Archiwum kategorii: Przekład

Wokół szpulki czarnych nici

Vaim / Jon Fosse ; z norweskiego przełożyła Iwona Zimnicka. Warszawa : ArtRage, 2026. Wydanie I. ISBN: 978-83-68295-69-6

W tym roku nakładem wydawnictwa ArtRage do rąk polskiego czytelnika trafia najnowsza powieść norweskiego Noblisty z 2023 roku Jona Fossego pod tytułem „Vaim”, w przekładzie Iwony Zimnickiej. Utwór jest pełną realizacją stylu pisarskiego autora, który posługuje się techniką strumienia świadomości, co podkreśla tworzeniem opowieści pisanej jednym długim zdaniem bez kropki – aż do końca fabuły. Opowieść nigdy się nie kończy.

Fot. Dom Książki/Editress

Jestem oczarowana kunsztem tej najnowszej prozy. Jon Fosse potrafił zbudować historię, wolno nawijając to jedno długie zdanie jak nić na szpulkę. A szpulka czarnych nici jest istotnym detalem tej fabuły. To również niezwykłe, jak wokół drobiazgów codzienności można stworzyć prostą, ale niezwykłą opowieść. Jak dużo można opowiedzieć o ludziach poprzez zwykłe czynności, podstawowe relacje, które nas łączą, czasem przypadkowo, jak klienta i sprzedawcę – nie zawsze uczciwego.

Zwykłe zdarzenie, w którym główny bohater zderza się z ludzką nieuczciwością, prowadzi go do czegoś ważnego, co przemeblowuje mu życie. Szpulka czarnych nici, której potrzebuje, będzie punktem wyjścia do „nawinięcia” nowego losu także paru innym postaciom.

Trzej narratorzy – Jatgeir, Elias i Frank-Olav opowiadają jak by wiedzieli, że my czytelnicy istniejemy i czekamy na ich historię. To pisanie ciągiem, bez kropek, bez wydzielonych zdań, doskonale ten zamiar opowiadania oddaje. Bohater snuje historię, aż do wyczerpania, a potem czytelniku zostajesz z nią sam. Bohaterowie, mówiąc, często się powtarzają, jak to w zwyczaju mają starsi ludzie opowiadający młodszym ważne koleje swojego losu. Można odnieść wrażenie, że siedzimy z nimi przy stole i słuchamy, nie przerywając nawet zbyt głośnym oddechem, ani tym bardziej słowem. Nie pytamy, pozwalamy im opowiadać. Powoli, bardzo powoli w pełnym strumieniu świadomości.

Od wydawcy otrzymujemy sugestię, że „Vaim” to opowieść o trójkącie miłosnym. Jeśli jest tam miłość, to najdziwniejsza, o jakiej kiedykolwiek czytałam. Osobiście uważam, że jest to opowieść o ludzkich charakterach, które zderzają się ze sobą w niespodziewanych okolicznościach i tworzą na pozór normalne relacje. To opowieść o skrywanych motywacjach, słabościach, które czynią nas poddanych innym. Czy Eline kocha Jatgeira albo Franka? Nic mi na to nie wskazuje. Czy oni ją kochają? Jatgeir tak, tego jednego możemy być pewni. Ona być może na tym uczuciu żeruje. Co nią kieruje, żeby pogrywać z tymi mężczyznami? Nie widomo, bo ona jedna nie dostaje głosu w tej powieści. Szkoda. Znamy tylko punkt widzenia Jatgeira i Franka, którzy są przez Eline też nawinięci jak nić wokół jej palca. Chciałabym wiedzieć, co myślała Eline, gdy poznała swojego męża i co myślała, gdy wtargnęła na pokład łodzi Jatgeira, wywracając mu życie do góry nogami.

Eline tworzy własny teatr, w którym mąż i kochanek dostają rolę, gwałtownie i bez pytania przez kobietę narzuconą. Mężowi nadaje nawet inne imię. Warto odnotować, że wszyscy bohaterowie na co dzień posługują się innymi imionami niż faktycznie nadano im na chrzcie. Dopiero śmierć przywraca prawdę o nich i prawdziwe imię, wykute na nagrobku. Wtedy stają się nareszcie prawdziwi. Emocje swoich postaci autor dość szczelnie opakował powściągliwością, swego rodzaju oschłością i absolutną zgodą na los, który bywa zmienny. Szczególnie, gdy natkniemy się na apodyktyczną osobę.

Tytułowa Vaim to mała miejscowość, gdzie wszyscy się znają. Stamtąd pochodzi Eline i Jatgeir. Tam też w późnych latach swojego życia tworzą nieformalny związek, który nie wszystkim się podoba. Na przykład Eliasowi, przyjacielowi Jatgeira, który również odsłania przed nami kadry tej opowieści jako jeden z narratorów. Dorzuci też ciekawy wątek nadprzyrodzony – że tak to ujmę 🙂

Każdy z bohaterów coś wnosi do tej historii, ale nigdy nie odsłoni nam pełnego obrazu. Wciska się pomiędzy fragmenty fabuły zaskoczenie i niezrozumienie. „Wszystko było dziwne”, mówi Frank, który naprawdę ma na imię Olav. Istotnie, było dziwne, powolne, ale intrygujące.

Usiądźcie z bohaterami i wysłuchajcie ich historii. Będziecie zdumieni, ale zadowoleni. W majowych rekomendacjach, zabierając się do lektury „Vaim” napisałam: Fosse to zawsze wyzwanie. Zdania pozbawione kropek ciągnące się w nieskończoność, mało dialogów. Tu trzeba wykazać sporo własnej inwencji, aby tekst stwarzał kolejne obrazy, aby płynnie przekazywał zdarzenia dzielone na kadry, tak potrzebne, aby fabułę przyswoić. Czytelnik ma tu sporo do zrobienia i zdecydowanie staje wobec konkretnego wysiłku czytelniczego. 

Zdecydowanie warto ten trud podjąć, nie był zresztą aż tak wielki. Z tym tekstem po prostu się płynie. Może dlatego, że narratorzy to rybacy i dobrze snują opowieść…

Editress

Niespokojne migawki z życia

Takie urywki / Bianca Bellová ; przełożyły Anna Radwan-Żbikowska, Julia Różewicz. – Wydanie I. Wrocław : Wydawnictwo Afera, 2025. – 200, [7] stron ; 19 cm.

