
Chrystus został ofiarowany jako nasza Pascha,
obchodzimy nasze święto w szczerej radości! Alleluja!
Mszał Rzymski, Antyfona

Chrystus został ofiarowany jako nasza Pascha,
obchodzimy nasze święto w szczerej radości! Alleluja!
Mszał Rzymski, Antyfona
Zmarszczki / Paco Roca ; przełożył Tomasz Pindel. Warszawa : Kultura Gniewu, 2023. – 100, [3] strony : ilustracje ; 25 cm.

Fot. Dom Książki/Editress
Przyznaję, że rzadko sięgam po komiks i powieść graficzną, ale kilka razy w roku zdarzy się, że trafię na ciekawą propozycję z tego gatunku. I tak z polecenia wpadły mi w ręce „Zmarszczki” Paco Roki, które wywołały szereg skrajnych emocji i sprowokowały liczne pytania, najczęściej bez odpowiedzi.
„Zmarszczki” to opowieść o starości, tak można powiedzieć w największym skrócie, o życiu w domach seniorów, o ciężkich chorobach zaawansowanego wieku i postawach wobec nich. Główny bohater Emilio zapada na chorobę alzheimera i rodzina staje przed wielkim problemem, jak sobie z tym poradzić, jak w miarę normalnie funkcjonować. Myślę, że łatwo sobie wyobrazić ten dramat, nawet jeśli nie dotknął nas osobiście.
Rodzina decyduje, że Emilio potrzebuje stałej opieki i rozwiązaniem może być dom seniora. Bohater, często zupełnie zagubiony, trafia w nową przestrzeń, między nowe twarze i ostatnim wysiłkiem musi ogarnąć tę obcą rzeczywistość. Ma pomocnika, Miguela, lokatora ze wspólnego pokoju, który stanie się prawdziwą podporą, mimo swojego dość niekonwencjonalnego funkcjonowania w tym domu opieki.
„Upokarzające, gdy człowieka traktują jak dziecko, nie?” – mówi Miguel. Owszem, ale jest tu obustronna bezradność także cierpiącej rodziny, która nie wie, jak postępować, która czuje się jak widz patrzący przez szybę, trochę zawstydzona, obarczona wyrzutami sumienia. W żaden sposób nie można uznać, że jest im lżej od momentu, gdy bliski trafia do takiego domu i zapada głębiej w chorobę. „Zmarszczki” nie dokonują ocen i tak powinno być. Ilu ludzi, tyle historii. A w domu spokojnej starości, do którego trafia Emilio, jest wielu seniorów z ciekawymi biografiami i mniej ciekawymi chorobami, które „marszczą” ich życie. Narastające przez lata niedogodności fizyczne, mniej lub bardziej dokuczliwe, są zmarszczkami na naszym życiu. Zmieniają nas bezpowrotnie.
Rysownik świetnie oddał wędrówki bohaterów w przeszłość, to jak może widzieć świat człowiek z demencją, alzheimerem. Jak z młodości wraca do starości i czuje przerażenie. Przyznaję, że momentami mogła zakręcić się łza w oku. Bywa przejmująco. Przypominało mi to trochę zabieg zastosowany w filmie „Piękny umysł”, który kapitalnie oddał to, czym jest schizofrenia. My też możemy w pełni poczuć dramatyzm splątanej pamięci. Do tego te uciekające podstawowe wyrazy i ta świadomość, że coś jest nie tak, że coś się wymyka, że się traci kontrolę nad sobą i światem wokół. Znikające twarze ludzi, których bohater już nie rozpoznaje. Ten nudny rytm dnia, który nic nie przynosi. Godzinami oczekiwanie na nic. Drzemki, jedzenie, drzemki, jedzenie. Sen.
Czasem wydaje się, że ten urojony świat przeszłości jest dla pensjonariuszy wybawieniem. Lepiej myśleć, że podróżuje się Orient Expressem i jedzie do Stambułu – jak sądzi Rosaria – niż mieć świadomość, że przez resztę życia będzie patrzeć przez okno domu spokojnej starości, siedząc na wózku inwalidzkim. Może lepiej, że podróżuje w przyjemnym wnętrzu luksusowego pociągu.
Jest jeszcze rzeczywistość na piętrze, do której nikt z parteru nie chce trafić, dopóki ma jeszcze świadomość samego siebie. Niestety przeprowadzka „na górę”, jak mówią mieszańcy, wydaje się dla Emilia kwestią czasu. A tam już funkcjonują najtrudniejsze przypadki. Miguel będzie bardzo się starał, żeby Emilio trafił tam jak najpóźniej.
Ta książka uwrażliwia na to, że człowiek mimo wieku, upadającego ciała, w środku może być nadal młodym i ten dysonans jest prawdziwym rozdarciem. Nic tu nie jest proste, nikogo nie można osądzać. To koszmarnie trudne decyzje.
Są też w tej historii sympatyczne chwile, prawdziwe uczucia, jak w przypadku małżeństwa Dolores i Modesta. Atrakcje, które próbuje wprowadzić Miguel, oczywiście niezgodne z regulaminem placówki. Bywa dowcipnie i zabawnie. Ciepłe barwy ilustracji łagodzą emocje, stwarzają swoistą przytulność. Na uwagę zasługuje również personel domu, który stara się pomóc z wielką empatią i czułością. Wielkie ukłony dla wszystkich pracujących w takich placówkach.
Im bliżej końca tej opowieści, tym mniej słów. Dominuje obraz i cisza, bardzo wymowna. Są strony, na których nie ma ani słów, ani obrazu. To również wymowna metafora.
Wszyscy nabieramy różnych zmarszczek na naszym życiu. Na ciele i duszy. Można je dyskretnie obserwować i oswajać. Można je zobaczyć także u innych, czasem przeglądając się jak w lustrze. Refleksyjna opowieść graficzna Paco Roki może być w tym oswajaniu i próbach zrozumienia bardzo pomocna.
Editress
Cud w Dolinie Poskoków / Ante Tomić ; z chorwackiego przełożyła Dorota Jovanka Ćirlić ; [rysunki Katarzyna Kaczmarek]. Warszawa : Noir sur Blanc, 2024. 206, [2] strony : ilustracje ; 24 cm.

