Breviarium kanonu kultury : dobro w sztuce życia Europy łacińskiej : honeste vivere / wybrał & opracował Paweł Milcarek. Dębogóra : Wydawnictwo Dębogóra, 2024. – 1397, [2] strony ; 24 cm.
Breviarium kanonu kultury : prawda w tradycji intelektualnej Europy łacińskiej : sapientia / wybrał & opracował Paweł Milcarek. Dębogóra : Wydawnictwo Dębogóra, 2024. – 1379, [1] strona ; 24 cm.
Fot. Dom Książki/Editress
W zeszłym roku, mniej więcej o tej samej porze, moją świąteczną polecajką było Breviarium Kanonu Kultury, tom pierwszy – Decorum. Literatura klasyczna Europy łacińskiej na każdy dzień. Muszę przyznać, że bardzo umiliła mi głównie wieczory w tym mijającym (już prawie) roku. Nie chcą tracić przyjemności codziennego czytania rzeczy wartościowych, z radością będę sięgała do kolejnych tomów, czyli Breviarium Kanonu Kultury. Honeste vivere (tom drugi) i Breviarium Kanonu Kultury. Sapientia (tom trzeci). Tym razem będzie to podróż po moralności i tradycji intelektualnej Europy. Już się cieszę na tę lekturę, tym bardziej, że szczególnie dziś powrót do korzeni europejskich w tych zakresach, wydaje się nader potrzebny.
„Honeste vivere” – „Żyć godnie, szlachetnie, uczciwie” – czyż nie brzmi to, jak prawdziwe zaproszenie do wspaniałego życia, które czynią nam wielcy filozofowie, teolodzy i moraliści? Każdego dnia sącząc nam dobre wskazówki, rady, napomnienia? Fundamenty molarności, sprawiedliwości i szczęścia stoją przed nami w prozatorskiej refleksji największych umysłów Europy, o których nie wolno nam zapomnieć. Platon, Arystoteles, święty Augustyn w czasie duchowego zamętu mogą okazać się bezcenni. Autorzy tego tomu zadbali o komfort czytelnika i zaopatrzyli każdy fragment wstępem i wskazówkami interpretacyjnymi. Można śmiało wkroczyć w myśl starożytnych i średniowiecznych myślicieli Europy i dokonać głębszych refleksji nad tym, co w nas i wokół nas. Dla pełnej harmonii życia.
W trzecim tomie znajdziemy to, co nazywamy tradycją intelektualną Europy, by sięgnąć po prawdę o Bogu, człowieku i świecie. Prawdy, która jest nam niezbędna, by mieć dobry kompas w sobie. Tu również znajdziemy teksty największych umysłów, czyli Platona, Arystotelesa, Cycerona, Galena, Augustyna, Boecjusza, czy Tomasza z Akwinu.
Myślę, że lekturę zacznę jeszcze w tym roku, czas świąteczny doskonale wpływa na nowe otwarcia. A przyznaję, że doczekać się nie mogę, łakomie patrząc na te piękne także edytorsko tomy. Jak dobrze każdego dnia obcować z pięknem w czasach kultu brzydoty.
Z życzeniami radosnego świętowania Narodzenia Pańskiego i wszelkiego dobra w nowym roku, niezmienne polecam dobre książki, czasem także piękne.
Dobrý den : chmiel, tożsamość i luz : polskie mity o Czechach / Jakub Medek. Kraków : Mando, 2025. – 352 strony ; 21 cm.
Fot. Dom Książki/Editress
Książka, która przynosi sporo zaskoczeń i wybija z wielu stereotypów polsko-czeskich. Narosło ich całkiem sporo przez lata i autor (także polsko-czeski :)), świetnie się z nimi rozprawia, a w zasadzie rozkłada na czynniki pierwsze. Jakub Medek, autor podcastu Czechostacja, dzięki swojej „dwunarodowości”, jest szczególnym obserwatorem, czy też interpretatorem tego wszystkiego, co pod warstwą stereotypów się kryje.
Podział książki na charakterystyczne bloki tematyczne, które poniekąd definiują wzajemne, polsko-czeskie spojrzenie na nasze narody, uważam za bardzo udany. Ateiści, Mali Niemcy, Śmieszny język, Kolaboranci, Piwo… przykłady tytułów rozdziałów, które mówią wszystko. Ale ich zawartość może bardzo zaskoczyć. Myślę, że niewielu czytelników będzie się spodziewało „hiszpańskiej wioski”, ale „czeskiego filmu” na pewno :). I też o nim będzie solidna opowieść (Czeski film, czyli sranda). Kładę nacisk na formę opowieści, ponieważ autor daleki jest od naukowego stylu, pisze ze swadą, bez zadęcia rozprawy socjologicznej, choć tekst jest bardzo bogaty w rozważania historyczne i kulturowe. Czytelnik, który kompletnie nie zna historii Czech, sporo zyska, bez poczucia, że siedzi na nudnym wykładzie. Książkę po prostu się pochłania.
