Archiwum autora: antonina10

Hałda historii

Od Katowic idzie słońce / Anna Malinowska. Wydanie I. – Wołowiec : Wydawnictwo Czarne, 2022. – 317, [3] strony ; 23 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Pierwsza myśl związana z Katowicami – przemysł, krajobraz industrialny. Kopalnie, huty, stężenie zanieczyszczeń w powietrzu powyżej normy. Tak, był taki czas, kiedy podawano codziennie w ramach wiadomości z regionu, ile i czego jest za dużo w katowickiej atmosferze. W tym sadza, co się maże na „łoku…”

A ja widzę trochę inaczej. Pamiętam neonowy czajniczek na ulicy Stawowej, który puszczał neonową parę i pijalnię czekolady w obecnej alei Korfantego. Sklep z towarami pochodzenia zagranicznego na Warszawskiej i saturatory pod Zenitem. Górujący Spodek i Katedrę Chrystusa Króla. Mój obraz miasta jest zdecydowanie inny, bardzo sentymentalny. Osobisty. Sadza mi nie przeszkadza. Hutniczo-kopalniany krajobraz też nie. Znam inne obrazy. Dlatego myślę, że reportaż Anny Malinowskiej „Od Katowic idzie słońce” będzie szczególnie bliski tym czytelnikom, których łączy z Katowicami jakaś więź. A gdy się zaczęło życie w tym mieście – jest się wyjątkowo powiązanym.  Bardzo mocno trzymam kciuki za Katowice i cieszy mnie od lat każdy sukces miasta, które zdecydowanie zmienia swoje oblicze. Szuka nowego klucza, nowego otwarcia, poza przemysłem, który znacząco się skurczył. Zamykane kopalnie i huty pozostawiły po sobie pustkę paradoksalnie w wielu wymiarach. Zmienia się charakter miasta. I co za tym idzie, oczekiwania mieszkańców. Anna Malinowska bardzo dobrze nakreśliła ten horyzont przemian. Poznajemy historię miasta, która nie jest długa, a jednak bardzo burzliwa, niejednoznaczna, często trudna, ale także fascynująca. Kattowitz, Katowice, Stalinogród. W samych nazwach odbija się wielka historia. A na jej tle małe historie osobiste, które stanowią sól tej ziemi. Szczególnej, specyficznej. Sól tej reportażowej opowieści.

„Miasto to nie tylko wielkie inwestycje, imponujące budynki, szerokie drogi i masowe imprezy. Miasto to także opowieść, która składa się z tysięcy drobnych historii” – pisze Anna Malinowska i to nam właśnie pokazuje. Dzięki autorce próbowałam sobie wyobrazić w centrum miasta pola ostatniego sołtysa Katowic Kazimierza Skiby. Pojawiające się i znikające kamienice. Przemiany Szopienic, Giszowca, czy Nikiszowca. Ta ostatnia dzielnica jest szczególnym przypadkiem miejskiego sukcesu. Malinowska poświęca jej osobny rozdział i daje nadzieję, że nawet w miejscu, któremu mało kto daje szanse na rozwój i zmiany, można dokonać prawdziwego odrodzenia.

Dawne budynki przemysłowe zamieniają się w miejsca wypełnione kulturą i historią. Doskonałym przykładem jest Muzeum Śląskie, które znajduje się obecnie w dawnej kopalni, tworząc Strefę Kultury wraz z salą koncertową Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia oraz z Międzynarodowym Centrum Kongresowym. Katowice stawiają na kulturę.

Autorka przypomina legendarną Grupę Janowską, czyli górniczych artystów malarzy. Bo jak się okazuje nawet w kopalni można znaleźć wielkie talenty. Międzynarodowy sukces Teofila Ociepki to fenomen. Cała Grupa była fenomenem i do dziś pozostaje ważnym zjawiskiem w sztuce Katowic, która w swoim czasie była mocno dostrzeżona. O malarzach z Janowa dowiadujemy się wielu ciekawych szczegółów, bo oprócz triumfu talentu, były też ludzkie dramaty.

Tragicznych życiorysów i zdarzeń w Katowicach nie brakuje. Przypomina o tym tekst związany z pacyfikacją kopalni “Wujek”. Malinowska przedstawia historię fotografów, którzy uwiecznili te dramatyczne wydarzenie. Moment przemiany Katowic w Stalinogród również okazał się tragiczny dla trzech młodych dziewczyn, które postanowiły zaprotestować przeciw nowej nazwie.  

Ludność Katowic to kolejny wielki odrębny temat, nad którym pochyla się autorka. Przyjezdni i miejscowi. Starcia i tarcia. Swój i obcy. Droga do aklimatyzacji i wzajemnej akceptacji. To również ciekawy proces, który odcisnął się na obliczu miasta. W „Cząstkach elementarnych” Michela Houellebecqa bohaterami są dwaj bracia o nazwisku Djerzinski, po dziadku, który w 1919 roku wyemigrował z Katowic do Francji. Takich migracji przez lata było wiele, w różne strony. Jedni wyjeżdżali, inni przyjeżdżali. Tygiel, który wrzał niejednokrotnie, stopniowo stygnie. Nadal jednak nie brakuje rozważań i różnych idei wokół Śląska i jego ludności, chociażby dzięki Ruchowi Autonomii Śląska, który Malinowska również bierze pod lupę.