Wyrwane fragmenty życia, urywki, które potrafią czytelnika wprawić w osłupienie, zadumę, żal, ale i śmiech. Które pozostawiają pytania – co dalej? To wszystko? Co z tą historią zrobić? I chyba właśnie to w zbiorze „Takie urywki” Blanki Bellovej  jest najlepsze. Te emocjonalne uderzenie, z którym czytelnik musi sam sobie poradzić. Może coś dopowiedzieć, może pomyśleć, co sam by z tym zrobił, jak by to rozegrał, jak wybrał. Czasem może się tylko roześmiać, bo i takie fabuły znajdziemy wśród tych naprawdę udanych opowiadań. Bez patosu, pełne humoru, choć mogłoby się wydawać, że jesteśmy w sytuacji, w której zaduma i umiarkowanie są zdecydowanie najbardziej pożądane. 🙂

Fot. Dom Książki/Editress

W „Takich urywkach” można przyjrzeć się ludzkim postawom z bliska. Jak pod mikroskopem obejrzeć wybraną scenę z życia, która może zaciążyć na jego reszcie, która wszystko zmienia, a czasem nawet ostatecznie kończy. Czasem tylko rozbawi.

Składamy się z takich urywków, które wypełniają nasze życie. Jesteśmy jak puzzle układane każdego dnia, wciąż dopełniając obraz nas samych. W opowiadaniach Bellovej widać to wyraźnie. Na nasz ostateczny obrazek składają się też inni, bliscy, znajomi, przyjaciele, którzy zostawiają swój puzzlowy kawałek. Wklejają się w nasz życiorys.

U Bellovej na pierwszym planie są przede wszystkim relacje międzyludzkie w różnych konfiguracjach. Najwięcej jest rodziny, relacji rodziców z dziećmi, relacji damsko-męskich. Autorka podsuwa wiele ważnych detali, spostrzeżeń, które są jak muśnięcie czytelnika. Myślę, że odbiór tych opowiadań bardzo mocno będzie się wiązał z osobistymi doświadczeniami. I to jest największy sukces tego zbioru. W krótkich tekstach jest bogactwo treści, emocji, postaw. Uważam, że to świetna książka dla dyskusyjnego klubu książki :). Sama po lekturze odczuwałam potrzebę, aby o kilku opowiadaniach z kimś podyskutować.

Moje ulubione teksty – „Wywiad”, w którym przede wszystkim widziałam zderzenie pokoleniowe, bez szans na porozumienie, totalnie inne wektory uczuć i emocji. Brak wspólnoty przeżyć. I migawka dotycząca macierzyństwa, która jest dla mnie jak drzazga pod paznokciem. W szybkich obrazkach autorka dotknęła wrażliwej strony bycia matką. Będąc już przy temacie rodzicielstwa, poruszyło mnie opowiadanie „Delirium”. Poruszyło i wzruszyło. Córka, która rezygnuje z czegoś bardzo ważnego, co wpłynie na jej dalsze życie, bo wybiera rodziców, bo ich ratuje, bo pochyla się nad ciężką chorobą, która być może niebawem zakończy wszystko.

W opowiadaniu „Pada, Vivien” wychwytuję tyle ważnych spraw. Jak ważna jest relacja dziadków z wnukami, szczególnie mężczyzn: wnuk-dziadek. Jak ważny jest kontakt z naturą, bycie razem, rozmowy, szczere okazywanie uczuć, dzielenie się doświadczeniami. W tym tekście podobało mi się wszystko.

„Ostatnie pożegnanie” natomiast to tekst, który najbardziej mnie rozbawił, choć w zasadzie nie powinien. Autorka pogrzebała patos, mimo że ktoś inny miał być pogrzebany. Opowiadanie łamie tabu, myślę, że w Polsce szczególnie pewne formy pochówku są jednak nie do przyjęcia. A tu autorka szczególnie podbija piłeczkę i dodatkowo obudowuje wszystko komicznymi zdarzeniami i niesamowitym epilogiem. Prawdziwy smaczek :).

„Doszło do wzajemnego ubogacenia kulturowego” to również opowiadanie, które podobało mi się bez zastrzeżeń. A moją uwagę skupił szczególnie wątek wydarzeń literackich, które kosztują, ale w swoim przebiegu są… dość bujną lipą :). Cenię autorkę za to, że nie owija bawełnę i nie boi się pokazać, jak kręci się grantami. I w ogóle kręci, także w życiu prywatnym.

I ostatnie opowiadanie, które jest niejako klamrą. „Ojciec” nawiązuje w pewnych wątkach do pierwszego opowiadania „Takie urywki”. Powraca tu echo dążenia do zadowolenia rodziców, którzy nigdy ze swoich dzieci zadowoleni nie są. I tu również nie ma patosu, ale sporo humoru. Puenta ostatniego opowiadania pięknie zamyka cały zbiór.

Opowiadania „na zmianę” tłumaczone przez Julię Różewicz i Annę Radwan-Żbikowską czyta się znakomicie. Udało się tłumaczkom uchwycić wszystkie walory języka autorki, jego moc, dobitność, rejestry humorystyczne, gry słowne. Ciekawym zabiegiem jest również to, że niektóre opowiadania są prowadzone w narracji trzecioosobowej, a czasem w pierwszej osobie.

Bianca Bellová dostarcza kolejnej bardzo dobrej lektury. Potwierdza, że warto ją czytać. Po powieściach „Jezioro” i „Mona” solidny zbiór opowiadań powinien zadowolić każdego.

Editress

Cuda wianki w chorwackim wydaniu lub reset mózgu

Cud w Dolinie Poskoków / Ante Tomić ; z chorwackiego przełożyła Dorota Jovanka Ćirlić ; [rysunki Katarzyna Kaczmarek]. Warszawa : Noir sur Blanc, 2024. 206, [2] strony : ilustracje ; 24 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Momentami nie wiedziałam, co czytam. Cóż to za świat został mi postawiony przed oczami! Absurd, czarny humor – często bardzo czarny, komizm w wielu postaciach, przelewały się z każdej strony z siłą wodospadu.