Fot. Dom Książki/Editress
Momentami nie wiedziałam, co czytam. Cóż to za świat został mi postawiony przed oczami! Absurd, czarny humor – często bardzo czarny, komizm w wielu postaciach, przelewały się z każdej strony z siłą wodospadu.
Nie wiem, czy chcę szukać w tej powieści jakiś poważnych przesłań, bo ich tu kompletnie nie widzę. Traktuję ten tekst jak reset dla mózgu. Czysta rozrywka, nie zawsze najwyższych lotów, ale można spróbować. Znajdziecie tu, co tylko chcecie. Ja, na przykład, widziałam migawki z „Wesela w Atomicach” Mrożka, gdy przedstawiono mi arsenał militarny, jakim dysponowała rodzina Poskoków. Ojciec i czterech synów, którzy w osadzie zapomnianej przez Boga, żyją jak dzikusy z kompletnie pomieszanym systemem wartości, dysponują bronią wszelkiego kalibru. A skąd ją mają? Cóż, echa bałkańskiej wojny pobrzmiewają w tej powieści wielokrotnie, zawsze okraszone czarnym humorem.
Styl życia Poskoków dyktuje ojciec, ale do czasu (poskok to podobno nazwa jadowitej żmii, co idealnie pasuje do charakteru męskich bohaterów). Wszystko się zmienia, gdy w osadzie pojawia się kobieta. A potem kolejne. Cuda, panie! Ale senior rodu nie ma ochoty ich akceptować. Nawet jego żona, o której śmierci dowiadujemy się na początku fabuły, nie zdołała ucywilizować męża i potomstwa. Teraz mają to uczynić obce kobiety? No, zobaczymy… Sposób, w jaki trafiają one do Doliny Poskoków, jest więcej niż nietuzinkowy. Tego się nawet streścić nie da 🙂
Jak na chorwacką powieść przystało, odbija się w niej Chorwacja, ale w kompletnie niepoważny sposób. Rozpoczynającym lekturę zalecam ogromny dystans i nastawienie się głównie na komizm, brak sensu, czasem głupkowaty humor, który też bywa potrzebny. Bywają też „momenty”, mocne słowa, satyra, czasem pomieszana z szyderstwem. I wszystkie najnowsze trendy w różnych sferach życia. No, jest na czasie 🙂
Ante Tomić na pewno zapisze się w mojej pamięci, wywołując za każdym razem krzywy uśmieszek na twarzy. Pisarz, gawędziarz, dziennikarz, komik i scenarzysta, jak czytamy w biogramie, potrafi efektownie zaskoczyć, ale i rozczarować. Fabuła zasadniczo faluje jak sinusoida. Nie zdradzę, gdzie znajduje się jej amplituda przy samym końcu. 🙂
Powieść tłumaczyła Dorota Jovanka Ćirlić, czyli „przekładowa marka”. Zastanawiałam się podczas lektury, z czym tłumaczka musiała się zmagać podczas pracy nad tym tekstem. Sądzę, że miała sporo „zabawy” i nie wykluczam, że nie było jej zawsze do śmiechu. 🙂
Jeżeli nie macie ochoty czytać „Cudu w Dolinie Poskoków”, możecie wysłuchać, ponieważ książka była czytana w radiowej „Dwójce” przez Arkadiusza Janiczka. Kto wie, może też odsłucham, z ciekawości, jak ten szalony tekst zinterpretował aktor.
Miłej zabawy!
Editress
Drzewo człowiecze / Patrick White ; przeł. [z ang.] Maria Skibniewska. Warszawa : Państwowy Instytut Wydawniczy, 1985. 570, [2] s. ; 19 cm.