Reportaż „Od Katowic idzie słońce” to wiele ważnych pytań i spostrzeżeń. Bardzo dobrze ukazuje proces zmian, przy jednoczesnym zakorzenieniu w historii i tożsamości katowickiej ziemi z jej wielkimi postaciami.  Pewnie jak każde duże miasto, Katowice trzeba odkryć samemu, żeby się z nimi zaprzyjaźnić i zrozumieć. Wojciech Kilar urodzony we Lwowie, mieszkający i tworzący w Katowicach, na pytanie co należy robić, aby pisać taką wspaniałą muzykę jak on, odpowiadał – To proste, trzeba mieszkać w Katowicach.

Editress

Książki do zadań specjalnych

Marius, magia i Wilkołaczka Liisi/ Reeli Reinaus ; z języka estońskiego przełożyła Anna Michalczuk-Podlecki ; [Ilustracje: Marja Liisa-Plats]. Wydanie I. – Piaseczno : Wydawnictwo Widnokrąg, 2022. – 224, [3] strony : ilustracje ; 22 cm.

Żona dla taty! / Reeli Reinaus ; z języka estońskiego przełożyła Anna Michalczuk-Podlecki ; [ilustracje Marja-Liisa Plats]. Wydanie I. – Piaseczno : Wydawnictwo Widnokrąg, 2019. – 205, [3] strony : ilustracje ; 22 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Podążając estońskim tropem, rozsmakowując się w literaturze naszych bałtyckich sąsiadów, między innymi dzięki twórczości Andrusa Kivirähka  i jego „Tildzie i kurzołkowi”,  „Listopadowym porzeczkom” (nominowanych w tym roku do Nagrody Angelus), z wielką przyjemnością oddałam się lekturze powieści Reeli Reinaus, skierowanych do dzieci i młodzieży. Owe pozycje książkowe znalazły się w serii „Książki do zadań specjalnych” Wydawnictwa Widnokrąg  – i jest to bardzo trafna “klamra” (stąd zapożyczony tytuł recenzji :)). Jak się okazuje, mamy dobrą literaturę po sąsiedzku i zdecydowanie warto przyglądać się estońskim autorom.  

Dorobek Reeli Reinaus jest pokaźny i szeroko nagradzany, doceniany w Estonii, ale także poza jej granicami. Dzięki Annie Michalczuk-Podlecki, jednej z trzech tłumaczek w całej Polsce, która przekłada z estońskiego i my możemy poznać twórczość Reinaus. W jej świecie powieściowym dominują codzienne problemy dzieci, ale także ważne dylematy, wymagające zrozumienia, pomocy i czasu. Autorka jest z wykształcenia folklorystką i wiele z folkloru estońskiego możemy znaleźć w powieści „Marius, magia i wilkołaczka Liis”, która właśnie znalazła się w polskich księgarniach. Książka została wpisana na honorową listę White Ravens 2018 i  Good Children’s Book 2017. Ma w sobie wszystko, co może być kuszące w literaturze dla dzieci. Zanurzona w baśniowej magii, niesie wiele uniwersalnych prawd i mądrych wskazówek. Gdy codzienność miesza się z niezwykłym światem, pełnym niespodzianek, tajemnic i niebezpieczeństw, dostajemy emocjonującą mieszankę, która mocno działa na wyobraźnię.

Marius przeprowadza się z rodziną w nowe miejsce i musi się odnaleźć w tej rzeczywistości. Znaleźć paczkę przyjaciół, zaaklimatyzować się w szkole, wypełnić swoje życie nową treścią. Ale na co może liczyć w małej estońskiej wiosce? Wydaje się, że na niewiele. Tymczasem przed bohaterem otwiera się perspektywa niezapomnianych doznań, wrażeń i mocy, które odmienią całe jego życie i sposób patrzenia na świat. A wszystko to dzięki Liisi i tajemnicom pobliskiego lasu, gdzie kumuluje się cała baśniowość tej historii. Tajemnicze istoty, które budzą lęk i fascynację, zawładną Mariusem i jego znajomymi.

Co czytelnik, dzięki bohaterom wyniesie z tej opowieści? Z pewnością dowie się, że powierzchowna ocena zawsze zawodzi. Nie wszystko, co ma pozory dobra, jest dobre. Piękna zjawa może zabić, a wielka wilczyca ocalić życie. Jasno wybrzmiewa myśl, że poświęcenie jest wielką wartością – choć często bywa źle zrozumiane przez tych, którzy stoją z boku. Dlatego udziałem bohaterów stanie się również samotność i odrzucenie. To szczególnie trudne, gdy ma się naście lat.
Marius stara się być rozważny i zachować się sprawiedliwe, ale to nie zawsze jest proste. Uleganie opiniom innych przeważnie prowadzi na manowce, dlatego warto samemu „wyruszyć” na poszukiwanie głębi w drugim człowieku. Bohaterowie przekonają się, jak ważna jest troska o siebie nawzajem, równowaga – ta życiowa, jak i ta w naszym otoczeniu. Każde jej zaburzenie to poważne konsekwencje. Jest czas na rozkwitanie, dojrzewanie, jest też czas na śmierć. I również z jej majestatem spotkają się Marius, Liisi i ich przyjaciele.

