Archiwum kategorii: Recenzje

Na majówkowy piknik na trawie – książkowe propozycje

Ostatni pisarz / Marek Krajewski ; [projekt okładki Mariusz Banachowicz]. – Wydanie I.Kraków : Wydawnictwo Znak, 2024. – 327, [9] stron ; 21 cm.

Zaklinacz deszczu / Jiří Hájíček ; przełożyła Dorota Dobrew. Wrocław : Książkowe Klimaty, copyright 2018. – 312 stron ; 20 cm.(Czeskie Klimaty)

Mroczniejszy odcień magii / V. E. Schwab ; przełożyła Ewa Wojtczak. – Wydanie I.Poznań : Zysk i S-ka Wydawnictwo, copyright 2016. – 405, [2] strony ; 21 cm.

Masz się łasić : mobbing w Polsce / Katarzyna Bednarczykówna. – Wydanie I.Wołowiec : Wydawnictwo Czarne, 2024. – 242, [5] stron ; 23 cm. (Reportaż)

Do majówkowego kosza piknikowego warto wrzucić kilka książek. Przejrzałam „stosik wstydu”, który piętrzy się z każdym miesiącem coraz bardziej ku sufitowi i wybrałam następująco:  

Marek Krajewski i jego „Ostatni pisarz”. Wrocławski autor kryminałów retro w zupełnie nowej odsłonie. „Futurystyczna powieść kryminalna” – jak rekomenduje wydawca wydaje się ciekawą propozycją na majówkę. Tytuł nurtuje, a skok do Wrocławia z 2079 roku – pociąga. Zobaczymy, czy „Ostatni pisarz” będzie dobrym wyborem 🙂 Robię sobie spore nadzieje 🙂

Fot. Dom Książki/Editress

Książka czeskiego autora, która sporo przeleżała, ale się doczeka 🙂 Jiří Hájíček jest mi znany z powieści „Rybia krew”, która zrobiła dobrze zapisała się w mojej pamięci, zatem mix polsko-czeski urozmaici początek maja.

Fot. Dom Książki/Editress

I propozycja myślę, że dobra dla młodzieży. Intrygująca magiczna, fantastyczna historia z równoległych Londynów, czyli Mroczniejszy odcień magii V. E. Schwab. Mówią niektórzy, że „nie ma takiego miasta jak Londyn, jest tylko Lądek Zdrój”, a tymczasem Londyn może być wielokrotny 🙂 i dużo może się w nim dziać.

Fot. Dom Książki/Editress

Na koniec propozycja reportażowa. Przewrotny wybór na majowe święto pracy. Trudno. Przyznaję, że do tego reportażu zabierałam się dość długo. Wiedziałam, że wywoła przykre obrazy, zdarzenia, słowa i ludzi. Obawiałam się, że w jakieś opowiedzianej przez autorkę historii, będę mogła przeglądać się jak w lustrze. I tak też było.

Fot. Dom Książki/Editress (screen z e-booka)

Mam wrażenie, że mobbing stał się jakąś częścią składową pracy w Polsce. Cechą wręcz dystynktywną. Znam zbyt wielu ludzi, którzy tego doświadczyli, a nawet nadal doświadczają, bo z różnych powodów nie mogą wyrwać się z tej machiny przemocy. Po lekturze „Masz się łasić. Mobbing w Polsce” Katarzyny Bednarczykówny, mając także na uwadze własne doświadczenia oraz znajomych, wniosek wysnuwam jeden. Ofiara mobbingu zawsze przegrywa. Zawsze. Nawet jeśli po latach uda się jej wygrać w sądzie, jest zazwyczaj ruiną psychiczną i fizyczną. Przez lata dochodzi do siebie i nie zawsze z sukcesem. Powiedzmy, że stara się panować nad sytuacją. Wieloletni mobbing w różnym wydaniu dokonuje nieodwracalnych szkód.

To nie tylko szef, dyrektor, kierownik. Ale także współpracownicy. Kiedy widzą, że mogą, również będą, mówiąc kolokwialnie – dojeżdżać. Często przemoc nie kończy się w momencie odejścia z pracy. Kto ma ochotę na lekturę zdecydowanie nie rozrywkową, polecam.

Editress

Wina i przymus

Ucieczka Anny / Mattia Corrente ; przełożył Tomasz Kwiecień. – Wydanie I. Kraków : Bo.wiem, 2024. – 237, [2] strony ; 21 cm. (Seria z Żurawiem)

Fot. Dom Książki/Editress

Ciężko się żyje z balastem trudnej przeszłości, który każdego dnia ściąga w dół. Krępuje, zatruwa myśli, odbiera wszelką swobodę bycia. Mało tego, kładzie się cieniem na życiu bliskich. Sączy niepokój, poczucie niezrozumienia, w konsekwencji uniemożliwia normalne funkcjonowanie.

Wina niewypowiedziana, nierozgrzeszona i nieodpokutowana zawsze boleśnie będzie się odzywała w sumieniu i paraliżowała relacje. Czasem jedynym rozwiązaniem jest… ucieczka. Rozwiązaniem ze wszech miar słabym.

Tytułowa „Ucieczka Anny” Matti Correntego  dokonuje się w wielu wymiarach, dosłownym, ale i symbolicznym, duchowym. Jest jak pokuta za nie swój grzech. Bo to nie Anna rozpoczyna sztafetę ucieczek. Bo to nie ona nosi w sobie winę, która obciąża ją i bliskich.

Bohaterka doznaje duchowej krzywdy. Kluczem do jej zrozumienia jest relacja Anny z ojcem, którego tak bardzo kochała. Relacja, która uniemożliwiła jej stworzenie szczęśliwej rodziny. Anna jest połamana rodzinną tajemnicą, ucieczką ojca, która jest jak piętno i staje się również początkiem ucieczki bohaterki od życia. Wyrządzona raz krzywda zatacza kręgi, pochłania szczęście kolejnych ludzi. A próba wymyślonej przez ojca, nikomu niepotrzebnej pokuty, przynosi więcej szkody niż pożytku.

