Archiwum kategorii: Recenzje

Urządzeni w kryształowych zamkach

Już, już! / Katarzyna Wasilkowska ; ilustracje Robert Konrad . Łódź : Wydawnictwo Literatura 2021. – 232 stron : ilustracje, 22 cm. (To Lubię)

Fot. Dom Książki/Editress

Przeczucia nie mylą, warto być im wiernym. Kiedy kilka miesięcy temu zachwycałam się powieścią „Świat Mundka” Katarzyny Wasilkowskiej, wiedziałam, że mam do czynienia z bardzo utalentowaną pisarką. Na potwierdzenie nie musiałam zbyt długo czekać. Oto na półki księgarskie trafiła powieść „Już, już!”. Autorka stworzyła fabułę wzbudzającą niesamowite emocje. O ile „Świat Mundka” otrzymał wywróżenie IBBY w plebiscycie na książkę roku, o tyle powieści „Już, już!” nie powinna ominąć żadna znacząca nagroda literacka. Książka, która wbija w ziemię, fotel. W co tylko chcecie. Emocjonalny strzał, cios, który będzie rozgrzewał wasze emocje bardzo długo – mimo iż to powieść dla młodzieży, uważam, że również obowiązkowa lektura dla dorosłych! Szczególnie dziś. Rzeczywistość, którą mamy za oknem, a raczej w swoich domach, jeszcze bardziej wzmacnia wymowę i znaczenie tej powieści.
Ciekłokrystaliczne ekrany świdrują oczy naszych dzieci od miesięcy. Zdalna nauka dorzuca kolejne godziny spędzone przed elektroniką wszelkiej maści. To nie pomaga. Powiększa się krąg dramatów.  Powieść „Już, już!” idealnie oddaje problemy współczesności, które dotykają młodych ludzi – szczególnie tych wrażliwych, osamotnionych, dla których świat cyberprzestrzeni jest naprawdę polem bitwy o psyche.   

Nasza bohaterka, dziewięcioletnia Lula żyje w zupełnie normalnym domu. Ma rodzeństwo, mamę, tatę, dobrze się uczy, nie sprawia problemów wychowawczych. Rodzice o nią dbają, są troskliwi, zabezpieczają wszystkie potrzeby. W pierwszym najeździe literackiego transfokatora – sielanka. Stopniowo pojawiają się maleńkie rysy na szkle, niedostrzegane w ciągłym biegu dnia codziennego. Uśpiona czujność pozwala na wyrośniecie niewidzialnych – jeszcze – korzeni dramatu, które oplotą rodzinę, aż do utraty tchu. Wraz z rozwojem fabuły, czytelnik dostrzega sygnały, które wysyła autorka. Perfekcyjnie dawkuje napięcie, które narasta z każdym rozdziałem.

Lula ma pierwsze, niewinne problemy. Coś w szkole idzie nie tak, koleżanki dryfują w inną stronę niż ona. Coraz mniej zrozumienia. Pierwsze konflikty w domu. Nadwrażliwość dziewczynki daje o sobie znać. Dziecięcy ostracyzm, nacisk społeczny – te motywacje popychają ostatecznie Lulę na skraj emocjonalnej przepaści, a finalnie zrzucają w tę przepaść. Dlaczego? Co za tym stoi?

Lula przy narastających kłopotach zaczyna zwracać się ku innemu światu. Stopniowo, niewinnie, niby z odpowiedzialnością i pozornym nadzorem rodziców, którzy przecież mają wszystko pod kontrolą. Cóż, tylko nam się zdaje. Niepostrzeżenie nasza Lula „urządziła” się w Kryształowym Zamku. Elegancko „umeblowała się” w demonicznej grze komputerowej, która tymczasem ją „urządziła” i podporządkowała bez jednego wystrzału. Dziewczynka prowadzona na lince tajemniczości, pozornej przyjacielskości wchodzi w piekielne medium. 

Katarzyna Wasilkowska z niesamowitą precyzją zbudowała etapy wchodzenia dziecka w zniewolenie. Wyraźnie pokazane są punkty przełomowe, motywacje, impulsy do coraz głębszego zapadania się dziewczynki. Autorka stworzyła świat iście demonicznej gry, (znacząca nazwa producenta Devil’s Media). Wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach. Opis fabuły gry, postaci, zdarzeń jest bardzo plastyczny, zasady doskonale sprecyzowane. Czytelnik od pierwszego kontaktu z tym medium, dostaje wyraźny sygnał, że wchodzi do niebezpiecznego środowiska, które zachowuje przyjazne pozory. Niewinne działania stają się coraz bardziej upiorne i niepokojące. Doskonale tę atmosferę oddał na okładce ilustrator Robert Konrad.

Powieść woła o społeczne uwrażliwienie. Prosi o dostrzeżenie problemu pokolenia „digital natives” (cyfrowego tubylca), które płaci swoją cenę. Świat cyfrowy nie jest naturalnym środowiskiem człowieka. Głębokie zanurzenie się w cyberprzestrzeń niesie za sobą szereg dysfunkcji społecznych – i to w tekście wyraźnie wybrzmiewa. Zapośredniczenie relacji międzyludzkich, wykluczenie z grupy, nieodróżnianie świata realnego od wirtualnego – to palące problemy. Ostatnio sporo mówi się o zjawisku FOMO – Fear of Missing Out, czyli o lęku przed odłączeniem od sieci, informacji. To strach, którego doświadczają młodzi – prawdziwy cywilizacyjny dramat.

Lula traci swoje wartości, jej świat się rozpada. Koszmary, agresja, wyrafinowane oszustwa (udawanie omdlenia, usuwanie maili, kradzież), nieczułość wobec bliskich, otępienie emocjonalne – koszty są straszne. Następuje całkowity paraliż życia.

Świat komputerowej gry jak trzęsienie ziemi, jak trąba powietrzna przejdzie przez dom zwyczajnej rodziny, fundując im krajobraz jak po bitwie. Wirtualny świat czasem nie bierze jeńców, rozprawia się z nimi błyskawicznie. Na miejscu, natychmiast!  Czasem mamy wrażenie, że wszystko jest pod kontrolą, ale czy na pewno?