Fot. Dom Książki/Editress
Mogłoby się wydawać, że Literacka Nagroda Nobla, to przepustka do nieśmiertelności. Wieczna chwała, wieczna pamięć, spiżowy pomnik. Ostatnia rozmowa w gronie rozczytanych znajomych sprowadziła mnie właśnie tu. W szeregi zapominanych pisarzy nagrodzonych wydawałoby się przecież najbardziej prestiżową nagrodą literacką na świecie. A wszystko zaczęło się od Patricka White’a, noblisty z 1973 roku. Australijski pisarz (sam o sobie mówił jako o kosmopolitycznym Londyńczyku), dziś nie zaprząta czytelniczych głów przesadnie. I takich noblistów jest wielu. Cóż, wszystko na tym świecie to jednak marność. Sam White o Noblu, na którym w ogóle mu nie zależało, mówił: „Nagroda Nobla, to przerażające i destrukcyjne doświadczenie”. Myślę, że w gruncie rzeczy miał dużo racji.
Wspomniana rozmowa sprowokowała mnie do sięgnięcia po dwa tytuły Patricka White’a, które mam na półce – „Drzewo człowiecze” i „Vossa”, do pełnej trylogii brakuje mi „Wozu ognistego”, który muszę ostatecznie w tym roku zdobyć. White’a można nabyć już tylko z drugiej ręki, ale jeszcze w antykwarycznym ruchu jest. Bywa też w bibliotekach (zerknęłam do katalogów online J).
Dziś będzie o „Drzewie człowieczym”, pierwszej powieści, która ugruntowała pozycję White’a w Wielkiej Brytanii i USA. W samej Australii nie był zbyt szybko oklaskiwany, ale to chyba naturalne, że nie szanuje się „proroków” we własnym kraju. Sam autor mówił o tej powieści, że jest to próba przedstawienia „każdego możliwego aspektu życia przez pryzmat losów zwykłego mężczyzny i kobiety”. I trzeba przyznać, że powieść ta, wydana w 1955 roku, nie straciła nic ze swojej uniwersalności w opowiadaniu o losie człowieka pod każdą szerokością geograficzną.
Czytając „Drzewo człowiecze”, miałam poczucie, że spotykam się z literaturą, za którą nieustannie tęsknię. Gdy docieram do ostatniej strony, czuję żal, że to już koniec (choć książka liczy blisko 600 stron). Będę jeszcze długo myślała o Stanie Parkerze i jego żonie. Będę myślała o ich losie, o tym, jak żyli, jak myśleli i o tym, co ich spotkało. Niby proste życie, ale…: „Nic nie jest tak pożądane, jak rzeczy najprostsze” – mówi narrator. Zgadzam się. Skomplikowany nadmiar zanadto przytłacza.
Od pierwszej sceny tej powieści ma się poczucie, że wchodzimy do swoistej Księgi Rodzaju, gdy już człowiek znajduje się na wschód od Edenu. Stan Parker, główny bohater, czyni sobie australijski busz poddanym. Powoli walczy tam o swoje miejsce, aby żyć, założyć rodzinę i spotkać się z Bogiem. Religijność tej prozy, a w zasadzie pytania o relację człowieka z Bogiem, wypełnia tę fabułę. Nie ma w tym żadnej nachalności, autor zawsze jednak znajduje dobry moment, pretekst, aby stanąć twarzą w twarz z pytaniem o sens, o ludzkie doświadczenie i obecność w tym wszystkim Boga. O tym aspekcie swojej twórczości Patrick White mówił: „Religia. Tak, to ona stoi za wszystkimi moimi książkami. Interesuje mnie relacja między błądzącym człowiekiem a Bogiem”.
Bohaterowie „Drzewa człowieczego” wchodzą w role wyznaczone im od stworzenia, zgodnie z Bożym planem. Są kimś na kształt pierwszych rodziców. Żyją w trudzie, cierpieniu, ale także w chwilach triumfu, gdy pojawiają się dzieci, gdy ziemia się poddaje i wydaje owoce. Zawsze w tym wszystkim towarzyszą im zwierzęta. Mamy tu niemal starotestamentowy obraz człowieka walczącego w spiekocie, z naturą – powodziami, pożarami. Wówczas ludzie zwracają się do Boga i obiecują poprawę, aby po wszystkim znowu wrócić do grzechu: „Przypominało się im dzieciństwo, kajali się za grzechy, obiecywali, że się nawrócą i będą święci, jeśli będzie im dana jeszcze jedna szansa życia i poprawy. Niektórzy zostali wysłuchani, ale uciekli od swych przywar tylko na krótki czas, aby potem stać się jeszcze gorsi niż przed pożarem”.
Małżeństwo, rodzina, rodzicielstwo, codzienność, trud, przemijanie, śmierć – wszystkie najważniejsze tematy znajdziemy w „Drzewie człowieczym”. Fascynował mnie szczególnie obraz małżeństwa Amy i Stana. Towarzyszenie tym bohaterom w ich dojrzewaniu, docieraniu się, służeniu sobie nawzajem aż do starości, głęboko porusza i daje do myślenia. Myślenia o kondycji małżeństwa dziś. Przejmujący jest również obraz rodzicielstwa, które jest trudne i pełne błędów, bo nie ma szkoły dla rodziców. Indywidualność dzieci Parkerów zaprowadzi je w bardzo różne miejsca i na trudne drogi, także te bliskie Kainowi. Trudna ojcowska miłość, szorstkie męskie relacje, ale też kobiece uwikłania, matek, córek, przyjaciółek, zamykają się na kartach powieści w pięknych epickich scenach i dialogach.
Sztafeta pokoleń, spadek duchowy i materialny, który dostajemy po przodkach – to wszystko tworzy to człowiecze drzewo, które się zakorzeniło i trwa, nawet gdy już nas nie ma.
Patrick White dotyka „pierwotności” człowieka (nie należy mylić z prymitywizmem). Dotyka tych najważniejszych emocji, potrzeb ludzkich wbudowanych w nas od początku istnienia. Potrafi opisać tak celnie, że często zdarzało mi się powracać do niektórych zdań, by czytać je wielotonie. Nawet o rzeczach brutalnych czy też bardzo intymnych potrafił pisać z wyczuciem, docierając do sedna – brzydoty lub piękna danej sytuacji. Nie bez znaczenia jest to, że tłumaczką tej powieści, wydanej w 1985 roku jest Maria Skibniewska, dzięki czemu obcujemy z pięknym tekstem.
„Drzewo człowiecze” na trwale wpisuje Patricka White’a na moją listę top autorów i przy okazji staje się inspiracją. Myślę, że cykl tekstów pod szyldem „zapomniani nobliści” byłby całkiem dobrym pomysłem, który powinien zagościć w Domu Książki „Editress” i postaram się, aby tak było.
Editress
Breviarium kanonu kultury : dobro w sztuce życia Europy łacińskiej : honeste vivere / wybrał & opracował Paweł Milcarek. Dębogóra : Wydawnictwo Dębogóra, 2024. – 1397, [2] strony ; 24 cm.
Breviarium kanonu kultury : prawda w tradycji intelektualnej Europy łacińskiej : sapientia / wybrał & opracował Paweł Milcarek. Dębogóra : Wydawnictwo Dębogóra, 2024. – 1379, [1] strona ; 24 cm.