Anna także ucieka. Szuka jej mąż. Ucieka po wielu latach małżeństwa. Trudno jednoznacznie powiedzieć, czy nieudanego, choć czytelnik dostaje wiele takich sugestii. Bo przecież Anna nie chciała wychodzić za mąż. Czy jednak wszystko było nieudane w tym związku? Jakie małżeństwo jest stuprocentową sielanką? Komu udało się uniknąć cierpienia, będąc z kimś w głębokiej relacji? Idzie tu jednak o coś innego. O przymus. Zewnętrzny i wewnętrzny. „Ucieczka Anny” jest również opowieścią o przymusie i działaniu wbrew sobie, co zawsze przynosi opłakane skutki. Kolejne zranione uczucia, pustka po porzuceniu i mnóstwo pytań bez odpowiedzi.

Wiele miejsca autor poświęca również macierzyństwu. Czym ono tak naprawdę jest? Corentte zestawia różne typy kobiet, aby odpowiedzieć na to pytanie możliwie jak najpełniej.

Byłoby lepiej, gdyby Anna nie stanęła przed ołtarzem, jak planowała? Czy to zmieniłoby coś w jej życiu? Czy pomogłoby zrozumieć własnego ojca, dojść do prawdy, uratować życie rodziny? Sądzę, że nie. W moim odczuciu związek z Severinem był dla niej szansą na zakopanie przeszłości, odcięciem się od egoistycznego bólu własnego ojca, który wypaczył jej spojrzenie na świat.

Kolejny dobry, dający do myślenia tytuł wydawnictwa Bo.wiem z serii „Z żurawiem”. Intrygująca okładka autorstwa Małgorzaty Flis jest prawdziwą zachętą. Moja dość enigmatyczna (jak mi się zdaje) recenzja, mam nadzieję, że również zachęci czytelników do lektury „Ucieczki Anny”. Udany debiut, który stawia wiele pytań i wymaga własnych odpowiedzi. Mattia Corrente pisze o życiowych wyborach, które zawsze mają swoje konsekwencje, które nigdy nie „funkcjonują” w oderwaniu od innych. Tekst pociąga od pierwszych zdań, zasiewa emocje i skłania do natychmiastowego przyłączenia się i towarzyszenia bohaterowi-narratorowi w poszukiwaniu żony.

Editress

Filmowy demiurg pod ostrzałem

Nikczemny narrator / Juliusz Machulski. Katowice : Wydawnictwo Sonia Draga, 2024.

fot. Dom Książki/Editress

Kolejna powieść Juliusza Machulskiego, promowana przede wszystkim jako kryminał, dla mnie jest zupełnie czymś innym. „Nikczemny narrator” w moim odczuciu jest wielkim rozliczeniem ze środowiskiem filmowym. Bardzo szczerym – miejscami aż do bólu – spojrzeniem na filmową brać, z wszystkimi jej bolączkami. Lekturę szczególnie polecam wielbicielom filmu, którzy chcieliby zobaczyć, jak kinowe produkcje powstają – od podszewki. Interesujący jest również czas, miejsca i wszystkie okoliczności z nimi związane, które Autor z wielkim pietyzmem odtwarza. Warto podkreślić, że w powieści fikcja miesza się z faktami. Świetna zabawa dla czytelniczych szczególarzy – czytać i wyławiać prawdę, snuć domysły, odszyfrowywać zdarzenia, postacie. Przy tym natychmiast pojawia się pytanie: czy główny bohater to alter ego Autora? 😉

Rzut oka na fabułę. Warszawa, lipiec, rok 1993. Po półrocznej nieobecności w kraju, Kamil Hubeny, scenarzysta filmowy i reżyser z wykształcenia przylatuje z Nowego Jorku do Warszawy, w związku z przerwą semestralną w Hunter Collage, gdzie wykłada scenariopisarstwo. Powrót na krótki urlop bohater łączy z nadziejami na nową współpracę z dawnym kolegą reżyserem Erykiem Mokronowskim, któremu jeszcze ze Stanów wysłał swój nowy scenariusz. Przylot do Polski to także okazja, aby wyjaśnić sobie kilka spraw z żoną Krystyną, która z nieznanych przyczyn stale odkładała przylot do Nowego Jorku. Bohater ma przeczucia, że kryje się za tym jakiś przykry powód. Od postawienia stopy na warszawskim lotnisku Kamil Hubeny jest zaskakiwany nowinami, które znacząco przemeblują mu życie, ponadto wkręci się w cykl przedziwnych, kryminalnych zdarzeń, które będą początkiem i końcem czegoś ważnego.

Uważam, że brzmi świetnie i zachęcająco J. Bohater, jako tytułowy nikczemny narrator, wciąga czytelnika w tę retrospektywną opowieść, szczegółowo kreśląc sylwetki ludzi, zdarzenia, wątki. Poruszamy się z Kamilem po ulicach Warszawy i Łodzi. Powieść bardzo dokładnie odmalowuje Polskę z początku lat dziewięćdziesiątych, z całym jej transformacyjnym sztafażem. To wielki atut tej książki. Czytelnicy, którzy „załapali” się na „świadomą” egzystencję w przedziwnych latach dziewięćdziesiątych (do których prywatnie żywię wielką niechęć), mogą przeżyć swoiste déjà vu, a ci, dla których to historia, mogą uzupełnić wiedzę. Naprawdę.

Sam wątek kryminalny jest bez wątpienia nietuzinkowy i również budzi ciekawość, jaką będzie miał puentę, jednak mnie głównie „zdominował” namysł nad światem filmowców, który Autor zna jak mało kto, w końcu był i jest  w nim ważną personą od bardzo dawna. Można mu zatem wierzyć na słowo. Uważam, że ta powieść jest naprawdę odważna.