Już, już! Pobrzmiewa to w niejednym domu. Charakterystyczne zawołanie dziecka pochłoniętego czymś… najczęściej światem wirtualnym. Już, już – oswojona formuła, z pozoru niewinna, powinna uczulić rodziców. Powtórzę – powieść Katarzyny Wasilkowskiej to lektura obowiązkowa dla dorosłych!

Emocjonalny pocisk. Pierwszorzędna literatura dla dzieci i młodzieży – niezaprzeczalnie. Należy koniecznie dodać, że „Już, już” to powieść inteligentna, niepozbawiona humoru – mimo trudnego tematu. Te zabiegi literackie również wpisują się w sukces autorki. Zabawne scenki rozładowują napięcie i ustawiają czytelnika na właściwych torach normalnego codziennego życia. To prawdziwa rzeczywistość, bezpieczna, familiarna, konieczna do prawidłowego rozwoju – jest gwarantem normalności. Dbajmy o to, włączmy dziś czujność dubeltowo!

Editress

Spotkanie autorskie jako źródło cierpień?

Trasa promocyjna / Andi Watson ; przekład Jacek Żuławik. Wydanie pierwsze. – Warszawa : Wydawnictwo Marginesy, 2020. – 270, [2] strony : ilustracje ; 24 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Przyznaję, że uwiodła mnie okładka. Piętrzące się na regałach – niemal w nieskończoność – książki. To prawdziwy raj bibliofila! Choć dla głównego bohatera – pisarza, to raczej czyściec (co również da się „wyczytać” z okładki). Oto przed nami autor G.H. Fretwell w trasie promującej jego nową książkę „Bez K”, która staje się źródłem upokorzeń i poważnych nieporozumień. Myślę, że to intrygująca zapowiedź. Zapraszam zatem dalej.

Opowieść o spotkaniach literackich z czytelnikami w księgarniach uznałam za temat wielce atrakcyjny i ochoczo skierowałam się ku lekturze „Trasy promocyjnej” Andiego Watsona, w przekładzie Jacka Żuławika. Powieść uruchomiła bowiem moje wspomnienia czasów, gdy towarzyszyłam wielu polskim pisarzom na spotkaniach autorskich w bibliotekach. (Rola organizatora to również temat na powieść, ile zakulisowych wrażeń!!). Jakże różne to były spotkania! Tłumne, a czasem niespodziewanie – „bez odbioru”. Czasem, jak w prezentowanej powieści, winna była deszczowa pogoda. Nikomu nie chciało się wyjść z domu? Istotnie. 🙂 A czasem? Kto to wie? Spotkania autorskie rządzą się swoimi regułami. Może czas je zbadać?

W powieści „Trasa promocyjna”, pierwszorzędny – drugorzędny angielski pisarz G.H. Fretwell ma szansę zderzyć się z czytelnikiem. Konfrontacja owa jest trudna i bywa wymagająca. To prawdziwy moment próby. Lubiłam zawsze obserwować z boku te starcia pisarz-czytelnik. Najczęściej, muszę przyznać, były to jednak spotkania pełne zachwytu i żarliwych dyskusji. Spotkanie z pisarzem, dla wielbiciela literatury jest czymś naprawdę znaczącym. Książka jakby na chwilę ożywa. Myślę, że piszę te słowa do skrajnie „wyspecjalizowanej” w czytaniu grupy. Wam „Trasa promocyjna” na pewno się spodoba.

Na spotkaniach autorskich czytelnicy stają się mniej anonimowi, są wręcz namacalni. Albo i nie… Bo naszego bohatera Fretwella traktują jak powietrze. Za to wzbudza on zainteresowanie policji, i to na tyle, że wkrótce zaprowadzą go w miejsce bez książek, gdzie króluje kraciasty i pasiasty deseń. Czy to może być ciekawe? Owszem! Trzeba rzucić jeszcze światło na “realizację” „Trasy promocyjnej”. Otóż jest to powieść graficzna. Nie mam wielkich doświadczeń z tym gatunkiem. Ale zaczynam się fascynować. Czym się różni od komiksu? Przede wszystkim nie ma charakteru odcinkowego, przeważnie wdrapuje się powyżej 100 stron. Nie wstępują w niej superbohaterowie. Świat przedstawiony to zazwyczaj ten najbardziej realny i prozaiczny, odbijający problemy społeczne i polityczne. Postacie są mocno dookreślone psychologicznie. Najczęściej bohater jest narratorem. Na początek proponuję taki bardzo skrótowy przegląd definicyjny.

W „Trasie promocyjnej” bohater nie jest narratorem. Narratorem są ilustracje (czyli w zasadzie autor powieści Andi Watson). Rysunki, które każą nam dopowiadać sobie tę fabularną przestrzeń pomiędzy dialogami i mową wewnętrzną bohaterów. One mówią. Potrzeba czujności, aby wyłowić wszystkie tropy i znaczenia, szczególnie w kontekście wątku kryminalnego, który jest iście absurdalny. A może nie? Komedia omyłek? Tak, jest bardzo zabawnie.

Myślę, że “Trasa promocyjna” to w gruncie rzeczy mocno branżowa literatura. Książka o książce i jej okolicach. Z przyjemnością zetknęłam się z różnymi typami księgarzy, którzy goszczą Fretwella – obojętnych i żarliwych, zachęcających do czytania. Rozmarzyłam się obserwując bohatera, który wędrował od księgarni do księgarni na kolejne spotkania (w jednym mieście może być kilka księgarń!). Miło o tym poczytać, gdy dziś tyle ich upada… Wypatrzyłam w „Trasie promocyjnej” wiele zawodowych smaczków. I to była największa przyjemność. Wątek kryminalny w kafkowskim, ale zdecydowanie lżejszym stylu, był elementem napędzającym fabułę, jednak dla mnie miał mniejsze znaczenie. Ja nurzałam się w ilustracjach księgarń, dialogach o książce, problemach wydawniczych. Dość osobista to była lektura, przyznaję. I całym sercem sekundowałam bohaterowi, aby złożył jak najwięcej autografów. Nie ma w tej historii jakiegoś wielkiego rozmachu. Raczej kameralność i wszystko to, co jako wielbicielka książek kocham. Ilustracje trzeba przyznać są dość ascetyczne, co oddaje cały świat bohatera. Jest to zdecydowanie przemyślana, estetyczna i dobrze wydana książka.