Znajdowanie sobie miejsca w życiu wymaga czasu i dobrych ludzi wokół, aby osiągnąć ten cel. Przełamywanie lęku, stereotypów, dążenie do samodzielności w myśleniu dojrzewa w nas przez lata. A budowanie życia od nowa potrzebuje śmiałej decyzji. Często podejmowanej przez kilka osób jednocześnie. Jak w innej powieści Reeli Reinaus „Żona dla taty”. To ciepła i zabawna historia o sprawach ważnych. Narratorką jest Kaisa, ma 12 lat i mieszka w Tallinie. Od razu wciąga czytelnika w nurt swojej opowieści. Myślę, że pierwszoosobowa narracja w wykonaniu dorastającej dziewczynki była strzałem w dziesiątkę. Otrzymujemy bowiem dużo zabawnej naiwności i rozbrajającej bezpośredniości. Szczerość, wywołuje uśmiech na twarzy.

Mama Kaisy zmarła dawno, dziewczynka przez wiele lat była tylko z tatą. Teraz trzydziestosiedmioletni architekt uznał, że czas coś zmienić w ich rodzinnym życiu. Dziewczynka również jest otwarta na to, aby ten kobiecy pierwiastek, którego potrzebuje dorastająca nastolatka, znowu pojawił się w ich domu.

Brzmi poważnie? Ale tak nie jest, przynajmniej nie całkiem. Historia osieroconej dziewczynki, która pomaga tacie znaleźć żonę jest opowiedziana bez zadęcia. Wszystkie akcenty zostały mądrze rozłożone. Krzepiąca i  zabawna opowieść pokazuje, jak wypełnić życiową pustkę, bez potoku łez, smutku i patosu. Tylko z nadzieją.

Tata już nie pamięta, jak się randkuje, wiele jego zachowań często odstrasza kobiety. Córka służy pomysłami, wraz z przyjaciółką Merit, która ma spore doświadczenie, dzięki własnej mamie, która nieustannie szuka męża. I oto pojawia się przed nami plejada kobiet o przeróżnych charakterach. Randki taty przeważnie kończą się fiaskiem i wspólnym naradzaniem się z Kaisą, co i czemu poszło nie tak. Przy tym nie trącą dobrego humoru i nadal mocno się wspierają.

Każda z nowo poznanych kobiet wnosi coś do życia dziewczynki i jej ojca. Kształtują się w nich ważne przemyślenia. Kompromisy i próba akceptacji drugiego człowieka – tak, ale bez pomijania własnej podmiotowości. Dążenie do celu – tak, ale nie za wszelką cenę. Nic na siłę. Szczególnie w sprawach ważnych. Często, gdy przestajemy rozpaczliwie o coś zabiegać rozwiązanie przychodzi samo.

Autorka z wyczuciem dobrała kobiece bohaterki, które przewijają się przez życie Kaisi i jej taty. Dzięki nim mogła przemycić do tekstu ważne zagadnienia, jak chociażby kwestię bicia dzieci, egoizmu, narzucania bez sprzeciwu swoich zasad. Te spotkania z różnymi osobowościami wiele mówią bohaterom o tym, kim są i co jest dla nich ważne. Dzięki temu zgodnie będą potrafili przywitać w swoim życiu kobietę, która będzie idealną – mamą i żoną.

Warto zwrócić uwagę na ilustracje. Obie książki ilustrowała Marja Liisa-Plats, estońska artystka, która doskonale wpisała się w charakter obu powieści i wzmocniła przesłanie każdej z nich.

Editress

Spotkanie z samym sobą

Zanim wystygnie kawa / Toshikazu Kawaguchi ; przełożyła Joanna Dżdża. Warszawa : Grupa Wydawnicza Relacja, copyright 2022. – 219, [1] strona ; 21 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Podróż do przeszłości. Bardzo kusząca perspektywa, a może nie? Pewnie każdy z nas przynajmniej raz w życiu myślał o powrocie do dawnego życia i zastanawiał się, co by w nim zmienił. W powieści „Zanim wystygnie kawa” Toshikazu Kawaguchi, w tłumaczeniu Joanny Dżdży, działa kawiarnia, w której taki skok w przeszłość jest możliwy, ale zanim wystygnie kawa, trzeba wrócić do teraźniejszości. Jak szybko stygnie kawa? To zależy, w czym jest podana. Generalnie czasu jest mało, może 20 minut, co można w takim okresie załatwić? Co powiedzieć i komu?

Znamienne jest to, że kawiarnia jest gdzieś w podziemiach, nie ma w niej okien i jest bardzo mała. Niewielu klientów może z niej skorzystać jednocześnie. Dzięki temu bohaterowie są odłączeni od codziennego zgiełku i nic ich nie rozprasza. Mogą usłyszeć samych siebie przy kilku zaledwie świadkach, którzy często służą wsparciem i darzą zrozumieniem. Personel kawiarni i jego klienci tworzą bardzo intymne więzi. Uczestniczą bowiem w niezwykłym momencie życia swoich gości, a nawet bezpośrednio biorą w nim udział. Przedstawiają także dokładnie cały zestaw zasad, które trzeba spełnić, aby szczęśliwie powróć z przeszłości i w ogóle móc się tam przenieść.

