Archiwum kategorii: Recenzje

Hałda historii

Od Katowic idzie słońce / Anna Malinowska. Wydanie I. – Wołowiec : Wydawnictwo Czarne, 2022. – 317, [3] strony ; 23 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Pierwsza myśl związana z Katowicami – przemysł, krajobraz industrialny. Kopalnie, huty, stężenie zanieczyszczeń w powietrzu powyżej normy. Tak, był taki czas, kiedy podawano codziennie w ramach wiadomości z regionu, ile i czego jest za dużo w katowickiej atmosferze. W tym sadza, co się maże na „łoku…”

A ja widzę trochę inaczej. Pamiętam neonowy czajniczek na ulicy Stawowej, który puszczał neonową parę i pijalnię czekolady w obecnej alei Korfantego. Sklep z towarami pochodzenia zagranicznego na Warszawskiej i saturatory pod Zenitem. Górujący Spodek i Katedrę Chrystusa Króla. Mój obraz miasta jest zdecydowanie inny, bardzo sentymentalny. Osobisty. Sadza mi nie przeszkadza. Hutniczo-kopalniany krajobraz też nie. Znam inne obrazy. Dlatego myślę, że reportaż Anny Malinowskiej „Od Katowic idzie słońce” będzie szczególnie bliski tym czytelnikom, których łączy z Katowicami jakaś więź. A gdy się zaczęło życie w tym mieście – jest się wyjątkowo powiązanym.  Bardzo mocno trzymam kciuki za Katowice i cieszy mnie od lat każdy sukces miasta, które zdecydowanie zmienia swoje oblicze. Szuka nowego klucza, nowego otwarcia, poza przemysłem, który znacząco się skurczył. Zamykane kopalnie i huty pozostawiły po sobie pustkę paradoksalnie w wielu wymiarach. Zmienia się charakter miasta. I co za tym idzie, oczekiwania mieszkańców. Anna Malinowska bardzo dobrze nakreśliła ten horyzont przemian. Poznajemy historię miasta, która nie jest długa, a jednak bardzo burzliwa, niejednoznaczna, często trudna, ale także fascynująca. Kattowitz, Katowice, Stalinogród. W samych nazwach odbija się wielka historia. A na jej tle małe historie osobiste, które stanowią sól tej ziemi. Szczególnej, specyficznej. Sól tej reportażowej opowieści.

„Miasto to nie tylko wielkie inwestycje, imponujące budynki, szerokie drogi i masowe imprezy. Miasto to także opowieść, która składa się z tysięcy drobnych historii” – pisze Anna Malinowska i to nam właśnie pokazuje. Dzięki autorce próbowałam sobie wyobrazić w centrum miasta pola ostatniego sołtysa Katowic Kazimierza Skiby. Pojawiające się i znikające kamienice. Przemiany Szopienic, Giszowca, czy Nikiszowca. Ta ostatnia dzielnica jest szczególnym przypadkiem miejskiego sukcesu. Malinowska poświęca jej osobny rozdział i daje nadzieję, że nawet w miejscu, któremu mało kto daje szanse na rozwój i zmiany, można dokonać prawdziwego odrodzenia.

Dawne budynki przemysłowe zamieniają się w miejsca wypełnione kulturą i historią. Doskonałym przykładem jest Muzeum Śląskie, które znajduje się obecnie w dawnej kopalni, tworząc Strefę Kultury wraz z salą koncertową Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia oraz z Międzynarodowym Centrum Kongresowym. Katowice stawiają na kulturę.

Autorka przypomina legendarną Grupę Janowską, czyli górniczych artystów malarzy. Bo jak się okazuje nawet w kopalni można znaleźć wielkie talenty. Międzynarodowy sukces Teofila Ociepki to fenomen. Cała Grupa była fenomenem i do dziś pozostaje ważnym zjawiskiem w sztuce Katowic, która w swoim czasie była mocno dostrzeżona. O malarzach z Janowa dowiadujemy się wielu ciekawych szczegółów, bo oprócz triumfu talentu, były też ludzkie dramaty.

Tragicznych życiorysów i zdarzeń w Katowicach nie brakuje. Przypomina o tym tekst związany z pacyfikacją kopalni “Wujek”. Malinowska przedstawia historię fotografów, którzy uwiecznili te dramatyczne wydarzenie. Moment przemiany Katowic w Stalinogród również okazał się tragiczny dla trzech młodych dziewczyn, które postanowiły zaprotestować przeciw nowej nazwie.  

Ludność Katowic to kolejny wielki odrębny temat, nad którym pochyla się autorka. Przyjezdni i miejscowi. Starcia i tarcia. Swój i obcy. Droga do aklimatyzacji i wzajemnej akceptacji. To również ciekawy proces, który odcisnął się na obliczu miasta. W „Cząstkach elementarnych” Michela Houellebecqa bohaterami są dwaj bracia o nazwisku Djerzinski, po dziadku, który w 1919 roku wyemigrował z Katowic do Francji. Takich migracji przez lata było wiele, w różne strony. Jedni wyjeżdżali, inni przyjeżdżali. Tygiel, który wrzał niejednokrotnie, stopniowo stygnie. Nadal jednak nie brakuje rozważań i różnych idei wokół Śląska i jego ludności, chociażby dzięki Ruchowi Autonomii Śląska, który Malinowska również bierze pod lupę.

Reportaż „Od Katowic idzie słońce” to wiele ważnych pytań i spostrzeżeń. Bardzo dobrze ukazuje proces zmian, przy jednoczesnym zakorzenieniu w historii i tożsamości katowickiej ziemi z jej wielkimi postaciami.  Pewnie jak każde duże miasto, Katowice trzeba odkryć samemu, żeby się z nimi zaprzyjaźnić i zrozumieć. Wojciech Kilar urodzony we Lwowie, mieszkający i tworzący w Katowicach, na pytanie co należy robić, aby pisać taką wspaniałą muzykę jak on, odpowiadał – To proste, trzeba mieszkać w Katowicach.

Editress

Książki do zadań specjalnych

Marius, magia i Wilkołaczka Liisi/ Reeli Reinaus ; z języka estońskiego przełożyła Anna Michalczuk-Podlecki ; [Ilustracje: Marja Liisa-Plats]. Wydanie I. – Piaseczno : Wydawnictwo Widnokrąg, 2022. – 224, [3] strony : ilustracje ; 22 cm.

Żona dla taty! / Reeli Reinaus ; z języka estońskiego przełożyła Anna Michalczuk-Podlecki ; [ilustracje Marja-Liisa Plats]. Wydanie I. – Piaseczno : Wydawnictwo Widnokrąg, 2019. – 205, [3] strony : ilustracje ; 22 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Podążając estońskim tropem, rozsmakowując się w literaturze naszych bałtyckich sąsiadów, między innymi dzięki twórczości Andrusa Kivirähka  i jego „Tildzie i kurzołkowi”,  „Listopadowym porzeczkom” (nominowanych w tym roku do Nagrody Angelus), z wielką przyjemnością oddałam się lekturze powieści Reeli Reinaus, skierowanych do dzieci i młodzieży. Owe pozycje książkowe znalazły się w serii „Książki do zadań specjalnych” Wydawnictwa Widnokrąg  – i jest to bardzo trafna “klamra” (stąd zapożyczony tytuł recenzji :)). Jak się okazuje, mamy dobrą literaturę po sąsiedzku i zdecydowanie warto przyglądać się estońskim autorom.  

Dorobek Reeli Reinaus jest pokaźny i szeroko nagradzany, doceniany w Estonii, ale także poza jej granicami. Dzięki Annie Michalczuk-Podlecki, jednej z trzech tłumaczek w całej Polsce, która przekłada z estońskiego i my możemy poznać twórczość Reinaus. W jej świecie powieściowym dominują codzienne problemy dzieci, ale także ważne dylematy, wymagające zrozumienia, pomocy i czasu. Autorka jest z wykształcenia folklorystką i wiele z folkloru estońskiego możemy znaleźć w powieści „Marius, magia i wilkołaczka Liis”, która właśnie znalazła się w polskich księgarniach. Książka została wpisana na honorową listę White Ravens 2018 i  Good Children’s Book 2017. Ma w sobie wszystko, co może być kuszące w literaturze dla dzieci. Zanurzona w baśniowej magii, niesie wiele uniwersalnych prawd i mądrych wskazówek. Gdy codzienność miesza się z niezwykłym światem, pełnym niespodzianek, tajemnic i niebezpieczeństw, dostajemy emocjonującą mieszankę, która mocno działa na wyobraźnię.