Nie wiem, czy chcę szukać w tej powieści jakiś poważnych przesłań, bo ich tu kompletnie nie widzę. Traktuję ten tekst jak reset dla mózgu. Czysta rozrywka, nie zawsze najwyższych lotów, ale można spróbować. Znajdziecie tu, co tylko chcecie. Ja, na przykład, widziałam migawki z „Wesela w Atomicach” Mrożka, gdy przedstawiono mi arsenał militarny, jakim dysponowała rodzina Poskoków. Ojciec i czterech synów, którzy w osadzie zapomnianej przez Boga, żyją jak dzikusy z kompletnie pomieszanym systemem wartości, dysponują bronią wszelkiego kalibru. A skąd ją mają? Cóż, echa bałkańskiej wojny pobrzmiewają w tej powieści wielokrotnie, zawsze okraszone czarnym humorem.

Styl życia Poskoków dyktuje ojciec, ale do czasu (poskok to podobno nazwa jadowitej żmii, co idealnie pasuje do charakteru męskich bohaterów). Wszystko się zmienia, gdy w osadzie pojawia się kobieta. A potem kolejne. Cuda, panie! Ale senior rodu nie ma ochoty ich akceptować. Nawet jego żona, o której śmierci dowiadujemy się na początku fabuły, nie zdołała ucywilizować męża i potomstwa. Teraz mają to uczynić obce kobiety? No, zobaczymy… Sposób, w jaki trafiają one do Doliny Poskoków, jest więcej niż nietuzinkowy. Tego się nawet streścić nie da 🙂

Jak na chorwacką powieść przystało, odbija się w niej Chorwacja, ale w kompletnie niepoważny sposób. Rozpoczynającym lekturę zalecam ogromny dystans i nastawienie się głównie na komizm, brak sensu, czasem głupkowaty humor, który też bywa potrzebny. Bywają też „momenty”, mocne słowa, satyra, czasem pomieszana z szyderstwem. I wszystkie najnowsze trendy w różnych sferach życia. No, jest na czasie 🙂

Ante Tomić na pewno zapisze się w mojej pamięci, wywołując za każdym razem krzywy uśmieszek na twarzy. Pisarz, gawędziarz, dziennikarz, komik i scenarzysta, jak czytamy w biogramie, potrafi efektownie zaskoczyć, ale i rozczarować. Fabuła zasadniczo faluje jak sinusoida. Nie zdradzę, gdzie znajduje się jej amplituda przy samym końcu. 🙂

Powieść tłumaczyła Dorota Jovanka Ćirlić, czyliprzekładowa marka”. Zastanawiałam się podczas lektury, z czym tłumaczka musiała się zmagać podczas pracy nad tym tekstem. Sądzę, że miała sporo „zabawy” i nie wykluczam, że nie było jej zawsze do śmiechu. 🙂

Jeżeli nie macie ochoty czytać „Cudu w Dolinie Poskoków”, możecie wysłuchać, ponieważ książka była czytana w radiowej „Dwójce” przez Arkadiusza Janiczka. Kto wie, może też odsłucham, z ciekawości, jak ten szalony tekst zinterpretował aktor.

Miłej zabawy!

Editress

Zapomniany noblista

Drzewo człowiecze / Patrick White ; przeł. [z ang.] Maria Skibniewska. Warszawa : Państwowy Instytut Wydawniczy, 1985. 570, [2] s. ; 19 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Mogłoby się wydawać, że Literacka Nagroda Nobla, to przepustka do nieśmiertelności. Wieczna chwała, wieczna pamięć, spiżowy pomnik. Ostatnia rozmowa w gronie rozczytanych znajomych sprowadziła mnie właśnie tu. W szeregi zapominanych pisarzy nagrodzonych wydawałoby się przecież najbardziej prestiżową nagrodą literacką na świecie. A wszystko zaczęło się od Patricka White’a, noblisty z 1973 roku. Australijski pisarz (sam o sobie mówił jako o kosmopolitycznym Londyńczyku), dziś nie zaprząta czytelniczych głów przesadnie. I takich noblistów jest wielu. Cóż, wszystko na tym świecie to jednak marność. Sam White o Noblu, na którym w ogóle mu nie zależało, mówił: „Nagroda Nobla, to przerażające i destrukcyjne doświadczenie”. Myślę, że w gruncie rzeczy miał dużo racji.

Wspomniana rozmowa sprowokowała mnie do sięgnięcia po dwa tytuły Patricka White’a, które mam na półce – „Drzewo człowiecze” i „Vossa”, do pełnej trylogii brakuje mi „Wozu ognistego”, który muszę ostatecznie w tym roku zdobyć. White’a można nabyć już tylko z drugiej ręki, ale jeszcze w antykwarycznym ruchu jest. Bywa też w bibliotekach (zerknęłam do katalogów online J).

Dziś będzie o „Drzewie człowieczym”, pierwszej powieści, która ugruntowała pozycję White’a  w Wielkiej Brytanii i USA. W samej Australii nie był zbyt szybko oklaskiwany, ale to chyba naturalne, że nie szanuje się „proroków” we własnym kraju. Sam autor mówił o tej powieści, że jest to próba przedstawienia „każdego możliwego aspektu życia przez pryzmat losów zwykłego mężczyzny i kobiety”. I trzeba przyznać, że powieść ta, wydana w 1955 roku, nie straciła nic ze swojej uniwersalności w opowiadaniu o losie człowieka pod każdą szerokością geograficzną.

Czytając „Drzewo człowiecze”, miałam poczucie, że spotykam się z literaturą, za którą nieustannie tęsknię. Gdy docieram do ostatniej strony, czuję żal, że to już koniec (choć książka liczy blisko 600 stron). Będę jeszcze długo myślała o Stanie Parkerze i jego żonie. Będę myślała o ich losie, o tym, jak żyli, jak myśleli i o tym, co ich spotkało. Niby proste życie, ale…: „Nic nie jest tak pożądane, jak rzeczy najprostsze” – mówi narrator. Zgadzam się. Skomplikowany nadmiar zanadto przytłacza.