Nie mogę zdradzić wszystkich zasad tej podróży w przeszłość, bo zepsułabym całą przyjemność czytania. A jest ich kilka. Nie tylko ten limit czasu, jakim jest stygnąca kawa. Owe obostrzenia często powodują, że klientela rezygnuje z przenosin, bo nie tak je sobie wyobrażała. I pewnie wielu czytelników również. Ale zapewniam, to tylko atut. Nie oczekujcie wrażeń jak z filmu Zemeckisa. To zupełnie nie ta półka. Powieść „Zanim wystygnie kawa” oferuje coś innego. Coś głębszego. To nie jest „rozrywkowa” lektura. Nieraz ściśnie gardło. Towarzyszymy w tych wyjątkowych podróżach parze zakochanych, dwóm siostrom, małżeństwu i matce z córką. Każda z tych historii jest bardzo przejmująca, każda ma swoisty kaliber ciężkości i angażuje całą  feerię uczuć. Najbardziej poruszyła mnie ostatnia podróż, zatytułowana Matka i dziecko. Obraz, który na długo zostanie pod powiekami.

Przede wszystkim, to nie jest opowieść o podróży w czasie, jak to sobie klasycznie wyobrażamy. To opowieść o podróży w głąb siebie. Nietuzinkowa i bardzo przemyślana. Zmuszająca czytelników do przewartościowań, pokazująca, że one są możliwe i bardzo ważne, aby zbudować lepszą przyszłość. Z przeszłości można tylko wyciągnąć wnioski, uczciwe spojrzeć na siebie przez pryzmat zdarzeń i dokonać zmian jedynie w sobie, a nie w tym co było.

Nie podróż w czasie jest tu najważniejsza, ale to co w ludziach dojrzewa, namysł nad najważniejszymi sprawami, jakiego dokonują bohaterowie i ostateczne przeobrażenie siebie w kogoś lepszego. Podróż w przeszłość jest pretekstem, jest wielkim pragnieniem, które pozwala odblokować siebie, rozmrozić skostniałe uczucia, dotrzeć do swojego ja.

„Gdybyś mógł cofnąć się w czasie, z kimś chciałbyś się spotkać”? – zadaje pytanie autor, jako motto swej powieści. To ciekawie zadane pytanie. Zazwyczaj mówimy, “co chciałbyś zmienić?”. Zmiana jest motorem, zmiana w jakiś zdarzeniach, czynach, które chcielibyśmy poprawić lub całkowicie wyrugować z biografii. Tymczasem w powieści „Zanim wystygnie kawa” najważniejsze są relacje i słowa, gesty, które nie mają nic zmienić w przeszłości. Mają jedynie dokonać przemiany serca podróżującego tu i teraz, z myślą o przyszłości.

To zdecydowanie powieść przeciw egoizmowi, który dziś króluje. Bohaterowie składają wzruszające świadectwa najlepiej rozumianego poświęcenia. Powieść afirmująca życie i wdzięczność za nie. Afirmująca miłość, przyjaźń, bezinteresowne oddanie w imię wyższych wartości. Porzucenie głupiego pędu za wygodą i sukcesem, który całkowicie pomija drugiego człowieka.

Wszyscy podróżujący wracają inni, pogodzeni, radośni, mimo, że przeszłość zawiera tragiczne obrazy. Bolesny i nieusuwalny balast. Mimo, że są targani skrajnymi emocjami, wracają spokojni, pewni tego, co dalej robić. Jakie to ważne – mieć pewność, że idzie się właściwą drogą, a z tego co się wydarzyło bierze to, co najlepsze, najbardziej kształtujące i tworzące lepszą przyszłość. Sobie i innym.

Podróż w kawiarni Funiculi Funicula przemienia serce i pozwala zmierzyć się z przeciwnościami losu, z nadzieją, że to wszystko ma sens. Cieszę się już na kontynuację losów kawiarnianych bohaterów w zapowiadanych przez wydawcę Grupę Wydawniczą Relacja „Opowieści z kawiarni”.

Editress

Po całości

Sprawy, na które przyszedł czas / Petra Soukupová ; przełożyła Julia Różewicz. Wydanie I. – Wrocław : Wydawnictwo Afera, 2022. – 369, [4] strony ; 21 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Historia jednego małżeństwa, a może niejednego?  Zdecydowanie. Petra Soukupová nie odkrywa przed nami nowych lądów. Przecież znamy te historie „że żona go nie rozumie, że wcale ze sobą nie śpią…”. „Sprawy, na które przyszedł czas” to zapis stagnacji i rozpadu relacji, czego należało się spodziewać od samego początku. Dlaczego? Małżeństwo bez fundamentów musi runąć. Bez uczucia, przyjaźni, jasnych motywacji nic na trwałe nie da się zbudować.

Generalnie –  jest dość stereotypowo. Poznajemy parę młodych ludzi, który wiążą się ze sobą. Nie widać w tej relacji szczególnej namiętności. Może ona – Alice – jest zakochana, ale szczególnie mocno to nie wybrzmiewa. W zasadzie nie wiem, co ich motywuje do bycia razem. A zatem, czy można oczekiwać związku do grobowej deski?  

On – Richard – przystojny, poukładany, sportowy typ, emocjonalnie chłodny. Pewnie może się podobać, ale kobieta zakochuje się głównie przez uszy. Kolejne lata upływające bez słów „kocham cię”, dobitnie wyartykułowanych, są nie do przejścia. Tymczasem według męskiego punktu widzenia, jeśli kiedyś tam powiedział te „kocham cię” i nie odwołał, to przecież nadal obowiązuje. A poza tym stara się, dba o rodzinę, to chyba wiadomo jak jest. Nic nowego pod słońcem – uprzedzałam.
Pojawiające się kolejno dzieci to dodatkowe zarzewie konfliktów. Ona przy garach, ta dobra i wyrozumiała, on – 12 godzin w pracy, tyrający na rodzinę, tęskniący za swobodą chociaż w weekendy. Znamy. Klasyczna dychotomia – dobra, poświęcająca się mama, czuła, wyrozumiała (czasem zmęczona i poirytowana) i wymagający, nieobecny tata, do tego pedantyczny gbur, skąpy w okazywaniu uczuć.

