Archiwum kategorii: Literatura dla dzieci

Z pierwszego na drugie?

Siostrzyczka / Izabella Klebańska. Łodź : Wydawnictwo Literatura, 2022
165, [3] strony : ilustracje ; 21 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Utrata pierwszego miejsca na podium jest zawsze bolesna. Jak każda deklasacja, nawet ta pozorna. Takiej bowiem doświadcza Mela, bohaterka powieści Izabelli Klebańskiej „Siostrzyczka”. Jak dojrzewać do bycia starszą siostrą? To trudne zadanie. Autorka prezentuje ciekawe i nietuzinkowe spojrzenie na problem, który zapewne dotyka wielu młodych ludzi, nastolatków (jedynaków), którzy nagle dowiadują się, że będą mieli rodzeństwo. Problem dystansu wiekowego jest w tej powieści bardzo ważny. Dotychczasowy, znany świat, codzienność ulegają znaczącym przemianom. Tak w sferze prozaicznych życiowych spraw, jak również, a może przede wszystkim, w emocjonalnym świecie młodego człowieka.

Rodzi się niepewność, poczucie utraty pozycji w rodzinie, lęk o uczucia rodziców. To, co przez wiele lat było poukładane w rodzinnych relacjach, będzie podlegało przewartościowaniu, zmianom. Dla głównej bohaterki Meli jest to podwójnie trudny czas, ponieważ jako dwunastoletnia dziewczynka, wchodzi w okres dojrzewania. Powstaje tym samym prawdziwy kołowrotek uczuć, który autorce udało się doskonale oddać. Emocje w tym tekście są bardzo dobrze „wygrane” i podkreślone. Widzimy je z wielu stron, są ukazane przez pryzmat postaci dojrzałych i tych młodszych.

Mela otrzymuje dużo wsparcia, ma szansę na mądre rozmowy, które rozjaśniają obawy, lęki, choć oczywiście nie do końca. Przychodzi moment kryzysu, który dla fabuły i bohaterów stanie się katarktyczny. Moment skrajnego napięcia, kumulacji emocji, które wybuchają z mocą!

Mela jest inteligentną, bystrą, utalentowaną artystycznie nastolatką. Odnosi sukcesy w szkole muzycznej, ma również osiągnięcia plastyczne. Pojawiają się pierwsze dojrzałe pytania o to, co właściwe chciałaby robić? Grać, czy malować? Podejmuje ostatecznie bardzo odważną decyzję. Bohaterka dojrzewa na naszych oczach. Ale nie jest w tym sama.

Autorka dała Meli solidny świat. Ma opiekuńczych dziadków, którzy wspierają i oferują pomoc w trudnych chwilach. Rodziców, którzy rozumieją jej obawy. Zrządzeniem losu otrzymuje również przyjaciół w postaci wielodzietnej rodzinny Wiśniewskich, która pomaga dziewczynce w nowej sytuacji. Melania uczy się od nich bycia starszą siostrą. Przy okazji dostrzega, że każda rodzina ma swoje problemy i relacje rodzeństwa bywają trudne, nie da się uniknąć zgrzytów. Należy to wpisać w rodzinny bilans i zaakceptować. To normalne. Każdy na dnie duszy chowa tajemnice, trudne uczucia, o których głośno nie mówi – to również etap, dzięki któremu człowiek dojrzewa. Mela przekonuje się, że wiele osób z jej otoczenia – najbliżsi i znajomi mają swoje sekrety, ciężkie przeżycia, które rzutują na ich zachowania. Ta świadomość przynosi dziewczynce ulgę i stanowi kolejny stopień wtajemniczenia w dorosłość. Złe uczucia wobec rodzeństwa zdarzają się nawet w najlepszej rodzinie. Trzeba o tym rozmawiać.

Mela, w przypływie emocji potrafi otwarcie i dostanie wyartykułować, co ją boli. Jednak często zbyt mocno i nie zawsze w odpowiedniej chwili, co zbudza zdziwienie bliskich. Zbyt długo przenoszone emocje bywają trujące. Stąd pojawiają się pierwsze rysy w relacjach z mamą. Mama, która została obarczona obowiązkami związanymi z opieką nad młodszym dzieckiem, istotnie nie ma tyle czasu i siły, aby wszystkiemu sprostać, tym bardziej że młodsza córka choruje. Urodzona jako wcześniak, ma kłopoty często obecne u dzieci urodzonych za wcześnie. Mała Hela „zabiera” dużej Meli czas, uwagę, a nawet dzień urodzin – dziewczynka rodzi się dokładnie w tym samym dniu, co starsza siostra. Odtąd będą musiały świętować razem.

W powieści pada wiele mądrych słów, spostrzeżeń, które oswajają z nową rzeczywistością. Wartością jest również to, że dorośli nie ukrywają własnych doświadczeń z przeszłości – zwłaszcza dziadkowie i ciocia bohaterki. Korzystają z nich jak ze swoistego egzemplum, aby dodać dziewczynce otuchy i pokazać pewną powtarzalność zdarzeń. Problemy miał i ma każdy, szczególnie w relacjach międzyludzkich – w tym te z rodzeństwem i rodzicami. Wszystko jednak da się przezwyciężyć w dobrym domu. A Mela taki dom ma. Miejsce, w którym można dojrzewać, rozwijać się i nabierać mądrości życiowej.

„Siostrzyczka” Izabelli Klebańskiej bez wątpienia porusza ważny problem, o którym mało się mówi, mam wrażenie, że stanowi swego rodzaju tabu. Cieszę się, że taki głos pojawia się w polskiej literaturze dla dzieci. Być może będzie to powieść dająca wiele otuchy i wsparcia młodym ludziom, którzy nagle stali się starszym rodzeństwem i mają nową, ważną rolę w życiu.

Editress

Nie tylko Kopernik!

Akademia superbohaterów / Tomasz Rożek ; ilustracje: Marek Oleksicki. Gierałtowice : Fundacja Nauka. To Lubię, copyright 2021. 144 strony : ilustracje ; 16×23 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Rok szkolny rozhulał się na dobre, pomyślałam zatem, że warto przyjrzeć się wyjątkowej publikacji, która może mieć swoje praktyczne zastosowanie w nauce, ale i stać się inspiracją  dla tych, którzy czują miętę szczególnie do przedmiotów ścisłych. Ale! „Akademia superbohaterów” – bo o niej mowa, autorstwa Tomasza Rożka, to lektura nie tylko dla młodego czytelnika, również dorośli z pewnością uzupełnią swoją wiedzę i wpadną w zdumienie niejeden raz, czytając te fascynujące życiorysy polskich naukowców.

Od lat jestem pod wrażeniem działalności doktora Tomasza Rożka, który interesująco i przystępnie popularyzuje naukę.  Kanał na YouTubie Nauka.To lubię, odwiedzam nader często, zawsze w wielkim pożytkiem. (W pracy redaktora, wiedza z różnych dziedzin jest bardzo przydana :)). Od 2020 roku Tomasz Rożek prowadzi fundację, która edukuje, ale także przyznaje granty dla młodych naukowców. A mamy ich w Polsce naprawdę wielu i już teraz mogą się pochwalić niezwykłymi dokonaniami. Może i oni – oby! – „zasilą” akademię naukowych superbohaterów w przyszłości? 

Tymczasem możemy podziwiać dokonania polskich naukowców w unikatowej „Akademii superbohaterów” Tomasza Rożka. To nie pierwsza propozycja książkowa dla młodego czytelnika,  autor ma na swoim koncie takie popularyzatorskie bestsellery jak „Kosmos”, „Człowiek” czy „Nauka. To Lubię”. Ciągłe wznowienia świadczą o potrzebach rynku i jakości tych tytułów, które tak chętnie są czytane.