Od pierwszej sceny tej powieści ma się poczucie, że wchodzimy do swoistej Księgi Rodzaju, gdy już człowiek znajduje się na wschód od Edenu. Stan Parker, główny bohater, czyni sobie australijski busz poddanym. Powoli walczy tam o swoje miejsce, aby żyć, założyć rodzinę i spotkać się z Bogiem. Religijność tej prozy, a w zasadzie pytania o relację człowieka z Bogiem, wypełnia tę fabułę. Nie ma w tym żadnej nachalności, autor zawsze jednak znajduje dobry moment, pretekst, aby stanąć twarzą w twarz z pytaniem o sens, o ludzkie doświadczenie i obecność w tym wszystkim Boga. O tym aspekcie swojej twórczości Patrick White mówił: „Religia. Tak, to ona stoi za wszystkimi moimi książkami. Interesuje mnie relacja między błądzącym człowiekiem a Bogiem”.

Bohaterowie „Drzewa człowieczego” wchodzą w role wyznaczone im od stworzenia, zgodnie z Bożym planem. Są kimś na kształt pierwszych rodziców. Żyją w trudzie, cierpieniu, ale także w chwilach triumfu, gdy pojawiają się dzieci, gdy ziemia się poddaje i wydaje owoce. Zawsze w tym wszystkim towarzyszą im zwierzęta. Mamy tu niemal starotestamentowy obraz człowieka walczącego w spiekocie, z naturą – powodziami, pożarami. Wówczas ludzie zwracają się do Boga i obiecują poprawę, aby po wszystkim znowu wrócić do grzechu: „Przypominało się im dzieciństwo, kajali się za grzechy, obiecywali, że się nawrócą i będą święci, jeśli będzie im dana jeszcze jedna szansa życia i poprawy. Niektórzy zostali wysłuchani, ale uciekli od swych przywar tylko na krótki czas, aby potem stać się jeszcze gorsi niż przed pożarem”.

Małżeństwo, rodzina, rodzicielstwo, codzienność, trud, przemijanie, śmierć – wszystkie najważniejsze tematy znajdziemy w „Drzewie człowieczym”. Fascynował mnie szczególnie obraz małżeństwa Amy i Stana. Towarzyszenie tym bohaterom w ich dojrzewaniu, docieraniu się, służeniu sobie nawzajem aż do starości, głęboko porusza i daje do myślenia. Myślenia o kondycji małżeństwa dziś. Przejmujący jest również obraz rodzicielstwa, które jest trudne i pełne błędów, bo nie ma szkoły dla rodziców. Indywidualność dzieci Parkerów zaprowadzi je w bardzo różne miejsca i na trudne drogi, także te bliskie Kainowi. Trudna ojcowska miłość, szorstkie męskie relacje, ale też kobiece uwikłania, matek, córek, przyjaciółek, zamykają się na kartach powieści w pięknych epickich scenach i dialogach.

Sztafeta pokoleń, spadek duchowy i materialny, który dostajemy po przodkach – to wszystko tworzy to człowiecze drzewo, które się zakorzeniło i trwa, nawet gdy już nas nie ma.

Patrick White dotyka „pierwotności” człowieka (nie należy mylić z prymitywizmem). Dotyka tych najważniejszych emocji, potrzeb ludzkich wbudowanych w nas od początku istnienia. Potrafi opisać tak celnie, że często zdarzało mi się powracać do niektórych zdań, by czytać je wielotonie. Nawet o rzeczach brutalnych czy też bardzo intymnych potrafił pisać z wyczuciem, docierając do sedna – brzydoty lub piękna danej sytuacji. Nie bez znaczenia jest to, że tłumaczką tej powieści, wydanej w 1985 roku jest Maria Skibniewska, dzięki czemu obcujemy z pięknym tekstem.  

„Drzewo człowiecze” na trwale wpisuje Patricka White’a na moją listę top autorów i przy okazji staje się inspiracją.  Myślę, że cykl tekstów pod szyldem „zapomniani nobliści” byłby całkiem dobrym pomysłem, który powinien zagościć w Domu Książki „Editress” i postaram się, aby tak było.

Editress

Biblioteczka fana przekładu

Trzydziestego września obchodzimy Międzynarodowy Dzień Tłumacza. Lubię wznieść toast za tłumaczy, bo wyjątkowo cenię sobie ich pracę. Chętnie czytam książki o tłumaczach,  przekładach, czy o samej teorii przekładu. Wśród wielu tego rodzaju lektur trafiłam na dość ciekawą opinię, którą mogłabym sprowadzić do wniosku, że nie ma prostych tekstów do przekładu. Gdy się tłumaczowi wydaje, że tekst jest prosty, znaczy to, że zwyczajnie nie zorientował się, gdzie ukryty jest podstęp, haczyk. A tych doprawdy może być wiele.

fot. Dom Książki/Editress

Buduję sobie od lat biblioteczkę fana przekładu i z wielkim zainteresowaniem przyglądam się „sposobom” na udaną translację. To chyba specyficzna pasja :). Z okazji święta tłumaczy, chciałabym wrzucić dziś kilka swoich przemyśleń, którymi podzieliłam się  też z zaprzyjaźnionymi  tłumaczami w kilku rozmowach.  Oto one 🙂

Siła kultowych przekładów

Przekład potrafi głęboko funkcjonować w kulturze. Utrwalić się w świadomości czytelników. Przykładem może być „wyklęte” tłumaczenie „Przygód dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej” Pawła Hullki-Laskowskiego, które w obronę bierze Aleksander Kaczorowski we wstępie do książki „Nim Szwejk poszedł na wojnę”. Podobnie „Proces” Franza Kafki i słynne pierwsze zdanie „Ktoś musiał zrobić doniesienie na Józefa K., bo mimo że nic złego nie popełnił, został pewnego ranka po prostu aresztowany.”, w tłumaczeniu Brunona Schulza lub jak się mówi coraz częściej jego narzeczonej Józefiny Szelińskiej. Tymczasem w 2008 roku Jakub Ekier przychodzi z nowym tłumaczeniem tego klasycznego już dzieła, które się zaczyna inaczej: „Ktoś musiał fałszywie oskarżyć Józefa K., bo przecież on nic złego nie zrobił, a został pewnego ranka pozbawiony wolności”. „Fałszywie oskarżyć”, a nie „zrobić doniesienie”. W „doniesieniu” może być przecież jakaś prawda, w „fałszywym oskarżeniu” nie ma już żadnych wątpliwości, że bohater jest niewinny. To robi jednak sporą różnicę w odbiorze tego utworu. Widać zatem jak na dłoni, jak ważny jest dobry przekład dla zrozumienia pełnego sensu tekstu. Często jednak siła kultowego przekładu utrzymuje go w dominującej mocy.

