając się jak w lustrze. Refleksyjna opowieść graficzna Paco Roki może być w tym oswajaniu i próbach zrozumienia bardzo pomocna.

Editress

Cuda wianki w chorwackim wydaniu lub reset mózgu

Cud w Dolinie Poskoków / Ante Tomić ; z chorwackiego przełożyła Dorota Jovanka Ćirlić ; [rysunki Katarzyna Kaczmarek]. Warszawa : Noir sur Blanc, 2024. 206, [2] strony : ilustracje ; 24 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Momentami nie wiedziałam, co czytam. Cóż to za świat został mi postawiony przed oczami! Absurd, czarny humor – często bardzo czarny, komizm w wielu postaciach, przelewały się z każdej strony z siłą wodospadu.

Nie wiem, czy chcę szukać w tej powieści jakiś poważnych przesłań, bo ich tu kompletnie nie widzę. Traktuję ten tekst jak reset dla mózgu. Czysta rozrywka, nie zawsze najwyższych lotów, ale można spróbować. Znajdziecie tu, co tylko chcecie. Ja, na przykład, widziałam migawki z „Wesela w Atomicach” Mrożka, gdy przedstawiono mi arsenał militarny, jakim dysponowała rodzina Poskoków. Ojciec i czterech synów, którzy w osadzie zapomnianej przez Boga, żyją jak dzikusy z kompletnie pomieszanym systemem wartości, dysponują bronią wszelkiego kalibru. A skąd ją mają? Cóż, echa bałkańskiej wojny pobrzmiewają w tej powieści wielokrotnie, zawsze okraszone czarnym humorem.

Styl życia Poskoków dyktuje ojciec, ale do czasu (poskok to podobno nazwa jadowitej żmii, co idealnie pasuje do charakteru męskich bohaterów). Wszystko się zmienia, gdy w osadzie pojawia się kobieta. A potem kolejne. Cuda, panie! Ale senior rodu nie ma ochoty ich akceptować. Nawet jego żona, o której śmierci dowiadujemy się na początku fabuły, nie zdołała ucywilizować męża i potomstwa. Teraz mają to uczynić obce kobiety? No, zobaczymy… Sposób, w jaki trafiają one do Doliny Poskoków, jest więcej niż nietuzinkowy. Tego się nawet streścić nie da 🙂

Jak na chorwacką powieść przystało, odbija się w niej Chorwacja, ale w kompletnie niepoważny sposób. Rozpoczynającym lekturę zalecam ogromny dystans i nastawienie się głównie na komizm, brak sensu, czasem głupkowaty humor, który też bywa potrzebny. Bywają też „momenty”, mocne słowa, satyra, czasem pomieszana z szyderstwem. I wszystkie najnowsze trendy w różnych sferach życia. No, jest na czasie 🙂

Ante Tomić na pewno zapisze się w mojej pamięci, wywołując za każdym razem krzywy uśmieszek na twarzy. Pisarz, gawędziarz, dziennikarz, komik i scenarzysta, jak czytamy w biogramie, potrafi efektownie zaskoczyć, ale i rozczarować. Fabuła zasadniczo faluje jak sinusoida. Nie zdradzę, gdzie znajduje się jej amplituda przy samym końcu. 🙂

Powieść tłumaczyła Dorota Jovanka Ćirlić, czyliprzekładowa marka”. Zastanawiałam się podczas lektury, z czym tłumaczka musiała się zmagać podczas pracy nad tym tekstem. Sądzę, że miała sporo „zabawy” i nie wykluczam, że nie było jej zawsze do śmiechu. 🙂

Jeżeli nie macie ochoty czytać „Cudu w Dolinie Poskoków”, możecie wysłuchać, ponieważ książka była czytana w radiowej „Dwójce” przez Arkadiusza Janiczka. Kto wie, może też odsłucham, z ciekawości, jak ten szalony tekst zinterpretował aktor.

Miłej zabawy!

Editress

Zapomniany noblista

Drzewo człowiecze / Patrick White ; przeł. [z ang.] Maria Skibniewska. Warszawa : Państwowy Instytut Wydawniczy, 1985. 570, [2] s. ; 19 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Mogłoby się wydawać, że Literacka Nagroda Nobla, to przepustka do nieśmiertelności. Wieczna chwała, wieczna pamięć, spiżowy pomnik. Ostatnia rozmowa w gronie rozczytanych znajomych sprowadziła mnie właśnie tu. W szeregi zapominanych pisarzy nagrodzonych wydawałoby się przecież najbardziej prestiżową nagrodą literacką na świecie. A wszystko zaczęło się od Patricka White’a, noblisty z 1973 roku. Australijski pisarz (sam o sobie mówił jako o kosmopolitycznym Londyńczyku), dziś nie zaprząta czytelniczych głów przesadnie. I takich noblistów jest wielu. Cóż, wszystko na tym świecie to jednak marność. Sam White o Noblu, na którym w ogóle mu nie zależało, mówił: „Nagroda Nobla, to przerażające i destrukcyjne doświadczenie”. Myślę, że w gruncie rzeczy miał dużo racji.

Wspomniana rozmowa sprowokowała mnie do sięgnięcia po dwa tytuły Patricka White’a, które mam na półce – „Drzewo człowiecze” i „Vossa”, do pełnej trylogii brakuje mi „Wozu ognistego”, który muszę ostatecznie w tym roku zdobyć. White’a można nabyć już tylko z drugiej ręki, ale jeszcze w antykwarycznym ruchu jest. Bywa też w bibliotekach (zerknęłam do katalogów online J).