W zeszłym roku, mniej więcej o tej samej porze, moją świąteczną polecajką było Breviarium Kanonu Kultury, tom pierwszy – Decorum. Literatura klasyczna Europy łacińskiej na każdy dzień. Muszę przyznać, że bardzo umiliła mi głównie wieczory w tym mijającym (już prawie) roku. Nie chcą tracić przyjemności codziennego czytania rzeczy wartościowych, z radością będę sięgała do kolejnych tomów, czyli Breviarium Kanonu Kultury. Honeste vivere (tom drugi) i Breviarium Kanonu Kultury. Sapientia (tom trzeci). Tym razem będzie to podróż po moralności i tradycji intelektualnej Europy. Już się cieszę na tę lekturę, tym bardziej, że szczególnie dziś powrót do korzeni europejskich w tych zakresach, wydaje się nader potrzebny.
„Honeste vivere” – „Żyć godnie, szlachetnie, uczciwie” – czyż nie brzmi to, jak prawdziwe zaproszenie do wspaniałego życia, które czynią nam wielcy filozofowie, teolodzy i moraliści? Każdego dnia sącząc nam dobre wskazówki, rady, napomnienia? Fundamenty molarności, sprawiedliwości i szczęścia stoją przed nami w prozatorskiej refleksji największych umysłów Europy, o których nie wolno nam zapomnieć. Platon, Arystoteles, święty Augustyn w czasie duchowego zamętu mogą okazać się bezcenni. Autorzy tego tomu zadbali o komfort czytelnika i zaopatrzyli każdy fragment wstępem i wskazówkami interpretacyjnymi. Można śmiało wkroczyć w myśl starożytnych i średniowiecznych myślicieli Europy i dokonać głębszych refleksji nad tym, co w nas i wokół nas. Dla pełnej harmonii życia.
W trzecim tomie znajdziemy to, co nazywamy tradycją intelektualną Europy, by sięgnąć po prawdę o Bogu, człowieku i świecie. Prawdy, która jest nam niezbędna, by mieć dobry kompas w sobie. Tu również znajdziemy teksty największych umysłów, czyli Platona, Arystotelesa, Cycerona, Galena, Augustyna, Boecjusza, czy Tomasza z Akwinu.
Myślę, że lekturę zacznę jeszcze w tym roku, czas świąteczny doskonale wpływa na nowe otwarcia. A przyznaję, że doczekać się nie mogę, łakomie patrząc na te piękne także edytorsko tomy. Jak dobrze każdego dnia obcować z pięknem w czasach kultu brzydoty.
Z życzeniami radosnego świętowania Narodzenia Pańskiego i wszelkiego dobra w nowym roku, niezmienne polecam dobre książki, czasem także piękne.

Editress
Dobrý den : chmiel, tożsamość i luz : polskie mity o Czechach / Jakub Medek. Kraków : Mando, 2025. – 352 strony ; 21 cm.