fot. Dom Książki/Editress

Tłumacz i odpowiedzialność…

W recenzowanej na blogu książce Krzysztofa Umińskiego „Trzy tłumaczki” autor przywołuje spór, jaki rozgorzał pomiędzy Jerzym Jarniewiczem a Rafałem Lisowskim w kwestii odpowiedzialności tłumacza za to jak tłumaczy i co tłumaczy. Jerzy Jarniewicz w tekście „Syzyf zwycięzca” w Dwudtygodniku.com, stwierdza, że tłumacz taką odpowiedzialność ma. Rafał Lisowski stwierdził natomiast, że niewielu tłumaczy ma realny wpływ na to, co się przekłada, a “żyć z czegoś trzeba”. Sam Umiński podsumowuje to tak: „Przyznaję, bliższy jest mi maksymalizm Jarniewicza. Uważam, że tłumaczyć warto wtedy, kiedy się książkę uważa za cenną, inaczej człowiek świadomie uczestniczy w zaśmiecaniu świata. A przecież sam więcej niż raz sprzeniewierzyłem się tej zasadzie (m.in. próbując zarobić na pisanie tej książki) i wiem, że czasem trudno uniknąć tłumaczenia książek głupich i złych. Zwłaszcza gdy ktoś żyje wyłącznie z przekładu. Lub jest debiutantem. Lub samotnie wychowuje dziecko”.

Fot. Dom Książki/Editress

Motywacje

Czemu ludzie uprawiają ten trudny i średnio opłacany zawód? W świetnym komiksie o tłumaczach i tłumaczeniu „W głowie tłumaczy” (scenariusz Tomasz Pindel) również omawianym na blogu znalazłam taki zestaw motywacji: altruistyczne, literackie, pragmatyczne, intelektualne. Życzę wszystkim tłumaczom, aby wszystkie motywacje zostały spełnione i nagrodzone finansowo 🙂

Editress

Finał na Tamizie

Trzech panów w łódce nie licząc psa / Jerome K. Jerome ; tł. [z ang.] Kazimierz Piotrowski. Warszawa : Książka i Wiedza, 1988. Wyd. 4.

fot. Dom Książki/Editress
(moja ulubiona seria na wakacje)

Ta mała, wysłużona książeczka (co widać na zdjęciu) doskonale ukoiła żal kończącego lata i finału wakacji. Niestety. Książka z 1889 roku, którą nadal czyta się z trwałym uśmiechem na ustach, czasem z głośnym śmiechem. Tego nie dostarczą Państwu polskie kabarety. Napisałabym również – niestety – ale wtedy wyjdzie rym. Kabarety – niestety. I będzie równie śmiesznie jak w polskim kabarecie. Chyba udzieliła mi się atmosfera „Trzech panów w łódce nie licząc psa” i zasadniczo o to chodziło. Pozostaje tylko obśmiać wszystko wokół siebie i nabrać dystansu. Lektura dziś prezentowana jest w tej kwestii nader pomocna.

Brytyjska klasyka, początkowo niedoceniona przez krytyków, entuzjastycznie przyjęta przez lud – nic nowego pod słońcem – doskonale pokazuje humor, charakter i nieśmiertelną klasowość wyspiarzy. Chyba każdy z grubsza wie, co się dzieje w owej powieści. Dla porządku, trzej mężczyźni (hipochondrycy) w celu poprawienia swojego słabego (ich zdaniem zdrowia) wybierają się wraz z psem na wyprawę łodzią po Tamizie. Sama wycieczka oraz przygotowania do niej jest okazją do snucia zabawnych opowieści, anegdot, wpadania w wir przedziwnych zdarzeń. Mnóstwo humoru sytuacyjnego, kpiny z ludzkich przywar i spore dawki ironii.

Wspaniałym bohaterem tej powieści jest, niby nieliczący się pies, foksterier Montmorency, potworny zbój i zarazem uroczy łobuziak, który jeszcze bardziej podbija komiczność utworu.

„Trzech panów w łódce nie licząc psa” pomagało mi również wchodzić na wyższe poziomy języka angielskiego, gdyż powieść stała się kanwą podręcznika do samodzielnej nauki. Mam więc do tej powieści szczególny sentyment.

fot. Dom Książki/Editress

Polecam smutasom, hipochondrykom, znudzonym i nostalgikom już tęskniącym za kolejnym latem. Książka jest w wielu formach dostępna. Słuchowiska, audiobooki, ebooki. Są też nowsze tłumaczenia niż to, którym ja dysponuję – z mojej ulubionej serii wydawniczej na lato. A może spróbować po angielsku? Obojętnie jak i gdzie, życzę dobrej zabawy!

Editress

Czas siania, czas zbiorów i… opowieści.

Kornélie / Beata Balogová ; z języka słowackiego przełożyła Izabela Zając. Wrocław : Książkowe Klimaty, 2024. – 302, [1] strona ; 20 cm.

fot. Dom Książki/Editress

Wśród 137 książek zakwalifikowanych do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus w 2025 roku znalazła się słowacka powieść „Kornélie” Beaty Balogovej. Na długiej liście finalistów niestety już się nie pojawia, ale może właśnie dlatego jest to dobry pretekst, żeby pochylić się nad tą prozą i uchronić przed czytelniczym pominięciem. Moim zdaniem, dobra lektura na początek lata. Jest to jednak powieść, którą już gdzieś, kiedyś „słyszałam”. Być może nie będzie porywająco, ale błogo i nostalgicznie, w znanym stylu snucia opowieści. A cóż to za opowieść?