Marius przeprowadza się z rodziną w nowe miejsce i musi się odnaleźć w tej rzeczywistości. Znaleźć paczkę przyjaciół, zaaklimatyzować się w szkole, wypełnić swoje życie nową treścią. Ale na co może liczyć w małej estońskiej wiosce? Wydaje się, że na niewiele. Tymczasem przed bohaterem otwiera się perspektywa niezapomnianych doznań, wrażeń i mocy, które odmienią całe jego życie i sposób patrzenia na świat. A wszystko to dzięki Liisi i tajemnicom pobliskiego lasu, gdzie kumuluje się cała baśniowość tej historii. Tajemnicze istoty, które budzą lęk i fascynację, zawładną Mariusem i jego znajomymi.

Co czytelnik, dzięki bohaterom wyniesie z tej opowieści? Z pewnością dowie się, że powierzchowna ocena zawsze zawodzi. Nie wszystko, co ma pozory dobra, jest dobre. Piękna zjawa może zabić, a wielka wilczyca ocalić życie. Jasno wybrzmiewa myśl, że poświęcenie jest wielką wartością – choć często bywa źle zrozumiane przez tych, którzy stoją z boku. Dlatego udziałem bohaterów stanie się również samotność i odrzucenie. To szczególnie trudne, gdy ma się naście lat.
Marius stara się być rozważny i zachować się sprawiedliwe, ale to nie zawsze jest proste. Uleganie opiniom innych przeważnie prowadzi na manowce, dlatego warto samemu „wyruszyć” na poszukiwanie głębi w drugim człowieku. Bohaterowie przekonają się, jak ważna jest troska o siebie nawzajem, równowaga – ta życiowa, jak i ta w naszym otoczeniu. Każde jej zaburzenie to poważne konsekwencje. Jest czas na rozkwitanie, dojrzewanie, jest też czas na śmierć. I również z jej majestatem spotkają się Marius, Liisi i ich przyjaciele.

Znajdowanie sobie miejsca w życiu wymaga czasu i dobrych ludzi wokół, aby osiągnąć ten cel. Przełamywanie lęku, stereotypów, dążenie do samodzielności w myśleniu dojrzewa w nas przez lata. A budowanie życia od nowa potrzebuje śmiałej decyzji. Często podejmowanej przez kilka osób jednocześnie. Jak w innej powieści Reeli Reinaus „Żona dla taty”. To ciepła i zabawna historia o sprawach ważnych. Narratorką jest Kaisa, ma 12 lat i mieszka w Tallinie. Od razu wciąga czytelnika w nurt swojej opowieści. Myślę, że pierwszoosobowa narracja w wykonaniu dorastającej dziewczynki była strzałem w dziesiątkę. Otrzymujemy bowiem dużo zabawnej naiwności i rozbrajającej bezpośredniości. Szczerość, wywołuje uśmiech na twarzy.

Mama Kaisy zmarła dawno, dziewczynka przez wiele lat była tylko z tatą. Teraz trzydziestosiedmioletni architekt uznał, że czas coś zmienić w ich rodzinnym życiu. Dziewczynka również jest otwarta na to, aby ten kobiecy pierwiastek, którego potrzebuje dorastająca nastolatka, znowu pojawił się w ich domu.

Brzmi poważnie? Ale tak nie jest, przynajmniej nie całkiem. Historia osieroconej dziewczynki, która pomaga tacie znaleźć żonę jest opowiedziana bez zadęcia. Wszystkie akcenty zostały mądrze rozłożone. Krzepiąca i  zabawna opowieść pokazuje, jak wypełnić życiową pustkę, bez potoku łez, smutku i patosu. Tylko z nadzieją.

Tata już nie pamięta, jak się randkuje, wiele jego zachowań często odstrasza kobiety. Córka służy pomysłami, wraz z przyjaciółką Merit, która ma spore doświadczenie, dzięki własnej mamie, która nieustannie szuka męża. I oto pojawia się przed nami plejada kobiet o przeróżnych charakterach. Randki taty przeważnie kończą się fiaskiem i wspólnym naradzaniem się z Kaisą, co i czemu poszło nie tak. Przy tym nie trącą dobrego humoru i nadal mocno się wspierają.

Każda z nowo poznanych kobiet wnosi coś do życia dziewczynki i jej ojca. Kształtują się w nich ważne przemyślenia. Kompromisy i próba akceptacji drugiego człowieka – tak, ale bez pomijania własnej podmiotowości. Dążenie do celu – tak, ale nie za wszelką cenę. Nic na siłę. Szczególnie w sprawach ważnych. Często, gdy przestajemy rozpaczliwie o coś zabiegać rozwiązanie przychodzi samo.

Autorka z wyczuciem dobrała kobiece bohaterki, które przewijają się przez życie Kaisi i jej taty. Dzięki nim mogła przemycić do tekstu ważne zagadnienia, jak chociażby kwestię bicia dzieci, egoizmu, narzucania bez sprzeciwu swoich zasad. Te spotkania z różnymi osobowościami wiele mówią bohaterom o tym, kim są i co jest dla nich ważne. Dzięki temu zgodnie będą potrafili przywitać w swoim życiu kobietę, która będzie idealną – mamą i żoną.

Warto zwrócić uwagę na ilustracje. Obie książki ilustrowała Marja Liisa-Plats, estońska artystka, która doskonale wpisała się w charakter obu powieści i wzmocniła przesłanie każdej z nich.

Editress

Spotkanie z samym sobą

Zanim wystygnie kawa / Toshikazu Kawaguchi ; przełożyła Joanna Dżdża. Warszawa : Grupa Wydawnicza Relacja, copyright 2022. – 219, [1] strona ; 21 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Podróż do przeszłości. Bardzo kusząca perspektywa, a może nie? Pewnie każdy z nas przynajmniej raz w życiu myślał o powrocie do dawnego życia i zastanawiał się, co by w nim zmienił. W powieści „Zanim wystygnie kawa” Toshikazu Kawaguchi, w tłumaczeniu Joanny Dżdży, działa kawiarnia, w której taki skok w przeszłość jest możliwy, ale zanim wystygnie kawa, trzeba wrócić do teraźniejszości. Jak szybko stygnie kawa? To zależy, w czym jest podana. Generalnie czasu jest mało, może 20 minut, co można w takim okresie załatwić? Co powiedzieć i komu?

Znamienne jest to, że kawiarnia jest gdzieś w podziemiach, nie ma w niej okien i jest bardzo mała. Niewielu klientów może z niej skorzystać jednocześnie. Dzięki temu bohaterowie są odłączeni od codziennego zgiełku i nic ich nie rozprasza. Mogą usłyszeć samych siebie przy kilku zaledwie świadkach, którzy często służą wsparciem i darzą zrozumieniem. Personel kawiarni i jego klienci tworzą bardzo intymne więzi. Uczestniczą bowiem w niezwykłym momencie życia swoich gości, a nawet bezpośrednio biorą w nim udział. Przedstawiają także dokładnie cały zestaw zasad, które trzeba spełnić, aby szczęśliwie powróć z przeszłości i w ogóle móc się tam przenieść.

Nie mogę zdradzić wszystkich zasad tej podróży w przeszłość, bo zepsułabym całą przyjemność czytania. A jest ich kilka. Nie tylko ten limit czasu, jakim jest stygnąca kawa. Owe obostrzenia często powodują, że klientela rezygnuje z przenosin, bo nie tak je sobie wyobrażała. I pewnie wielu czytelników również. Ale zapewniam, to tylko atut. Nie oczekujcie wrażeń jak z filmu Zemeckisa. To zupełnie nie ta półka. Powieść „Zanim wystygnie kawa” oferuje coś innego. Coś głębszego. To nie jest „rozrywkowa” lektura. Nieraz ściśnie gardło. Towarzyszymy w tych wyjątkowych podróżach parze zakochanych, dwóm siostrom, małżeństwu i matce z córką. Każda z tych historii jest bardzo przejmująca, każda ma swoisty kaliber ciężkości i angażuje całą  feerię uczuć. Najbardziej poruszyła mnie ostatnia podróż, zatytułowana Matka i dziecko. Obraz, który na długo zostanie pod powiekami.