Reżyser jako demiurg – powołuje do życia i również niszczy? Nie czuje ograniczeń? Co w głowie mają aktorzy? Jak się tworzy scenariusz i jaka jest szansa, aby został zekranizowany? Obracając się w filmowym świecie dzięki Kamilowi Hubenemu, czytelnik ma niebywałą szansę poznać od kuchni, jak się przygotowuje film. Jak długa jest droga od scenariusza do pierwszego ujęcia, jak wygląda plan filmowy z całym „sztabem” ludzi, o których istnieniu widz nie ma pojęcia.

„Nikczemny narrator” jest swego rodzaju wyzwaniem czytelniczym. Powieść jest bardzo okazała, Juliusz Machulski nie żałował opowieści, a główny bohater? Cóż, też jest wyzwaniem, bo może zdecydowanie budzić mieszane uczucia. Czasem zwyczajnie wkurzać.

Ale jest osłoda, bo wszystko podlane jest znakomitym rozpoznawalnym humorem Juliusza Machulskiego, humorem słownym i sytuacyjnym, którym solidnie jest okraszona cała fabuła. Myślę, że to dobry środek znieczulający, szczególnie dla tych, którzy będą mogli odnaleźć się w tej powieści albo „wysłuchać” kilku nieprzyjemnych podsumowań. 🙂 Postaciom fikcyjnym towarzyszy bowiem plejada filmowców z krwi i kości. Juliusz Machulski nie bał się wypunktowania swojego środowiska zawodowego, ujawnienia jego słabości, hipokryzji, a czasem głupoty i/lub naiwności. Megalomanii, która zahacza o śmieszność, (choć zdaje mi się, że megalomania z gruntu jest śmieszna).

Kawałek historii kina, spojrzenie na tarcia pomiędzy krytykami a filmowcami, obraz wydmuszkowych festiwali filmowych i „przydział” głównych nagród według z góry określonego „rozdzielnika” – na to wszystko można się „załapać” w „Nikczemnym narratorze”. Autor nie pożałował krytyki nawet tym „największym” w branży.

Zapewniam jednak, że nie tylko filmowy świat ma tutaj głos. Ciekawa intryga, obyczajowe scenki pełne humoru, wielkie wyczulenie na detale ówczesnej rzeczywistości, pozwolą poczuć się czytelnikowi jak na dobrym seansie w kinie. W końcu pisał reżyser i scenarzysta. Kulturalny demiurg :). Żeby już tak zupełnie zaspokoić ciekawość lub odsłonić przed czytelnikiem wszystko, na deser Autor zostawił nam scenariusz filmowy, który jest sympatycznym uzupełnieniem powieści. Teraz, drodzy państwo, będziecie już wiedzieć na pewno – „jak to się robi”. 🙂

Editress

Książkowy kiermasz adwentowy

Zaczynamy odliczanie do świąt Bożego Narodzenia, czyli Adwent. I w absolutnie adwentowym nastroju z przyjemnością polecam wspaniały stos książek dla naszych milusińskich. Małych i trochę większych. Muszę przyznać, że końcówka roku obfitowała w świetne premiery, które będą doskonałymi prezentami pod choinką. I z tą właśnie myślą prezentuję tytuły, po które warto sięgnąć, kompletując świąteczne podarki. Adwent w tym roku jest stosunkowo krótki, zatem nie ma czasu na zastanawianie się. Przychodzę z pomocą w podjęciu świątecznych decyzji.

Na początek książki „ściśle świąteczne”, które zbudują ciepłą atmosferę i zapewnią miły nastrój. Katarzyna Wasilkowska i jej dwie propozycje „Wielki bieg gwiazdkowy” oraz „Kochany Panie Święty Mikołaju” znakomicie spełnią to zadanie. Są to opowieści, które pokazują, że święta Bożego Narodzenia i cała towarzysząca im otoczka, to niewyczerpany temat. Niebanalne, czarujące historie, które miło będzie przeczytać przy choince i zachwycić także się ilustracjami Magdy Brol „Kochany Panie Święty Mikołaju” i Agnieszki Sozańskiej„Wielki bieg gwiazdkowy”.

To nie wszystko, co proponuje nam Katarzyna Wasilkowska. Nie mogę pominąć rodzącej się serii z rewelacyjnym detektywem Mieszkiem. Już drugi tom pojawił się jesienią i trzymam kciuki, aby kolejne pojawiały się w postępie geometrycznym :). Nietuzinkowe dochodzenia detektywistyczne przyjemnie napinają młode szare komórki – starsze również :), a zatem „Mieszko detektyw. Zagadka skradzionych kluczy” oraz „Mieszko detektyw. Kto buchnął kask?” polecam bez wahania, aby wrzucić do świątecznego koszyka sprawunków prezentowych. A ponieważ w ferworze zakupów warto załapać się na bonusy, jako wisienkę na pierniku rekomenduję „Było sobie królestwo”, które czytelnicy mogą pamiętać jako „Królestwo, jakich wiele”, jednak rozszerzone o nowe opowieści. Takie bonusy, to ja rozumiem i co tu dużo mówić – takich oczekuję! 🙂

fot. Dom Książki/Editress
fot. Dom Książki/Editress

Przyznaję, że wielką radość spławiło mi pojawienie się nowej powieści Pawła Beręsewicza, a porwała mnie już sama okładka. „Dziewięć czerwonych iksów” to prawdziwa opowieść z dreszczykiem, jak „głosi” seria. Czytałam z emocjami i wypiekami (prawie świątecznymi). Cały czas zastanawiając się, jak autor rozwiąże ten detektywistyczny horror. Miałam swój pomysł, ale Autor okazał się bardziej sprawny niż ja, czemu nie należy się dziwić, w końcu Paweł Beręsewicz to gwarancja wysokiej jakość literackiej. I z całą pewnością odnalezienie tej powieści wśród prezentów świątecznych sprawi wiele przyjemności i zagwarantuje prawdziwy dreszcz emocji.