Opowieść, w której prawda miesza się ze zmyśleniami, pomieszanymi wspomnieniami, snami, marzeniami nigdy niespełnionymi. Nostalgiczna historia rodzinna opowiadana przez kobietę i głównie o kobietach. Te najsilniejsze obdarowywane są imieniem Kornélia i niosą szczególny ciężar odpowiedzialności za rodzinę. Częstują kolejne pokolenia rodzinnymi opowieściami, które mogą rozrastać się w dowolnym kierunku, jak jabłonie czy śliwy. Ubarwione, przeinaczone rosły jak chciały. Przeszłość staje się spadkiem, depozytem pamięci. Cóż mieści się w tym testamencie? Sprawy przyziemne i te wzniosłe, które mają pomóc żyć.

Jak zbierać zioła, smażyć powidła, kiedy jest „czas truskawek, pomidorów i porzeczek”. To trzeba wiedzieć. Są jeszcze inne ważne kwestie do opanowania:

Musisz nauczyć się cieszyć bez strachu, że to kiedyś minie – mówi babcia Kornélia Pierwsza, zwana Mamaką, swojej wnuczce Almie, która jest narratorką odsłaniającą przed czytelnikiem tajemnice swojej rodziny. Na radość trudniej się przygotować niż na przeciwności losu, które zdecydowanie dominują w każdym życiorysie. Sporo w tym prawdy. Gdy przychodzi szczęście, od razu pojawia się cień obawy, że to, co dobre, jest tak krótkie i ulotne. Nim się w tym rozsmakujemy, już zblednie i zginie.

„Kornélie”  to powieść pachnąca ziołami, śliwkami, niespełnionymi marzeniami, które zniszczyła wielka historia. Ale nie oszukujmy się. I bez wielkiej historii, wojen, rewolucji, wiele marzeń i tak się nie spełnia. Mamaka chciała studiować, zobaczyć świat. Uda się to dopiero w kolejnym pokoleniu. Tymczasem życie upływa jej we wiosce na węgiersko-słowackim pograniczu. Jabłonowa Panica raz jest częścią Węgier, raz Czechosłowacji,  potem Słowacji. Pogranicze bardzo wpływa na sposób widzenia świata, kulturę i język. A w wojennej zawierusze zyskuje swój szczególny rys. Dobrym przykładem jest wspominany już język:

Słowa były pokaleczone, a uzdrowić mogli je tylko używający ich ludzie. Węgierski krwawił tak samo jak słowacki, rosyjski czy niemiecki. Należało wymyślić nowe słowa, aby zastąpić stare, bo tych większość nie umiała wymówić.(…) Podczas wojny nasze słowa w dziwny sposób łączyły się w pary z obcymi naleciałościami. Powstały przeróżne egzotyczne zlepki, opisujące odległe doświadczenia, równie obce jak same słowa.

Echo wojny i piętno, które zostawia, wyraźnie odbija się w losach bohaterów. Utrata dzieci, mężczyzn kreuje czas silnych kobiet, które musiały odbudować świat, urodzić go na nowo. To również czas rezygnacji z siebie, własnych aspiracji, żeby przywrócić codzienność do normy.

Ten szczególny czas i miejsce kształtuje różne charaktery kobiet, które prezentuje nam Alma. Oto widzimy kobiety, które pragną poznać świat i takie, które kochają swoją wioskę, ogrody, prosty rytm życia, w którym wszystko bezpiecznie się powtarza. Są kobiety, które patrzą w gwiazdy i chcą poznać tam swój los i takie, które wszystko składają Bogu. Porządek pogański i chrześcijanki wyraźnie się mieszają.
Są też kobiety, które kochają życie i takie, które kochają śmierć. Jak Borbála, która ma swój „teatr choroby i umierania“. Śmierć to również ważny problem w tej powieści, który na różne sposoby jest oswajany.

Pomiędzy zasadniczymi potoczkami z losem Beata Balogová snuje przyjemne rozważania o listach, których dziś już nikt nie wysyła:

W tamtych czasach pisanie listów było aktem uroczystym. Czasem pisano je całymi godzinami lub nawet tygodniami. Ludzie długo się do tego przygotowywali. Dodawali zdanie lub dwa za każdym razem, kiedy coś nowego się wydarzyło. Bywało, że zanim list został ukończony, powód jego napisania znikał.

Analizuje opowieści, których nikt dziś nie snuje, pokazuje przemiany języka, nad którym już nikt się nie zastanawia, „zakłada” zeszyty z rysunkami ziół, przepisami, których dziś nikt już nie prowadzi.

Kobiety o imieniu Kornélia, ich córki, mężowie, nieliczni synowie żyją w ogrodzie, żyją blisko natury, roślin, zwierząt – w cyklu narodzin i przemijania. Czasem przemijają zbyt szybko. Szczególnie dotyka to mężczyzn, nie tylko z powodu wojny.  Kobiety w tej rodzinie są spragnione męskiego pierwiastka w swoim życiu, ale nie jest im to dane . A przynajmniej nie na długo. Wielka nieobecność mężczyzn lub tylko chwilowa, krótka obecność, przebija w każdej historii kobiet z Jabłonowej Panicy.

„Kornélie” to powieść bardzo sensualna. Zapach i smak owoców, ziół, naparów unosi się niemal nad każdą stroną. Codzienna powolność na prowincji węgiersko-słowackiej pozwala delektować się tym prostym życiem. Często gorzkim i pełnym rozczarowań, zakrapianym palinką. Jednak lokalny koloryt, ludowość, barwne osobowości zwane „wioskowymi wariatami” dodają dynamiki i tworzą ciekawy literacki obraz przeciętnego bytowania, w rytmie siania, zbierania i opowiadania historii.

Editress

Sztafeta rodzicielska

Petra Soukupová, Nikdo není sam. Host,  2022

Fot. Dom Książki/Editress

Tym razem nietypowo. Recenzja książki jeszcze nieprzetłumaczonej na język polski, ale według zapowiedzi wydawnictwa Afera, już, już jest blisko. Zatem robię małą ucieczkę do przodu i zarekomenduję, aby rozbudzić ciekawość i stworzyć miłą atmosferę oczekiwania na ten tytuł.