Zamierzając ku puencie mam taki oto wniosek. Trawestując definicję kultury według Freuda – „kultura jako źródło cierpień”, pozwolę sobie ukuć tezę, że spotkania autorskie również mogą być poważnym źródłem cierpień…  szczególnie dla bohatera „Trasy promocyjnej”. Dziś czasy nie sprzyjają takim literackim wojażom, ale jest szansa na spotkania z pisarzami online, jest ich naprawdę sporo. Korzystajmy i czekajmy cierpliwie na spotkania księgarniano – biblioteczne.

I na koniec dialog, który złapał mnie za serce. Gdy bohater zgłasza na policji kradzież swojej walizki z książkami, taką toczy rozmowę ze stróżem prawa:

 – Co znajdowało się w bagażu?
– Książki.
– Książki? Nic wartościowego? Biżuteria, obca waluta, ważne dokumenty, leki?
– Książki są wartościowe.
– Autografowane, pierwsze wydania, białe kruki?
– Nie. Są mi potrzebne do… Napisałem je.

Książki są wartościowe! Pozwolę sobie dopowiedzieć, że są jak biżuteria, która zdobi intelekt, jak obca waluta, która daje możliwość podróży w dalekie literackie kraje i jak ważny dokument, który potwierdza moje bycie w kulturze. Jak lek – tego już chyba wyjaśniać nie trzeba 🙂
Leczmy się literaturą w tych chorych czasach.

Editress

Milczenie jest złotem…

Bo w ogniu doświadcza się złoto,
a ludzi miłych Bogu – w piecu utrapienia.

Syr 2,1-14

Legenda o języku / Pavol Rankov ; z języka słowackiego przełożył Tomasz Grabiński. Wydanie I. – Wrocław : Książkowe Klimaty, 2020. – 407, [4] strony ; 20 cm. (Słowackie Klimaty)

Fot. Dom Książki/Editress

Tym razem padło na literaturę słowacką, którą odkrywam od pewnego czasu z dużym zainteresowaniem, głównie za sprawą wydawnictwa Książkowe Klimaty. W ramach serii Słowackie Klimaty ukazało się kilka interesujących tytułów. Solidnie prezentuje się Pavol Rankov, laureat Nagrody Literackiej Europy Środkowej „Angelus” z 2014 roku. Literacką znajomość z tym słowackim prozaikiem rozpoczęłam właśnie od nagrodzonej powieści „Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)”. Po drodze były „Matki”, świeżo jestem po lekturze „Legendy o języku”, powieści, której chciałabym się bliżej przyjrzeć.

Przyznaję, że tytuł mnie zwiódł. Wiedząc, że powieść przenosi nas w “czasy czechosłowackie”, początek lat 70-tych, sądziłam, że będzie to zderzenie, rozprawa z nowomową. Tym „quasi-językiem” – jak pisał Michał Głowiński –  „totalitarnym wysłowieniem w komunistycznej wersji”. Owszem, autor  umiejętnie wkłada postaciom nowomowę w usta i potrafi ją obśmiać, ale nie czyni z niej głównego tematu rozważań. Pojawia się język propagandy, posługują się nim postacie partyjne, ukształtowani ideowo studenci. Bohaterowie „opozycyjni”, że tak ich nazwę, używają nowomowy wyłącznie w sposób prześmiewczy. Quasi-język leje się z prasy i telewizji, jest zatem w jakimś sensie bohaterem, ale nie najważniejszym. O inny język bowiem autorowi chodzi. Ten, powiedzmy, dosłowny. Język świętego Jana Nepomucena, którego historia życia i męczeństwa jest przed nami nietuzinkowo odsłaniana. Nota bene Nepomucen jest patronem języka czeskiego, choć rozwinął go i uporządkował  Jan Hus – który również zaistnieje na kartach powieści. Nepomucen jako „wróg klasowy” – gdyby zastosować ówczesną nomenklaturę, Hus jako powiedzmy „delegat z pola walki o to, co jedynie słuszne”.

Długo próbowałam wyprowadzić sobie jakąś myśl przewodnią tej powieści. Zamysł, intencję autora. Widzę ich kilka. Żadna jednak nie jest dominująca w moim odczuciu. Co czytelnik znajdzie w tym utworze? Historię – tę dużą i małą. Zbiorową i indywidualną. Człowiek w trybach historii, jednostka w totalitaryzmie – w wersji komunistycznej. Rankov pokazuje tworzenie historii, w jedynie słuszny sposób – metodą marksistowską. Ciekawy chwyt umieszczenia akcji na wydziale historii Uniwersytetu Karola w Pradze daje duże możliwość narracyjne. Grupka studentów Tomáš,  Tánia, Martin, Klára – dwoje wierzących i dwoje ateistów, jednakowo niechętnie nastawiona do czechosłowackiej rzeczywistości, świeżo naznaczonej Praską Wiosną, stanowi wdzięczny materiał do budowania opozycji wobec komunistycznego adiunkta Šindelářa, którego autor tak charakteryzuje:

Język tego doktora Šindelářa jest pełen różnego rodzaju sformułowań i frazesów. Jest to stuprocentowy towarzysz, który w roku sześćdziesiątym ósmym nie uległ pokusom demokracji.

Jak wielu… Młodzi studenci pierwszego roku historii stają więc wobec zakłamań i nowych metod, które mają ukształtować prawomyślne myślenie. Zdecydowanie udaje się autorowi uchwycić wypaczenia i koszmar tego systemu. Obłudę, fałsz, zakłamanie, głupotę, bezprawie i całą brutalność. Obok tego codzienne, jakże szare życie, zderzone z obłędem ideologii, która wdziera się we wszystkie zakamarki egzystencji. Jak uporczywa ulewa, która w powieści dręczy Pragę. Bardzo wymowny obraz. Bardzo sensualny. Czytelnik moknie z bohaterami. Powieść ma atmosferę i wyraziste problemy – te zwyczajne, jak braki w sklepach, te poziom wyższe, jak nieporozumienia dwóch złączonych narodów. Którym językiem się posłużyć, zastanawiają się bohaterowie? Słowackim, czeskim?