Fot. Dom Książki/Editress

I absolutnie świeżutkie „Ścinkowe opowieści… nie tylko na dobranoc” Barbary Kosmowskiej! Pełne cudownego ciepła opowieści dla młodszych czytelników, a także ich rodziców, którzy mogą po nie sięgać faktycznie – nie tylko na dobranoc. Myślę, że przy tych opowiadaniach trzeba spędzić czas z dzieckiem, szczególnie ten świąteczny, gdy można zwolnić i zatopić się tej w pogodnej i często wzruszającej lekturze. Pluszaki, które są głównymi bohaterami opowiadań, pomogą dzieciom w wielu trudnych sytuacjach. Przeprowadzą przez lęk, samotność, trudne zmiany w życiu. Dadzą miłość, przyjaźń i ukojenie. A piękne ilustracje Elżbiety Grozdew poruszą wyobraźnię.

fot. Dom Książki/Editress

A na koniec książki Barbary Kosmowskiej, o których już wspominałam, a jedną z nich nawet zaprezentowałam szerzej w ostatniej recenzji z października – czyli „Maraton uczuć”. Z wszystkich proponowanych dziś książek, ta „celuje” w zdecydowanie starszych czytelników, natomiast „Kawa u żyrafy” to propozycja dla młodszych. To mądra i pełna humoru opowieść z niejednym przesłaniem, z bardzo wdzięcznym wykorzystaniem bohaterów zwierzęcych. Wspaniale nawiązuje do najlepszych tradycji polskiej książki dla dzieci, gdzie zwierzęta „opowiadają” świat. Klimat Brzechwy, a może nawet coś z bajek Ignacego Krasickiego. Dużo przyjemności czytelniczej, ale także wizualnej. Ilustracje Kasi Cerazy idealne dopełniają fabułę.

Mam nadzieję, że moje wybory będą inspirujące przy planowanych prezentach, nie tylko świątecznych. Rekomenduję z pewnością, że „będą Państwo zadowoleni” i nie ma tu cienia przesady (ani ironii!) 🙂

Editress

Bieg po najważniejsze

Maraton uczuć / Barbara Kosmowska ; Wydanie I. – Łódź : Wydawnictwo Literatura, 2024. – 210 stron : ilustracje, 22 cm. (Plus Minus 16)

Fot. Dom Książki/Editress

W jesiennych nastrojach poszukujecie dobrej lektury? Mam wspaniałą wiadomość! Mogę ogłosić prawdziwy urodzaj książkowy, bo w księgarniach goszczą tytuły cenionej, uznanej, po prostu markowej pisarki, dbającej o księgozbiory dzieci i młodzieży – Barbary Kosmowskiej. Oczywiście biorę wszystko! „Maraton uczuć” – biegnę, „Kawa u żyrafy” – z przyjemnością wypiję! Rekomenduję, zalecam i polecam te wspaniałe, świeżutkie lektury. Proszę sobie i dzieciom nie żałować jak witaminy „c” na jesienną słotę! Dla młodzieży i dla tych młodszych czytelników to będzie prawdziwa literacka uczta.

Dziś szczególnie chcę poucztować przy jednej z nich, czyli „Maratonie uczuć”, w którym nie dostaniecie zadyszki i z pewnością dobiegniecie szczęśliwie do czytelniczej mety. Szczęśliwie, bo będzie to trasa ze znakomitym tekstem. Potem zostanie czas na przemyślenie tego dystansu, który się razem z Autorką i jej bohaterami przebiegło. A trasa jest urządzona pierwszorzędnie. Są łagodne podbiegi, ale też prawdziwe wyboje. Głównym biegaczem jest Tomek, który nie biegnie sam. Ma pewne „utrudnienia” i nie jest to kamień w bucie. To coś znacznie większego i poważniejszego, bo zdarza się, że uwiera nie w stopę, ale w sercu, głowie, w emocjach. To Kacper. Starszy-młodszy brat, który niczego nie ułatwia i niszczy marzenia! Ale czy aby na pewno? Pod koniec dystansu już takiej pewności nie ma. Okazuje się bowiem, że trudności kształtują mocny charakter i rozbudzają uczucia, o które często nawet byśmy się nie podejrzewali. Tak często bywa, gdy choroba, trudna, kładąca się cieniem na całej rodzinie uczy sztuki rezygnacji, ale czasem też obdarowuje. Tomek wiele ostatecznie zyskuje, choć chciałby biec szybko i być pierwszym na mecie. Jednak wiele życiowych spraw spowalnia go, a nawet zmusza do gwałtownego hamowania, które potrafi całe nastoletnie życie wywrócić do góry nogami. Nie macie pojęcia, co może spowodować damska parasolka, za mały kożuszek w efektownym kolorze i reszta za zakupy w warzywniaku!

Tomek w zasadzie codziennie mógłby recytować litanię:
Gdy musisz pożegnać swoje plany, bo ktoś ma we wszystkim pierwszeństwo…
Gdy musisz palić się ze wstydu, bo ktoś opowiada…. jak puszczasz bąki… (tak, proszę państwa, prawdziwa jazda, tu nie ma miękkiej gry!)
Gdy musisz uciekać z kina, bo ktoś prowokuje małą awanturę…
Gdy musisz tłumaczyć się z dziwnego zachowania, bo ktoś rozumie wszystko zbyt dosłownie…
Gdy nie możesz wyjść z domu, bo ktoś woli siedzieć w domu…
Gdy musisz to wszystko znosić, bo biegniesz w prawdziwym maratonie uczuć, gdzie miłość miesza się z nienawiścią, a ty masz naście lat, dopiero dojrzewasz i potrzebujesz czasu, aby to wszystko zrozumieć, pokonać i zaakceptować.