Petra Soukupová kolejny raz rozprawia się z relacjami rodzinnymi, biorąc pod lupę przeciętną czeską rodzinę w modelu 2+2. Do pełni rodzinnego obrazka należy dołączyć dziadków, czyli rodziców głównej bohaterki, Veroniki.

Kim jest główna bohaterka? Bibliotekarką z Pragi, żoną, matką syna i córki. A także sama jest córką, która ma spore problemy z rodzicami. Powieść Nikdo není sam (polskie wydanie będzie miało tytuł „Zawsze jest ktoś”) dotyka między innymi relacji dorosłych dzieci z rodzicami. Temat mało literacko poruszany. Kojarzy mi się głównie z książkami Michale Houellebecqa, który ukazuje je w dość skrajnej formie. U Soukupovej nie jest aż tak mocno, ale sielanki również nie ma.

Rodzice mieszkają na wsi, Veronika odwiedza ich wraz z dziećmi i mężem, jadąc kilkanaście kilometrów z Pragi. Każda wizyta kończy się tak samo. Piekłem, awanturą z byle powodu. Dojrzała kobieta nie umie poukładać relacji głównie z matką, która o wszystko zgłasza pretensje. Wytwarza się między nimi psychiczny terror i niewwalający przymus, który kładzie się cieniem na jej codziennym życiu. We własnej rodzinie czy pracy bohaterka traci pewność. Zatem wieczorem musi być wino na odprężenie, powrót do palenia papierosów również wydaje się nieuchronny.

Autorce, dzięki mowie wewnętrznej bohaterów udaje się ukazać niesamowity konflikt uczuć, które rzadko wydobywają się na zewnątrz. Każdy bohater ma okazję pokazać, jak widzi sytuację z wysłanej perspektywy. Ocenić ją przez pryzmat swoich doświadczeń i uczuć.

Kiedy umiera matka Veroniki, nic się nie zmienia, a przynajmniej niewiele, bo odtąd córka słyszy jej głos w każdej konfliktowej, trudnej sytuacji. Nadal żyje pod wpływem matki, która ma swoje konkretne wymagania i dyktuje rozwiązania, a nawet nadal wylewa pretensje. Dołączają do tego nowe problemy z ojcem, który został sam. W konsekwencji życie rodzinne i zawodowe Veroniki zaczyna składać się jak domek z kart.

Szwankują relacje z córką i synem, którzy w szkole również mają swoje małe i duże katastrofy. Sztafeta rodzicielskich problemów nie ma końca.

Powieść wydaje się zaskakująco prawdziwa. Przebywając między bohaterami, czuje się tę szarość codzienności, do której regularnie „wbijają” kolejne, nowe problemy. Autorce udało się uzyskać ten efekt swojskości przy pomocy świetnych dialogów, pozbawionych sztucznych form. Soukupová nie sili się na literackie chwyty. Jest po prostu jak w niejednym domu.

Czy Veronika sobie poradzi i jak wyjdzie z szeregu kłopotów, które się przed nią piętrzą? Jak poukłada relacje z rodzicami i własnymi dziećmi? Jak ogranie się zawodowo? Tego oczywiście nie zdradzę. Zapewniam jednak, że lektura, przy swojej (w jakimś sensie) banalności, potrafi zaskoczyć, pochłonąć i wciągnąć w rozważania bohaterki na całkiem wysoki poziom. Prawdziwe życie jest właśnie tu. W zwykłej rodzinie, w kolejnym poniedziałku, w kolejnej kłodzie rzuconej pod nogi.

Parę lat temu recenzowałam książkę „Sprawy, na które przyszedł czas” Petry Soukupovej nazywanej często „specjalistką od krojenia rodziny”, dla dopełnienia obrazu autorki i jej twórczości również polecam, aby zajrzeć do tego tekstu http://domksiazki.net.pl/2022/06/30/po-calosci/

Editress

Na majówkowy piknik na trawie – książkowe propozycje

Ostatni pisarz / Marek Krajewski ; [projekt okładki Mariusz Banachowicz]. – Wydanie I.Kraków : Wydawnictwo Znak, 2024. – 327, [9] stron ; 21 cm.

Zaklinacz deszczu / Jiří Hájíček ; przełożyła Dorota Dobrew. Wrocław : Książkowe Klimaty, copyright 2018. – 312 stron ; 20 cm.(Czeskie Klimaty)

Mroczniejszy odcień magii / V. E. Schwab ; przełożyła Ewa Wojtczak. – Wydanie I.Poznań : Zysk i S-ka Wydawnictwo, copyright 2016. – 405, [2] strony ; 21 cm.

Masz się łasić : mobbing w Polsce / Katarzyna Bednarczykówna. – Wydanie I.Wołowiec : Wydawnictwo Czarne, 2024. – 242, [5] stron ; 23 cm. (Reportaż)

Do majówkowego kosza piknikowego warto wrzucić kilka książek. Przejrzałam „stosik wstydu”, który piętrzy się z każdym miesiącem coraz bardziej ku sufitowi i wybrałam następująco:  

Marek Krajewski i jego „Ostatni pisarz”. Wrocławski autor kryminałów retro w zupełnie nowej odsłonie. „Futurystyczna powieść kryminalna” – jak rekomenduje wydawca wydaje się ciekawą propozycją na majówkę. Tytuł nurtuje, a skok do Wrocławia z 2079 roku – pociąga. Zobaczymy, czy „Ostatni pisarz” będzie dobrym wyborem 🙂 Robię sobie spore nadzieje 🙂

Fot. Dom Książki/Editress

Książka czeskiego autora, która sporo przeleżała, ale się doczeka 🙂 Jiří Hájíček jest mi znany z powieści „Rybia krew”, która zrobiła dobrze zapisała się w mojej pamięci, zatem mix polsko-czeski urozmaici początek maja.