Skupiając się na postaciach. Autor wykreował żywych bohaterów, oddał wiernie życie studenckie tamtych czasów i wszystko co się z nim wiąże – akademiki, bigbit, czyny społeczne i lichą stołówkę. Należy również koniecznie podkreślić to, że ważnym bohaterem powieści jest Praga, jej zabytki – kościoły, kamienice, ulice. Nie mówiąc już o Moście Karola i kluczowej dla całej historii figury Jana Nepomucena.

Wracając do fabuły. Opowieść ma w sobie jeszcze jedną narracyjną nić, która niepokoi, rodzi obawę o losy dopiero poznanych bohaterów. Autor przenosi czytelnika w czasy współczesne, przestawia nam kobietę, tkwiącą od lat w obłędzie po ciężkich przeżyciach, które miały miejsce właśnie w początkach lat 70-tych. Wiemy, że studiowała historię. Krótko, ale intensywnie. Jan Nepomucen i historia średniowiecznych Czech mocno zaprząta jej głowę. Kim jest i jakie ma znaczenie dla fabuły? Co ją łączy z Tomášem,  Tánią, Martinem i  Klárą. Coś wisi w powietrzu…

W „Legendzie o języku” czechosłowacka historia staje naprzeciw historii czeskiego średniowiecza. Co wspólnego może mieć czternastowieczny męczennik, spowiednik z człowiekiem przygniecionym komunistycznym reżimem? Znak sprzeciwu? Ofiara? Zderzenie niewiary z wiarą? Wierność prawdzie i zasadom?
Milczenie zabija Jana Nepomucena, święty staje w ogniu cierpienia i męki, broniąc tajemnicy spowiedzi. Milczenie jest złotem… hartowanym w ogniu. Skryte i ciche dążenia bohaterów do poznania prawdy historycznej stają się ich utrapieniem i tragedią, której nie przeczuwali. Finał jest przejmujący.

Małą łyżkę dziegciu zostawiam koniec. Powieść wydaje się trochę przegadana, nie we wszystkich punktach wiarygodna. Łatwość z jaką studenci pierwszego roku zdobywają kontakty z naukowcem – cudzoziemcem, pracującym przy ekshumacji Nepomucena wydaje się mało prawdopodobna. Jak również jego szczerość w ujawnieniu wyników badań grupce młodych ludzi, których tożsamość mogła być fałszywa. Kilka takich mało przekonywujących obrazków powieść zawiera.

„Legenda o języku” odkrywa ciekawe i straszne karty czeskiej historii. W prostym podsumowaniu – to opowieść o zniewoleniu, podwójnym myśleniu, poszukiwaniu prawdy i  pragnieniu życia pełną piersią w każdych warunkach. Myślę, że to tematy znane i oswojone przez polskiego czytelnika, jak milczące nepomuki, czyli figury Jana Nepomucena, często obecne w polskim krajobrazie.

Na koniec ukłony dla tłumacza, Tomasza Grabińskiego, który od lat prezentuje słowacką literaturę wartą odkrycia, a z Rankovem kolejny raz stworzył udany tandem.

Editress

Znaleźć swoje miejsce

Świat Mundka / Katarzyna Wasilkowska ; ilustracje Robert Konrad . Łódź : Wydawnictwo Literatura 2020. – 288 stron : ilustracje, 22 cm. (To Lubię)

Fot. Dom Książki/Editress

Lubię, kiedy młody czytelnik jest traktowany poważnie i z szacunkiem. Kiedy otrzymuje propozycje literackie, które rozwijają, oferują dobry język  i ze zrozumieniem traktują problemy dorastających młodych ludzi. Katarzyna Wasilkowska w swoich powieściach czyni to od lat z wielką klasą. Pochyla się z wyjątkowym wyczuciem i mądrością nad dziecięcym i młodzieżowym światem, wypełnionym korowodem trosk, poczuciem samotności i niepewności, która zawsze towarzyszy dojrzewaniu. W  najnowszej powieści „Świat Mundka”, która właśnie trafiła na półki księgarskie kolejny raz autorka uderza w sedno problemów, ważnych spraw, nie zostawiając młodego czytelnika bez szans, bez propozycji rozwiązań, czy dobrych podpowiedzi.

Świat powieściowy jest precyzyjnie skonstruowany. Każda postać, zdarzenie ma swoją istotną rolę. Bohaterowie drugiego planu są równie ważni jak protagoniści. Brak zbędnych szczegółów. W świecie trzynastoletniego Mundka, głównego bohatera powieści, burze emocji, niepewności, obaw  i zagubienia rozkładają się po równo. Przyjaciele Mundka, koledzy i koleżanki z klasy także kolekcjonują bagaż trudnych doświadczeń, nie zawsze taki sam. Bohaterowie zestawieni w pewnym kontraście trapieni są problemami materialnymi, ale również emocjonalnymi. Obok Mundka równie ważną postacią reprezentującą dziewczęcy punkt widzenia jest Inga. Każdy z bohaterów otrzymuje inny pakiet wychowawczy i w każdym z nich można znaleźć spore braki. O ile Mundek ma swojego życiowego przewodnika, mentora, o tyle Inga jest w znacznie gorszej sytuacji. Czasem przez jej życie przemknie anioł w ludzkiej skórze, ale to namiastka tego, co trzynastoletnia dziewczynka potrzebuje. Skrajnie samodzielna (jeśli można tak powiedzieć), uczy się życia poprzez swoje własne sposoby. Tak, Inga ma „sposoby” (słowo klucz), sposoby na całą gamę życiowych przeciwności. Czy zawsze są skuteczne?

Trudno namalować swój świat, gdy się dopiero poznaje jego tajemnice. Czym naszkicować dojrzewające uczucia, górę wątpliwości, samotność, czy niespodziewany sukces? Jaką technikę wybrać? Trzynastoletni Mundek sprawną ręką rysuje komiksowe dymki, ale również biega za piłką, jak każdy nastolatek chodzi do szkoły i ma swoich kumpli. Wrażliwym okiem potrafi wypatrzyć wartościowych ludzi i korzystać z cennych wskazówek.