W czym lub w kim szukać wówczas oparcia? W rodzicach, którzy mają jakieś swoje tajemnice? W tej nowej dziewczynie ze szkoły, która fajnie wygląda i jeszcze lepiej biega, stąd ma ksywę Kenia? W najlepszym kumplu Leo, który również dźwiga na plecach mnóstwo trosk i zderza się z niemocą dorosłych? Tak, rodzice też mogą niedomagać, mieć słabsze dni, a nawet całe pasmo podłych tygodni. Tak też się zdarza w rodzinie Tomka, tak też bywa u rodziców Leo, czy Kenii.

Dom Książki/Editress

Barbara Kosmowska zbudowała prawdziwe rodziny, jakie istnieją wokół nas, a może to nawet nasze własne domy wypełnione życiem, które stale się o coś upomina. Młodzi bohaterowie naprawdę zderzają się z poważnymi trudnościami – chorobą, samotnością, brakiem akceptacji, społecznym ostracyzmem, brakiem zrozumienia. Zderzają się z trudnymi ludźmi, czasem po dramatycznych przejściach. Jednak Autorka zawsze daje im pomocną dłoń. No i pierwszorządny balsam na wszystko – humor, który rozsadza każdą ciemną chmurę i anihiluje jej resztki. Autorka doskonale zbalansowała każdy trudny wiraż uśmiechem, który niepodziewanie się pojawia jak prosta droga do mety.
 
Tak, jest ciężko, momentami nawet bardzo. Jednak z humorem i dystansem warto pobiec z Tomkiem, Kacprem, Leo i Kenią w tym wyjątkowym maratonie uczuć, gdzie nic nie jest takie oczywiste, a na trasie czyha mnóstwo wybojów i ostrych zakrętów. Ale nie brakuje też pięknych widoków – na przyszłość! Czy dobiegną razem szczęśliwe i z sukcesem? A to już sprawdźcie sami.

Editress

Cienie dojrzewania

Morten, Emilia i zaginione światy / Reeli Reinaus ; ilustrowała Marja-Liisa Plats ; z języka estońskiego przełożyła Anna Michalczuk-Podlecki. – Wydanie I. Piaseczno : Widnokrąg, 2024. – 187, [4] strony : ilustracje ; 21 cm.

fot. Dom Książki/Editress

„Morten, Emilia i zaginione światy” to kolejna estońska książka dla dzieci i młodzieży, która podbiła moje serce. Autorkę Reeli Reinaus miałam przyjemność odkryć dzięki lekturze powieści „Żona dla taty” i było to bardzo satysfakcjonujące odkrycie. Estońska pisarka z wielkim wyczuciem potrafi dotknąć dziecięcych spraw, nie ucieka od trudnych i niewygodnych problemów. Umiejętnie rozgrywa je fabularnie i zawsze zostawia nadzieję.

W najnowszej powieści Reeli Reinaus, która ukazała się w tym roku na polskim rynku wydawniczym, bohaterem jest nastolatek, który zbyt wiele dźwiga na bądź co bądź dziecięcych plecach.

Życie w beznadziei, ciągłym strachu, z dnia na dzień. Tak można najkrócej podsumować los Mortena. Ten ciężar spada na czytelnika z każdej strony. Lęk w domu, lęk w szkole, żeby się nie wydało, żeby nikt nie zauważył, nie komentował, nie pytał. Rozpaczliwe ukrywanie tego, co dzieje się w czterech ścianach pseudodomu. Ciągłe pilnowanie się, kontrolowanie, żeby nic nie zdradzić. Potworna samotność. Bieda, przemoc. Życie w ciągłym pragnieniu, aby coś się zmieniło:

Pragnął z całych sił, by coś się wydarzyło. Obojętnie co. Żeby coś zmieniło jego życie, nadało mu nowy bieg. By zdarzyło się coś takiego, co wyciągnęłoby go z tego bagna, w którym pogrążył się już niemal po szyję.

Trzeba przyznać, że lektura łapie za serce. Wiele jest takich emocjonalnych obrazów, które budzą niezgodę, żal, nawet gniew, w związku z tym, co spotyka chłopca. Bo Morten tkwi w bagnie z nie swojej winy. Całą odpowiedzialność ponoszą dorośli. Tym bardziej przejmujące jest to, że nastolatek dzielnie niesie swój los i czasem tylko rozpaczliwie pyta, dlaczego spotyka go tak jawna niesprawiedliwość. Po czym stara się ze wszystkich sił pudrować potworną rzeczywistość. Udaje mu się to między innymi dzięki bardzo dobrym wynikom w nauce, dzięki aparatowi fotograficznemu, którym robi profesjonalne zdjęcia. Jednak nie wszystko da się ukryć. Siniaki długo lubią wątpliwie „ozdabiać” skórę.

I pośrodku tego wszystkiego pojawia się Emilia. Tajemnicza dziewczyna spotkana na mokradłach. Morten znajduje wreszcie kogoś, z kim może popatrzeć w gwiazdy i zapomnieć o lęku. Historia Emilii robi na chłopcu wielkie wrażenie. Dzięki niej Morten zaczyna wierzyć, że jeszcze wszystko jest możliwe, jeszcze jest w stanie wyjść na prostą, uciec od tego upiornego życia, bo Emilia już nic nie może zrobić.

Wielką wartością tej powieści jest także wprowadzenie wątków estońskiej historii, folkloru, tradycji, a także obrazów przyrody. Wysepka na bagnach i niezwykłe spotkanie z Emilią jest okazją, aby przenieść czytelnika w inny, nieznany świat. Przyroda jest w ogóle ważnym bohaterem w tej powieści, przynosi Mortenowi spokój i zachwyt nad światem, który mimo wszystko jest piękny. Przełamuje beznadziejność, która otacza nastolatka. Jednooki kot Nurru jest także częścią tej wyjątkowej rzeczywistości, która ratuje Mortena przed utratą wiary w lepszą przyszłość.