Fot. Dom Książki/Editress

I propozycja myślę, że dobra dla młodzieży. Intrygująca magiczna, fantastyczna historia z równoległych Londynów, czyli Mroczniejszy odcień magii V. E. Schwab. Mówią niektórzy, że „nie ma takiego miasta jak Londyn, jest tylko Lądek Zdrój”, a tymczasem Londyn może być wielokrotny 🙂 i dużo może się w nim dziać.

Fot. Dom Książki/Editress

Na koniec propozycja reportażowa. Przewrotny wybór na majowe święto pracy. Trudno. Przyznaję, że do tego reportażu zabierałam się dość długo. Wiedziałam, że wywoła przykre obrazy, zdarzenia, słowa i ludzi. Obawiałam się, że w jakieś opowiedzianej przez autorkę historii, będę mogła przeglądać się jak w lustrze. I tak też było.

Fot. Dom Książki/Editress (screen z e-booka)

Mam wrażenie, że mobbing stał się jakąś częścią składową pracy w Polsce. Cechą wręcz dystynktywną. Znam zbyt wielu ludzi, którzy tego doświadczyli, a nawet nadal doświadczają, bo z różnych powodów nie mogą wyrwać się z tej machiny przemocy. Po lekturze „Masz się łasić. Mobbing w Polsce” Katarzyny Bednarczykówny, mając także na uwadze własne doświadczenia oraz znajomych, wniosek wysnuwam jeden. Ofiara mobbingu zawsze przegrywa. Zawsze. Nawet jeśli po latach uda się jej wygrać w sądzie, jest zazwyczaj ruiną psychiczną i fizyczną. Przez lata dochodzi do siebie i nie zawsze z sukcesem. Powiedzmy, że stara się panować nad sytuacją. Wieloletni mobbing w różnym wydaniu dokonuje nieodwracalnych szkód.

To nie tylko szef, dyrektor, kierownik. Ale także współpracownicy. Kiedy widzą, że mogą, również będą, mówiąc kolokwialnie – dojeżdżać. Często przemoc nie kończy się w momencie odejścia z pracy. Kto ma ochotę na lekturę zdecydowanie nie rozrywkową, polecam.

Editress

Wina i przymus

Ucieczka Anny / Mattia Corrente ; przełożył Tomasz Kwiecień. – Wydanie I. Kraków : Bo.wiem, 2024. – 237, [2] strony ; 21 cm. (Seria z Żurawiem)

Fot. Dom Książki/Editress

Ciężko się żyje z balastem trudnej przeszłości, który każdego dnia ściąga w dół. Krępuje, zatruwa myśli, odbiera wszelką swobodę bycia. Mało tego, kładzie się cieniem na życiu bliskich. Sączy niepokój, poczucie niezrozumienia, w konsekwencji uniemożliwia normalne funkcjonowanie.

Wina niewypowiedziana, nierozgrzeszona i nieodpokutowana zawsze boleśnie będzie się odzywała w sumieniu i paraliżowała relacje. Czasem jedynym rozwiązaniem jest… ucieczka. Rozwiązaniem ze wszech miar słabym.

Tytułowa „Ucieczka Anny” Matti Correntego  dokonuje się w wielu wymiarach, dosłownym, ale i symbolicznym, duchowym. Jest jak pokuta za nie swój grzech. Bo to nie Anna rozpoczyna sztafetę ucieczek. Bo to nie ona nosi w sobie winę, która obciąża ją i bliskich.

Bohaterka doznaje duchowej krzywdy. Kluczem do jej zrozumienia jest relacja Anny z ojcem, którego tak bardzo kochała. Relacja, która uniemożliwiła jej stworzenie szczęśliwej rodziny. Anna jest połamana rodzinną tajemnicą, ucieczką ojca, która jest jak piętno i staje się również początkiem ucieczki bohaterki od życia. Wyrządzona raz krzywda zatacza kręgi, pochłania szczęście kolejnych ludzi. A próba wymyślonej przez ojca, nikomu niepotrzebnej pokuty, przynosi więcej szkody niż pożytku.

Anna także ucieka. Szuka jej mąż. Ucieka po wielu latach małżeństwa. Trudno jednoznacznie powiedzieć, czy nieudanego, choć czytelnik dostaje wiele takich sugestii. Bo przecież Anna nie chciała wychodzić za mąż. Czy jednak wszystko było nieudane w tym związku? Jakie małżeństwo jest stuprocentową sielanką? Komu udało się uniknąć cierpienia, będąc z kimś w głębokiej relacji? Idzie tu jednak o coś innego. O przymus. Zewnętrzny i wewnętrzny. „Ucieczka Anny” jest również opowieścią o przymusie i działaniu wbrew sobie, co zawsze przynosi opłakane skutki. Kolejne zranione uczucia, pustka po porzuceniu i mnóstwo pytań bez odpowiedzi.

Wiele miejsca autor poświęca również macierzyństwu. Czym ono tak naprawdę jest? Corentte zestawia różne typy kobiet, aby odpowiedzieć na to pytanie możliwie jak najpełniej.

Byłoby lepiej, gdyby Anna nie stanęła przed ołtarzem, jak planowała? Czy to zmieniłoby coś w jej życiu? Czy pomogłoby zrozumieć własnego ojca, dojść do prawdy, uratować życie rodziny? Sądzę, że nie. W moim odczuciu związek z Severinem był dla niej szansą na zakopanie przeszłości, odcięciem się od egoistycznego bólu własnego ojca, który wypaczył jej spojrzenie na świat.

Kolejny dobry, dający do myślenia tytuł wydawnictwa Bo.wiem z serii „Z żurawiem”. Intrygująca okładka autorstwa Małgorzaty Flis jest prawdziwą zachętą. Moja dość enigmatyczna (jak mi się zdaje) recenzja, mam nadzieję, że również zachęci czytelników do lektury „Ucieczki Anny”. Udany debiut, który stawia wiele pytań i wymaga własnych odpowiedzi. Mattia Corrente pisze o życiowych wyborach, które zawsze mają swoje konsekwencje, które nigdy nie „funkcjonują” w oderwaniu od innych. Tekst pociąga od pierwszych zdań, zasiewa emocje i skłania do natychmiastowego przyłączenia się i towarzyszenia bohaterowi-narratorowi w poszukiwaniu żony.

Editress