Pod koniec każdego roku polscy posłowie wybierają patronów na nadchodzący rok.  Są wśród nich ludzie nauki. W 2022 roku patronował Ignacy Łukasiewicz, w 2023 roku patronem będzie między innymi Paweł Strzelecki. Sylwetki obu panów można zaleźć w „Akademii…”, ponadto 30 innych życiorysów. Te kompendium naukowych gigantów zachwyca edytorsko. Na uwagę zdecydowanie zasługuje opracowanie graficzne. Absolutnie rewelacyjne ilustracje Marka Oleksickiego, który stworzył prawdziwych superbohaterów, tworzą kompletne edytorskie dzieło, które pracuje w głowie na wielu poziomach. Zachwycająca Wilhelmina Iwanowska, prawdziwa kosmiczna superwoman, „atomowy” Stanisław Ulam, czy pancerny Kazimierz Żegleń już zawsze będą mieli w mojej wyobraźni postać nadaną im przez Marka Oleksickiego 🙂

Nie tylko Kopernik, nie tylko Skłodowska-Curie, a przecież głównie te nazwiska padają, gdy myślimy o wielkich polskich naukowcach. Słusznie, ten duet otwiera właśnie „Akademię superbohaterów”, ale warto skupić się na  tych mniej spopularyzowanych,  których osiągnięcia również były fundamentalne dla świata nauki, a o których Tomasz Rożek pisze z pasją. Przyznaję, że niektóre biografie czytałam z wypiekami.

Przedstawieni naukowcy często wyprzedzali swoją epokę, działali w niesprzyjających czasach –  zabory, wojna, lata komunizmu – to wszystko rzutowało na ich życiorysy. Na wielu biografiach odciska się trudna polska historia. Nadto autor pokazuje, że droga naukowa często wiedzie pod górkę. Bieda, brak zrozumienia, brak sprzyjających okoliczności, a nawet trudności w szkole – nie ułatwiają drogi na szczyt. Czasem droga do naukowej kariery staje się dziełem przypadku… Mieczysław Bekker, znajdując podczas sprzątania książkę z astronomii, pewnie nie myślał, że wyśle łazika na Księżyc. Hilary Koprowski, znakomity muzyk, pewnie nie przewidział, że przypadkowe spotkanie z kolegą na plaży w Rio de Janeiro otworzy nową drogę w jego życiu, dzięki czemu mamy dziś szczepionkę na polio.

Otwarty umysł może wiele. Bo czy w XVII wieku można było myśleć o misjach rakietowych na Księżyc? Kazimierz Siemienowicz dowodzi, że można było. Artylerzysta w armii króla Władysława IV Wazy, inżynier rakietowy, autor kompletnego podręcznika artylerii, z którego korzystano w całej Europie przez ponad 200 lat, wymyślił i opisał w swoim podręczniku rakietę trzystopniową, jak żywo przypominającą rakiety kosmiczne używane w misjach załogowych Apollo.

Jan Szczepanik, prawdziwy  „kolorysta”, nazywany  Leonardem da Vinci z Galicji, tworzy telektroskop – urządzenie do przesyłania obrazów i dźwięku, gdy o telewizji jeszcze nikt nie śnił. Budował kamery filmowe, projektory kinowe, miał wielkie osiągnięcia w barwnej fotografii. Albo Stefan Drzewiecki,  polski Kapitan Nemo, zbudował pierwszy okręt podwodny. A każdy taksówkarz, dzięki jego wynalazkowi, może policzyć, ile kilometrów przejechał i wystawić nam rachunek. Oby nie przyprawił o wzrost adrenaliny, którą odkrył Napoleon Cybulski. Zawsze można się jednak pokrzepić witaminami, które “wybadał” Kazimierz Funk.

Feria wynalazków i burzliwe koleje losów polskich naukowców mogą stanowić kanwę kilku dobrych filmów fabularnych. A w rolach głównych nie tylko mężczyźni. Czas na kobiety. W „Akademii…” mamy sześć superbohaterek. W jakimś komentarzu przeczytałam, że Tomasz Rożek nie zachował parytetów :). Cóż, może dlatego, że nie mógł sobie wymyślać bohaterek, a realnych kobiet-naukowców nie było zbyt wiele. A nawet te, które prezentuje, również nie miały lekko – jak Maria Czaplicka, czy fascynująca Magdalena Bendzisławska, w męskim zawodzie chirurga, w kopalni soli w Wieliczce. Nie mówiąc o Marii Skłodowskiej-Curie, której spektakularny sukces naukowy nie uchronił przed potyczkami z męskim światem naukowym.

Tymczasem kobiety wnoszą coś ekstra. Na przykładzie Zofii Kielan-Jaworowskiej – paleontolog – możemy zobaczyć, jak ważna jest naukowa intuicja, która przynosi badaczce i jej współpracownikom wielki sukces podczas wyprawy na Pustynię Gobi.

Do kobiecej szóstki, zaprezentowanej w „Akademii…” należy także Hanna Hirszfeldowa, działająca w tandemie z mężem, odnosiła sukcesy w badaniu chorób dziecięcych, a jej najważniejsze osiągniecie to badania nad grupami krwi i ich oznaczaniu. No i wspomniana wcześniej superwoman – Wilhelmina Iwanowska, która znacząco „poszerzyła” nam wszechświat.

Zapewniam, że lektura „Akademii superbohaterów” mocno poszerza wiedzę i często zadziwia, uświadamia, jak wielu wspaniałych naukowców mieliśmy. Jak wielu z nich stało w kolejce do Nobla, niestety zbyt długo i bez powodzenia. Warto o nich wiedzieć więcej i dumnie promować.

„Akademia superbohaterów” to bardzo przemyślany projekt, uzupełniony także o grę karcianą, koszulki, plakaty, które składają się na prawdziwą markę. A to jeszcze nie koniec – ponieważ autor daje nadzieję na książkową kontynuację… Liczę, że już niebawem kolejne sylwetki polskich naukowców w opracowaniu Tomasza Rożka, udowodnią, że “superbohaterowie to nie postacie z bajki” – jak pisze autor.

Editress

Dlaczego nie możemy iść w tym samym kierunku?

Sekretne życie Grety O. / Cary Fagan ; przełożyła Maria Jaszczurowska. Kraków : Wydawnictwo Literackie, 2022. – 212, [3] strony : ilustracje ; 21 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Sekretne życie Grety O. / Cary Fagan ; przełożyła Maria Jaszczurowska. Kraków : Wydawnictwo Literackie, 2022. – 212, [3] strony : ilustracje ; 21 cm.

Zacznę od perspektywy. Jako dojrzała czytelniczka, biorąca do ręki powieść dla młodzieży „Sekretne życie Grety O.” Cary Fagana mam wrażenie, że to bardzo udana próba opowiedzenia o nastoletnim dorastaniu, które jest prawdziwym polem bitwy. Walką na wielu frontach – często prowadzoną jednocześnie. Biologia, szkoła, rodzina, rówieśnicy – wszystko szczerzy kły. Sposoby odpowiedzi na te ataki są różne. Autorowi udało się stworzyć nietuzinkowe wersje, pozwalając jednocześnie bohaterom.. być sobą.

Ten bardzo zachowawczy wstęp podyktowany został pod wpływem moich ostatnich przemyśleń, związanych z percepcją literacką i kompetencjami czytelniczymi w sytuacji, gdy dorosły mierzy się z książką dla młodych czytelników. A konkretnie z oczekiwaniami, jakie jej stawia. Nam dorosłym, myślącym o literaturze dla dzieci i młodzieży najczęściej zależy na dydaktyzmie – zbyt nachalnym, oczywistym. Mądre treści, egzemplifikacje, dialogi pełne istotnych życiowych spraw – to główne oczekiwania od powieści obyczajowej. Robi się szkolnie i nienaturalnie. Robi się dorosło. Oczywiście są pisarze, którzy potrafią stworzyć teksty mocno przylegające do dziecięcej rzeczywistości, sami pozostając w pełnej transparentności. I teraz stawiam reflektor punktowy na „Sekretne życie Grety O.” Bo właśnie Cary Fagan idealnie wchodzi w buty swoich bohaterów i… staje się nimi! Postacie pochłaniają autora. On znika. Główny bohater Hartley zdaje się być całkowicie samodzielny, jest sobą. Jest naturalny. Nie jest podszyty dorosłym autorem, który czasem może przebijać przez postać – właśnie w tym nachlanym dydaktyzmie, w topornych dialogach, które mają tryskać mądrością ponad wiek. Tymczasem Hartley jest bystry, „uszyty” na swoje trzynaście lat. Ma inteligentne poczucie humoru, dużo dystansu do siebie i ciągle jest chłopcem.

Czytając tę powieść, czułam się, jakby faktycznie napisał ją nastolatek (tym bardziej, że jest on pierwszoosobowym narratorem, bezpośrednio zwracającym się do czytelnika). Język, kreacja świata przedstawionego, jego percepcja i emocje – są skrojone na miarę młodego bohatera. Choć seria doświadczeń, które na niego spadają jest bardzo wymagająca. I tu konstruuje się największa wartość tej opowieści.