Przede wszystkim, to nie jest opowieść o podróży w czasie, jak to sobie klasycznie wyobrażamy. To opowieść o podróży w głąb siebie. Nietuzinkowa i bardzo przemyślana. Zmuszająca czytelników do przewartościowań, pokazująca, że one są możliwe i bardzo ważne, aby zbudować lepszą przyszłość. Z przeszłości można tylko wyciągnąć wnioski, uczciwe spojrzeć na siebie przez pryzmat zdarzeń i dokonać zmian jedynie w sobie, a nie w tym co było.

Nie podróż w czasie jest tu najważniejsza, ale to co w ludziach dojrzewa, namysł nad najważniejszymi sprawami, jakiego dokonują bohaterowie i ostateczne przeobrażenie siebie w kogoś lepszego. Podróż w przeszłość jest pretekstem, jest wielkim pragnieniem, które pozwala odblokować siebie, rozmrozić skostniałe uczucia, dotrzeć do swojego ja.

„Gdybyś mógł cofnąć się w czasie, z kimś chciałbyś się spotkać”? – zadaje pytanie autor, jako motto swej powieści. To ciekawie zadane pytanie. Zazwyczaj mówimy, “co chciałbyś zmienić?”. Zmiana jest motorem, zmiana w jakiś zdarzeniach, czynach, które chcielibyśmy poprawić lub całkowicie wyrugować z biografii. Tymczasem w powieści „Zanim wystygnie kawa” najważniejsze są relacje i słowa, gesty, które nie mają nic zmienić w przeszłości. Mają jedynie dokonać przemiany serca podróżującego tu i teraz, z myślą o przyszłości.

To zdecydowanie powieść przeciw egoizmowi, który dziś króluje. Bohaterowie składają wzruszające świadectwa najlepiej rozumianego poświęcenia. Powieść afirmująca życie i wdzięczność za nie. Afirmująca miłość, przyjaźń, bezinteresowne oddanie w imię wyższych wartości. Porzucenie głupiego pędu za wygodą i sukcesem, który całkowicie pomija drugiego człowieka.

Wszyscy podróżujący wracają inni, pogodzeni, radośni, mimo, że przeszłość zawiera tragiczne obrazy. Bolesny i nieusuwalny balast. Mimo, że są targani skrajnymi emocjami, wracają spokojni, pewni tego, co dalej robić. Jakie to ważne – mieć pewność, że idzie się właściwą drogą, a z tego co się wydarzyło bierze to, co najlepsze, najbardziej kształtujące i tworzące lepszą przyszłość. Sobie i innym.

Podróż w kawiarni Funiculi Funicula przemienia serce i pozwala zmierzyć się z przeciwnościami losu, z nadzieją, że to wszystko ma sens. Cieszę się już na kontynuację losów kawiarnianych bohaterów w zapowiadanych przez wydawcę Grupę Wydawniczą Relacja „Opowieści z kawiarni”.

Editress

Po całości

Sprawy, na które przyszedł czas / Petra Soukupová ; przełożyła Julia Różewicz. Wydanie I. – Wrocław : Wydawnictwo Afera, 2022. – 369, [4] strony ; 21 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Historia jednego małżeństwa, a może niejednego?  Zdecydowanie. Petra Soukupová nie odkrywa przed nami nowych lądów. Przecież znamy te historie „że żona go nie rozumie, że wcale ze sobą nie śpią…”. „Sprawy, na które przyszedł czas” to zapis stagnacji i rozpadu relacji, czego należało się spodziewać od samego początku. Dlaczego? Małżeństwo bez fundamentów musi runąć. Bez uczucia, przyjaźni, jasnych motywacji nic na trwałe nie da się zbudować.

Generalnie –  jest dość stereotypowo. Poznajemy parę młodych ludzi, który wiążą się ze sobą. Nie widać w tej relacji szczególnej namiętności. Może ona – Alice – jest zakochana, ale szczególnie mocno to nie wybrzmiewa. W zasadzie nie wiem, co ich motywuje do bycia razem. A zatem, czy można oczekiwać związku do grobowej deski?  

On – Richard – przystojny, poukładany, sportowy typ, emocjonalnie chłodny. Pewnie może się podobać, ale kobieta zakochuje się głównie przez uszy. Kolejne lata upływające bez słów „kocham cię”, dobitnie wyartykułowanych, są nie do przejścia. Tymczasem według męskiego punktu widzenia, jeśli kiedyś tam powiedział te „kocham cię” i nie odwołał, to przecież nadal obowiązuje. A poza tym stara się, dba o rodzinę, to chyba wiadomo jak jest. Nic nowego pod słońcem – uprzedzałam.
Pojawiające się kolejno dzieci to dodatkowe zarzewie konfliktów. Ona przy garach, ta dobra i wyrozumiała, on – 12 godzin w pracy, tyrający na rodzinę, tęskniący za swobodą chociaż w weekendy. Znamy. Klasyczna dychotomia – dobra, poświęcająca się mama, czuła, wyrozumiała (czasem zmęczona i poirytowana) i wymagający, nieobecny tata, do tego pedantyczny gbur, skąpy w okazywaniu uczuć.

Mój stosunek do tej powieści jest mocno ambiwalentny. Z jednej strony jest dość przewidywalna – bo czy zaskakuje tragiczny epilog małżeństwa, gdy jego prolog nie jest specjalnie spektakularny emocjonalnie? Z drugiej strony Petra Soukupová wykreowała wyraziste postacie, o których opowiada ze swadą, dobrze manewrując narzędziami narracyjnymi i potoczystością stylu. A to powoduje, że chce się tę opowieść chłonąć. Jest w tym tekście pewna moc, którą podsyca trzecioosobowy, wszechwiedzący narrator, który wypowiada się za każdego bohatera. Mamy zatem kilka punktów widzenia na tę samą sprawę. Widzimy oczyma dzieci i dorosłych. Każdy filtruje przez swoje emocje. Bohaterowie grają ze sobą, podchodzą się nawzajem. Jedna wielka rozgrywka, w której każdy chce coś uszczknąć i być chwilowym zwycięzcą. W tę grę gładko wchodzą dzieci, doskonale wszystko wyczuwając, rozkładają rodziców na łopatki po swojemu. Aż nadto dobrze widać, jakimi przegranymi są dzieci. I można zaklinać rzeczywistość nową jakością – patchworkową rodziną – jednak to zawsze jest dramat. Wyrwanie z bezpiecznego układu rodzinnego nie pozostaje bez konsekwencji i to również Soukupová  zręcznie podkreśliła.

Autorce udało się wydobyć całą esencję codzienności, pokazując również pewien komizm bohaterów. Nie zanurza swoich czetników w rozpaczy. Mamy twarde realia, w których trzeba się znaleźć. Przecież w zasadzie to się może przydarzyć każdemu. „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. Zapewne Alice i Richard mieliby większe szanse, gdyby ich małżeństwo miało solidniejsze podstawy. Ale i tak po tej lekturze pozostaje we mnie niejasne oduczcie, że oni nadal mają szansę. A może się łudzę…

Alice i Richard potrafią dostrzec swoje braki i niedociągnięcia. Ona wie, że mogłaby czasem poskromić język, on, że mógłby dać z siebie więcej.  Jednak te przebłyski refleksji zostają z nimi, bo tkwi w nich niechęć do przyznania się przed partnerem, że faktycznie przekroczyli pewien próg, za którym czai się upadek. Rodzinne zderzenie czołowe zbliża się nieuchronnie.

 „Sprawy, na które przyszedł czas” nie zaskoczą, ale też nie rozczarują czytelnika. Będzie przewidywalnie i znajomo, ale autorka znajduje także swoje indywidualne struny, na których wygrywa własną melodię.

 „…a Richardowi przebiega przez myśl, że chyba naprawdę spieprzył wszystko po całości”. Puenta jest dobitna i nie pozostawia złudzeń. Bohater przegrał, a wraz z nim rodzina. Klasyczna katastrofa małżeńska „po całości”. Być może ta druzgocąca świadomość ruiny jest w stanie ocucić i coś naprawić, stąd moje złudzenia, że Alice i Richard mają jeszcze szansę.

Editress

Dlaczego nie możemy iść w tym samym kierunku?

Sekretne życie Grety O. / Cary Fagan ; przełożyła Maria Jaszczurowska. Kraków : Wydawnictwo Literackie, 2022. – 212, [3] strony : ilustracje ; 21 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Sekretne życie Grety O. / Cary Fagan ; przełożyła Maria Jaszczurowska. Kraków : Wydawnictwo Literackie, 2022. – 212, [3] strony : ilustracje ; 21 cm.