Co jest źródłem czeskiej tożsamości? Jakie znaczenie ma tu język, historia, religia? Co spowodowało, że Czesi są indywidualistami, który chcą żyć, wierzyć, myśleć po swojemu? Sporo odpowiedzi padnie, ale też często pojawi się pewnego rodzaju niejednoznaczność, czy też „to nie takie proste”. W zasadzie to zupełnie naturalne, że naród buduje, „stwarza” wiele czynników i ich wypadkowa daje czasem skomplikowany obraz. To też bywa, że pojawiają się komplikacje.
Język czeski jest śmieszny? Cóż, Czechów śmieszy polski. Przyznaję Autorowi rację, że nauka czeskiego powoduje, że język ten zupełnie wytraca śmieszność, często wprost proporcjonalne do poziomu jego znajomości. Nawet samo podjęcie nauki robi już poważne cięcie w tej „śmieszności”. Mnie już w zasadzie zupełnie nie śmieszy, choć dopiero wspinam się na kolejne poziomy J. Rozdział o języku z pewnością będzie wielkim zaskoczeniem dla czytelnika, jeśli nigdy wcześniej nie wchodził w tę tematykę. Czeskie odrodzenie i rekonstrukcja języka, to prawdziwy ewenement godny podziwu. Język stał się elementem zachowania, przechowywania tożsamości narodowej, kulturowej. Osobiście jestem pod wrażeniem, jak dobrze Czesi mają opracowany korpus językowy, który jest dostępny w sieci. Bezcenne przy nauce. Możemy zazdrościć.
Kolaboranci poddający się przed pierwszym wystrzałem? Niekoniecznie. I nie chodzi tu tylko o słynną akcję Anthropoid. Autor sporo miejsca stereotypowi kolaboracji, bierności i tchórzostwa poświęca. Czy to tylko pragmatyzm, czy coś jeszcze? Przyznaję, że dowcip, którym Medek kwituje rozdział Kolaboranci doskonale pokazuje ten dystans, którzy Czesi zachowują odnośnie do swojej historii. A czym jest ten dystans? Tym mitycznym luzem, który widzą Polacy? I tu wkraczamy w rozdział Pohoda, który dla mnie był najbardziej interesujący. Czym jest „pohoda”. Trudno to zinterpretować, wysłużę się Autorem:
Czasem, tłumacząc w Polsce pohodę, używam określenia „wywalone”. Chociaż ono też nie jest dobre – pohoda jest stanem pozytywnym, tu nie ma rezygnacji, poddania się, przegranej walki, odpuszczenia, które może się z tym „wywaleniem” kojarzyć. (…) Ale pohoda to przede wszystkim styl życia. Czeski dystans do wzniosłości, patosu i wielkich słów na wiele wspólnego z tą postawą. Pohoda nie znosi tragizmu.
Mogłoby się wydawać, że pohoda to absolutnie rewelacyjna postawa życiowa. Jednak Autor pokazuje dalej, że ma ona też złe oblicze, w którym chce się mieć święty spokój, w którym dominuje obojętność.
Rozdział, który najbardziej mnie zaskoczył, to Oligarchowie. Czesi mają swoich oligarchów, którzy doskonale radzą sobie na światowej arenie wielkiego biznesu. Spore wpływy mają także w Polsce. Dobrym przykładem jest InPost. Przyznaję, że nie miałam pojęcia, że w Czeskiej Republice istnieje oligarchiczność, ale chyba nie powinnam mieć z tego tytułu specjalnych wyrzutów, bo jak pokazuje Medek, sami Czesi nie są specjalnie tego świadomi. Czescy oligarchowie nie wiodą celebryckiego życia i drażnią opinii publicznej :).
„Piwo, to moje paliwo”, mawiał mój znajomy czechofil. O piwie oczywiście być musi. Hopsoda, piwo i rytuały z nimi związane to chyba najbardziej nieprzesadzony stereotyp. Potęga hospody jest niezaprzeczalna, a piwo to dobro narodowe. Jakub Medek barwie barwnie charakteryzuje tę piwną religię.
A na koniec? Czeski film? Oczywiście! Wielu Polaków oglądało czeskie seriale, czeskie komedie i żywią do nich prawdziwy sentyment. Rozdział Czeski film, czyli sranda jest czymś na kształt filmoznawczego wykładu. Film z pewnością utrwala różnego rodzaju stereotypy, dlatego zmartwiłam się, gdy w końcowym rozdziale, pokazującym obecne relacje polsko-czeskie, Autor zwrócił uwagę, że wśród Czechów cieszył się popularnością polski serial 1670 … 😉
Tymczasem podobno w Czechach przybywa polonofilów, polska kiełbasa zyskuje na uznaniu, a w Polsce można w sezonie wakacyjnym spotkać wielu czeskich turystów (podczas wakacji na Helu czułam się prawie jak w Czechach :)). Być może dzięki temu pogrzebiemy złe stereotypy i stworzymy dobre, zacieśniające relacje z bratem Czechem :). Polecam zatem na początek książkę Dobrý den : chmiel, tożsamość i luz : polskie mity o Czechach.