W szkicowniku Mundka odbija się jego mały świat. Przemykający rodzice, ze swoimi problemami, tajemnicza  i nietuzinkowa Inga – klasowa koleżanka, ciocia Tenia – artystka, która niczego w życiu nie żałuje!  Barwna plejada postaci, obok których nie można przejść obojętnie. Ich charaktery są bardzo wyraziste, zaznaczone mocną kreską,  zdecydowanie nieszablonowe. Autorka „rysuje” przed czytelnikiem bardzo plastyczny świat. Płynna narracja, pobudzające wyobraźnię opisy, składają się na wysokoliteracką prozę, dzięki której młody czytelnik może poczuć się prawdziwie uszanowany. Katarzyna Wasilkowska wyczuwa również znakomicie młodzieżowe trendy, style językowe i robi z tego doskonały użytek. Tekst jest żywy i autentyczny.  

„Świat Mundka” to nie tylko powieść o dojrzewaniu. To także historia o rodzicach, którzy są ważnym i znaczącym ogniwem w budowaniu młodego człowieka. Rodzice, którzy mają jasną rolę, nie zawsze dobrze się z niej wywiązują. Wyraźnie podkreślone zostaje ogromne piętno, jakie mogą odciskać błędy wychowawcze na kształtującym się człowieku. Ciężkie i niesprawiedliwe słowa, brak wsparcia emocjonalnego, przemoc fizyczna, pustka duchowa wypełniana dobrymi warunkami finansowymi. Cóż, nie ma szkoły z kursem „jak być dobrym rodzicem”. Może zatem warto sięgnąć po dobre lektury, aby lepiej zrozumieć świat swoich dzieci?

Należy również koniecznie podkreślić erudycyjny walor powieści, nasączonej nawiązaniami biblijnymi, literackimi czy muzycznymi. Lektura niesie duży zysk poznawczy. Rozmowy Mundka z ciocią Tenią, bardzo dojrzałe i ciekawe, mogą zainspirować czytelnika do własnych poszukiwań i namysłu. Mundek, jako początkujący rysownik komiksowy, zdecydowanie utalentowany, ma sporo wątpliwości. Dostrzega, że „wszystko już było” i zastanawia się, czy warto jeszcze coś tworzyć. Może jak inni chłopcy grać w piłkę nożną? Świetny wątek, pokazujący, że mimo pewnej uniwersalności przeżyć, warto odnaleźć własny styl, język, aby o tym co ważne opowiedzieć na nowo. Ciocia bohatera wyraźnie wskazuje mu, że przede wszystkim musi nauczyć się zasad, wyjść od podstaw, a potem modyfikować je w życiu, mieć fundament, aby budować na tym coś własnego. Bohater zdaje się to bardzo dobrze pojmować. Autorka pokazuje bogactwo powiązań i ciągłe uwikłanie życia w coś więcej. W powieści delikatnie poruszany jest również temat śmiertelności, moim zdaniem znakomicie i dyskretnie opracowany fabularnie.

 „Świat Mundka” to powieść bogata w treści, wyposażona w mądry humor. Inteligentnie pokazuje dorastanie i dojrzewanie  młodych ludzi. Przed nimi  ciężka droga pełna wybojów. Pierwsze fascynacje, bo oto bohaterowie  stopniowo dorastają do relacji damsko-męskich, każdy w innym tempie. Mierzą się z trudnościami w rodzinie i w szkolnych ławach. Stają przed problemami, które często przynosi im świat dorosłych. Muszą budować swoje fundamenty, które czasem są podgryzane przez niesprawiedliwość i ludzkie ograniczenia. Dobrze pokazany jest problem biedy i bogactwa, nadmiar pieniędzy szczęścia nie daje, ale ubóstwo też szczęśliwym nie czyni. O godność trzeba walczyć z pełnym i pustym portfelem.

Koniecznie należą się również słowa uznania dla ilustratora Roberta Konrada, który „sprawił” znakomitą okładkę, oddającą klimat powieści i świetnie anonsującą  postać głównego bohatera. Taki jest Mundek i jego świat. Mam nadzieję, że to ilustracyjne wsparcie, spowoduje, że książka trafi w ręce chłopców – grupy, która najmniej czyta według statystyk. Nie ma tu żadnej ślepej uliczki, ilustracja i tekst tworzą znakomitą całość. Młody czytelnik nie będzie zawiedziony.

Obecność takich powieści w polskich księgarniach napawa optymizmem. Cieszy, że polska powieść dla młodzieży ma tak znakomitych autorów i ilustratorów. Z pełną odpowiedzialnością – polecam i zalecam lekturę powieści “Świat Mundka” Katarzyny Wasilkowskiej.

Editress

Tłumacz w naszych głowach

W głowie tłumaczy / scenariusz: Tomasz Pindel ; rysunki Daniel Chmielewski, Berenika Kołomycka, Robert Sienicki, Jacek Świdziński, Fanny Vaucher.Gdańsk : Instytut Kultury Miejskiej ; Warszawa : współwydawca: Wydawnictwo Kultura Gniewu, 2019. – [48] stron : ilustracje ; 30 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Rzecz wielce niszowa, zdecydowanie oryginalna, zatem trzeba uważnie na nią spojrzeć. Komiks o tłumaczach – „W głowie tłumaczy” – scenariusz Tomasz Pindel. Nie jestem znawcą komiksów, natomiast przekład jest mocno obecny w polu moich zainteresowań. Z pasją czytałam wywiady z tłumaczami „Przejęzyczenie. Rozmowy o przekładzie”[1] przeprowadzone przez Zofię Zaleską. A publikacje Jerzego Jarniewicza o przekładzie to lektury obowiązkowe, np.: „Gościnność słowa. Szkice o przekładzie literackim[2]. Obserwowałam z daleka festiwal „Odnalezione w tłumaczeniu”, z przyjemnością oglądam cykle Instytutu Książki: „Wytłumaczenia”, „Nasi tłumacze”, „Słowo od tłumacza”. Półeczka z książkami pod hasłem “przekładoznawstwo” być może nie aż tak obszerna, ale w mojej biblioteczce jest i bardzo często ją odwiedzam.

Ogromnie szanuję pracę translatorską, myślę, że wspomniane lektury i materiały filmowe dość solidnie uchyliły mi drzwi do świata tłumaczy. Trudna i mocno niedoceniana praca. Choć od kilku lat można obserwować pozytywne zmiany. Wywołany już Instytut Książki zrobił sporo, aby poprawić kondycję tłumacza i nobilitować przekład literacki. Przykładem jest między innymi nagroda Transatlantyk, którą zdobyło wielu wybitnych tłumaczy, przekładających literaturę polską.