Zacznę od perspektywy. Jako dojrzała czytelniczka, biorąca do ręki powieść dla młodzieży „Sekretne życie Grety O.” Cary Fagana mam wrażenie, że to bardzo udana próba opowiedzenia o nastoletnim dorastaniu, które jest prawdziwym polem bitwy. Walką na wielu frontach – często prowadzoną jednocześnie. Biologia, szkoła, rodzina, rówieśnicy – wszystko szczerzy kły. Sposoby odpowiedzi na te ataki są różne. Autorowi udało się stworzyć nietuzinkowe wersje, pozwalając jednocześnie bohaterom.. być sobą.

Ten bardzo zachowawczy wstęp podyktowany został pod wpływem moich ostatnich przemyśleń, związanych z percepcją literacką i kompetencjami czytelniczymi w sytuacji, gdy dorosły mierzy się z książką dla młodych czytelników. A konkretnie z oczekiwaniami, jakie jej stawia. Nam dorosłym, myślącym o literaturze dla dzieci i młodzieży najczęściej zależy na dydaktyzmie – zbyt nachalnym, oczywistym. Mądre treści, egzemplifikacje, dialogi pełne istotnych życiowych spraw – to główne oczekiwania od powieści obyczajowej. Robi się szkolnie i nienaturalnie. Robi się dorosło. Oczywiście są pisarze, którzy potrafią stworzyć teksty mocno przylegające do dziecięcej rzeczywistości, sami pozostając w pełnej transparentności. I teraz stawiam reflektor punktowy na „Sekretne życie Grety O.” Bo właśnie Cary Fagan idealnie wchodzi w buty swoich bohaterów i… staje się nimi! Postacie pochłaniają autora. On znika. Główny bohater Hartley zdaje się być całkowicie samodzielny, jest sobą. Jest naturalny. Nie jest podszyty dorosłym autorem, który czasem może przebijać przez postać – właśnie w tym nachlanym dydaktyzmie, w topornych dialogach, które mają tryskać mądrością ponad wiek. Tymczasem Hartley jest bystry, „uszyty” na swoje trzynaście lat. Ma inteligentne poczucie humoru, dużo dystansu do siebie i ciągle jest chłopcem.

Czytając tę powieść, czułam się, jakby faktycznie napisał ją nastolatek (tym bardziej, że jest on pierwszoosobowym narratorem, bezpośrednio zwracającym się do czytelnika). Język, kreacja świata przedstawionego, jego percepcja i emocje – są skrojone na miarę młodego bohatera. Choć seria doświadczeń, które na niego spadają jest bardzo wymagająca. I tu konstruuje się największa wartość tej opowieści.

Brat  Hatleya – Jackson – z niewiadomych powodów ucieka z domu. Zostawia siostrę bliźniaczkę, która szczególnie dotkliwie odczuwa jego brak. Przewraca do góry nogami całe życie rodziny, która musi zbudować codzienność na nowo. To wielki trud, który stopniowo się udaje. Obok funkcjonują znajomi, przyjaciele, którzy nie zawsze umieją się znaleźć w dramatycznych sytuacjach. Niektórzy wręcz ponoszą moralnie sromotną porażkę. Ale nie tylko Hartley i jego rodzina przeżywa dramaty i rozczarowania. Gdzieś tam jest mocno osamotniona tajemnicza Greta O., która wysyła swoje SOS. Znajduje swój pomysł na komunikację ze światem. Podrzuca w różnych miejscach miasta nietuzinkowe pocztówki – kolaże z przesłaniem. Tak rozmawia z nieznajomymi. Nie wie nawet, czy celowo zgubione papierowe rękodzieło kogokolwiek zainteresuje. Widać jednak wyraźnie, że każdy człowiek, potrzebujący pomocy, wysyła sygnał. Czasem bardzo wyraźny – jak ucieczka z domu, czasem niezwykle dyskretny, jak porzucona pocztówka, z zastanawiającym tekstem i autorskimi inicjałami. Kto się na nią złapie? Kto będzie chciał drążyć dalej? I czy przyniesie to dobre efekty?

Mimo iż Hartley jest narratorem tej historii, nie powiedziałabym, że jest również protagonistą. W moim odczuciu każdy bohater jest w tym tekście ważny. Faganowi udało się każdą postać dowartościować, nobilitować jej bolączki. Trudno tu kogoś pomniejszyć, zlekceważyć, oddalić. Wszyscy są potrzebni, każdy wnosi coś istotnego, razem budują powieściowy świat. Widać tę wyjątkową sieć połączeń, przy jednoczesnej niesamowitej konfrontacji postaw, typów osobowość, które idą w przeciwnych kierunkach. Zawsze są jednak te momenty mijania się, w których możemy próbować się zatrzymać i wesprzeć. Tak się właśnie dzieje, gdy Hartley spotka na swojej drodze ślady Gerty O. Wnika w tajemniczy świat nieznanej osoby i na chwilę może porzucić swoje troski. Zadumać się nad treścią numerowanych pocztówek, które pragnie skolekcjonować, żeby odczytać coś więcej.

“Sekretne życie Grety O., nie zafunduje młodemu czytelnikowi idealnego świata z prostymi rozwiązaniami, ale na pewno ożywi i kto wie, może zainspiruje. Pocztówki-kolaże są bardzo pomysłowe i na swój ciekawy sposób otwierające na innych. Dla Gerty to nie tylko arteterapia, ale szansa na rozwiązanie problemów jej introwertycznego świata.

Na jednej z pocztówek Greta O. pyta: „Dlaczego nie możemy iść w tym samym kierunku?” Mnie się zdaje, że wcale nie musimy. Każdy ma swój życiowy kierunek, cel, czasem warto z niego zboczyć, żeby pomóc innemu. Zatrzymać się. Przecież nie musimy iść w tym samym kierunku, aby się rozumieć. Ważne, żeby mijając się – nie ominąć się, ale podać sobie rękę, jeśli sytuacja tego wymaga. Wysłać sobie sygnał, dobre słowo, odrobinę przejaśniającej radości. W samej powieści tych przejaśnień nie brakuje, a humor w niej zawarty jest smakowitą wisienką na torcie, który miejscami bywa słony, a nawet gorzki.

„Zrozumiałam, że nigdy nie wiesz, co będzie dalej” – pisze Greta na dziewiątej, prawdopodobnie ostatniej pocztówce. Zostawia nam sygnał pełen nadziei. Wszystko przed bohaterami jest otwarte, szczególnie, gdy ma się naście lat.

Editress

Kurzołek, czyli dobry pył wspomnień

Tilda i kurzołek / Andrus Kivirähk ; ilustrowała Joanna Bartosik ; z języka estońskiego przełożyła Anna Michalczuk-Podlecki. Tytuł oryginału: Tilda ja tolmuningel, 2018 Piaseczno : Wydawnictwo Widnokrąg, 2021. 146, [6] stron : ilustracje ; 23 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

W literaturze coraz trudniej o oryginalność. Praktycznie wszystko już było. W twórczości dla dzieci jeszcze trudniej. Co dziś przemówi do współczesnych dzieci? Jak opowiadać świat i jego problemy? Innymi środkami, konceptami, postaciami? To istotnie wielkie wyzwanie stojące przed twórcami. Zdaje mi się jednak, że wielka ekwilibrystyka nie jest potrzebna, bo można ostatecznie przekombinować. Co jest zatem niezbędne? To, co od wieków – wyobraźnia, mądrość i talent do ich literackiego przełożenia. Ot, tylko tyle 🙂 (żart!)

Dlaczego pozwalam sobie na taki wstęp? Otóż, to zasługa estońskiego pisarza, Andrusa Kivirähka, który swoją opowieścią o Tildzie i kurzołku, wywołał we mnie namysł nad tym, jak w zasadzie prostymi środkami, nietuzinkową postacią i czytelnymi sytuacjami można opowiedzieć dzieciom o sprawach skomplikowanych, problemach filozoficznych, czasem zupełnie abstrakcyjnych. Bo jak sprawnie i obrazowo opowiedzieć o własnej tożsamości – czym w ogóle jest tożsamość – dziedzictwo pokoleń? Jak to jest biec w rodzinnej sztafecie potomków, nieść ich spadek w naszej krwi i genach? Czym są nagłe, zaskakujące wspomnienia? Zakorzenienie w przeszłości, które może nam pomóc odnaleźć swoją rolę w życiu? I wreszcie, jak poradzić sobie z przemijaniem?