Mój stosunek do tej powieści jest mocno ambiwalentny. Z jednej strony jest dość przewidywalna – bo czy zaskakuje tragiczny epilog małżeństwa, gdy jego prolog nie jest specjalnie spektakularny emocjonalnie? Z drugiej strony Petra Soukupová wykreowała wyraziste postacie, o których opowiada ze swadą, dobrze manewrując narzędziami narracyjnymi i potoczystością stylu. A to powoduje, że chce się tę opowieść chłonąć. Jest w tym tekście pewna moc, którą podsyca trzecioosobowy, wszechwiedzący narrator, który wypowiada się za każdego bohatera. Mamy zatem kilka punktów widzenia na tę samą sprawę. Widzimy oczyma dzieci i dorosłych. Każdy filtruje przez swoje emocje. Bohaterowie grają ze sobą, podchodzą się nawzajem. Jedna wielka rozgrywka, w której każdy chce coś uszczknąć i być chwilowym zwycięzcą. W tę grę gładko wchodzą dzieci, doskonale wszystko wyczuwając, rozkładają rodziców na łopatki po swojemu. Aż nadto dobrze widać, jakimi przegranymi są dzieci. I można zaklinać rzeczywistość nową jakością – patchworkową rodziną – jednak to zawsze jest dramat. Wyrwanie z bezpiecznego układu rodzinnego nie pozostaje bez konsekwencji i to również Soukupová  zręcznie podkreśliła.

Autorce udało się wydobyć całą esencję codzienności, pokazując również pewien komizm bohaterów. Nie zanurza swoich czetników w rozpaczy. Mamy twarde realia, w których trzeba się znaleźć. Przecież w zasadzie to się może przydarzyć każdemu. „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. Zapewne Alice i Richard mieliby większe szanse, gdyby ich małżeństwo miało solidniejsze podstawy. Ale i tak po tej lekturze pozostaje we mnie niejasne oduczcie, że oni nadal mają szansę. A może się łudzę…

Alice i Richard potrafią dostrzec swoje braki i niedociągnięcia. Ona wie, że mogłaby czasem poskromić język, on, że mógłby dać z siebie więcej.  Jednak te przebłyski refleksji zostają z nimi, bo tkwi w nich niechęć do przyznania się przed partnerem, że faktycznie przekroczyli pewien próg, za którym czai się upadek. Rodzinne zderzenie czołowe zbliża się nieuchronnie.

 „Sprawy, na które przyszedł czas” nie zaskoczą, ale też nie rozczarują czytelnika. Będzie przewidywalnie i znajomo, ale autorka znajduje także swoje indywidualne struny, na których wygrywa własną melodię.

 „…a Richardowi przebiega przez myśl, że chyba naprawdę spieprzył wszystko po całości”. Puenta jest dobitna i nie pozostawia złudzeń. Bohater przegrał, a wraz z nim rodzina. Klasyczna katastrofa małżeńska „po całości”. Być może ta druzgocąca świadomość ruiny jest w stanie ocucić i coś naprawić, stąd moje złudzenia, że Alice i Richard mają jeszcze szansę.

Editress

KSIĄŻKOWY DZIEŃ DZIECKA

Kochane dzieci małe i duże – czasem całkiem dorosłe 🙂 Życzę Wam choć jednej książki, która pomoże Wam żyć! Jeśli jeszcze nie znaleźliście – szukajcie!!!

Każdy coś tam pewnie ma na pechowe puste dni
Jakieś hobby, płytę, psa, stary list
Każdy chowa na ten czas, coś co mu pozwoli żyć…..

(fragment tekstu Andrzeja Mogielnickiego “Pięć minut łez” – piosenka w wykonaniu Haliny Żytkowiak)

Rys. Veroikon/Vi

Dlaczego nie możemy iść w tym samym kierunku?

Sekretne życie Grety O. / Cary Fagan ; przełożyła Maria Jaszczurowska. Kraków : Wydawnictwo Literackie, 2022. – 212, [3] strony : ilustracje ; 21 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Sekretne życie Grety O. / Cary Fagan ; przełożyła Maria Jaszczurowska. Kraków : Wydawnictwo Literackie, 2022. – 212, [3] strony : ilustracje ; 21 cm.

Zacznę od perspektywy. Jako dojrzała czytelniczka, biorąca do ręki powieść dla młodzieży „Sekretne życie Grety O.” Cary Fagana mam wrażenie, że to bardzo udana próba opowiedzenia o nastoletnim dorastaniu, które jest prawdziwym polem bitwy. Walką na wielu frontach – często prowadzoną jednocześnie. Biologia, szkoła, rodzina, rówieśnicy – wszystko szczerzy kły. Sposoby odpowiedzi na te ataki są różne. Autorowi udało się stworzyć nietuzinkowe wersje, pozwalając jednocześnie bohaterom.. być sobą.