Brat  Hatleya – Jackson – z niewiadomych powodów ucieka z domu. Zostawia siostrę bliźniaczkę, która szczególnie dotkliwie odczuwa jego brak. Przewraca do góry nogami całe życie rodziny, która musi zbudować codzienność na nowo. To wielki trud, który stopniowo się udaje. Obok funkcjonują znajomi, przyjaciele, którzy nie zawsze umieją się znaleźć w dramatycznych sytuacjach. Niektórzy wręcz ponoszą moralnie sromotną porażkę. Ale nie tylko Hartley i jego rodzina przeżywa dramaty i rozczarowania. Gdzieś tam jest mocno osamotniona tajemnicza Greta O., która wysyła swoje SOS. Znajduje swój pomysł na komunikację ze światem. Podrzuca w różnych miejscach miasta nietuzinkowe pocztówki – kolaże z przesłaniem. Tak rozmawia z nieznajomymi. Nie wie nawet, czy celowo zgubione papierowe rękodzieło kogokolwiek zainteresuje. Widać jednak wyraźnie, że każdy człowiek, potrzebujący pomocy, wysyła sygnał. Czasem bardzo wyraźny – jak ucieczka z domu, czasem niezwykle dyskretny, jak porzucona pocztówka, z zastanawiającym tekstem i autorskimi inicjałami. Kto się na nią złapie? Kto będzie chciał drążyć dalej? I czy przyniesie to dobre efekty?

Mimo iż Hartley jest narratorem tej historii, nie powiedziałabym, że jest również protagonistą. W moim odczuciu każdy bohater jest w tym tekście ważny. Faganowi udało się każdą postać dowartościować, nobilitować jej bolączki. Trudno tu kogoś pomniejszyć, zlekceważyć, oddalić. Wszyscy są potrzebni, każdy wnosi coś istotnego, razem budują powieściowy świat. Widać tę wyjątkową sieć połączeń, przy jednoczesnej niesamowitej konfrontacji postaw, typów osobowość, które idą w przeciwnych kierunkach. Zawsze są jednak te momenty mijania się, w których możemy próbować się zatrzymać i wesprzeć. Tak się właśnie dzieje, gdy Hartley spotka na swojej drodze ślady Gerty O. Wnika w tajemniczy świat nieznanej osoby i na chwilę może porzucić swoje troski. Zadumać się nad treścią numerowanych pocztówek, które pragnie skolekcjonować, żeby odczytać coś więcej.

“Sekretne życie Grety O., nie zafunduje młodemu czytelnikowi idealnego świata z prostymi rozwiązaniami, ale na pewno ożywi i kto wie, może zainspiruje. Pocztówki-kolaże są bardzo pomysłowe i na swój ciekawy sposób otwierające na innych. Dla Gerty to nie tylko arteterapia, ale szansa na rozwiązanie problemów jej introwertycznego świata.

Na jednej z pocztówek Greta O. pyta: „Dlaczego nie możemy iść w tym samym kierunku?” Mnie się zdaje, że wcale nie musimy. Każdy ma swój życiowy kierunek, cel, czasem warto z niego zboczyć, żeby pomóc innemu. Zatrzymać się. Przecież nie musimy iść w tym samym kierunku, aby się rozumieć. Ważne, żeby mijając się – nie ominąć się, ale podać sobie rękę, jeśli sytuacja tego wymaga. Wysłać sobie sygnał, dobre słowo, odrobinę przejaśniającej radości. W samej powieści tych przejaśnień nie brakuje, a humor w niej zawarty jest smakowitą wisienką na torcie, który miejscami bywa słony, a nawet gorzki.

„Zrozumiałam, że nigdy nie wiesz, co będzie dalej” – pisze Greta na dziewiątej, prawdopodobnie ostatniej pocztówce. Zostawia nam sygnał pełen nadziei. Wszystko przed bohaterami jest otwarte, szczególnie, gdy ma się naście lat.

Editress

Kurzołek, czyli dobry pył wspomnień

Tilda i kurzołek / Andrus Kivirähk ; ilustrowała Joanna Bartosik ; z języka estońskiego przełożyła Anna Michalczuk-Podlecki. Tytuł oryginału: Tilda ja tolmuningel, 2018 Piaseczno : Wydawnictwo Widnokrąg, 2021. 146, [6] stron : ilustracje ; 23 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

W literaturze coraz trudniej o oryginalność. Praktycznie wszystko już było. W twórczości dla dzieci jeszcze trudniej. Co dziś przemówi do współczesnych dzieci? Jak opowiadać świat i jego problemy? Innymi środkami, konceptami, postaciami? To istotnie wielkie wyzwanie stojące przed twórcami. Zdaje mi się jednak, że wielka ekwilibrystyka nie jest potrzebna, bo można ostatecznie przekombinować. Co jest zatem niezbędne? To, co od wieków – wyobraźnia, mądrość i talent do ich literackiego przełożenia. Ot, tylko tyle 🙂 (żart!)

Dlaczego pozwalam sobie na taki wstęp? Otóż, to zasługa estońskiego pisarza, Andrusa Kivirähka, który swoją opowieścią o Tildzie i kurzołku, wywołał we mnie namysł nad tym, jak w zasadzie prostymi środkami, nietuzinkową postacią i czytelnymi sytuacjami można opowiedzieć dzieciom o sprawach skomplikowanych, problemach filozoficznych, czasem zupełnie abstrakcyjnych. Bo jak sprawnie i obrazowo opowiedzieć o własnej tożsamości – czym w ogóle jest tożsamość – dziedzictwo pokoleń? Jak to jest biec w rodzinnej sztafecie potomków, nieść ich spadek w naszej krwi i genach? Czym są nagłe, zaskakujące wspomnienia? Zakorzenienie w przeszłości, które może nam pomóc odnaleźć swoją rolę w życiu? I wreszcie, jak poradzić sobie z przemijaniem?

Zachwycająco opowiedział o tym Andrus Kivirähk w „Tildzie i kurzołku”, po którą powinien sięgnąć także dorosły czytelnik. Zapewniam, że nie dozna zawodu. Ilustracje Joanny Bartosik są również wielką przyjemnością dla oka, także dorosłego. Tytułowy kurzołek zyskał bardzo atrakcyjną postać fizyczną. Budzi sympatię, którą budzić powinien. Ilustratorka “wrysowała” się w intencje autora.

Wokół nas tańczy kurz i pył pełen wspomnień, ludzkich zjaw i ich historii. Przenika nas i prowadzi, bo przecież wszystko na tym świecie w proch i pył się obraca. Ale w baśni owy kurz może przyjąć nieoczekiwaną formę. Uroczego kurzołka, który wirując obok ludzkich nosów, po jednym kichnięciu, przypomni o tym, co zapomniane, co zakopane w przeszłości. Tilda nie pamięta zmarłego taty, Lucas nie umie się odnaleźć w życiu, panna Wilhelmina nie rozumie siebie i swoich życiowych wyborów, a inni jeszcze pragną zakopać przeszłość głęboko na dnie duszy. Kurzołek na to nie pozwoli. Pojawia się nagle jak miłe wspomnienie, które wywołuje uśmiech na twarzy. Przypomina zapomniane obrazy, odgrzebuje przeszłość i naprawia. Łata dziury w pamięci, które nie pozwalają ruszyć do przodu. Nagle postacie odkrywają spadek swoich bliskich, swoją tożsamość. Stają się pełniejsi i pewniejsi siebie, bo już wiedzą, co determinuje ich los. Czemu Lucas lubi czytać książki i wchodzić w buty powieściowych bohaterów? Czemu Kych wyróżnia się wyglądem i specyficznym smakiem? A panna Wilhelmina zbiera serwetki, poduszki i szmaciane dywaniki? Na wszystko znajdzie odpowiedź kurzołek i będzie to seria zaskakujących odkryć, przełomowych zdarzeń, które sprawią wiele radości. Bo „Tilda i kurzołek” to pogodna opowieść, mimo że czasem dotyka bardzo delikatnych strun. Szczególnie przypadek Tildy jest z tych wrażliwych. Jednak autor wspaniale prowadzi swoją opowieść. Udało mu się stworzyć naprawdę niezwykłą fabułę o sprawach najważniejszych bez smutku i rozżalenia.