Zachwycająco opowiedział o tym Andrus Kivirähk w „Tildzie i kurzołku”, po którą powinien sięgnąć także dorosły czytelnik. Zapewniam, że nie dozna zawodu. Ilustracje Joanny Bartosik są również wielką przyjemnością dla oka, także dorosłego. Tytułowy kurzołek zyskał bardzo atrakcyjną postać fizyczną. Budzi sympatię, którą budzić powinien. Ilustratorka “wrysowała” się w intencje autora.

Wokół nas tańczy kurz i pył pełen wspomnień, ludzkich zjaw i ich historii. Przenika nas i prowadzi, bo przecież wszystko na tym świecie w proch i pył się obraca. Ale w baśni owy kurz może przyjąć nieoczekiwaną formę. Uroczego kurzołka, który wirując obok ludzkich nosów, po jednym kichnięciu, przypomni o tym, co zapomniane, co zakopane w przeszłości. Tilda nie pamięta zmarłego taty, Lucas nie umie się odnaleźć w życiu, panna Wilhelmina nie rozumie siebie i swoich życiowych wyborów, a inni jeszcze pragną zakopać przeszłość głęboko na dnie duszy. Kurzołek na to nie pozwoli. Pojawia się nagle jak miłe wspomnienie, które wywołuje uśmiech na twarzy. Przypomina zapomniane obrazy, odgrzebuje przeszłość i naprawia. Łata dziury w pamięci, które nie pozwalają ruszyć do przodu. Nagle postacie odkrywają spadek swoich bliskich, swoją tożsamość. Stają się pełniejsi i pewniejsi siebie, bo już wiedzą, co determinuje ich los. Czemu Lucas lubi czytać książki i wchodzić w buty powieściowych bohaterów? Czemu Kych wyróżnia się wyglądem i specyficznym smakiem? A panna Wilhelmina zbiera serwetki, poduszki i szmaciane dywaniki? Na wszystko znajdzie odpowiedź kurzołek i będzie to seria zaskakujących odkryć, przełomowych zdarzeń, które sprawią wiele radości. Bo „Tilda i kurzołek” to pogodna opowieść, mimo że czasem dotyka bardzo delikatnych strun. Szczególnie przypadek Tildy jest z tych wrażliwych. Jednak autor wspaniale prowadzi swoją opowieść. Udało mu się stworzyć naprawdę niezwykłą fabułę o sprawach najważniejszych bez smutku i rozżalenia.

Kurzowi nic nie może się stać, bo istniał od początków świata i będzie istnieć do końca czasów. Bo wszystko, co ginie, obraca się w pył i kurz. A kurz i pył są wieczne.

A co dzieje się z tymi, którzy boją się pyłu wspomnień, a nawet chcą je odebrać innym? Obracają się w proch niepamięci, jak jedyny w „Tildzie i kurzołku” szwarccharakter Abel Ragnardon, który pragnie świata bez drobiny kurzu, bez kurzołków, czyli dobrego pyłu wspomnień.  

Przyznaję, że dzięki tłumaczce tej opowieści, Annie Michalczuk-Podlecki, jednej z trzech tłumaczy języka estońskiego w Polsce, odkrywam literaturę tego bałtyckiego kraju z wielkim zaciekawieniem. „Tilda i kurzołek” to dobry początek, bo Andrus Kivirähk to również autor powieści dla dorosłych, na przykład wydanych w zeszłym roku „Listopadowych porzeczek”, które robią oszałamiające wrażenie. Warto po nie sięgnąć.

Wracając do „Tildy i kurzołka”, opowieść ta przywołała mi w pamięci piosenkę Przemysława Gintrowskiego „Tylko kołysanka”… i tych kilka wersów:

Jutro zbudzisz dzień
Jutro ja twój cień
Będę wszędzie wszędzie będę
Nawet gdy mnie już nie będzie…

Ale proszę nie mieć obaw, jak już wspomniałam, „Tilda i kurzołek” to nie jest smutna historia. Przeciwnie. Jest pełna optymizmu i tańczących w słońcu kurzołków, ale nie każdy może je zobaczyć. Jednak one są. Składają się z wszystkich i wszystkiego, co było…

Editress

Skrzypce dla Pana Boga

Ballada o lutniku / Wiktor Paskow ; przełożyła Mariola Mikołajczak. Poznań : Wydawnictwo Poznańskie, copyright 2020. – 214, [1] strona ; 22 cm.

fot. Dom Książki/Editress

Piękna opowieść o człowieku dobrym i złym, z sumieniem i bez. Człowieku pod presją historii, polityki i społecznych uwarunkowań. Opowieść sentymentalna, ale nie ckliwa. O wszystkim co najważniejsze, szczególnie w czasach najgorszych. Nieludzkich, podłych, łamiących ducha i sumienie. Wielopoziomowa, bogata, zachwycająca. A wszystko to w stalinowskiej Bułgarii lat pięćdziesiątych. Jednak nie historia gra tu pierwsze skrzypce. To co gra w tej fabule przede wszystkim to viola d’amore – skrzypce miłości – które poruszane smyczkiem wrażliwości wydobywają z siebie najpiękniejsze dźwięki – miłość do drugiego człowieka, do tego co się robi, do życia – niezależnie od wiatru historii.  

O skrzypcach będzie całkiem sporo, jak na opowieść o lutniku przystało. Historia Georga Josefa Heniga jest niezwykła sama w sobie, ale także stanowi wyjątkową okazję, aby pokazać, co jest solą naszego życia, w każdych warunkach.

Georg Henig, czeski lutnik, postać literacka, która ma swój historyczny pierwowzór, przybywa około 1910 roku do Bułgarii z żoną Bożenką. Rzemieślnik ma wówczas 40 lat. Tworzy bułgarską szkołę lutników, której adepci, doskonale przygotowani, mogą kontynuować nauki mistrza. Czy tak czynią?

Bohatera poznajemy przez retrospektywną opowieść mężczyzny – można sądzić, że to alter ego Paskowa (powieść zawiera wątki autobiograficzne), który jako dziecko zetknął się z legendarnym lutnikiem i mógł zobaczyć upadek świata wartości, który Henig reprezentował. Mężczyzna, o imieniu Wiktor, staje się więc depozytariuszem tego, co lutnik sobą reprezentował, co mu przekazał, czego nauczył swoją wyjątkową postawą. Dyskutuje z tym spadkiem, odsłania go przed nami z bolesnym komentarzem.

Gdy Wiktor ma pięć lat, jego ojciec, muzyk, zabiera go do czeskiego lutnika, aby ten wykonał dla chłopca pierwsze skrzypce. Tak poznajemy wybitnego rzemieślnika, który z wielkim oddaniem zabiera się za wykonanie tego zlecenia. Wówczas jeszcze żyje jego żona, którą również bardzo kochał, podobnie jak swój muzyczny świat. Na kilka lat kontakt między chłopcem, a lutnikiem się urywa. Gdy skrzypce robią się za małe, kolejny raz idą z ojcem po nowy instrument. Zastają wówczas cień cienia Georga Heniga i nędzę, którą trudno opisać.

Paskow prostymi środkami wydobył z tej opowieści niezwykłe piękno, ból, rozpacz, poczucie krzywdy i postawił ważne pytania. Prosta narracja, przetykana emocjonalnymi apostrofami, kierowanymi do zmarłego już mistrza, przyjaciela, wielkiej postaci w życiu narratora, wyjątkowo gra na strunach uczuć. Bo Henig jest wyjątkowy, trudno powiedzieć że – był. Kochał bezgranicznie swój zawód, rzemiosło, był oddany swojej pracy. Wykonywał instrumenty z wielką miłością, uczył, jak pracować z drewnem, jak je dobierać, a nawet z nim rozmawiać, aby wykonać idealny instrument. Sztuka zderza się tu z brutalnym światem materializmu. Niestety, jego uczniowie nie byli już tak oddani. Traktowali swój zawód jedynie w kategoriach zarobkowych i z pogardą traktowali swojego mistrza, gdy obezwładnia go starość. Zabiera siły i możliwości. Stary lutnik zostaje jednak wierny swoim zasadom do samego końca. I gdy taniec cieni przeszłości, ludzi, przedmiotów odbiera mu jasność widzenia rzeczywistości, nadal w sercu wie, co jest ważne. Ostatkiem sił rozpoczyna swoje opus magnum – skrzypce dla Boga. Ukoronowanie swojego losu. Wielki człowiek, wyrzucony na margines, trawiony biedą i samotnością, drwiną swoich uczniów, przystępuje do dzieła – dziwnego i potęgującego nierozumienie.