Ten bardzo zachowawczy wstęp podyktowany został pod wpływem moich ostatnich przemyśleń, związanych z percepcją literacką i kompetencjami czytelniczymi w sytuacji, gdy dorosły mierzy się z książką dla młodych czytelników. A konkretnie z oczekiwaniami, jakie jej stawia. Nam dorosłym, myślącym o literaturze dla dzieci i młodzieży najczęściej zależy na dydaktyzmie – zbyt nachalnym, oczywistym. Mądre treści, egzemplifikacje, dialogi pełne istotnych życiowych spraw – to główne oczekiwania od powieści obyczajowej. Robi się szkolnie i nienaturalnie. Robi się dorosło. Oczywiście są pisarze, którzy potrafią stworzyć teksty mocno przylegające do dziecięcej rzeczywistości, sami pozostając w pełnej transparentności. I teraz stawiam reflektor punktowy na „Sekretne życie Grety O.” Bo właśnie Cary Fagan idealnie wchodzi w buty swoich bohaterów i… staje się nimi! Postacie pochłaniają autora. On znika. Główny bohater Hartley zdaje się być całkowicie samodzielny, jest sobą. Jest naturalny. Nie jest podszyty dorosłym autorem, który czasem może przebijać przez postać – właśnie w tym nachlanym dydaktyzmie, w topornych dialogach, które mają tryskać mądrością ponad wiek. Tymczasem Hartley jest bystry, „uszyty” na swoje trzynaście lat. Ma inteligentne poczucie humoru, dużo dystansu do siebie i ciągle jest chłopcem.

Czytając tę powieść, czułam się, jakby faktycznie napisał ją nastolatek (tym bardziej, że jest on pierwszoosobowym narratorem, bezpośrednio zwracającym się do czytelnika). Język, kreacja świata przedstawionego, jego percepcja i emocje – są skrojone na miarę młodego bohatera. Choć seria doświadczeń, które na niego spadają jest bardzo wymagająca. I tu konstruuje się największa wartość tej opowieści.

Brat  Hatleya – Jackson – z niewiadomych powodów ucieka z domu. Zostawia siostrę bliźniaczkę, która szczególnie dotkliwie odczuwa jego brak. Przewraca do góry nogami całe życie rodziny, która musi zbudować codzienność na nowo. To wielki trud, który stopniowo się udaje. Obok funkcjonują znajomi, przyjaciele, którzy nie zawsze umieją się znaleźć w dramatycznych sytuacjach. Niektórzy wręcz ponoszą moralnie sromotną porażkę. Ale nie tylko Hartley i jego rodzina przeżywa dramaty i rozczarowania. Gdzieś tam jest mocno osamotniona tajemnicza Greta O., która wysyła swoje SOS. Znajduje swój pomysł na komunikację ze światem. Podrzuca w różnych miejscach miasta nietuzinkowe pocztówki – kolaże z przesłaniem. Tak rozmawia z nieznajomymi. Nie wie nawet, czy celowo zgubione papierowe rękodzieło kogokolwiek zainteresuje. Widać jednak wyraźnie, że każdy człowiek, potrzebujący pomocy, wysyła sygnał. Czasem bardzo wyraźny – jak ucieczka z domu, czasem niezwykle dyskretny, jak porzucona pocztówka, z zastanawiającym tekstem i autorskimi inicjałami. Kto się na nią złapie? Kto będzie chciał drążyć dalej? I czy przyniesie to dobre efekty?

Mimo iż Hartley jest narratorem tej historii, nie powiedziałabym, że jest również protagonistą. W moim odczuciu każdy bohater jest w tym tekście ważny. Faganowi udało się każdą postać dowartościować, nobilitować jej bolączki. Trudno tu kogoś pomniejszyć, zlekceważyć, oddalić. Wszyscy są potrzebni, każdy wnosi coś istotnego, razem budują powieściowy świat. Widać tę wyjątkową sieć połączeń, przy jednoczesnej niesamowitej konfrontacji postaw, typów osobowość, które idą w przeciwnych kierunkach. Zawsze są jednak te momenty mijania się, w których możemy próbować się zatrzymać i wesprzeć. Tak się właśnie dzieje, gdy Hartley spotka na swojej drodze ślady Gerty O. Wnika w tajemniczy świat nieznanej osoby i na chwilę może porzucić swoje troski. Zadumać się nad treścią numerowanych pocztówek, które pragnie skolekcjonować, żeby odczytać coś więcej.

“Sekretne życie Grety O., nie zafunduje młodemu czytelnikowi idealnego świata z prostymi rozwiązaniami, ale na pewno ożywi i kto wie, może zainspiruje. Pocztówki-kolaże są bardzo pomysłowe i na swój ciekawy sposób otwierające na innych. Dla Gerty to nie tylko arteterapia, ale szansa na rozwiązanie problemów jej introwertycznego świata.

Na jednej z pocztówek Greta O. pyta: „Dlaczego nie możemy iść w tym samym kierunku?” Mnie się zdaje, że wcale nie musimy. Każdy ma swój życiowy kierunek, cel, czasem warto z niego zboczyć, żeby pomóc innemu. Zatrzymać się. Przecież nie musimy iść w tym samym kierunku, aby się rozumieć. Ważne, żeby mijając się – nie ominąć się, ale podać sobie rękę, jeśli sytuacja tego wymaga. Wysłać sobie sygnał, dobre słowo, odrobinę przejaśniającej radości. W samej powieści tych przejaśnień nie brakuje, a humor w niej zawarty jest smakowitą wisienką na torcie, który miejscami bywa słony, a nawet gorzki.