Kurzowi nic nie może się stać, bo istniał od początków świata i będzie istnieć do końca czasów. Bo wszystko, co ginie, obraca się w pył i kurz. A kurz i pył są wieczne.

A co dzieje się z tymi, którzy boją się pyłu wspomnień, a nawet chcą je odebrać innym? Obracają się w proch niepamięci, jak jedyny w „Tildzie i kurzołku” szwarccharakter Abel Ragnardon, który pragnie świata bez drobiny kurzu, bez kurzołków, czyli dobrego pyłu wspomnień.  

Przyznaję, że dzięki tłumaczce tej opowieści, Annie Michalczuk-Podlecki, jednej z trzech tłumaczy języka estońskiego w Polsce, odkrywam literaturę tego bałtyckiego kraju z wielkim zaciekawieniem. „Tilda i kurzołek” to dobry początek, bo Andrus Kivirähk to również autor powieści dla dorosłych, na przykład wydanych w zeszłym roku „Listopadowych porzeczek”, które robią oszałamiające wrażenie. Warto po nie sięgnąć.

Wracając do „Tildy i kurzołka”, opowieść ta przywołała mi w pamięci piosenkę Przemysława Gintrowskiego „Tylko kołysanka”… i tych kilka wersów:

Jutro zbudzisz dzień
Jutro ja twój cień
Będę wszędzie wszędzie będę
Nawet gdy mnie już nie będzie…

Ale proszę nie mieć obaw, jak już wspomniałam, „Tilda i kurzołek” to nie jest smutna historia. Przeciwnie. Jest pełna optymizmu i tańczących w słońcu kurzołków, ale nie każdy może je zobaczyć. Jednak one są. Składają się z wszystkich i wszystkiego, co było…

Editress

“Historia jest fascynująco odległa i zarazem całkiem bliska”. Rozmowa z Zuzanną Orlińską wokół najnowszej powieści “Król Myszy”.

Fot. Dom Książki/Editress

Król Myszy / Zuzanna Orlińska ; ilustracja na okładce Marcin Minor ; [mapa Mikołaj Kamler]. Łódź : Literatura, 2021. 391, [1] strona ; 22 cm. (Uczeń sztukmistrza T. 1) (A To Historia!)

Warszawa, początek XIX wieku. Ludwik XVIII, z Bożej łaski król Francji i Nawarry, przebywa kolejny rok na wygnaniu. Snuje plany ocalenia tronu i zachowania pamiątek monarchii. Nie jest to łatwe zadanie, gdyż siatka intryg i zdrad robi się wokół niego coraz bardziej gęsta.

Tymczasem obok tętni życie. Marcin Zięba, syn szewca, codziennie staje do walki z losem o małe radości i dobrą przyszłość. Wspaniałe dokonania wielkich umysłów epoki inspirują do szukania nowych dróg. W korowodzie wyjątkowych postaci spotkamy artystę Ernesta Hoffmana, fizyka Antoniego Magiera i kolorowego ptaka Jordakiego Kuparenkę – wynalazcę, który zostawia nam ciekawy klucz do odczytania świata. Zapewniam, że fascynujących postaci w „Królu Myszy” czytelnik będzie miał pod dostatkiem!

Czy na scenie cyrkowej, czy teatralnej – przedstawienie trwa! Wielkie starcie wartości -„szkiełko i oko”, serce i emocje! A wszystko po to, aby teatr świata ciągle nas zachwycał!

„Król Myszy” to prawdziwa powieść-spektakl, w której wspaniale rozpisane role głęboko poruszają emocje. Jesteśmy marionetkami w wielkim teatrze świata! A może uda się zerwać obezwładniające sznurki?

Zapraszam do lektury „Króla Myszy” i rozmowy z Autorką, Zuzanną Orlińską, która zdradzi „odrobinę” – jak pisze się tak dobre powieści z historią w roli głównej!

Dom Książki: Zacznę od zachwytów nad „Królem Myszy”. Znakomita powieść, imponująca, z rozmachem. Bardzo erudycyjna. Myślę, że dla czytelnika poważnie smakującego w literaturze. Jakiego Pani widziała czytelnika przystępując do pisania?

Zuzanna Orlińska: Muszę przyznać, że rzadko wyobrażam sobie czytelnika, kiedy przystępuję do pisania, chyba, że szczegółowe określenie np. wieku odbiorcy, jest elementem zamówienia od wydawcy. Wydaje mi się, że trzymanie się sztywnych podziałów na gatunki czy kategorie wiekowe tylko szkodzi literaturze. Dobra książka pozostanie dobrą książką, mogą po nią sięgać zarówno dzieci jak dorośli. Gdybym miała określić, dla kogo piszę, powiedziałabym pewnie, że tworzę takie książki, jakie sama chciałabym przeczytać mając kilkanaście lat. Jako nastolatka bardzo lubiłam przygodowe książki historyczne. Podobało mi się, gdy autor umiejętnie wplatał wątki fikcyjne pomiędzy prawdziwe wydarzenia. Mimo woli przyswajałam też sporą dawkę wiedzy. Tu pora wyznać, że próbną maturę z historii o panowaniu Kazimierza Jagiellończyka napisałam opierając się niemal wyłącznie na tym, co zapamiętałam z „Historii żółtej ciżemki” Antoniny Domańskiej. I dostałam czwórkę z plusem!

D.K.: Myślę, że to doskonała zachęta dla przyszłych maturzystów, aby sięgali po powieści historyczne! A „Król Myszy” to między innymi fascynująca historia Ludwika XVIII zrośnięta z historią rozbiorowej Polski, która okazuje się doskonałym materiałem na powieść. Co sprawiło, że właśnie ten moment historii przyciągnął Pani uwagę? Kogo i dlaczego znajdziemy w tej powieści?

Z.O.: Wszystko zaczęło się od mojej poprzedniej książki, czyli rodzinnego spacerownika po cmentarzu Powązkowskim[1], który pisałam na stypendium miasta Warszawy. Przygotowując się do pisania o pochowanych tam osobach, zwróciłam uwagę zwłaszcza na postaci żyjące w Warszawie na przełomie XVIII i XIX wieku. Cóż to była za plejada niezwykłych bohaterów! Czytając o nich, od razu poczułam energię tego miejsca i czasu. Warszawa pod panowaniem pruskim i w początkach epoki napoleońskiej była miastem kontrastów, w którym wschód stykał się z zachodem, przepych mieszał się z nędzą, a na ulicy mijali się wybitni uczeni, artyści, lekarze, wynalazcy. Takie postaci jak Antoni Magier, zegarmistrz Gugenmus, Samuel Bogumił Linde, Wojciech Bogusławski czy doktor Walenty Gagatkiewicz – to właściwie początki warszawskiej inteligencji. W pobliżu przebiegała granica, pojawiali się więc także liczni szpiedzy, prowadzący swoje skomplikowane gry. To był wymarzony temat na powieść. Jej trzon stanowią równolegle śledzone losy trzech, jakże różnych, ale całkiem prawdziwych postaci: Antoniego Magiera, fizyka i meteorologa, który przez ponad ćwierć wieku wywieszał na drzwiach swojej kamienicy prognozy pogody dla Warszawy, Jordakiego Kuparenki, mechanika i wynalazcy, twórcy ruchomych teatrzyków i pioniera lotów balonowych oraz E.T.A. Hoffmanna, niemieckiego kompozytora, rysownika i pisarza, prekursora powieści fantastycznej, który pracował w Warszawie jako pruski urzędnik. Pomiędzy tymi trzema krąży główny bohater, Marcin Zięba, próbujący odnaleźć własną drogę.

Dom Książki/Editress

D.K.: Ten fragment historii, którą Pani opowiada – żyje. Tętni, zachwyca. Jak udaje się Pani panować nad tak ogromnym światem powieściowym, w trakcie jego kreacji? Postacie historyczne, fikcyjne, piękny historyczny sztafaż, detale. Widać wielką pracę, staranność, dbałość. I jednocześnie nic nie przytłacza nadmiarem. Jakie umiejętności warsztatowe są szczególnie przydatne?