Myślę jednak, że do świadomości czytelnika sięgającego po przekład jeszcze niewiele dociera. Mało kto zwraca uwagę na to, kto książkę tłumaczył. O krytyce przekładu w ogóle nie możemy mówić. To już sprawa fachowców – takich jak w redakcji pisma „Literatura na Świecie” (warto zauważyć, że LnŚ ma nową stronę internetową!).
O pismach patronackich napiszę… osobno.

Wracając do sedna. Komiks „W głowach tłumaczy” to kapitalne wejście w zagadnienia przekładu. Lapidarne i konkretne. Z pomysłem, z dowcipem, myślę, że ciekawiej się nie da. Czytelnik, który nigdy nie zaprzątał sobie głowy tym, kto przetłumaczył mu książkę, ma wyjątkową szansę zajrzeć przez ramię lub w głowę tłumacza, który dwoi się i troi, aby praktycznie napisać od nowa – już napisaną książkę. Sztuka nie lada.    

Tak właśnie jest. Tłumacz funkcjonuje w tłumaczonym dziele. Pisze je od nowa. Musi przefiltrować tekst przez swoją kulturę, system wartości i język, który może stawiać mnóstwo ograniczeń, a jednocześnie zachować specyfikę tekstu oryginalnego. Szczególnie tłumacz literatury pięknej staje się tak naprawdę drugim autorem przekładanego tekstu. Tłumacz oswaja inne kultury. To bardzo ważny aspekt translacji, aby obcość tekstu w różnych opcjach przenieść i oswoić, zmieniać percepcję, odbiór czytelnika. Zachowując odmienność „nie sprowadza się autora do domu” lecz „wysyła czytelnika za granicę”, jak mówi Lawrence Venuti, amerykański teoretyk przekładu.

Komiks „W głowie tłumaczy” to zbiorowa praca ilustratorów, którzy pokazują różne aspekty zawodu tłumacza, od spraw prozaicznych – jak problemy zatrudnienia, umów i finansów, po czysto warsztatowe. Część pokazująca proces twórczy: „tłumacz w akcji” – jest “zabawnie” pouczająca. Padają w niej słowa klucze: język oryginału, język docelowy, adekwatność, kompensacja. Prawdziwa gimnastyka dla szarych komórek. Co zrobić, aby nie kalkować tekstu, oddać co trzeba i nadać literacki kształt? „Przekłady są jak kobiety, albo piękne, albo wierne” – wspomina tę formułę tłumaczka Małgorzata Łukasiewicz w książce „Pięć razy o przekładzie”[3]. Co zrobić, aby były i piękne, i wierne?

Tłumacz to zawód bardzo elitarny. Wymaga nie tylko znajomości języka, ale również wielu różnych zagadnień, dziedzin wiedzy. Tłumacz musi być erudytą! W przeciwieństwie do bezosobowych, komputerowych translatorów. Praca tłumacza to twórczość!

Tomasz Pindel (uznany tłumacz), opracowując scenariusz postarał się również zarysować genezę tłumaczenia i proces narodzin zawodu, który ma tak wiele form: przekład literacki, specjalistyczny, symultaniczny. O tym również jest ten komiks, o wielości przekładu. Czemu ludzie uprawiają ten trudny i kiepsko opłacany zawód? Na to także jest kilka odpowiedzi, bo jest wiele motywacji: altruistyczna, literacka, pragmatyczna, intelektualna (moja ulubiona).  

Warto na koniec wspomnieć jeszcze o miłym ukłonie w stronę redaktorów, towarzyszących tłumaczom. Współpraca układa się różnie, wszyscy jednak grają do jednej bramki. Autor scenariusza zauważa (z przymrużeniem oka), że „to właśnie redaktorzy są na samym dole łańcucha wydawniczej hierarchii”. Cóż, jedziemy chyba na wspólnym wózku i tym bardziej powinniśmy się wspierać. Czytelnicy – kochajcie tłumaczy i … redaktorów 😉 To wszystko dla Was!

Editress


[1] Przejęzyczenie : rozmowy o przekładzie / Zofia Zaleska. Wołowiec : Wydawnictwo Czarne, 2015. – 371, [2] s. ; 22 cm.

[2] Gościnność słowa : szkice o przekładzie literackim / Jerzy Jarniewicz. Kraków : Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 2012. – 284 s. ; 20 cm.

[3] Tłumaczka podaje, że autorem tej opinii jest prawdopodobnie Gilles Ménage (1613-1692), choć dziś przypisywana jest wielu innym autorom: Małgorzata Łukasiewicz, Pięć razy o przekładzie. Kraków-Gdańsk, 2017, s.37

Izolinie uczuć, izolinie ciał.

Mapa Anny / Marek Šindelka ; przełożyła Anna Wanik. Wrocław : Wydawnictwo Afera, 2020. – 175, [5] stron ; 19 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Podobno czytelnicy rzadziej wybierają opowiadania, przynajmniej wydawcy twierdzą, że gorzej się sprzedają. Zdecydowanie krótką formę literacką „docenia” wrocławski Międzynarodowy Festiwal Opowiadania, który już w  kolejnej edycji promuje z sukcesem ten gatunek literacki. Może zmienią się trendy…

Osobiście bardzo „doceniam” opowiadania. Można przecież otrzymać tyle różnorodnej fabuły w jednym tomie. Czasem teksty splatają się ze sobą, mają wspólną myśl przewodnią rozpisaną na wiele głosów i historii. Ukryty klucz odczytań. Tak właśnie jest w zbiorze opowiadań czeskiego autora Marka Šindelki  zatytułowanym „Mapa Anny”.

Czeska  literatura  to mój częsty wybór czytelniczy. Nie tylko klasyka – Hrabal, Čapek, Kundera… ale zupełnie współczesne, młode spojrzenie czeskich prozaików, ma godną reprezentację na kilku półkach. Między innymi dzięki wydawnictwu Afera można całkiem dobrze zorientować się, co aktualnie “piszczy” w literackim świecie naszego południowego sąsiada. A jest bardzo ciekawie i różnorodnie.