„Zrozumiałam, że nigdy nie wiesz, co będzie dalej” – pisze Greta na dziewiątej, prawdopodobnie ostatniej pocztówce. Zostawia nam sygnał pełen nadziei. Wszystko przed bohaterami jest otwarte, szczególnie, gdy ma się naście lat.

Editress

Czytanie na trawie, czyli majówka z książką!

Jeśli majówka ma być udana, należy koniecznie znaleźć dobrą lekturę. Na czytanie każda chwila jest dobra – a maj wprost doskonały – “gdy wszystko kwitnie i eksploduje w nas” (jak śpiewa zespół T.LOVE :), w piosence może niezbyt optymistycznej, ale pełnej wolności 🙂 ).

A miejsce? Również każde jest dobre, ale tym razem polecam na trawie 😉 Co warto zabrać na majowe czytanie?

Moje typy w kilku zdaniach, dla rozsmakowania:

“Spacerujący z książkami”/Carsten Henn wyd. Marginesy

Dla wszystkich, którzy kochają książki o książkach. Dla tych, którzy kochają księgarnie, starannie opakowane książki dla klienta – na wynos…. Cudowna książkowa atmosfera, nietuzinkowe postacie. Książki, które łączą i zmieniają życie, jeśli tylko trafią we właściwe ręce. To, co czytamy, wiele mówi o nas samych, choć czasem może się okazać, że są obok nas książki, które mogłyby lepiej pokierować naszym życiem, ale o tym nie wiemy. Życie pełne jest nieoczywistości. Może się też zdarzyć księgarz, który książek nie lubi – koszmar! Główny bohater, jednak, jest kwintesencją księgarza i zaprasza na wspaniały spacer z miłą przyjaciółką w żółtym płaszczyku. Będzie wzruszająco i mądrze.

Fot. Dom Książki/Editress

Ślepa kuchnia. Jedzenie i ideologia w PRL/ Monika Milewska wyd. PIW

Wyjątkowa podróż w czasy PRL. Wielka praca autorki, która wieloaspektowo ujęła temat jedzenia i towarzyszącej mu ideologii, która zatruwała w zasadzie wszystko. Codzienność w słusznie minionym systemie przeraża i bawi, bo i humorystycznych wątków nie zabraknie – jakoś trzeba było radzić sobie z permanentnymi brakami. Kartki, spekulacja i mnóstwo innych zagadnień, które lewo mieszczą się w “ślepej kuchni”. Potężna monografia, którą czyta się z wypiekami. Znakomicie napisana, erudycyjna wyprawa w epokę (na szczęście!!), która staje się coraz odleglejsza, ale wciąż wymaga omówień.

Sekretne życie Grety O./ Cary Fagan wyd. Wydawnictwo Literackie

Od pierwszych zdań uderza wyjątkowy język, płynny, delikatny, precyzyjny wciągający bez reszty. Postacie, które szukają równowagi i możliwości odbudowania siebie po dramatycznych historiach, które rzutują na codzienne życie. Tajemnice, sekrety i piękne ręcznie robione pocztówki, które mają swoje przesłane, a znaleźć je można w zupełnie nieoczekiwanych miejscach. Książka dla młodzieży, ale dorosły również może sięgnąć – bez rozczarowań.

Fot. Dom Książki/Edittess

Ukochane równanie profesora/Yōko Ogawa wyd. Tajfuny

Piękna opowieść o tym, jak się buduje relacje. Jak delikatna to materia, tkana z niepewnych nici. Misterne i wymagające odpowiedniego podejścia rozmowy i gesty. Spotkanie z drugim człowiekiem jest zawsze kształtujące i wymagające – czasem rezygnacji z samego siebie. Zawsze jednak zyskuje się coś nowego.
Delikatność i empatia, swego rodzaju prostota otacza bohaterów tej niesamowitej książki. Bywa pięknie i precyzyjnie jak w matematycznych wzorach. Patrzenie na świat przez liczby może być bardzo pomocne w odkrywaniu innych i tajemnic wszechświata. A przecież każdy z nas to inny wszechświat.

cykl Lustrzanna/Christelle Dabos wyd. Entliczek

Cztery tomy o niesamowitych światach i losach niezwykłych postaci. Cykl dla młodzieży i dorosłych. Doskonała reprezentacja steampunku w literaturze. Każdy, kto lubi parę, maszyny i świat pełen magii będzie miał prawdziwą ucztę. Książki pełne niesamowitości, miłości, nienawiści i podstępów. Działają niesamowicie na wyobraźnię. Trudno dziś w literaturze o oryginalność – tutaj znajdzie się jej sporo.

Udanych literackich wypraw!

Editress

Kurzołek, czyli dobry pył wspomnień

Tilda i kurzołek / Andrus Kivirähk ; ilustrowała Joanna Bartosik ; z języka estońskiego przełożyła Anna Michalczuk-Podlecki. Tytuł oryginału: Tilda ja tolmuningel, 2018 Piaseczno : Wydawnictwo Widnokrąg, 2021. 146, [6] stron : ilustracje ; 23 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

W literaturze coraz trudniej o oryginalność. Praktycznie wszystko już było. W twórczości dla dzieci jeszcze trudniej. Co dziś przemówi do współczesnych dzieci? Jak opowiadać świat i jego problemy? Innymi środkami, konceptami, postaciami? To istotnie wielkie wyzwanie stojące przed twórcami. Zdaje mi się jednak, że wielka ekwilibrystyka nie jest potrzebna, bo można ostatecznie przekombinować. Co jest zatem niezbędne? To, co od wieków – wyobraźnia, mądrość i talent do ich literackiego przełożenia. Ot, tylko tyle 🙂 (żart!)