Książka, która przynosi sporo zaskoczeń i wybija z wielu stereotypów polsko-czeskich. Narosło ich całkiem sporo przez lata i autor (także polsko-czeski :)), świetnie się z nimi rozprawia, a w zasadzie rozkłada na czynniki pierwsze. Jakub Medek, autor podcastu Czechostacja, dzięki swojej „dwunarodowości”, jest szczególnym obserwatorem, czy też interpretatorem tego wszystkiego, co pod warstwą stereotypów się kryje.
Podział książki na charakterystyczne bloki tematyczne, które poniekąd definiują wzajemne, polsko-czeskie spojrzenie na nasze narody, uważam za bardzo udany. Ateiści, Mali Niemcy, Śmieszny język, Kolaboranci, Piwo… przykłady tytułów rozdziałów, które mówią wszystko. Ale ich zawartość może bardzo zaskoczyć. Myślę, że niewielu czytelników będzie się spodziewało „hiszpańskiej wioski”, ale „czeskiego filmu” na pewno :). I też o nim będzie solidna opowieść (Czeski film, czyli sranda). Kładę nacisk na formę opowieści, ponieważ autor daleki jest od naukowego stylu, pisze ze swadą, bez zadęcia rozprawy socjologicznej, choć tekst jest bardzo bogaty w rozważania historyczne i kulturowe. Czytelnik, który kompletnie nie zna historii Czech, sporo zyska, bez poczucia, że siedzi na nudnym wykładzie. Książkę po prostu się pochłania.
Co jest źródłem czeskiej tożsamości? Jakie znaczenie ma tu język, historia, religia? Co spowodowało, że Czesi są indywidualistami, który chcą żyć, wierzyć, myśleć po swojemu? Sporo odpowiedzi padnie, ale też często pojawi się pewnego rodzaju niejednoznaczność, czy też „to nie takie proste”. W zasadzie to zupełnie naturalne, że naród buduje, „stwarza” wiele czynników i ich wypadkowa daje czasem skomplikowany obraz. To też bywa, że pojawiają się komplikacje.
Język czeski jest śmieszny? Cóż, Czechów śmieszy polski. Przyznaję Autorowi rację, że nauka czeskiego powoduje, że język ten zupełnie wytraca śmieszność, często wprost proporcjonalne do poziomu jego znajomości. Nawet samo podjęcie nauki robi już poważne cięcie w tej „śmieszności”. Mnie już w zasadzie zupełnie nie śmieszy, choć dopiero wspinam się na kolejne poziomy J. Rozdział o języku z pewnością będzie wielkim zaskoczeniem dla czytelnika, jeśli nigdy wcześniej nie wchodził w tę tematykę. Czeskie odrodzenie i rekonstrukcja języka, to prawdziwy ewenement godny podziwu. Język stał się elementem zachowania, przechowywania tożsamości narodowej, kulturowej. Osobiście jestem pod wrażeniem, jak dobrze Czesi mają opracowany korpus językowy, który jest dostępny w sieci. Bezcenne przy nauce. Możemy zazdrościć.
Kolaboranci poddający się przed pierwszym wystrzałem? Niekoniecznie. I nie chodzi tu tylko o słynną akcję Anthropoid. Autor sporo miejsca stereotypowi kolaboracji, bierności i tchórzostwa poświęca. Czy to tylko pragmatyzm, czy coś jeszcze? Przyznaję, że dowcip, którym Medek kwituje rozdział Kolaboranci doskonale pokazuje ten dystans, którzy Czesi zachowują odnośnie do swojej historii. A czym jest ten dystans? Tym mitycznym luzem, który widzą Polacy? I tu wkraczamy w rozdział Pohoda, który dla mnie był najbardziej interesujący. Czym jest „pohoda”. Trudno to zinterpretować, wysłużę się Autorem:
Czasem, tłumacząc w Polsce pohodę, używam określenia „wywalone”. Chociaż ono też nie jest dobre – pohoda jest stanem pozytywnym, tu nie ma rezygnacji, poddania się, przegranej walki, odpuszczenia, które może się z tym „wywaleniem” kojarzyć. (…) Ale pohoda to przede wszystkim styl życia. Czeski dystans do wzniosłości, patosu i wielkich słów na wiele wspólnego z tą postawą. Pohoda nie znosi tragizmu.
Mogłoby się wydawać, że pohoda to absolutnie rewelacyjna postawa życiowa. Jednak Autor pokazuje dalej, że ma ona też złe oblicze, w którym chce się mieć święty spokój, w którym dominuje obojętność.
Rozdział, który najbardziej mnie zaskoczył, to Oligarchowie. Czesi mają swoich oligarchów, którzy doskonale radzą sobie na światowej arenie wielkiego biznesu. Spore wpływy mają także w Polsce. Dobrym przykładem jest InPost. Przyznaję, że nie miałam pojęcia, że w Czeskiej Republice istnieje oligarchiczność, ale chyba nie powinnam mieć z tego tytułu specjalnych wyrzutów, bo jak pokazuje Medek, sami Czesi nie są specjalnie tego świadomi. Czescy oligarchowie nie wiodą celebryckiego życia i drażnią opinii publicznej :).
„Piwo, to moje paliwo”, mawiał mój znajomy czechofil. O piwie oczywiście być musi. Hopsoda, piwo i rytuały z nimi związane to chyba najbardziej nieprzesadzony stereotyp. Potęga hospody jest niezaprzeczalna, a piwo to dobro narodowe. Jakub Medek barwie barwnie charakteryzuje tę piwną religię.
A na koniec? Czeski film? Oczywiście! Wielu Polaków oglądało czeskie seriale, czeskie komedie i żywią do nich prawdziwy sentyment. Rozdział Czeski film, czyli sranda jest czymś na kształt filmoznawczego wykładu. Film z pewnością utrwala różnego rodzaju stereotypy, dlatego zmartwiłam się, gdy w końcowym rozdziale, pokazującym obecne relacje polsko-czeskie, Autor zwrócił uwagę, że wśród Czechów cieszył się popularnością polski serial 1670 … 😉
Tymczasem podobno w Czechach przybywa polonofilów, polska kiełbasa zyskuje na uznaniu, a w Polsce można w sezonie wakacyjnym spotkać wielu czeskich turystów (podczas wakacji na Helu czułam się prawie jak w Czechach :)). Być może dzięki temu pogrzebiemy złe stereotypy i stworzymy dobre, zacieśniające relacje z bratem Czechem :). Polecam zatem na początek książkę Dobrý den : chmiel, tożsamość i luz : polskie mity o Czechach.
Editress
Złodziejka / Katarzyna Wasilkowska. Łódź : Literatura, 2025. Wydanie I.
Wnikliwa powieść, która z wielką dbałością o detale „obserwuje” młodzież i daje im mądre propozycje. Jak zawsze u Katarzyny Wasilkowskiej. Z wielką radością powitałam „Złodziejkę”, nawet z uczuciem ulgi, ponieważ taka proza jest absolutnym lekarstwem na nurt young adult, który – moim zdaniem – jest „rakiem” na literaturze dla młodzieży. Tak, piszę to z pełnym przekonaniem. Young adult to „literatura zła”. Przepychanie tezy, aby młodzi ludzie czytali cokolwiek, byle czytali, to absolutnie ślepa uliczka. Tym bardziej rekomenduję najnowszą, absolutnie rewelacyjną powieść Katarzyny Wasilkowskiej.