Morten, Emilia i zaginione światy” to bardzo dobra propozycja czytelnicza dla chłopców. Męski bohater jest na pewno atutem, ale sam sposób opowiadania, swego rodzaju surowość, brak taniego sentymentalizmu, siła Mortena i jego moralna przewaga nad dorosłymi, może być bardzo pociągająca. W obliczu kiepskiego czytelnictwa chłopców jest to naprawdę dobra powieść na zachętę.

Mimo wielu trudności i cierpienia, które rzucają drugie cienie na codzienność Mortena, Reeli Reinaus nie zostawia bohatera w beznadziei. Ostatecznie wiele da się zrobić i dla Mortena, i dla Emilii. Lekturę polecam również dorosłym czytelnikom, jest w niej bowiem wiele wątków, które warto przemyśleć z dorosłego punktu widzenia.

Książka w tłumaczeniu niezawodnej Anny Michalczuk-Podlecki porywa, wzrusza i ostatecznie podnosi na duchu.

Editress

Bo punkt widzenia zależy…

Z punktu widzenia ziemniaka / Filip Zawada ; czerwień Jakub Zasada. Kraków : Wydawnictwo Znak, 2024. s.383, [1] strona ; ilustracje ; 20 cm.

Moje ziemniaki nie mają punktu widzenia, ale i tak je lubię 🙂
Fot. Dom Książki/ Editress

… Zależy od wielu spraw, zdarzeń, samopoczucia, a także formy bytu, jak się okazuje. Lub punktu siedzenia, jak głosi fizyka. W ogóle nie planuję wchodzić w jakieś głębokie dywagacje, nic z tych rzeczy. Na absolutnej końcówce wakacji i zbliżającego się końca lata nawet nie wypada wchodzić na poważne tony, tylko oddać się szaleństwu i niczym nieskrępowanej myśli.

Z pomocą przychodzi niezastąpiony Filip Zawada, który kilka lat temu zawładnął moją wyobraźnią i emocjami przy pomocy swoich książek: „Zbyt wiele zim minęło, żeby była wiosna”, „Psy pociągowe”, „Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek”, kolejność tytułów przypadkowa.

Było absolutnie oczywistym, że gdy zobaczyłam „Z punktu widzenia ziemniaka”, musiałam nabyć. I dobrze się stało, bo – jest życiowo, o życiu, przez życie i dla życia. Egzystencjonalnie i to okiem ziemniaka. Tak, to możliwe, szczególnie u Zawady. Liczy się słowo i obraz. Najlepsze połączenie. Bywa humor, bywa, że go nie ma i może zrobić się smutniej. Jak to w życiu. Wielbiciele Zawady znajdą tu Autora, jakiego dobrze znają. Przebija tu i przecieka wiele znanych wątków, przemyśleń, figur i postaci z wcześniejszych jego książek. I przede wszystkim rozbrajająca myśl.

Czytajcie, jak chcecie, z filtrami, które proponuje autor lub według własnego uznania. Można skorzystać z Junga i Tao, ale i bez tego dacie sobie z tymi lapidarnymi tekstami radę. W końcu „rozterki to też może być sposób na życie”, jako rzecze ziemniak. Wiele spostrzeżeń zasługuje na to, aby je zanotować. Ja, na przykład, już wiem, w jaki wprowadzić się stan, aby znać odpowiedź na wszystkie pytania na świecie. Jak widać, punkt widzenia ziemniaka może być bardzo praktyczny i przydatny. Czasem warto go przejąć.

Mimo że można przeczytać tę książkę podczas jednego wieczoru, nie polecam takiego rozwiązania. Warto sobie dawkować i przy tym pogłówkować, a czasem szeroko się uśmiechnąć.

Kończąc słowami Autora, życzę wszystkim spokojnego chaosu. Codziennie w nim przecież siedzimy. 🙂

Editress

Czytanie na plaży

Sezon wakacyjny w pełni. Doskonały czas na nadrabianie zaległości w przyjemnych okolicznościach przyrody. Trudno, aby dźwigać że sobą pokaźną biblioteczkę. Wygodniej zabrać solidny zestaw e-booków. I tak w tym roku na helskim piasku towarzyszą mi książki: „Korowód” Jakuba Małeckiego, specjalnie zostawiony na wakacje. Trochę z obawą, bo ostatnie książki Małeckiego nie zachwyciły mnie. Liczę, że wreszcie dostanę lekturę na poziomie „Rdzy”.

Spoza nurtu powieściowego „Chłopki. Opowieść o naszych babkach” Joanny Kuciel-Frydryszak, książka dostrzeżona i solidnie już nagrodzona. Czas wreszcie przeczytać 🙂

Dom Książki/Editress

I coś z czeskich klimatów, czyli nominowana do najważniejszej czeskiej nagrody literackiej Magnesia Litera w kategorii powieść dla dzieci i młodzieży „Blbá Vendula” Noemi Cupalovej. Przyznaję, że już okładka zrobiła na mnie spore wrażenie, a tekst wraz z ilustracjami dopełnił doskonałej całości. Pod dziecięcym gniewem może kryć się wiele dorosłego zła, które sączy się do młodej duszy i głowy, by tam zostać i prowadzić do wielu emocjonalnych szkód. Nie wiem, czy książka doczeka się polskiego tłumaczenia. Myślę, że byłoby warto przedstawić ją polskiemu czytelnikowi. Ma bowiem mocny i wyraźny przekaz.

Książki, które wpadają w ręce latem mają szczególny status. I długo zostają w pamięci. A te czytane podczas wakacyjnego wypoczynku wyjątkowo długo towarzyszą. Wpadam tu dziś tylko na chwilę z szybkimi rekomendacjami i uciekam do czytania! Więcej będzie zapewne od września!

Miłych wakacyjnych lektur!

Editress

Letnia altanko-czytelnia zaprasza!