Dlaczego pozwalam sobie na taki wstęp? Otóż, to zasługa estońskiego pisarza, Andrusa Kivirähka, który swoją opowieścią o Tildzie i kurzołku, wywołał we mnie namysł nad tym, jak w zasadzie prostymi środkami, nietuzinkową postacią i czytelnymi sytuacjami można opowiedzieć dzieciom o sprawach skomplikowanych, problemach filozoficznych, czasem zupełnie abstrakcyjnych. Bo jak sprawnie i obrazowo opowiedzieć o własnej tożsamości – czym w ogóle jest tożsamość – dziedzictwo pokoleń? Jak to jest biec w rodzinnej sztafecie potomków, nieść ich spadek w naszej krwi i genach? Czym są nagłe, zaskakujące wspomnienia? Zakorzenienie w przeszłości, które może nam pomóc odnaleźć swoją rolę w życiu? I wreszcie, jak poradzić sobie z przemijaniem?

Zachwycająco opowiedział o tym Andrus Kivirähk w „Tildzie i kurzołku”, po którą powinien sięgnąć także dorosły czytelnik. Zapewniam, że nie dozna zawodu. Ilustracje Joanny Bartosik są również wielką przyjemnością dla oka, także dorosłego. Tytułowy kurzołek zyskał bardzo atrakcyjną postać fizyczną. Budzi sympatię, którą budzić powinien. Ilustratorka “wrysowała” się w intencje autora.

Wokół nas tańczy kurz i pył pełen wspomnień, ludzkich zjaw i ich historii. Przenika nas i prowadzi, bo przecież wszystko na tym świecie w proch i pył się obraca. Ale w baśni owy kurz może przyjąć nieoczekiwaną formę. Uroczego kurzołka, który wirując obok ludzkich nosów, po jednym kichnięciu, przypomni o tym, co zapomniane, co zakopane w przeszłości. Tilda nie pamięta zmarłego taty, Lucas nie umie się odnaleźć w życiu, panna Wilhelmina nie rozumie siebie i swoich życiowych wyborów, a inni jeszcze pragną zakopać przeszłość głęboko na dnie duszy. Kurzołek na to nie pozwoli. Pojawia się nagle jak miłe wspomnienie, które wywołuje uśmiech na twarzy. Przypomina zapomniane obrazy, odgrzebuje przeszłość i naprawia. Łata dziury w pamięci, które nie pozwalają ruszyć do przodu. Nagle postacie odkrywają spadek swoich bliskich, swoją tożsamość. Stają się pełniejsi i pewniejsi siebie, bo już wiedzą, co determinuje ich los. Czemu Lucas lubi czytać książki i wchodzić w buty powieściowych bohaterów? Czemu Kych wyróżnia się wyglądem i specyficznym smakiem? A panna Wilhelmina zbiera serwetki, poduszki i szmaciane dywaniki? Na wszystko znajdzie odpowiedź kurzołek i będzie to seria zaskakujących odkryć, przełomowych zdarzeń, które sprawią wiele radości. Bo „Tilda i kurzołek” to pogodna opowieść, mimo że czasem dotyka bardzo delikatnych strun. Szczególnie przypadek Tildy jest z tych wrażliwych. Jednak autor wspaniale prowadzi swoją opowieść. Udało mu się stworzyć naprawdę niezwykłą fabułę o sprawach najważniejszych bez smutku i rozżalenia.

Kurzowi nic nie może się stać, bo istniał od początków świata i będzie istnieć do końca czasów. Bo wszystko, co ginie, obraca się w pył i kurz. A kurz i pył są wieczne.

A co dzieje się z tymi, którzy boją się pyłu wspomnień, a nawet chcą je odebrać innym? Obracają się w proch niepamięci, jak jedyny w „Tildzie i kurzołku” szwarccharakter Abel Ragnardon, który pragnie świata bez drobiny kurzu, bez kurzołków, czyli dobrego pyłu wspomnień.  

Przyznaję, że dzięki tłumaczce tej opowieści, Annie Michalczuk-Podlecki, jednej z trzech tłumaczy języka estońskiego w Polsce, odkrywam literaturę tego bałtyckiego kraju z wielkim zaciekawieniem. „Tilda i kurzołek” to dobry początek, bo Andrus Kivirähk to również autor powieści dla dorosłych, na przykład wydanych w zeszłym roku „Listopadowych porzeczek”, które robią oszałamiające wrażenie. Warto po nie sięgnąć.

Wracając do „Tildy i kurzołka”, opowieść ta przywołała mi w pamięci piosenkę Przemysława Gintrowskiego „Tylko kołysanka”… i tych kilka wersów:

Jutro zbudzisz dzień
Jutro ja twój cień
Będę wszędzie wszędzie będę
Nawet gdy mnie już nie będzie…

Ale proszę nie mieć obaw, jak już wspomniałam, „Tilda i kurzołek” to nie jest smutna historia. Przeciwnie. Jest pełna optymizmu i tańczących w słońcu kurzołków, ale nie każdy może je zobaczyć. Jednak one są. Składają się z wszystkich i wszystkiego, co było…

Editress