Marek  Šindelka  został  “zaproszony” na polski rynek wydawniczy,  właśnie dzięki wspomnianemu  wydawnictwu Afera, książką „Zostańcie z nami”. I oto kolejna propozycja opowiadań, która pozwala sądzić, że objawia nam się autor „na dłużej”, którym zdecydowanie warto się zainteresować.

„Mapa Anny” – na okładce wymowne izolinie – izobary, może izohiety?  Łączą punkty o tych samych wartościach. U Šindelki pewnie tę samą temperaturę uczuć, te same odkrycia cielesności. Obnaża się z całą mocą powtarzalność i oczekiwanie na zmianę, na paradoksalne „załamanie” tej niepogody. Czytelnik może poucztować w szukaniu odczytań. Autor naprowadza, ale zostawia również wolną rękę. Tekst jest bardzo bogaty. Potrzeba wiele uważności podczas lektury.

Świat bohaterów wydaje się stosunkowo jałowy i pozbawiony smaku. Próżno szukać w nim czegoś co można byłoby nazwać prozaicznie – szczęściem – szczególnie w sferze związków i relacji. Stagnacja, identyczność, idealizacja  –  a obok wielkie wołanie o skazę, bliznę. Może nawet o brzydotę, aby wreszcie przełamać monopol nieskazitelnych ciał. Z drugiej strony, w sferze uczuć – niedojrzałość, kompletny brak zrozumienia wzajemnych oczekiwań i egoizm. Momentami można wpaść w irytację. Nachodzi ochota, aby wytrząsnąć  z bohaterów to zagapienie, nijakość, oczekiwania pozbawione widoków na jakiekolwiek spełnienie. Szybkie wpadanie w nudę, wypalanie uczuć, wzajemne emocjonalne rozgrywanie się, aż do zerowego salda emocji. Bohaterowie wybuchają porywami ciała, często przypadkowymi, które niosą konkretne efekty. Poza krótkimi przypływami namiętności, pustka zadaje ból do żywego.

Możemy czytać  innych i siebie jak mapy, wspólne doświadczenia cielesności, uniwersalizm fizjologii, pozwala nam na to. Procesy zachodzące w ciele są silnie powiązane z emocjami – jak trema – znacie to uczucie, pyta jeden z bohaterów? Znacie. Postać komika jest wręcz symboliczna  – dojmujący, charakterystyczny smutek błazna, który być może jako jedyny prawdę nam powie. Bywa jednak, że słowo powtarzane wiele razy traci swoje znaczenie. Nie tylko słowa. Wiele rzeczy, spraw, postaci traci swoje znaczenie, szczególnie to pierwotne. Znak naszych czasów. Autor czujnie wyłapuje te zmiany.

Teksty są gęste od przemyśleń, obserwacji, bardzo trafnych spostrzeżeń: Całował twoje siniaki i wyobrażał sobie, że pod skórą muszą być słodkie jak obite jabłko. Autor ma wyjątkowy talent plastycznego obrazowania.

Trochę o warsztacie. Oto mamy przed sobą skondensowaną prozę bez zbędnego szczegółu. Wszystko współgra i ma znaczenie. Uderza zmienna narracja, ukazująca różne punkty widzenia, jednak skupiona i przemyślana. Nie ma ślepych uliczek. Autor ma pełne panowanie nad treścią i formą.
Bohaterowie przemieszczają się po tekstach, zapożyczani z jednego opowiadania do kolejnego, tworzą łańcuch historii. Dopełniają swoje losy, dokładają brakujące klocki.

Cóż, wszystko już było, wchłaniamy historie swoje i innych. Odziedziczone ciało staje się mapą naszych przodków, z całym bogactwem inwentarza. Odbijamy w sobie świat w mikroskali. Siebie nawzajem. Wszystko już było, pewnie tak, ale warto spojrzeć  jeszcze raz, okiem Marka Šindelki.

Editress

Kto gra pierwsze skrzypce?

Magiczne skrzypce / Izabella Klebańska ; ilustracje Monika Pollak. Łódź : Wydawnictwo Literatura, 2020. – 252 strony : ilustracje, 22 cm. (To Lubię)

Fot. Dom Książki/Editress

Budująca, pogodna i zarazem mądra powieść pojawiła się w sezonie letnim wśród propozycji dla dzieci (+9), w ramach serii To Lubię Wydawnictwa Literatura. Świetna propozycja z katalogu „ambitna i pociągająca lektura”. Bardzo sensowny wybór czytelniczy na wakacje.
Magiczne skrzypce Izabelle Klebańskiej pociągają już samą okładką, bardzo estetyczną i doskonale korespondującą z treścią. A to naprawdę ważne. (A propos, myślę, że okładki staną się tematem felietonu w Domu Książki 🙂 ).

Dwie postacie złączone w „skrzypcowym kształcie” trafnie i jednoczenie intrygująco uchylają rąbka tajemnic fabularnych. Można już zdradzić, że muzyka jest ważnym bohaterem tej powieści. Autorka kładzie duży nacisk na walor edukacyjny tekstu. Powieść wypełnia muzyka klasyczna – opera, koncerty skrzypcowe, ale również gitarowe wykonania, które wzbogacają życie bohaterów o ważny element estetyczny, ale i duchowy. Niemal dosłownie! Dzięki temu postacie cechują się wyjątkową wrażliwością.

Pora przedstawić protagonistów. Rodzina Karskich – mama Martyna, skrzypaczka, dwaj synowie Jacek, Franek i tata – nieobecny. Przyjaciele, koledzy i koleżanki, dziadek i babcia – nie całkiem obecni… Tajemniczo? Więcej nie zdradzę. Nagła choroba mamy dramatycznie rozbija już wcześniej zaburzony spokój rodziny. Kolejny raz bohaterowie stają przed bardzo wymagającymi wyzwaniami losu.

Autorka dotyka wielu bardzo trudnych tematów i wychodzi z tego zadania obronną ręką. Spotkanie po latach z ojcem, który porzucił rodzinę, to prawdziwie traumatyczne doświadczenie. Szczególnie, gdy na braci spada lęk o mamę, która jest jedynym opiekunem, filarem całej rodziny. Można się poczuć bardzo niepewnie. Izabella Klebańska umiejętnie rozgrywa te napięcia i pozwala wyłuskać wszelkie dobro, które rodzi ta trudna sytuacja. Przebaczyć to nie zapomnieć. Raz nadszarpnięte zaufanie, poobijane zdradą, „ma prawo” do ostrożności.