Witajcie na wakacjach, najlepiej w Chudegnatach, do których zaprasza Katarzyna Wasilkowska. Nie ignorujcie tego zaproszenia, bo to znakomicie spędzony czas, nawet komary są do zniesienia wśród humoru i w towarzystwie ciotki Krychny, która jest „dorosłym na opak”. Na czym to polega? Sprawdźcie sami, nie zamierzam psuć nikomu lektury, przekonuję jednak, że „Wakacje w Chudegnatach” to strzał w dziesiątkę! Rekomenduję na bardzo dobry początek właśnie raczkujących wakacji. Piękna chwila 🙂 najlepiej ją celebrować w pierwszorzędnym towarzystwie. Na zachętę dorzucam jeszcze moje poobijane papierówki o obłędnym zapachu. Absolutnie doskonałe połączenie!

Fot. Dom Książki/Editress
Dziękuję Autorce za czerwcowe odwiedziny i te piękne, osobiste zaproszenie na wakacje 🙂

Zabrałam wszystkie lektury, które chciałam polecić do swojego ogrodu, w którym upalnie, ale i aromatycznie, wspomniane papierówki robią swoje, plus lawenda. Ogrodowa altana będzie letnią czytelnią, a może i jesienną? Tu się znakomicie czyta. Życzę wszystkim Państwu cudownych miejsc do czytania przez całe lato i polecam kilka tytułów, aby zabrać w te miejsca.

Zacznijmy od tego, co możecie poczytać przy stoliku, czyli „Przy stoliku w Czytelniku” Jarosława Molendy. Czar kawiarni literackiej, w której można było spotkać wielkie osobowości. Tęskno się robi na tę myśl. Książka pięknie wydana, bogata w fotografie, okładki, plakaty, oddaje ówczesny klimat. Samo jej przeglądanie sprawia przyjemność, a lektura pochłania bez reszty! Z myślą, że takich miejsc już nie ma, polecam zajrzeć do „Czytelnika” i przenieść się pomiędzy stoliki pasjonujących rozmów i wyjątkowej atmosfery: We wspomnieniach Marka Nowakowskiego lokal w Czytelniku „stanowił salon literacki ówczesnej Warszawy”. Poznawałem kolejnych wybitnych pisarzy, cierpiąc tortury onieśmielenia, niepewności. Czułem się jak człowiek z zabitej deskami prowincji. Ściskałem prawicę Tadeusza Konwickiego, Adolfa Rudnickiego, Kazimierza i Mariana Brandysów, Bohdana Czeczki.

Zapraszam zatem na ten literacki salon….

fot. Dom Książki/Editress

Nastrojona literacko, sięgam po tytuły z ulubionej serii. Książki o książkach. O jednej z nich pisałam już wcześniej. „Portable magic” Emmy Smith doczekała się tłumaczenia i mamy polską wersję. (Można zrobić plebiscyt, która okładka lepsza :)). Obie wersje trafiły do mnie w prezentowym trybie urodzinowym i z wdzięcznością kolejny raz polecam. Opowieści o książkowej fascynacji, ekscentryczności, a nawet szaleństwie pokazuje wyjątkową siłę tego papierowego przedmiotu, którego mocy poddało się wielu śmiertelników 🙂 Podobnie „Bibliofollia czyli szaleństwo czytania” Alberto Castoldiego. Książka erudycyjna, wciągająca w książkowe szaleństwo wielkich autorów jak Flaubert, Eco, Calvino, Borges, Canetti, Balzac czy Musil. Szaleństwo i magia, skupiona wokół książek to chyba najwłaściwsze połączenie. Każdy książkowy maniak to wie 🙂

Czas uciec w powieść. Może na Sycylię? To chyba dobra destynacja na lato. „Ucieczka Anny” to fabuła wspomnieniowa, nostalgiczna, wzruszająca od pierwszych zdań. Przyznaję, że sięgam po tę powieść, bo jak zawsze musi się pojawić wśród lektur powieść z serii z Żurawiem i okładką Małgorzaty Flis. Wybór okazał się przedni. Zaskakujące, że książka jest debiutem literackim. Mattia Corrente pisze o życiowych wyborach, które zawsze mają swoje konsekwencje, które nigdy nie „funkcjonują” w oderwaniu od innych. Wplątują bliskich w tę sieć decyzji, którzy często mogą nie rozumieć, w czym biorą udział i dlaczego tak. Dlaczego Anna ucieka po wielu latach małżeństwa? Jej mąż, Severin poszuka tej odpowiedzi, w mieszaninie uczuć, zdarzeń, scen. Tekst pociąga od pierwszych zdań, zasiewa emocje i skłania do natychmiastowego przyłączenia się i towarzyszenia bohaterowi.

A teraz może coś dla schłodzenia? Czeska pisarka Petra Soukpová potrafi zmrozić i nie owijać w bawełnę. Powieść „Pod śniegiem”, to kolejna „rozbiórka” rodziny na części pierwsze. Wspólna droga trzech sióstr do rodzinnego domu to świetna okazja do wybuchu emocji. Specjalistka od krojenia rodziny – jak piszą o autorce, kroi przy pomocy kilku bohaterów rodzinne relacje. Każdy ma swój kawałek. „Pod śniegiem” to już nie nowość wydawnicza, z mojej strony kolejne nadrabianie zaległości. Czytam książki Soukpovej trochę z przekorą, czasem niezgodą na to, co pisze, z poczuciem, że czasem przesadza, jednak lubię się przyglądać jej obrazom, wchodzić w proste, swojskie dialogi wciągające w te rodzinne relacje, które pozostawiają wiele do życzenia. Ma się o czym myśleć 🙂

Dobrze. Posiedzieliśmy, poczytaliśmy, czas ruszyć z miejsca, ale dobrze wyposażeni. W zeszłym roku polecałam książkę Michała Rożka „Nietypowy przewodnik po Krakowie„, który mnie zauroczył, w tym roku daję się zauroczyć przewodnikiem Rożka „Święte miejsca Krakowa”. Autor opisuje najsłynniejsze świątynie i miejsca kultu, ale także te zapomniane. Kraków nazywany drugim Rzymem niezmiennie zachwyca i pociąga – architektura, sztuka, tradycja. Zamierzam się w taki Kraków zanurzyć i polecam Państwu.