Paskow pokazuje bolesny proces starzenia się i odchodzenia. Jednocześnie dopomina się o godność. Elementarną uczciwość i szacunek wobec tych, który nas ukształtowali, który dali tak wiele, podzielili się swoim czasem, życiem, umiejętnościami. Dali to co najbardziej wartościowe. Nie można bezwzględności tłumaczyć wszechobecną biedą. Nie można w czasach nikczemnych również nurzać się w podłości. Wie o tym Wiktor i jego ojciec, którzy przywracają godność Henigowi, dbają o niego mimo własnej nędzy.

Istotnie, świat bohaterów wypełniony jest biedą. Tą materialną, ale przede wszystkim duchową. Wiktor mieszka w proletariackiej dzielnicy, na ulicy Iskru, w kamienicy, gdzie bieda rządzi z góry na dół i z dołu do góry. Dawny żydowski dom, potem włoska ambasada, przez chwilę dom publiczny – staje się domem biedy materialnej, która doprowadza człowieka także do nędzy emocjonalnej. Rodzice Wiktora ledwie wiążą z koniec z końcem. Kłócą się o niespełnione marzenia, czasem tak prozaiczne, jak – chęć posiadania kredensu. U sąsiadów nie lepiej –  alkoholizm, przemoc, bezrobocie, życie w ubóstwie. Codziennie pchali wspólnie ten wózek upodlenia:

„Mój ojciec pożyczał pieniądze od Roleńskich. Roleński pożyczał od mojej matki. Matka pożyczała pieniądze od Canki. Canka – od Frosy. Frosa – od Wraży. Stamen, mąż Wraży, pił razem z Manolczem i pożyczał od niego pieniądze, Manolczo, kiedy wytrzeźwiał, pożyczał pieniądze od ojca. Pieniądze obracały się w jakimś magicznym kręgu, każdy był coś winien każdemu, w każdej chwili. To był skomplikowany, ale zgrabny system wzajemnej zależności.”

I tak toczyło się życie. Była zazdrość, ale i wspólne „święto Dionizosa”, kiedy komuś się udało i sakiewka zadzwoniła pieniędzmi. Dla Heniga pieniądze nie miały wartości. Przerażała go bieda duchowa. Wielokrotnie tłumaczył ojcu Wiktora –

„Ty bogaty, kiedy z trąbką, jak bez niej, całkiem biedny”.

Niezwykłe skrzypce dla Pana Boga, o nietypowym kształcie i gabarytach, według Wiktora powinny nauczyć Boga miłości, bo stworzył świat naprędce z wieloma błędami. Jest w mężczyźnie dużo goryczy, ale i nadziei, ta iskierka rozpalona przez Georga Heniga, który  miał w sobie tak wiele wiary, pogody ducha, akceptację losu.

Chciałabym podkreślić, że „Ballada o lutniku” nie sączy wyłącznie smutku i nostalgii. Paskow potrafi rozproszyć tę atmosferę humorem, wydobywa komizm postaci, zdarzeń. Można się uśmiechnąć przez kręcącą się w oku łezkę.

Jak podsumowuje tłumaczka, Mariola Mikołajczak, ta powieść to: moralitet bez moralizowania, powieść historyczna bez opisu wielkich zdarzeń, trzyma w napięciu, choć nie jest sensacją, wzrusza, ale bez romantyczności.

Powieść z 1987 roku, którą można z zachwytem przeczytać dziś. Ponadczasowa literatura.   

Editress

Samotne piekło w locie

Pusty przelot / Daniel Odija ; [projekt okładki Karolina Lubaszko]. Wydanie I. – Wołowiec : Wydawnictwo Czarne, 2021. – 189, [3] strony ; 20 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Powieść „Ulica”, była moim pierwszym spotkaniem literackim z Danielem Odiją, które uznałam za udane. Zachęcona, intensywnie przyglądałam się rozwojowi literackiemu twórców z roczników 70-tych – do których Odija również należy. Opracowanie „Tekstylia. O rocznikach siedemdziesiątych” autorstwa Piotra Mareckiego, Igora Stokfiszewskiego i Michała Witkowskiego było w tych obserwacjach wielce pomocne. Dziś „dzieci gorszej koniunktury”, jak określił ich Robert Ostaszewski, „swobodne elektrony”, działające w sprzyjających niszach czasopism młodoliterackich, to dorośli, dojrzali twórcy z dorobkiem. Z wyróżnieniami, nagrodami, tłumaczeniami – tak jak Daniel Odija, który w tym roku raczy czytelnika nową powieścią „Pusty przelot”.

Przyznaję, zwabił mnie blurb i zbiegi okoliczności. Po niedawnej lekturze „Zaburzonego umysłu” Erica R. Kandela, lektura „Pustego przelotu” wydała się mi swego rodzaju konsekwencją. Potrzebą. Moje wyczulenie na skomplikowanie ludzkiej psychiki wzrosło, a chęć poznania prozatorskiego opracowania tematu wydała mi się bardzo pociągająca. I słusznie. 

Ta książka to konkret. Autor nie nadmuchuje tematu. Pisze mocno i bardzo obrazowo. Sama powieść nie jest zbyt obszerna i to wychodzi jej na dobre. Odija nie przegadał problemu. Zawarł sedno. Nie ma tu patosu, histerii, rozpaczy, to męskie, twarde spojrzenie. Choć chłopaki też tam płaczą, cierpią i wzruszają się.

Dwóch braci. Różnica wieku między nimi – dwa lata. Niby normalna rodzina, z małą (a może dużą) tajemnicą – nieobecność ojca. Życie jakoś się toczy. Jest matka, dość silna osobowość, która odciska swoje piętno na synach. Na jednym szczególnie, ale to nie jest kluczowe. Katalizatorem problemu, ukrywającej się w głowie starszego syna choroby psychicznej jest raczej genetyka. Być może czynniki środowiskowe jakoś dodatkowo wpływają, pogarszają sprawę, ale trudno to jednoznacznie ocenić. Ja przynajmniej nie potrafię. Stopniowo zapadamy się wraz z narratorem – młodszym bratem – w historię rodzinnej choroby – bo w konsekwencji wszyscy stają się chorzy. Tak bywa najczęściej, gdy ciężka choroba wdziera się w rodzinę. I oto stajemy przed koszmarną walką, gdzie widmo porażki jest bardzo wyraźne. Przeczuwalne.

Dojmująca jest samotność, niemożliwość współdzielenia losu. Zostaje tylko przyglądanie się i niezrozumienie. Bariera choroby psychicznej jest tak wielka, że nie jesteśmy w stanie jej pojąć w żaden sposób. Można wydobyć jedynie jakąś formę empatii, która poszyta jest niepewnością i koszmarnym, przerażającym nierozumieniem. Słowo niezrozumienie kołowało w mojej głowie podczas lektury, odmieniane przez wszystkie przypadki. Do tego samotność i nieopisane cierpienie, które nie ma fizycznej postaci. Możemy współodczuwać ból fizyczny, mieści się on w naszej wyobraźni, bo każdy go doświadczył. A tu? Potworne piekło, które toczy się w człowieku, w niewypowiedzianej samotności nie ma przełożenia. Można próbować zobrazować ten stan słowami – brat chorego, gdy trafia na jego zapiski, doświadcza krótkiego przebłysku, ale nigdy nie dotknie z całą mocą wewnętrznego przerażenia chorej osoby. Przypominał mi się w tym momencie pełen rozpaczy fragment listu Franza Kafki do Oskara Pollaka:

Jesteśmy opuszczeni jak zabłąkane dzieci w lesie. Kiedy stoisz przede mną i patrzysz na mnie, co wiesz o moich bólach i co ja wiem o twoich? A gdybym padł przed tobą na kolana i płakał, i opowiadał, co wiedziałbyś o mnie więcej niż o piekle, które ktoś określił ci jako gorące i straszne? Już dlatego my ludzie powinniśmy stać naprzeciw siebie tak zamyśleni i współczujący, jak przed wejściem do piekła.