Autorka stworzyła prawdziwy obraz ósmoklasistów i ich rodzin. (Na marginesie, ósmoklasiści uzyskują ostatnio obok maturzystów szczególny status. Bo pierwszy ważny egzamin, który decyduje o pierwszym ważnym życiowym wyborze, zasługuje na uwagę. Także literacką. O ile maturzyści są literacko rozpracowani, o tyle w moim odczuciu o ósmoklasistów jeszcze nikt tak dobrze nie zadbał, jak robi to w powieści „Złodziejka” Katarzyna Wasilkowska.) Autorka wyłuskała ważne rówieśnicze problemy, stworzyła autentyczną atmosferę polskiej szkoły podstawowej. Szkoła jako „miejsce walki” i ustalania hierarchii. Mamy klasowe „gwiazdy”, które wiodą prym, „friki”, klasowy plankton, swobodne elektrony – którym jest główna bohaterka Marika. Myślę, że wielu czytelników bez problemu znajdzie tu własny „układ klasowy”.
Oto szkoła ze wszystkimi jej problemami, między innymi z przemocą w sieci (popularnymi ostatnio manipulacjami ze zdjęciami, które mają stać się źródłem kompromitacji). Na problemy ósmoklasistów składa się także zbiór dylematów z wyborem szkoły oraz obawy przed egzaminami, które już od września wiszą nad nimi jak miecz Damoklesa. Autorka poprzez bohaterów daje czytelnikowi dyskretnie kilka dobrych rad, jak wybierać szkołę. Licea, technika, praktyczne zawody i ich możliwości. Poprzez swoich bohaterów pomaga czytelnikom, nie narzuca, pokazuje, co jest ważne przy podejmowaniu decyzji i nie wartościuje wyboru.
Opowieść jest rozpisana na głosy. Głos Mariki i Tymona. Zapewnia to czytelnikowi pełen ogląd sytuacji, z różnych punktów widzenia. Bohaterowie są doskonale skonstruowani, jak również dwa, zupełnie inne modele rodzin, w których funkcjonują.
Marika nie jest postacią jednoznaczną i to jest ogromny atut tej powieści. Są bowiem „miejsca”, w których możemy z nią sympatyzować, ale są też sytuacje, które zmuszają nas do pokiwania bohaterce palcem. Nie jest to zatem prosta kreacja literacka, wyidealizowana, narzucająca jeden prawdziwy ogląd. Marika jest zdolną fałszerką usprawiedliwień i podpisów rodziców, a także złodziejką prywatności. Czytelnik otrzymuje życiową postać, złożoną z dobra i zła, jak każdy z nas. Ma przy Marice mnóstwo powodów do namysłu nad jej zachowaniem. Może próbować wejść w jej sytuację i zastanowić się nad tym, co sam zrobiły w takich okolicznościach. Bo przecież jest tyle powodów, żeby jej współczuć. Może zatem również napisać jej usprawiedliwienie?
W życie Mariki wkracza Tymon i wnosi zupełnie nową jakość. Nietuzinkowa postać, którą dodatkowo podbija ciekawa rodzina. Chłopak rozpoczyna nowe życie po serii rówieśniczych kompromitacji. Ważny wątek, który pokazuje jak łatwo dziś stracić twarz wśród kolegów i jakim zagrożeniem może stać się Internet. Nawet zabawne wpadki mogą być dla młodego człowieka tragedią. Widzimy problemy młodzieży, których nie mieli ich rodzice i stąd mogą wynikać pokoleniowe nieporozumienia.
Na przykładzie tych postaci Autorka zestawia dwa typy rodzin – zimnej uczuciowo i pełnej miłości. Rodzinność i tęsknotę za nią. Dom pełen życia i dom pełen obcości, czasem nawet emocjonalnego okrucieństwa.
Katarzyna Wasilkowska napisała powieść na wskroś współczesną, w której udało się jej oddać dominujące trendy. Wśród młodzieży, jak i dorosłych. Świetnym przykładem jest mama Mariki i jej zawodowe życie. „Wciskanie modowego kitu”, instalajwy, sztuczna ekscytacja i jedna wielka inscenizacja, która pochłania realne życie. A wszystko dla pieniędzy i jakieś marnej lokalnej sławy.
Ale jest też ambitnie. Bohaterowie mają swoje pasje – swoją drogą to ciekawy wątek, jak zainteresowania rozwijają i zbliżają ludzi do siebie. Muzyka i film też mają tu wiele do powiedzenia. Stają się drogą ucieczki, ale także miejscem na porozumienie, spotkanie i znalezienie bratniej duszy.
Jestem przekonana, że młody czytelnik odnajdzie się także w języku powieści. Żywy i autentyczny, nieprzesadzony, idealnie otoczony aurą literackości. Wszelkie proporcje zostały zachowane. Można dobrze i pociągająco, bez wulgarności pisać dla młodzieży, bez epatowania językiem brukowym, który niebezpiecznie rozgościł się niemal w każdej sferze naszego życia. Może w literaturze powinniśmy już dzieciakom odpuścić?
W „Złodziejce” spotkają nas miłe napięcia, zaskoczenia, żywe emocje. Jest również zabawnie – anegdotyczne obrazki z wydarzeń klasowych niezwykle dodają kolorytu opowieści. Bohaterowie są elokwentni, dowcipni – humor słowny i sytuacyjny najwyższej próby.
Ukraść można dosłownie wszystko. Najgorsze kradzieże okazują się niematerialne. Bolesne, dokuczliwe, bezzwrotne i często nienaprawialne. Zapraszam czytelników, aby sami się przekonali.
Editress