I trochę prywatnie. Dla siebie zostawiam książkowy powrót do Pragi, (w tym roku raczej tam nie zawitam), ale ulubiona Malá Strana zostanie ze mną. W drążeniu meandrów językowych nie należy ustawać – także latem. A zatem Jan Neruda i jego „Povídki malostranské” przywołają miłe wspomnienia i będą podnosić level językowy 🙂

Udanych wakacji, urlopów, w dobrym książkowym towarzystwie!

Editress

Środek znieczulający… ze srebrnym zębem :)

Dziewczynka ze srebrnym zębem / Andrzej[ek] Marek Grabowski ; ilustracje Kasia Kołodziej. Łódź : Wydawnictwo Literatura, 2024. 162, [5] stron : ilustracje ; 22 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

W zdecydowanie wakacyjnym nastroju, przeczuwając, że są już blisko wolne, letnie dni, proponuję pierwszorzędną lekturę z okazji wyżej wymienionych nadchodzących „zdarzeń” :). Cieszę się, że książka Andrzeja Marka Grabowskiego „Dziewczynka ze srebrnym zębem” kolejny raz pojawia się na księgarskich półkach i chcę to zaakcentować, bo na wakacje dobrze zadbać o prowiant literacki. Takie wznowienia lubię i szanuję :).

Scenarzysta, twórca kultowych programów dla dzieci i młodzieży – Tik-Tak, Ciuchcia, Budzik, Andrzej Marek Grabowski pozwala nam zajrzeć w swoją osobistą historię z dzieciństwa, dziejącą się w szpitalnych salach, na korytarzach, a nawet…  w piwnicy! Historia, która może wywołać zdumienie u dzisiejszego młodego czytelnika. Dlaczego? Dlatego, że jest to powrót do przeszłości, w której nie było kolorowo. Dziecko, które trafiało do szpitala, mogło liczyć na wizytę rodzica raz w tygodniu, przebywało samo wśród obcych ludzi, którzy w dodatku dokonywali różnych przerażających zabiegów, oczywiście w szczytnym celu naprawia zdrowia, ale sonda, punkcja to jednak groza. Zatem stres i samotność to permanentni towarzysze, których należało jakoś obezwładnić i pokonać. Z założenia szpital, to nie jest radosne miejsce, a gdy trzeba mierzyć się z dodatkowymi trudnościami, staje się prawdziwym obozem przetrwania.

Autor pokazuje wszystkie oblicza tego miejsca, jednocześnie dając nam potężne znieczulenie, w postaci humoru, a przede wszystkim Ani – dziewczynki ze srebrnym zębem, która sama w sobie staje się środkiem znieczulającym, dzięki swoim niezwykłym opowieściom i nietuzinkowej osobowości (srebrny ząb również się na nią składa!).  Zamienia ten siermiężny PRL-owski szpital w miejsce sensacyjnych historii, detektywistycznych poszukiwań i ważnych odkryć, które pozwalają spojrzeć na drugiego człowieka inaczej. Ania potrafi rozpalić wyobraźnię na tyle, że wiele trosk znika, przynajmniej na chwilę.

A trosk jest niemało, szczególnie gdy miesiącami przebywa się w szpitalu, z dala od rodziny i poza zwykłym rytmem dnia, bo nawet szkoła przenosi się do szpitalnych murów. Personel nie zawsze jest miły, a zabiegi męczące i nieprzyjemne. Autor pokazuje, jak często brakowało wrażliwości w podejściu do młodego pacjenta, poszanowania jego godności, a także poważnego traktowania jego słów. Dzieci ze stresem radzą sobie różnie, nie każdy umie zachować pogodę ducha, a wtedy… mogą pojawiać się dodatkowe problemy.

Opieka psychologiczna wówczas dopiero pełza, a wiemy, że w takich warunkach szpitalnych jest niezwykle ważna, nie tylko dla młodych pacjentów, ale także dla dorosłego personelu, co znakomicie wybrzmi w tej opowieści. Przyznaję, że z mojej perspektywy, dojrzałego czytelnika, ma ta powieść wiele ciekawych smaczków związanych z czasami, w których się rozgrywa. Jednak nie tylko z tego powodu czytałam ją z wielką przyjemnością. Historie, które opowiada dziewczynka ze srebrnym zębem, są nietuzinkowe, zabawne i tak ciekawe, że z pasją można się im oddać. A „zakulisowe” szpitalne zdarzenia również im nie ustępują. Razem wszystkie te elementy składają się na świetną powieść. A rysunki Kasi Kołodziej doskonale dopełniają całości i też stanowią swoiste znieczulenie (nawet punkcja nie maluje tak strasznie :)).

Jak zapewnia nas autor już we wstępie, wszystko to przeżył na własnej skórze i „wysłuchał” na własne uszy :). Niezwykła znajomość z dziewczynką ze szpitala, która była jak siostra w tym trudnym czasie, może i miałaby swoją kontynuację, gdyby nie dziecięcy wstyd, obawa i pośpiech w zacieraniu śladów :). Nie zdradzę, dlaczego :).

Ale przyłączam się do apelu Autora, wystosowanym na końcu tej opowieści i kolportuję go dalej:

Gdyby tę książkę czytała swoim wnukom pewna babcia Ania, która wiele lat temu leżała w szpitalu reumatologicznym w Warszawie, w sali numer pięć pod oknem, a jej sąsiadem był ośmioletni blondynek, który został jej braciszkiem, bardzo proszę o list pod adres wydawnictwa.   

Gdyby tę recenzję czytała pewna babcia Ania… to proszę o odpowiedź na ten apel :). Takie spotkanie po latach, to byłoby coś :). Ciekawe, ile kapitalnych nowych historii wydarzyło się u dziewczynki ze srebrnym zębem przez te lata…

Editress