Nieprzekładalność kompletna. Domysły i przeczucia. Współczucie i towarzyszenie. Tyle zostaje. Szczególnie, gdy wokół dominuje społeczny ostracyzm. Schizofrenia to często śmierć za życia. Społeczna. Myślę, że historia Johna Nasha opowiedziana w filmie „Piękny umysł” dała jakąś namiastkę, wgląd w umysł schizofreniczny, ale w codziennym życiu między ludźmi nie bywa jak w filmie.  

Powieść „Pusty przelot” wydobywa swego rodzaju heroiczność osób chorych psychicznie. Rozmowy młodszego brata z lekarzem psychiatrą dają bardzo ciekawy i pogłębiony ogląd problemu. Oddają tym ludziom należne im człowieczeństwo, a nawet nobilitują:

– Zdaje się, że każdy z nich ma za sobą krótkotrwałe odwiedziny w niebie, ale długotrwałe w piekle – mówił. – Ekstaza zawsze jest chwilowa, ból zawsze trwa za długo. Dlaczego nie odwrotnie? Piekło jest bliższe życiu, niebo śmierci. A oni wciąż żyją i uważam, że cierpią za nas wszystkich. Przestępstwa, morderstwa, zbrodnie, tortury, zdrady ulegają w nich psychicznemu przetworzeniu. Wszelkie katastrofy globalne, terrorystyczne zamachy, klęski żywiołowe kumulują się w nich i w pewnym momencie wybuchają wewnętrzną eksplozją, która oczyszcza nas z grzechów i odpuszcza nam nasze czyny. Są jak święci.

– Święci?

– A czemu nie? Czy nie cierpią za miliony? (…)

– To gdzie podziali się wariaci? – spytałem.

– Nie ma ich w naszych szpitalach. Do nas przychodzą po prostu chorzy ludzie, którzy potrzebują pomocy. (…). Z kolei prawdziwi wariaci żywią się społeczeństwem i bez niego nie są w stanie zaistnieć. (…) Cały intelekt i energię wydatkują na walkę o władzę nad innymi i próby ujarzmienia rzeczywistości, by skakała pod ich dyktando. Prawdziwi wariaci są wśród nas i nami rządzą.

Mocna puenta. Choroba coś zabiera, ale też przynosi, mimo, że nie da się często tego zbilansować i generalnie pozostaje się na minusie. Osobiście chcę jednak wierzyć, że jest w tym większy sens. Powieść „Pusty przelot” to trudna lektura, ale mimo tego, zapraszam, na ten straszny życiowy, samotny lot przez piekło, trudne do opisania.

Editress

Studnia uczuć

Lato, gdy mama miała zielone oczy / Tatiana Tîbuleac ; z języka rumuńskiego przełożył Dominik Małecki. Wrocław : Książkowe Klimaty, 2021. – 148, [3] strony ; 20 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Dawno nie czułam się tak emocjonalnie rozedrgana po lekturze powieści. A była to lektura intensywna, zachłanna i całkowicie pochłaniająca. Długo musiałam zbierać myśli, porządkować swoje odczucia, wrażenia, aby zdobyć się na ocenę, aby odsłonić swoje przeżycia czytelnicze. „Lato, gdy mama miała zielone oczy” to powieść, która trwale zapisze się w mojej pamięci. Książka wydana przez Książkowe Klimaty w serii rumuńskiej jest tytułem, który niezwykle absorbuje. Historia trzyma czytelnika w kleszczach emocji, czasem naprawdę skrajnych –  od pierwszej linijki tekstu, do samego końca.

Autorka, Tatiana Tîbuleac to mołdawsko-rumuńska pisarka i dziennikarka, debiutująca powieściowo w 2017 roku i trzeba orzec, iż był to debiut znakomity. Książka „Lato, gdy mama miała zielone oczy” została doceniona w wielu krajach, słusznie nagrodzona i sądzę, że w Polsce również powinna być dostrzeżona, zbierając przy tym wysokie noty. „Małe literatury” potrafią zachwycić wielkimi odkryciami. Proza rumuńska znalazła w naszym kraju świetną, współczesną ambasadorkę literacką. Sądzę, że warto czekać na kolejne tłumaczenia. Należy podkreślić, że Dominik Małecki, tłumacz, który przełożył tę debiutancką powieść Tatiany Tîbuleac, zasługuje na translatorskie wyróżnienia.

Dlaczego ten tytuł wzbudza moją szczególną atencję? O uczuciach w relacji rodzic – dziecko, napisano już wiele. Czy można wydobyć literacko coś jeszcze? Okazuje się, że tak. Autorce udało się przez zastosowane środki, język, postacie, fabułę, „wydrzeć” w tym temacie coś mocnego, innego i ważnego.

Narratorem jest Aleksy, syn matki o zielonych oczach, który retrospektywnie ocenia dawne zdarzenia i emocje. Przeprowadza nas przez całą historię nie oszczędzając w żadnej scenie. Potrafi być bardzo dosadny, a nawet okrutny, tym samym wyostrza te kłębowisko uczuć – skrajnych, ekstremalnych, pozbawionych pudru. Widzimy rodzinę w całkowitym rozpadzie, na której zaciążyły traumatyczne wydarzenia. Każdy przeżywa tragedię na swój sposób. Radzi sobie po swojemu, a w zasadzie nie radzi. Tak przez lata narasta obcość, obojętność, a następnie nienawiść w czystej postaci. Bo Aleksy nienawidzi swojej matki. Daje temu wyraz w ciężkim języku, pełnym dosadnych porównań. Nienawidzi również siebie. Walczy z zaburzeniami psychicznymi, które kładą się cieniem na jego życiu, relacjach rodzinnych i towarzyskich. Poznajemy go w momencie, gdy kończy szkołę i otrzymuje od matki dziwną propozycję, aby spędzili wakacje razem na francuskiej prowincji. Aleksy ma inne plany, jednak obietnica złożona przez mamę, skłania go do zmiany planów. (Nie chcę odsłaniać zbyt wielu szczegółów fabuły, aby nie odbierać czytelnikom mocy tej prozy.)

Matka chłopca ma konkretny powód, aby spędzić lato z synem. Oboje zanurzają się w studnię swoich uczuć, na dno której nie docierał przez lata nawet jeden promień słońca – jak to w studni. Nie ma na to szans. Bohaterowie skazani na siebie stopniowo wynurzają się, odbijają od dna, aby ujrzeć swoje życie w pełnym świetle. Wreszcie znajdują siłę na słowa prawdy i rodzącą się… miłość, której oboje bardzo pragnęli. Chociaż na chwilę, na krótkie lato.

Interesująco przedstawiony jest proces, podczas którego zaczynamy w drugim człowieku, w tym przypadku najbliższym, widzieć kogoś, kogo nigdy wcześniej nie dostrzegaliśmy lub nie chcieliśmy dostrzec. Mama zawsze miała zielone oczy, nie tylko w „te lato”. Jednak Aleksy nigdy w jej oczy nie patrzył, bo też ona na to nie pozwalała. Łączyła ich bardzo komplikowana relacja, pełna zaburzeń, niemocy i beznadziejności. Poznajemy ją bardzo dokładnie, ponieważ serwowana nam opowieść, jest formą terapii bohatera, w ramach której spisuje przeszłość i związane z nią emocje. 

Francuska prowincja staje się miejscem szczególnym. Wyjątkowym tłem. W słonecznikach, makach, wśród jabłoni bohater jakby rodził swoją matkę na nowo, a ona zamieniała się w dziecko. Coraz słabsze, zależne od syna, oderwane od rzeczywistości. Matka jest umierająca. Metamorfoza jej ciała przekładała się również na metamorfozę uczuć. Brzydota przeradza się w piękno. Obojętność w czułość. Aleksy ujawnia swoje wielkie pragnienie bycia kochanym i sam chce obdarzyć tym uczuciem z całą mocą. Ono jednak nie umie się przebić, znaleźć właściwego wyrazu, bo demony przeszłości tak łatwo nie dają za wygraną. Przyjdzie mu stoczyć jeszcze wiele bitew i nie każdą wygra. To nie jest historia o tym, że zawsze się udaje, że wszystko idzie naprawić. To nie jest opowieść pod tytułem „będzie dobrze”. Czasem już się nie da, ale w tym tkwi prawdziwość życia. Krew i kości. Mimo, że Aleksy odnosi sukces jako malarz i snuje swą opowieść jako dojrzały mężczyzna, nie jest wolny od blizn, nowych ran i nigdy już całkiem wolny nie będzie.