Z.O.: Z punktu widzenia autora pisanie książki historycznej to oczywiście dużo więcej pracy, niż w przypadku powieści obyczajowej lub fantastycznej, bo ogromnie dużo czasu zajmuje czytanie źródeł i poszukiwanie materiałów. Ale i satysfakcja z wykonanego zadania jest większa, bo samo konstruowanie opowieści przypomina rozwiązywanie łamigłówki. Trzeba tak połączyć fakty, by pozostała między nimi przestrzeń na fabułę. A czasami (co wymaga jeszcze bardziej misternych zabiegów) udaje się sprawić, że dzięki fabule fakty nabierają nowego znaczenia. Jest to jednak praca dla cierpliwych. Nie zaczynam pisać, dopóki nie jestem przekonana, że swobodnie poruszam się w tym świecie, że wiem, jaki widok otwiera się za każdym rogiem. Dopiero wtedy mam pewność, że miejsca, w których toczy się akcja, nie będą jedynie płaską makietą scenograficzną. To samo tyczy się bohaterów. Nie lubię książek, w których postacie historyczne mówią współczesnym, potocznym językiem, bo język jest wyrazem mentalności epoki. Chcę raczej pokazywać ludzi takimi, jakimi mogli być naprawdę. Z drugiej strony drażni mnie także nadmierne „staropolskie” stylizowanie wypowiedzi, bo też wydaje się sztuczne.

D.K.: To niejedyna Pani powieść, w której historia gra pierwsze skrzypce. Kiedy ta predylekcja do historii dała o sobie znać?

Z.O.: Jak już wspominałam, zawsze lubiłam czytać powieści historyczne. W liceum byłam w klasie humanistycznej i miałam bardzo wymagającą nauczycielkę historii. Uczyła nas między innymi jak korzystać ze źródeł, jak ich poszukiwać, co przydaje mi się do dziś. Pamiętam, że przed maturą wielokrotnie podchodziłam do zaliczania dwudziestolecia międzywojennego i może nieprzypadkowo w tej epoce osadzona była akcja mojej pierwszej powieści historycznej, „Detektywów z klasztornego wzgórza”.

D.K.: Wykorzystuje Pani swoje umiejętności i wiedzę znakomicie. W „Królu Myszy” mamy przecież wiele historycznych smaczków. Z klasą ożywia Pani przeszłe zdarzenia. Czy ta powieść może być potraktowana jako wyjątkowo przyjemna lekcja historii?

Z.O.: Mam nadzieję, że tak. Myślę, że po przeczytaniu powieści historycznej w głowie nie muszą pozostać wszystkie fakty i daty. Ważne, żeby podczas lektury mimo woli nasiąkało się atmosferą epoki. Marzy mi się, żeby czytelnik mojej książki, widząc obraz, film kostiumowy, lub słysząc jakieś nazwisko mógł sobie przypomnieć, że kojarzy mu się właśnie z „Królem Myszy”.

D.K.: A propos lekcji historii, wspomniała Pani wcześniej o swojej znakomitej książce o Powązkach „Miasto pamięci”, która ukazała się w zeszłym roku. To wydawnictwo jest świetnym materiałem podczas spacerów po cmentarzu. Widziałam Pani relacje z takich właśnie „lekcji” zwiedzania cementarza z młodzieżą. Jak młodzi ludzie uczestniczą w takich zajęciach? Czy to udane i satysfakcjonujące dla Pani spotkania?

Z.O.: Te spacery są bardzo ciekawe, bo pokazują, że historia jest jednocześnie fascynująco odległa i zarazem całkiem bliska. Odległa, bo często doświadczenia i mentalność ludzi, żyjących w dawnych czasach, nie mieszczą się nam w głowie. Bliska, bo w gruncie rzeczy odkrywamy, że mimo odmiennego kostiumu i warunków życia jesteśmy do nich podobni. Na cmentarzu, w obliczu spraw ostatecznych, jest to szczególnie widoczne, bo nagrobki opowiadają o ludzkich uczuciach, a uczucia się nie zmieniają.

D.K.: Wracając do „Króla Myszy”. Los Marcina Zięby, syna szewca, i Jordakiego Kuparenki przecina się w dramatycznych momentach, to doskonale skomponowane życiorysy fikcyjnego bohatera i historycznej postaci. Jak osiąga się taki efekt?

Z.O.: Marcin jest postacią fikcyjną, ale umieściłam go w prawdziwym świecie i dbałam o to, aby jego losy były prawdopodobne. W sąsiedztwie kamienicy Magiera w drugiej połowie XVIII wieku mieszkało aż jedenastu szewców, być może któryś z nich miał nawet na nazwisko Zięba :). Poprowadzenie losów Marcina było dla mnie najtrudniejsze w trzecim tomie jego przygód, który się jeszcze nie ukazał. Zahacza on o czasy wojen napoleońskich. Dużo o nich wiemy z podręczników i innych publikacji naukowych, wciąż na przykład roztrząsane są przyczyny klęski kampanii rosyjskiej Napoleona. Zależało mi jednak na przedstawieniu tej wojny z punktu widzenia jej uczestnika, jednego z pionków na planszy. On przecież nie miał takiej wiedzy, jaką dysponowali generałowie i stratedzy. Postanowiłam więc oprzeć się na pamiętnikach żołnierzy, zwyczajnych uczestników walk. I odkryłam, że ich prawdziwe losy są nierzadko dużo bardziej fantastyczne niż fabuła wymyślona przez pisarza. Cudowne ocalenia, niezwykłe zrządzenia losu, ratunek przybywający w ostatniej chwili – sądzę, że żaden czytelnik nie uwierzy mi, że tego sama nie wymyśliłam!

Z prywatnego archiwum Autorki

D.K.: Odświeża Pani postać E. T. A. Hoffmanna, znanego chyba przede wszystkim z autorstwa „Dziadka do orzechów”. Pokazuje nam Pani, jak w głowie Hoffmanna mogła tworzyć się ta historia. Rodzi się pytanie, jak postać Hoffmana i jego twórczości, kreowała się w Pani wyobraźni?

Z.O.: E.T.A. Hoffmann jest niesłusznie w Polsce traktowany wyłącznie jako autor „Dziadka do orzechów”. Często kojarzy się zresztą z wersją baletową, której libretto oparte jest na francuskiej przeróbce Dumasa. Ale Hoffmann to przede wszystkim prekursor niemieckiego romatyzmu, autor, którego groteskowy, ironiczny humor i niesamowita wyobraźnia wpłynęły chociażby na twórczość Edgara Allana Poe czy H.P. Lovecrafta. Jego pobyt w Warszawie pozostaje w zasadzie niezauważony przez polskich i niemieckich badaczy. Dopiero pod koniec pracy nad książką udało mi się nawiązać kontakt z panem Piotrem Lachmannem, człowiekiem, który od lat na różnych polach walczy o przywrócenie Hoffmanna Warszawie. Zanim zaczęłam z nim korespondować, byłam skazana na źródła niemieckie. Z trudem przedzierałam się na przykład przez listy, które Hoffmann wysyłał z Warszawy do przyjaciół, nie tylko z powodu archaicznie już brzmiącej niemczyzny, ale także dlatego, że korzystałam z będącej w wolnym dostępie wersji złożonej gotycką czcionką. Żeby lepiej rozszyfrować tekst, przepisywałam go sobie ręcznie. Mam nadzieję, że ta żmudna praca pozwoliła mi na tyle wczuć się w umysłowość i język pana Hoffmanna, by wiernie przedstawić tę postać w książce 🙂 

D.K.: W imieniu czytelników, już dziękuję za tę Pani pracę, bo istotnie, Hoffmann nabiera w powieści bardzo konkretnych kształtów i pojawia się w mało znanych kontekstach. Będąc jeszcze przy wątkach artystycznych – to, co szczególnie zwraca uwagę w „Królu Myszy” to swego rodzaju teatralność, którą Pani wyjątkowo umiejętnie podtrzymuje. Powieść – spektakl. Postacie przypominają poniekąd lalki, marionetki, a efekt ten dopełnia praca Jordakiego Kuparenki, który ostatecznie potwierdza czytelnicze przeczucia – oto człowiek jako marionetka, a życie to rola do odegrania. Czy takie odczytanie jest uprawnione? Albo inaczej, czy jako Autorka, byłaby Pani zadowolona z takiego odczytania?