Dziś będzie o „Drzewie człowieczym”, pierwszej powieści, która ugruntowała pozycję White’a  w Wielkiej Brytanii i USA. W samej Australii nie był zbyt szybko oklaskiwany, ale to chyba naturalne, że nie szanuje się „proroków” we własnym kraju. Sam autor mówił o tej powieści, że jest to próba przedstawienia „każdego możliwego aspektu życia przez pryzmat losów zwykłego mężczyzny i kobiety”. I trzeba przyznać, że powieść ta, wydana w 1955 roku, nie straciła nic ze swojej uniwersalności w opowiadaniu o losie człowieka pod każdą szerokością geograficzną.

Czytając „Drzewo człowiecze”, miałam poczucie, że spotykam się z literaturą, za którą nieustannie tęsknię. Gdy docieram do ostatniej strony, czuję żal, że to już koniec (choć książka liczy blisko 600 stron). Będę jeszcze długo myślała o Stanie Parkerze i jego żonie. Będę myślała o ich losie, o tym, jak żyli, jak myśleli i o tym, co ich spotkało. Niby proste życie, ale…: „Nic nie jest tak pożądane, jak rzeczy najprostsze” – mówi narrator. Zgadzam się. Skomplikowany nadmiar zanadto przytłacza.

Od pierwszej sceny tej powieści ma się poczucie, że wchodzimy do swoistej Księgi Rodzaju, gdy już człowiek znajduje się na wschód od Edenu. Stan Parker, główny bohater, czyni sobie australijski busz poddanym. Powoli walczy tam o swoje miejsce, aby żyć, założyć rodzinę i spotkać się z Bogiem. Religijność tej prozy, a w zasadzie pytania o relację człowieka z Bogiem, wypełnia tę fabułę. Nie ma w tym żadnej nachalności, autor zawsze jednak znajduje dobry moment, pretekst, aby stanąć twarzą w twarz z pytaniem o sens, o ludzkie doświadczenie i obecność w tym wszystkim Boga. O tym aspekcie swojej twórczości Patrick White mówił: „Religia. Tak, to ona stoi za wszystkimi moimi książkami. Interesuje mnie relacja między błądzącym człowiekiem a Bogiem”.

Bohaterowie „Drzewa człowieczego” wchodzą w role wyznaczone im od stworzenia, zgodnie z Bożym planem. Są kimś na kształt pierwszych rodziców. Żyją w trudzie, cierpieniu, ale także w chwilach triumfu, gdy pojawiają się dzieci, gdy ziemia się poddaje i wydaje owoce. Zawsze w tym wszystkim towarzyszą im zwierzęta. Mamy tu niemal starotestamentowy obraz człowieka walczącego w spiekocie, z naturą – powodziami, pożarami. Wówczas ludzie zwracają się do Boga i obiecują poprawę, aby po wszystkim znowu wrócić do grzechu: „Przypominało się im dzieciństwo, kajali się za grzechy, obiecywali, że się nawrócą i będą święci, jeśli będzie im dana jeszcze jedna szansa życia i poprawy. Niektórzy zostali wysłuchani, ale uciekli od swych przywar tylko na krótki czas, aby potem stać się jeszcze gorsi niż przed pożarem”.

Małżeństwo, rodzina, rodzicielstwo, codzienność, trud, przemijanie, śmierć – wszystkie najważniejsze tematy znajdziemy w „Drzewie człowieczym”. Fascynował mnie szczególnie obraz małżeństwa Amy i Stana. Towarzyszenie tym bohaterom w ich dojrzewaniu, docieraniu się, służeniu sobie nawzajem aż do starości, głęboko porusza i daje do myślenia. Myślenia o kondycji małżeństwa dziś. Przejmujący jest również obraz rodzicielstwa, które jest trudne i pełne błędów, bo nie ma szkoły dla rodziców. Indywidualność dzieci Parkerów zaprowadzi je w bardzo różne miejsca i na trudne drogi, także te bliskie Kainowi. Trudna ojcowska miłość, szorstkie męskie relacje, ale też kobiece uwikłania, matek, córek, przyjaciółek, zamykają się na kartach powieści w pięknych epickich scenach i dialogach.

Sztafeta pokoleń, spadek duchowy i materialny, który dostajemy po przodkach – to wszystko tworzy to człowiecze drzewo, które się zakorzeniło i trwa, nawet gdy już nas nie ma.

Patrick White dotyka „pierwotności” człowieka (nie należy mylić z prymitywizmem). Dotyka tych najważniejszych emocji, potrzeb ludzkich wbudowanych w nas od początku istnienia. Potrafi opisać tak celnie, że często zdarzało mi się powracać do niektórych zdań, by czytać je wielotonie. Nawet o rzeczach brutalnych czy też bardzo intymnych potrafił pisać z wyczuciem, docierając do sedna – brzydoty lub piękna danej sytuacji. Nie bez znaczenia jest to, że tłumaczką tej powieści, wydanej w 1985 roku jest Maria Skibniewska, dzięki czemu obcujemy z pięknym tekstem.  

„Drzewo człowiecze” na trwale wpisuje Patricka White’a na moją listę top autorów i przy okazji staje się inspiracją.  Myślę, że cykl tekstów pod szyldem „zapomniani nobliści” byłby całkiem dobrym pomysłem, który powinien zagościć w Domu Książki „Editress” i postaram się, aby tak było.

Editress