Trzydziestego września obchodzimy Międzynarodowy Dzień Tłumacza. Lubię wznieść toast za tłumaczy, bo wyjątkowo cenię sobie ich pracę. Chętnie czytam książki o tłumaczach, przekładach, czy o samej teorii przekładu. Wśród wielu tego rodzaju lektur trafiłam na dość ciekawą opinię, którą mogłabym sprowadzić do wniosku, że nie ma prostych tekstów do przekładu. Gdy się tłumaczowi wydaje, że tekst jest prosty, znaczy to, że zwyczajnie nie zorientował się, gdzie ukryty jest podstęp, haczyk. A tych doprawdy może być wiele.

Buduję sobie od lat biblioteczkę fana przekładu i z wielkim zainteresowaniem przyglądam się „sposobom” na udaną translację. To chyba specyficzna pasja :). Z okazji święta tłumaczy, chciałabym wrzucić dziś kilka swoich przemyśleń, którymi podzieliłam się też z zaprzyjaźnionymi tłumaczami w kilku rozmowach. Oto one 🙂
Siła kultowych przekładów
Przekład potrafi głęboko funkcjonować w kulturze. Utrwalić się w świadomości czytelników. Przykładem może być „wyklęte” tłumaczenie „Przygód dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej” Pawła Hullki-Laskowskiego, które w obronę bierze Aleksander Kaczorowski we wstępie do książki „Nim Szwejk poszedł na wojnę”. Podobnie „Proces” Franza Kafki i słynne pierwsze zdanie „Ktoś musiał zrobić doniesienie na Józefa K., bo mimo że nic złego nie popełnił, został pewnego ranka po prostu aresztowany.”, w tłumaczeniu Brunona Schulza lub jak się mówi coraz częściej jego narzeczonej Józefiny Szelińskiej. Tymczasem w 2008 roku Jakub Ekier przychodzi z nowym tłumaczeniem tego klasycznego już dzieła, które się zaczyna inaczej: „Ktoś musiał fałszywie oskarżyć Józefa K., bo przecież on nic złego nie zrobił, a został pewnego ranka pozbawiony wolności”. „Fałszywie oskarżyć”, a nie „zrobić doniesienie”. W „doniesieniu” może być przecież jakaś prawda, w „fałszywym oskarżeniu” nie ma już żadnych wątpliwości, że bohater jest niewinny. To robi jednak sporą różnicę w odbiorze tego utworu. Widać zatem jak na dłoni, jak ważny jest dobry przekład dla zrozumienia pełnego sensu tekstu. Często jednak siła kultowego przekładu utrzymuje go w dominującej mocy.

Tłumacz i odpowiedzialność…
W recenzowanej na blogu książce Krzysztofa Umińskiego „Trzy tłumaczki” autor przywołuje spór, jaki rozgorzał pomiędzy Jerzym Jarniewiczem a Rafałem Lisowskim w kwestii odpowiedzialności tłumacza za to jak tłumaczy i co tłumaczy. Jerzy Jarniewicz w tekście „Syzyf zwycięzca” w Dwudtygodniku.com, stwierdza, że tłumacz taką odpowiedzialność ma. Rafał Lisowski stwierdził natomiast, że niewielu tłumaczy ma realny wpływ na to, co się przekłada, a “żyć z czegoś trzeba”. Sam Umiński podsumowuje to tak: „Przyznaję, bliższy jest mi maksymalizm Jarniewicza. Uważam, że tłumaczyć warto wtedy, kiedy się książkę uważa za cenną, inaczej człowiek świadomie uczestniczy w zaśmiecaniu świata. A przecież sam więcej niż raz sprzeniewierzyłem się tej zasadzie (m.in. próbując zarobić na pisanie tej książki) i wiem, że czasem trudno uniknąć tłumaczenia książek głupich i złych. Zwłaszcza gdy ktoś żyje wyłącznie z przekładu. Lub jest debiutantem. Lub samotnie wychowuje dziecko”.

Motywacje
Czemu ludzie uprawiają ten trudny i średnio opłacany zawód? W świetnym komiksie o tłumaczach i tłumaczeniu „W głowie tłumaczy” (scenariusz Tomasz Pindel) również omawianym na blogu znalazłam taki zestaw motywacji: altruistyczne, literackie, pragmatyczne, intelektualne. Życzę wszystkim tłumaczom, aby wszystkie motywacje zostały spełnione i nagrodzone finansowo 🙂
Editress
Trzech panów w łódce nie licząc psa / Jerome K. Jerome ; tł. [z ang.] Kazimierz Piotrowski. Warszawa : Książka i Wiedza, 1988. Wyd. 4.