Z.O.: Tak, nieprzypadkowo pierwszy, roboczy tytuł książki brzmiał „Theatrum mundi”, czyli „Teatr świata”. Warszawa staje się tu sceną, na której rozgrywają się niezwykłe wydarzenia, takie jak próba zamachu na wygnańczego króla Francji, Ludwika XVIII, dokonana przy pomocy zatrutych marchewek. Mieszkańcy Warszawy są też marionetkami w teatrze wielkiej polityki początków XIX wieku. Odgrywają swoje role, ale większe potęgi pociągają za sznurki. Myślę, że możliwości interpretacji tego wątku znalazłoby się jeszcze dużo więcej.

D.K.: Na pewno! Daje Pani czytelnikom ogromne pole do popisu w interpretacjach 🙂 I należy podkreślić, że Warszawa jest również bardzo ważnym bohaterem w tej powieści. Plan Miasta Warszawy Mikołaja Kamlera, który „otwiera” powieść jest bardzo przydatny w poruszaniu się po fabule 🙂 A klimat miasta wyjątkowo oddaje ilustracja na okładce, autorstwa Marcina Minora.

Z.O.: Wymarzyłam sobie Marcina Minora jako ilustratora tej książki i byłam bardzo szczęśliwa, że wydawczyni także widziała go w tej roli. To artysta, którego z jednej strony cechuje niezwykle drobiazgowe podejście do kostiumu, architektury, stylu epoki, z drugiej strony jego prace mają wspaniały, magiczny klimat. Takie połączenie wydawało mi się idealnie pasujące do „Króla Myszy”. I nie pomyliłam się! Kiedy zobaczyłam okładkę, pomyślałam, że to pewnie pierwsza moja własna książka, którą bym w ciemno kupiła w księgarni 🙂 Bardzo się cieszę, że ta współpraca będzie mieć ciąg dalszy. Wiem, że ilustrator już zabiera się za okładkę do drugiego tomu. Niedawno rozmawialiśmy o topografii Warszawy i o kolorystyce ówczesnych balonów, myślę, że możemy się spodziewać czegoś równie pięknego i nie mogę się doczekać!

D.K.: Zapowiada się obiecujący, zgrany duet. Pierwszy tom jest niezbitym dowodem 🙂 Powracając do fabuły – w powieści ściera się rozum i emocje. Ernst Hoffmann – artysta, Antoni Magier – naukowiec. Szkiełko i oko? Czy serce? Co do Pani, jako Autorki mocnej przemawia?

Z.O.: Na rozstrzygnięcie tego dylematu proszę poczekać do zakończenia drugiego tomu cyklu, pod tytułem „Powietrzny żeglarz”. Weźmie w nim udział sam Adam Mickiewicz, ale nie mogę zdradzić niczego więcej 🙂

D.K.: No i finał. Crème de la crème! Otwarte, dramatyczne zakończenie. A na okładce zapowiedź drugiego tomu. Co czeka Marcina Ziębę i Jordakiego Kuparenkę? Czy jednak uchyli nam Pani nieco rąbka tajemnicy?

Z.O.: Myślę, że sporo już zdradziłam. Mogę tylko obiecać, że drugi tom, „Powietrzny żeglarz”, i trzeci – „Sobowtór” przyniosą jeszcze wiele dramatycznych zwrotów akcji.

D.K.: Serdecznie dziękuję za rozmowę, za to, że podzieliła się Pani swoimi warsztatowymi tajemnicami, wiedzą i skrupulatnością w pracy godnej podziwu. Czytelnik Pani książek powinien czuć się doceniony i bardzo poważnie potraktowany! Takiej literatury potrzeba nam w księgarniach w dużych ilościach! No i mamy zapowiedź kolejnych tomów, które na pewno będą wspaniałą podróżą przez dzieje i niebanalną opowieść! 🙂 Czekamy…

                                                                                                          Editress

Zuzanna Orlińska – absolwentka Wydziału Grafiki warszawskiej ASP, pisarka, ilustratorka książek, czasopism i podręczników.  Twórczyni strony internetowej Kiedy byłam mała poświęconej literaturze dla dzieci i młodzieży. Laureatka nagrody Guliwer w krainie Olbrzymów, przyznawanej przez redakcję czasopisma “Guliwer” (2013). Mama Szymona i Julka. Kiedy nie ma nic do napisania ani narysowania, najchętniej zajmuje się czytaniem.

Źródło: http://zuzannaorlinska.pl/o-mnie/

Pełne zestawienie napisanych przez Autorkę książek, można znaleźć: http://zuzannaorlinska.pl/o-mnie/


[1] „Miasto pamięci – czternaście rodzinnych spacerów po Starych Powązkach”, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2020

Urządzeni w kryształowych zamkach

Już, już! / Katarzyna Wasilkowska ; ilustracje Robert Konrad . Łódź : Wydawnictwo Literatura 2021. – 232 stron : ilustracje, 22 cm. (To Lubię)

Fot. Dom Książki/Editress

Przeczucia nie mylą, warto być im wiernym. Kiedy kilka miesięcy temu zachwycałam się powieścią „Świat Mundka” Katarzyny Wasilkowskiej, wiedziałam, że mam do czynienia z bardzo utalentowaną pisarką. Na potwierdzenie nie musiałam zbyt długo czekać. Oto na półki księgarskie trafiła powieść „Już, już!”. Autorka stworzyła fabułę wzbudzającą niesamowite emocje. O ile „Świat Mundka” otrzymał wyróżnienie IBBY w plebiscycie na książkę roku, o tyle powieści „Już, już!” nie powinna ominąć żadna znacząca nagroda literacka. Książka, która wbija w ziemię, fotel. W co tylko chcecie. Emocjonalny strzał, cios, który będzie rozgrzewał wasze emocje bardzo długo – mimo iż to powieść dla młodzieży, uważam, że również obowiązkowa lektura dla dorosłych! Szczególnie dziś. Rzeczywistość, którą mamy za oknem, a raczej w swoich domach, jeszcze bardziej wzmacnia wymowę i znaczenie tej powieści.
Ciekłokrystaliczne ekrany świdrują oczy naszych dzieci od miesięcy. Zdalna nauka dorzuca kolejne godziny spędzone przed elektroniką wszelkiej maści. To nie pomaga. Powiększa się krąg dramatów.  Powieść „Już, już!” idealnie oddaje problemy współczesności, które dotykają młodych ludzi – szczególnie tych wrażliwych, osamotnionych, dla których świat cyberprzestrzeni jest naprawdę polem bitwy o psyche.   

Nasza bohaterka, dziewięcioletnia Lula żyje w zupełnie normalnym domu. Ma rodzeństwo, mamę, tatę, dobrze się uczy, nie sprawia problemów wychowawczych. Rodzice o nią dbają, są troskliwi, zabezpieczają wszystkie potrzeby. W pierwszym najeździe literackiego transfokatora – sielanka. Stopniowo pojawiają się maleńkie rysy na szkle, niedostrzegane w ciągłym biegu dnia codziennego. Uśpiona czujność pozwala na wyrośniecie niewidzialnych – jeszcze – korzeni dramatu, które oplotą rodzinę, aż do utraty tchu. Wraz z rozwojem fabuły, czytelnik dostrzega sygnały, które wysyła autorka. Perfekcyjnie dawkuje napięcie, które narasta z każdym rozdziałem.

Lula ma pierwsze, niewinne problemy. Coś w szkole idzie nie tak, koleżanki dryfują w inną stronę niż ona. Coraz mniej zrozumienia. Pierwsze konflikty w domu. Nadwrażliwość dziewczynki daje o sobie znać. Dziecięcy ostracyzm, nacisk społeczny – te motywacje popychają ostatecznie Lulę na skraj emocjonalnej przepaści, a finalnie zrzucają w tę przepaść. Dlaczego? Co za tym stoi?

Lula przy narastających kłopotach zaczyna zwracać się ku innemu światu. Stopniowo, niewinnie, niby z odpowiedzialnością i pozornym nadzorem rodziców, którzy przecież mają wszystko pod kontrolą. Cóż, tylko nam się zdaje. Niepostrzeżenie nasza Lula „urządziła” się w Kryształowym Zamku. Elegancko „umeblowała się” w demonicznej grze komputerowej, która tymczasem ją „urządziła” i podporządkowała bez jednego wystrzału. Dziewczynka prowadzona na lince tajemniczości, pozornej przyjacielskości wchodzi w piekielne medium. 