W czym tkwi moc tej historii? W plastyczności języka, tempie narracji i jej konsekwencji. Fabuła jest przemyślana do ostatniej kropki. Nie ma w tej opowieści nic zbędnego. Emocjonalny język, pełen niezwykłych porównań tętni życiem i prawdziwością. Każde mocne wyrażenie nie wydaje się nadużyciem, ale wołaniem z samego wnętrza bohaterów. Zdarzenia mają mocną kreskę.

Ukazanie ewolucji uczuć, głębokie wejście w emocje, to wielki atut tej historii. Tę emocjonalną przemianę widać w oczach mamy, które niby od początku były piękne, ale…  „Mama miała zielone oczy, tak piękne, że marnowanie ich na tę sfermentowaną twarz wydawało się grubą pomyłką”. Jednak w te lato udało się znaleźć w tych oczach znacznie więcej:

Oczy mamy były błędem

Oczy mamy były pozostałościami mamy pięknej

Oczy mamy płakały do wewnątrz

Oczy mamy były życzeniem ślepej spełnionym przez słońce

Oczy mamy były polami ułamanych łodyg

Oczy mamy były nieopowiedzianymi mi historiami

Oczy mamy były oknami szmaragdowej łodzi podwodnej

Oczy mamy były muszelkami wyrosłymi na drzewach

Oczy mamy były bliznami na twarzy lata

Oczy mamy były pąkami w oczekiwaniu

Relacje rodzinne potrafią być bardzo bolesne, a ich intensywność może stale wybuchać na nowo. Trudne uczucia mogą trwać w oczekiwaniu i nigdy nie znaleźć ukojenia. Jak blizny, złamane łodygi. Czasem pozostaje tylko płacz do wewnątrz.

Editress

Nie tylko Dyzma

Pechowy literat i inne opowiadania, nowele, humoreski / Tadeusz Dołęga-Mostowicz ; wybór i opracowanie Jarosław Górski. Warszawa : Iskry, copyright © 2021. – 269, [3] strony ; 20 cm.

Dom Książki/Editress

Przyznam, że uczuciem, które dominowało we mnie w trakcie lektury „Pechowego literata i innych opowiadań, nowel, humoresek” była nostalgia. Dlaczego? Bo oto wracamy do świata, w którym kochano fabułę, kochano tekst, kochano powieść, humor zaprezentowany słowem pisanym. Nie memem, obrazkiem, jednym zdaniem bez polotu i literackiego waloru, ruchomym obrazem z puentą, prostą, by nie rzec – prostacką. Jakże tęskno mi się zrobiło za światem, w którym drobno zadrukowane szpalty były namiętnie rozczytywane. Skąd ta myśl? Za sprawą wstępu Jarosława Górskiego, który dokonał wyboru tekstów Tadeusza Dołęgi-Mostowicza z lat 1925-1939. Tekstów, które publikowane w codziennej prasie, były wielce pożądane. We wstępie czytamy: Publiczność prasowa tamtego czasu, co dziś trudno sobie wyobrazić, wręcz domagała się w swoich ulubionych tytułach literatury. I to nie tylko powieściowych odcinków wymagających systematycznego śledzenia, ale także lekkich opowiadań, nowelek, humoresek, politycznych alegorii, które można było z przyjemnością przeczytać przy śniadaniu i kawie (w gazetach porannych) lub przed snem (w gazetach wieczornych), a potem o nich zapomnieć.

Zapomnieć, czy nie – widać tę potrzebę obcowania ze słowem pisanym, która dziś jest zdecydowanie w odwrocie. Czytanie po nagłówkach, marketingowo skrojonych, uciekanie od dłuższych teksów, kryzys prasy drukowanej. A tymczasem w świecie Dołęgi-Mostowicza, w opowiadaniu „Szary pan” czytamy: Przedział wagonu pędzącego z Warszawy, gdzieś w kierunku Gdyni czy Zakopanego. W kącie wygodnie ulokował się dość młody jeszcze mężczyzna w szarym podróżnym ubraniu, zagłębiony w lekturze wielkiej płachty jakiegoś londyńskiego dziennika. Na dłużej mu widać tego starczy, bo obok piętrzy się sterta różnych ilustrowanych i nieilustrowanych wydawnictw angielskich. Tak jest zaabsorbowany studiowaniem tych kilometrowych arkuszy zasianych drobnym makiem druku, że nawet nie zwraca uwagi na dwie młode przedstawicielki płci ozdobnej i ich szarmanckiego towarzysza, którzy właśnie napełnili przedział swą pachnącą paryskimi perfumami inwazją.

Ale dobrze. Bez dalszego utyskiwania nad problemami czytelnictwa, bo na inne walory „Pechowego literata…” należy zwróć uwagę. A jest ich wiele. Zapraszam zatem do lektury tych ciekawie złożonych w jeden tom tekstów Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, ponieważ odczarowują go jako autora „Kariery Nikodema Dyzmy”, czy losów „Znachora”, którym kinematografia zrobiła największą sławę. (I słusznie). Film był zresztą wielką miłością literata.

Tadeusz Dołęga-Mostowicz był bardzo zdolnym pisarzem, z głębokim wczuciem, umiał być w samym centrum tętniącego życia i oddać je słowem. Doskonale czuł się w wielu formach literackich i ten zgrabny zbiór jest znakomitym tego dowodem. Warto sprawdzić, jak dobrze autor władał słowem i potrafił wyczarować niesamowite literackie obrazki. To bardzo udana podróż do czasów II Rzeczypospolitej. Możemy poczuć atmosferę tego okresu, podsłuchać rozmowy, które pisarz oddał w kolorycie epoki, przejść ulicami, zobaczyć teatralną widownię, uczestniczyć w życiu towarzyskim i politycznym. Bywa rozczulająco i zabawnie, zaskakująco i z przymrużeniem oka. Z codziennej obserwacji, Mostowicz umiał wyczarować niezwykły tekst, jak ten o fiołkach („Fiołki na deszczu”), sprzedawanych na ulicy: – Kupcie fiołki, ociekające ciepłą wodą deszczową! Już nikt nie uwierzy w powrót zimy! Nikt! Wszyscy chłoniemy łagodne miękkie powietrze, upajamy się wonią kwiatków (muszą pachnieć!), idziemy osłonięci parasolem pod rozkosznym dudnieniem kropelek…  Ciepły deszcz – wiosna.

Czy można dziś oczekiwać takiego tekstu w codziennej prasie? Jaki byłby jego odbiór? Cóż, patrzmy dalej. Przed nami korowód barwnych postaci, polityków, redaktorów (tu wątek autotematyczny, który pisarz oddał z wielkim dystansem i humorem!), typków spod ciemnej gwiazdy, którzy zapełniają publicystyczny i literacki świat Dołęgi-Mostowicza. Prawdziwy przekrój społeczny z doskonałą charakterystyką, prezentującą całą paletę dystynktywnych zachowań, przynależnych różnym grupom społecznym. W niektórych tekstach można dostrzec już „zapowiedź” Dyzmy.

Mostowicz umie przenieść zastaną rzeczywistość w literacki obraz, krótki, krotofilny, autentyczny. Wsłuchuje się w język ulicy, doskonale wykorzystuje literackie potencjały różnych form. Zajrzymy do teatru, “szalonego tramwaju”, zobaczymy polityczną szopkę. Nietuzinkowe spojrzenie na święta Wielkanocne, Bożego Narodzenia i reminiscencje wojenne, prawdziwie zaskoczą. Ponadto zderzymy się z ówczesnymi problemami – mieszkaniowymi czy restauracyjno-usługowymi – tak – na przykład problem napiwków zręcznie oprawiony w ramy szczególnego humoru i literackiej swady, wywołuje szeroki uśmiech.   

“Pechowy literat…” to znakomita podróż w przeszłość z wielką klasą literacką. Ukłon wdzięczność dla Jarosława Górskiego, który wybrał esencję. (Choć pewnie były dylematy wyboru). Zbór jest jak sądzę, bardzo reprezentacyjny i udany, istotnie widzimy Dołęgę-Mostowicza w innym świetle. Literacki talent pozwala na przypuszczenia, że autor uraczyłby nas jeszcze wieloma wspaniałymi opowieściami, felietonami, humoreskami i powieściami, względem którym miał wielkie plany – także filmowe, gdyby nie zbyt szybko przerwana linia życia. Tymczasem delektujmy się tym, co nam podane. Tadeusz Dołęga-Mostowicz jako dziennikarz – nie zawiedzie. Liczę, że będzie to sentymentalna podróż dla wielu czytelników.  

Editress