Ta mała, wysłużona książeczka (co widać na zdjęciu) doskonale ukoiła żal kończącego lata i finału wakacji. Niestety. Książka z 1889 roku, którą nadal czyta się z trwałym uśmiechem na ustach, czasem z głośnym śmiechem. Tego nie dostarczą Państwu polskie kabarety. Napisałabym również – niestety – ale wtedy wyjdzie rym. Kabarety – niestety. I będzie równie śmiesznie jak w polskim kabarecie. Chyba udzieliła mi się atmosfera „Trzech panów w łódce nie licząc psa” i zasadniczo o to chodziło. Pozostaje tylko obśmiać wszystko wokół siebie i nabrać dystansu. Lektura dziś prezentowana jest w tej kwestii nader pomocna.
Brytyjska klasyka, początkowo niedoceniona przez krytyków, entuzjastycznie przyjęta przez lud – nic nowego pod słońcem – doskonale pokazuje humor, charakter i nieśmiertelną klasowość wyspiarzy. Chyba każdy z grubsza wie, co się dzieje w owej powieści. Dla porządku, trzej mężczyźni (hipochondrycy) w celu poprawienia swojego słabego (ich zdaniem zdrowia) wybierają się wraz z psem na wyprawę łodzią po Tamizie. Sama wycieczka oraz przygotowania do niej jest okazją do snucia zabawnych opowieści, anegdot, wpadania w wir przedziwnych zdarzeń. Mnóstwo humoru sytuacyjnego, kpiny z ludzkich przywar i spore dawki ironii.
Wspaniałym bohaterem tej powieści jest, niby nieliczący się pies, foksterier Montmorency, potworny zbój i zarazem uroczy łobuziak, który jeszcze bardziej podbija komiczność utworu.
„Trzech panów w łódce nie licząc psa” pomagało mi również wchodzić na wyższe poziomy języka angielskiego, gdyż powieść stała się kanwą podręcznika do samodzielnej nauki. Mam więc do tej powieści szczególny sentyment.

Polecam smutasom, hipochondrykom, znudzonym i nostalgikom już tęskniącym za kolejnym latem. Książka jest w wielu formach dostępna. Słuchowiska, audiobooki, ebooki. Są też nowsze tłumaczenia niż to, którym ja dysponuję – z mojej ulubionej serii wydawniczej na lato. A może spróbować po angielsku? Obojętnie jak i gdzie, życzę dobrej zabawy!
Editress
Miłe są powroty, szczególnie te letnią porą. Choć trudno w tym roku odnaleźć atrybuty lata, nawet będąc w drodze. Nostalgicznie mi się zrobiło na tym półmetku wakacji, a kolejne odwiedziny w Wiśle, po dość długiej nieobecności, podbiły tę nostalgię jeszcze bardziej. Mural z Jerzym Pilchem, z cytatem z jego „Innych rozkoszy” przyprowadziły mnie bowiem do półki z książkami nieżyjącego pisarza. Uruchomiły się różne wspomnienia i wrażenia lekturowe. Pilch przez lata dostarczał ich wiele. Ostatnie tytuły przyniosły już pewne rozczarowania, ale generalnie twórczość autora z Wisły to dobra uczta literacka. Stąd ta nostalgia, ponieważ dotyka mnie ostatnio pasmo lekturowych zawodów, porażek i rozczarowań, czasem nader spektakularnych. Szumne tytuły często okazują się wydmuszką. Piętrowe eksperymenty z językiem, narracją, czy też wypychanie fabuł tematami z trendów, nie pomaga. Czytelniczy fin de siècle w trzeciej dekadzie XXI wieku? Biorę do ręki książki Jerzego Pilcha i już wiem, że po kolejnej stracie czasu z supernowością wydawniczą, powróci autor z Wisły na pociechę.

Jak sam mówił:
Wydaje mi się, że nadmiar prowokacji świadczy o niedoborze talentu.
Tadeusz Nyczek, „Po co jest sztuka? Rozmowy z pisarzami”. Kraków 2012.
Z rozmowy z Jerzym Pilchem.
Mówił tu o sztuce, literatura też nią jest. Prowokacji dziś sporo, talentu mało. Pochód nagich królów spory. Wielu im klaszcze, choć nie ma do czego….
Widać moje zniechęcenie, które jednak w czytaniu mnie nie zatrzymuje. Mam nadzieję, że już niebawem wezmę na warsztat książkę, która mnie oczaruje (muszę wyznać, że jako redaktor dwie takie książki przeczytałam, ale jeszcze trzeba na nie poczekać). Mając w pamięci też inne słowa autora „Pod mocnym aniołem”, trwam przy czytaniu dzielnie, żeby nie stracić czegoś ważnego 😉
Można kochać się w kobiecie, która nie lubi książek?
Jerzy Pilch, Zuza albo czas oddalenia
Można, ale po co?
Kto przy zdrowych zmysłach zakochuje się w kobiecie, która nie lubi książek?
„Szli środkiem listopadowej nocy”… tymczasem dopiero sierpień nadchodzi, a już „jakby” jesień. Może jeszcze to „jakby” lato coś dobrego przyniesie 🙂 I przejdziemy się środkiem świata 🙂 środkiem prawdziwej, dobrej literatury.
Editress