Katarzyna Wasilkowska z niesamowitą precyzją zbudowała etapy wchodzenia dziecka w zniewolenie. Wyraźnie pokazane są punkty przełomowe, motywacje, impulsy do coraz głębszego zapadania się dziewczynki. Autorka stworzyła świat iście demonicznej gry, (znacząca nazwa producenta Devil’s Media). Wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach. Opis fabuły gry, postaci, zdarzeń jest bardzo plastyczny, zasady doskonale sprecyzowane. Czytelnik od pierwszego kontaktu z tym medium, dostaje wyraźny sygnał, że wchodzi do niebezpiecznego środowiska, które zachowuje przyjazne pozory. Niewinne działania stają się coraz bardziej upiorne i niepokojące. Doskonale tę atmosferę oddał na okładce ilustrator Robert Konrad.

Powieść woła o społeczne uwrażliwienie. Prosi o dostrzeżenie problemu pokolenia „digital natives” (cyfrowego tubylca), które płaci swoją cenę. Świat cyfrowy nie jest naturalnym środowiskiem człowieka. Głębokie zanurzenie się w cyberprzestrzeń niesie za sobą szereg dysfunkcji społecznych – i to w tekście wyraźnie wybrzmiewa. Zapośredniczenie relacji międzyludzkich, wykluczenie z grupy, nieodróżnianie świata realnego od wirtualnego – to palące problemy. Ostatnio sporo mówi się o zjawisku FOMO – Fear of Missing Out, czyli o lęku przed odłączeniem od sieci, informacji. To strach, którego doświadczają młodzi – prawdziwy cywilizacyjny dramat.

Lula traci swoje wartości, jej świat się rozpada. Koszmary, agresja, wyrafinowane oszustwa (udawanie omdlenia, usuwanie maili, kradzież), nieczułość wobec bliskich, otępienie emocjonalne – koszty są straszne. Następuje całkowity paraliż życia.

Świat komputerowej gry jak trzęsienie ziemi, jak trąba powietrzna przejdzie przez dom zwyczajnej rodziny, fundując im krajobraz jak po bitwie. Wirtualny świat czasem nie bierze jeńców, rozprawia się z nimi błyskawicznie. Na miejscu, natychmiast!  Czasem mamy wrażenie, że wszystko jest pod kontrolą, ale czy na pewno?

Już, już! Pobrzmiewa to w niejednym domu. Charakterystyczne zawołanie dziecka pochłoniętego czymś… najczęściej światem wirtualnym. Już, już – oswojona formuła, z pozoru niewinna, powinna uczulić rodziców. Powtórzę – powieść Katarzyny Wasilkowskiej to lektura obowiązkowa dla dorosłych!

Emocjonalny pocisk. Pierwszorzędna literatura dla dzieci i młodzieży – niezaprzeczalnie. Należy koniecznie dodać, że „Już, już” to powieść inteligentna, niepozbawiona humoru – mimo trudnego tematu. Te zabiegi literackie również wpisują się w sukces autorki. Zabawne scenki rozładowują napięcie i ustawiają czytelnika na właściwych torach normalnego codziennego życia. To prawdziwa rzeczywistość, bezpieczna, familiarna, konieczna do prawidłowego rozwoju – jest gwarantem normalności. Dbajmy o to, włączmy dziś czujność dubeltowo!

Editress

Kto gra pierwsze skrzypce?

Magiczne skrzypce / Izabella Klebańska ; ilustracje Monika Pollak. Łódź : Wydawnictwo Literatura, 2020. – 252 strony : ilustracje, 22 cm. (To Lubię)

Fot. Dom Książki/Editress

Budująca, pogodna i zarazem mądra powieść pojawiła się w sezonie letnim wśród propozycji dla dzieci (+9), w ramach serii To Lubię Wydawnictwa Literatura. Świetna propozycja z katalogu „ambitna i pociągająca lektura”. Bardzo sensowny wybór czytelniczy na wakacje.
Magiczne skrzypce Izabelle Klebańskiej pociągają już samą okładką, bardzo estetyczną i doskonale korespondującą z treścią. A to naprawdę ważne. (A propos, myślę, że okładki staną się tematem felietonu w Domu Książki 🙂 ).

Dwie postacie złączone w „skrzypcowym kształcie” trafnie i jednoczenie intrygująco uchylają rąbka tajemnic fabularnych. Można już zdradzić, że muzyka jest ważnym bohaterem tej powieści. Autorka kładzie duży nacisk na walor edukacyjny tekstu. Powieść wypełnia muzyka klasyczna – opera, koncerty skrzypcowe, ale również gitarowe wykonania, które wzbogacają życie bohaterów o ważny element estetyczny, ale i duchowy. Niemal dosłownie! Dzięki temu postacie cechują się wyjątkową wrażliwością.

Pora przedstawić protagonistów. Rodzina Karskich – mama Martyna, skrzypaczka, dwaj synowie Jacek, Franek i tata – nieobecny. Przyjaciele, koledzy i koleżanki, dziadek i babcia – nie całkiem obecni… Tajemniczo? Więcej nie zdradzę. Nagła choroba mamy dramatycznie rozbija już wcześniej zaburzony spokój rodziny. Kolejny raz bohaterowie stają przed bardzo wymagającymi wyzwaniami losu.

Autorka dotyka wielu bardzo trudnych tematów i wychodzi z tego zadania obronną ręką. Spotkanie po latach z ojcem, który porzucił rodzinę, to prawdziwie traumatyczne doświadczenie. Szczególnie, gdy na braci spada lęk o mamę, która jest jedynym opiekunem, filarem całej rodziny. Można się poczuć bardzo niepewnie. Izabella Klebańska umiejętnie rozgrywa te napięcia i pozwala wyłuskać wszelkie dobro, które rodzi ta trudna sytuacja. Przebaczyć to nie zapomnieć. Raz nadszarpnięte zaufanie, poobijane zdradą, „ma prawo” do ostrożności.

Do fabuły wkracza siła nadprzyrodzona. Mogę zapewnić, że nudno nie będzie. Wartka akcja pozwala zgubić ciężką atmosferę, a wyjątkowe postacie wprowadzają zupełne nową jakość w życie Jacka Karskiego. Autorka dzięki nadzwyczajnym mocom, przygodzie, a nawet intrydze osiąga świetny efekt. Młodzi czytelnicy, mimo niełatwych wyzwań przed którymi stoją bohaterowie, zostaną „oczarowani” całym ciągiem niesamowitych zdarzeń i przygód.

Tekst ma w sobie potężną dawkę emocji i uczuć. Bohaterowie dowartościowani i dobrze “zaopatrzeni” w miłość pokazują całą jej moc. Duchowa strona życia jest w powieści silnie zaakcentowana. Prawdziwe więzy rodzinne trwają aż po grób… Wiele ważnych treści płynie z książki Izabelli Klebańskiej. To wartościowa książka, wyrywająca młodego czytelnika z „mieć”, na rzecz „być”. Być mocno, intensywnie i prawdziwie. Magiczne skrzypce to przede powieść o sile rodziny, bez prawdziwych uczuć nawet magiczny instrument niczego nie zmieni. Ważne, aby wszystko czynić z oddaniem.

Mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje. Okazuje się, że może znacznie więcej. Powieść Izabelli Klebańskiej to muzyczno-literacka terapia, w której miłość gra pierwsze skrzypce.

Editress

Życie pisarza w czasie pandemii. Rozmowa z Katarzyną Wasilkowską.

Trudno dziś o spotkanie z pisarzem face to face. Spotkania autorskie zostały  – miejmy nadzieję chwilowo – odstawione na bok. Może jesienią autorzy wyjdą do czytelników i spotkamy się znowu w bibliotekach czy księgarniach. Pozostają nam „relacje” sieciowe. Ludzie kultury prześcigają się w pomysłach na internetowy kontakt z widzem/czytelnikiem/fanem. W kręgu literackim nie ma posuchy. W serwisie YouTube można znaleźć prawdziwą perełkę!

Fot. Katarzyna Wasilkowska

Katarzyna Wasilkowska, autorka znakomitych, nagradzanych książek dla dzieci i młodzieży[1], w ramach stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w poniedziałki i czwartki o godzinie 17.00 czyta powieść kryminalną „Pierścień kurantów”. Prawdziwym smaczkiem jest to, że książka jak dotąd nie była publikowana, ale miejmy nadzieję, że niebawem będzie. To kolejne przygody Jowanki i jej przyjaciół. Wielbiciele „Jowanki i gangu spod Gilotyny” mogą uzupełnić wiedzę o dalszych losach bohaterki i dać się wciągnąć w wir fascynującej fabuły!