Do fabuły wkracza siła nadprzyrodzona. Mogę zapewnić, że nudno nie będzie. Wartka akcja pozwala zgubić ciężką atmosferę, a wyjątkowe postacie wprowadzają zupełne nową jakość w życie Jacka Karskiego. Autorka dzięki nadzwyczajnym mocom, przygodzie, a nawet intrydze osiąga świetny efekt. Młodzi czytelnicy, mimo niełatwych wyzwań przed którymi stoją bohaterowie, zostaną „oczarowani” całym ciągiem niesamowitych zdarzeń i przygód.

Tekst ma w sobie potężną dawkę emocji i uczuć. Bohaterowie dowartościowani i dobrze “zaopatrzeni” w miłość pokazują całą jej moc. Duchowa strona życia jest w powieści silnie zaakcentowana. Prawdziwe więzy rodzinne trwają aż po grób… Wiele ważnych treści płynie z książki Izabelli Klebańskiej. To wartościowa książka, wyrywająca młodego czytelnika z „mieć”, na rzecz „być”. Być mocno, intensywnie i prawdziwie. Magiczne skrzypce to przede powieść o sile rodziny, bez prawdziwych uczuć nawet magiczny instrument niczego nie zmieni. Ważne, aby wszystko czynić z oddaniem.

Mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje. Okazuje się, że może znacznie więcej. Powieść Izabelli Klebańskiej to muzyczno-literacka terapia, w której miłość gra pierwsze skrzypce.

Editress

Podróż pełna sentymentów

Ilustratorki, ilustratorzy : motylki z okładki i smoki bez wąsów / Barbara Gawryluk ; książkę zaprojektowała Anna Pol.Warszawa : Wydawnictwo Marginesy, 2019. – 413, [3] strony : faksymilia, fotografie, ilustracje ; 24 cm.

Tysiąc, a może milion razy powtarzałem zdanie klasyka, że wszystko, co najważniejsze w życiu człowieka piszącego zdarza się w dzieciństwie[1] – tak w swoich tekstach deklarował Jerzy Pilch.
Śmiało można sparafrazować słowa pisarza i powiedzieć, że wszystko, co najważniejsze w życiu człowieka czytającego również zdarza się w dzieciństwie. To moja prywatna, skrajnie subiektywna perspektywa i obserwacje. Dziecięce lektury ukształtowały moją miłość do literatury wszelakiej. Rozkochały w słowie pisanym i rozpoczęły wielką przygodę z książką – również zawodową. 

Tekst i obraz – zasadnicze składniki książki dla dzieci zostawiają ślady w pamięci i w wyobraźni na lata. Z całą mocą przekonała mnie o tym książka „Ilustratorki, ilustratorzy : motylki z okładki i smoki bez wąsów” Barbary Gawryluk, która stała się cudowną podróżą w czasie, pełną sentymentów, a nawet wzruszeń. 

Z wielką przyjemnością oddałam się lekturze rozmów z czołowymi polskimi ilustratorkami i ilustratorami, którzy kształtowali dziecięcą wyobraźnię dorosłych już dziś czytelników – nie tylko w Polsce! Niektórych mistrzów ilustracji  reprezentowała rodzina, gdyż nie ma już ich wśród nas. Ale została twórczość, niepowtarzalna, wyjątkowa, pełna charakteru.

Wspaniałe reprodukcje okładek, rysunków książkowych sprawiły, że po lekturze rzuciłam się do mojej biblioteczki z dzieciństwa w poszukiwaniu tytułów pokazanych w książce. Sprawdzałam, czy każdy z ilustratorów ma swoją reprezentację w postaci choćby jednej książeczki na mojej półce. Ma!   

Czytając rozmowy ze wspaniałymi artystami lub wspomnienia o nich,  nie opuszczały mnie takie pojęcia jak: staranność, misja, klasa, jakość, pasja. Wspaniała polska szkoła ilustracji. Wielką przyjemnością było zajrzeć przez ramię ilustratorkom/ilustratorom, poznać ich warsztat pracy, ulubione techniki, zobaczyć kształtujący się styl, zajrzeć do teczek wypełnionych znakomitymi pracami. Nie tylko ilustracjami książkowymi, ale także projektami pocztówek i znaczków. Uświadomić sobie problemy, z jakimi zmagali się w pracy i w życiu. Trudności drukarskie, cenzura…, a jednak stworzyli niezwykłą grupę artystów, świetnie radzących sobie w tych szarych czasach PRL-u. A przede wszystkim, co  uderza w lekturze najmocniej, to ich relacje pełne PRZYJAŹNI! Wartości, której dziś znacząco brakuje w wielu grupach zawodowych, została bowiem zamieniona na rywalizację…  

Tymczasem miło było zajrzeć do redakcji „Misia”, kultowego  pisemka dla dzieci,  pod wodzą Zbigniewa Rychlickiego, który potrafił stworzyć wspaniałe miejsce pracy wielu wybitnych ilustratorów. Poznać pierwsze kroki Józefa Wilkonia, Bohdana Butenki. Dowiedzieć się, jak powstała kultowa okładka do serii „Poczytaj mi mamo” autorstwa Krystyny Michałowskiej. Poznać wpływy Jana Marcina Szancera na kształtowanie stylu młodych ilustratorów. Plejada wspaniałych nazwisk otwiera sentymentalną podróż w czasy dziecięcych lektur. Zdecydowanie warto dać się porwać. Niektóre prace mają drugie życie, wznowione rozbudzają wyobraźnię kolejnego pokolenia. Seria Poczytaj mi mamo – Naszej Księgarni, czy seria Mistrzowie Ilustracji Wydawnictwa Dwie siostry zyskują kolejnych wielbicieli dobrej ilustracji.

Barbara Gawryluk wykonała świetną pracę, która jest prawdziwym pokłonem dla wybitnych ilustratorów. Jako miłośniczka dobrej lektury uznałam,  że to najlepsza książka na inaugurację literackiego bloga.


[1] Jerzy Pilch, Narty Ojca Świętego, Warszawa 2004, s. 6