Wszystkie opublikowane odcinki znajdziecie właśnie tu!

Dom Książki miał okazję zapytać Autorkę, jak wygląda praca nad powieścią w odcinkach:

Dom Książki: Pani Katarzyno, tworzy Pani dla czytelników wyjątkowego „audiobooka” na podstawie swojej nieopublikowanej wcześniej powieści. Jak się Pani znajduje w roli lektora własnej książki?

Katarzyna Wasilkowska: Niepewnie. Przede wszystkim dlatego, że powieść jest surowa, a to znaczy, że nie spoczęło na niej oko żadnego redaktora. Mogą być w niej błędy, które nie miałyby prawa pojawić się w książce drukowanej. Oczywiście staram się wyłapywać niedoskonałości, bardzo dbam o stylistykę, zachowanie logiki, interpunkcję, całą tę formalną stronę, ale jako autorka pewnych rzeczy mogę po prostu nie zauważyć, potrzebny jest dystans i spojrzenie drugiej osoby. Tę rolę pełni redakcja, a „Pierścień kurantów” jest jej koncertowo pozbawiony. No a potem taki niewygładzony tekst muszę odczytać publicznie. Brzmi jak kara w jakiejś paskudnej szkole, czyż nie? Albo samobiczowanko, ha ha. Tę niepewność podkręca jeszcze brak szkolonego głosu, pojęcia nie mam o emisji, artykulacji, dykcji, oddechu, wszystko robię intuicyjnie i najlepiej jak potrafię, ale to jednak amatorka.

DK: Co sprawia największą trudność w tym przedsięwzięciu?

KW: Jak pewnie większość ludzi nie przepadam za brzmieniem swojego głosu, a tu muszę odsłuchiwać nagrany materiał, czasem kilka razy. Amatorszczyzna ma swoje granice – nie mogę wypuścić na świat przekręconych wyrazów, połkniętych głosek, czy entuzjastycznie wykrzykiwanych refleksyjnych zdań.

DK: Odcinki są również „ilustrowane”. Kto wyszedł z pomysłem, aby urozmaicić opowieść graficznie?

KW: Najbardziej obawiałam się, że gapienie się w babę gadającą monotonnie przez dziesięć-piętnaście minut będzie dla słuchaczy kompletnie niestrawne. Typowe audiobooki działają na zasadzie radia: słuchamy, zajmując się innymi czynnościami. Nie tylko nie przeszkadzają, ale nawet uprzyjemniają na przykład prowadzenie samochodu, gotowanie, prasowanie, czy jogging. Wizja ma to do siebie, że wymusza więcej uwagi, angażuje wzrok, przytrzymuje odbiorcę. Chciałam te seanse jakoś urozmaicić i wykorzystałam pasję syna, Konstantego, który rysuje właściwie bez przerwy. Rysował zanim jeszcze nauczył się mówić. Razem wybieramy odpowiedni fragment, a potem Kostek według własnego pomysłu, na wizji, tworzy do niego ilustrację. Doceniam jego zaangażowanie, bo odcinków jest sporo i zabawa zmieniła się trochę w obowiązek, ale na razie nie marudzi. Myślę, że pod koniec powieści wykorzystam jeszcze moją najmłodszą córkę, Felę. Będzie tam fragment, który może potrzebować “dziewczynkowego” punktu widzenia, a poza tym dopełni rodzinnego wymiaru tego koronawirusowego projektu. Dodam, że czołówkową muzykę dzwonów,  skomponował w prezencie mój brat Stefan Wesołowski, który na co dzień pracuje nad znacznie poważniejszymi przedsięwzięciami.

Konstanty Wasilkowski podczas ilustrowania.
Fot. Piotr Vasco Wasilkowski

DK: Wspaniale, projekt dopięty na ostatni guzik! Tymczasem do akcji przyłączyły się także biblioteki. Jakie otrzymuje Pani sygnały, opinie?

KW: To prawda, kolejne odcinki i informacje o „Pierścieniu” są udostępniane przez prawie trzydzieści bibliotek z Polski, ale także z Czech, Ukrainy, partnerem projektu została nawet Polska Szkoła w Dublinie. Niektóre z nich organizują konkursy i różne inicjatywy wokół fabuły. Na przykład najstarsza grupa dzieci z Przedszkola Panienki z Okienka z Gdańska założyła własny gang, Gang z Okienka. Mają bardzo poważne plany i umieram z ciekawości, co wyknują.

DK: Gang z okienka – to brzmi obiecująco! Oby coś wyknuli! 🙂
Czy powieść jakoś Panią zaskoczyła podczas czytania? Przychodzą na przykład jakieś pomysły, aby ją uzupełnić, wprowadzić dodatkowe zmiany?

KW: Tak się zdarzało się w pierwszej części, w „Jowance i gangu spod Gilotyny”. Nakreśliłam postaci, a potem niektóre się zbuntowały i za nic nie chciały być takimi jakimi je wymyśliłam. Nie miałam wyboru, musiałam ustąpić. W „Pierścieniu kurantów” bohaterowie są konsekwentni, każdy ma swoją osobowość i wszyscy są dla mnie przewidywalni, ale ucieszyłam się bardzo, kiedy nagle w klasie Jowanki pojawiła się Monika Szmidt. Myślę że to bardzo potrzebna postać… potrzebna zwłaszcza Jowance. Była kiedyś w moim życiu taka Monika. Zresztą, oprócz wymyślonego wątku kryminalnego jest tu więcej z życia niż bym chciała. To znaczy, wolałabym, żeby w życiu nie spotykały dzieci sytuacje, jakie trafiają się głównej bohaterce, ale niestety rzeczywistość jest inna.

DK: Czy możemy się spodziewać „Pierścienia kurantów” w wersji „klasycznej”, papierowej?

KW: Nie mam pojęcia. Bardzo bym tego chciała, ta wirtualna forma powieści jest dla mnie ciekawym eksperymentem, ale to jak dziecko nie do końca urodzone. Może jestem ortodoksem, jednak dla mnie papier jest ciągle podstawowym wcieleniem tekstu. Rynek książki jest kapryśną panną, wydawcy starają się sprostać jego wymaganiom, zobaczymy, czy przeczytany w sieci kryminał dla dzieci będzie wystarczająco atrakcyjny, żeby opublikować go w tradycyjnej formie.

DK: Czas przymusowej izolacji sprzyja tworzeniu nowych fabuł? Czy Katarzyna Wasilkowska przygotowuje nowe teksty dla swoich czytelników, jeśli możemy uchylić rąbka zawodowych tajemnic?

KW: Jeszcze tego lata powinny ukazać się dwa tytuły w Wydawnictwie Literatura: „Świat Mundka” dla nastolatków i „Jagodowy dziadek” dla młodszych dzieci, są też inne teksty, niektóre już w przygotowaniu, inne czekają na decyzje wydawnicze. W tej chwili mam na warsztacie całkiem zabawną historię o pozbawionym poczucia humoru niespełnionym detektywie Ewaryście Pączku (opowieść trochę odsunięta na brzeg stołu przez „Pierścień”, ale zaraz do niej wracam). A następne w kolejce są książki dla dużo starszego odbiorcy. Coraz wyraźniej układają mi się w głowie i już zaczynam odczuwać to niecierpliwe swędzenie, ale trudno pisać kilka większych rzeczy jednocześnie. Książka, a zwłaszcza powieść to zaborczy dzieciak, roszczeniowy i wymagający bardziej niż najsroższy szef, ha ha.

W imieniu słuchaczy „Pierścienia kurantów” gratuluję pomysłu i wykonania. Dom Książki życzy, aby powieść znalazła się niebawem na półkach w księgarniach i w bibliotekach wraz z innymi zapowiadanymi tytułami! Czekamy z niecierpliwością! Dziękuję za rozmowę!

Strona autorska Katarzyny Wasilkowskiej http://katarzynawasilkowska.pl

                                                                                                                                             Editress


[1] Niebajka o Mikołaju (Fundacja Centrum św. Jacka, 2020)

Kobra (Wydawnictwo Literatura, 2018)

Baltazar wraca do domu (Wydawnictwo Literatura, 2017)

Królestwo, jakich wiele (Wydawnictwo Literatura, 2016)

Mleczak (Wydawnictwo Literatura, 2016​)

Jowanka i gang spod Gilotyny (Wydawnictwo Literatura, 2015)