Złodziejka / Katarzyna Wasilkowska. Łódź : Literatura, 2025. Wydanie I.
Wnikliwa powieść, która z wielką dbałością o detale „obserwuje” młodzież i daje im mądre propozycje. Jak zawsze u Katarzyny Wasilkowskiej. Z wielką radością powitałam „Złodziejkę”, nawet z uczuciem ulgi, ponieważ taka proza jest absolutnym lekarstwem na nurt young adult, który – moim zdaniem – jest „rakiem” na literaturze dla młodzieży. Tak, piszę to z pełnym przekonaniem. Young adult to „literatura zła”. Przepychanie tezy, aby młodzi ludzie czytali cokolwiek, byle czytali, to absolutnie ślepa uliczka. Tym bardziej rekomenduję najnowszą, absolutnie rewelacyjną powieść Katarzyny Wasilkowskiej.
fot. Dom Książki/Editress
Autorka stworzyła prawdziwy obraz ósmoklasistów i ich rodzin. (Na marginesie, ósmoklasiści uzyskują ostatnio obok maturzystów szczególny status. Bo pierwszy ważny egzamin, który decyduje o pierwszym ważnym życiowym wyborze, zasługuje na uwagę. Także literacką. O ile maturzyści są literacko rozpracowani, o tyle w moim odczuciu o ósmoklasistów jeszcze nikt tak dobrze nie zadbał, jak robi to w powieści „Złodziejka” Katarzyna Wasilkowska.) Autorka wyłuskała ważne rówieśnicze problemy, stworzyła autentyczną atmosferę polskiej szkoły podstawowej. Szkoła jako „miejsce walki” i ustalania hierarchii. Mamy klasowe „gwiazdy”, które wiodą prym, „friki”, klasowy plankton, swobodne elektrony – którym jest główna bohaterka Marika. Myślę, że wielu czytelników bez problemu znajdzie tu własny „układ klasowy”.
Oto szkoła ze wszystkimi jej problemami, między innymi z przemocą w sieci (popularnymi ostatnio manipulacjami ze zdjęciami, które mają stać się źródłem kompromitacji). Na problemy ósmoklasistów składa się także zbiór dylematów z wyborem szkoły oraz obawy przed egzaminami, które już od września wiszą nad nimi jak miecz Damoklesa. Autorka poprzez bohaterów daje czytelnikowi dyskretnie kilka dobrych rad, jak wybierać szkołę. Licea, technika, praktyczne zawody i ich możliwości. Poprzez swoich bohaterów pomaga czytelnikom, nie narzuca, pokazuje, co jest ważne przy podejmowaniu decyzji i nie wartościuje wyboru.
Opowieść jest rozpisana na głosy. Głos Mariki i Tymona. Zapewnia to czytelnikowi pełen ogląd sytuacji, z różnych punktów widzenia. Bohaterowie są doskonale skonstruowani, jak również dwa, zupełnie inne modele rodzin, w których funkcjonują.
Marika nie jest postacią jednoznaczną i to jest ogromny atut tej powieści. Są bowiem „miejsca”, w których możemy z nią sympatyzować, ale są też sytuacje, które zmuszają nas do pokiwania bohaterce palcem. Nie jest to zatem prosta kreacja literacka, wyidealizowana, narzucająca jeden prawdziwy ogląd. Marika jest zdolną fałszerką usprawiedliwień i podpisów rodziców, a także złodziejką prywatności. Czytelnik otrzymuje życiową postać, złożoną z dobra i zła, jak każdy z nas. Ma przy Marice mnóstwo powodów do namysłu nad jej zachowaniem. Może próbować wejść w jej sytuację i zastanowić się nad tym, co sam zrobiły w takich okolicznościach. Bo przecież jest tyle powodów, żeby jej współczuć. Może zatem również napisać jej usprawiedliwienie?
W życie Mariki wkracza Tymon i wnosi zupełnie nową jakość. Nietuzinkowa postać, którą dodatkowo podbija ciekawa rodzina. Chłopak rozpoczyna nowe życie po serii rówieśniczych kompromitacji. Ważny wątek, który pokazuje jak łatwo dziś stracić twarz wśród kolegów i jakim zagrożeniem może stać się Internet. Nawet zabawne wpadki mogą być dla młodego człowieka tragedią. Widzimy problemy młodzieży, których nie mieli ich rodzice i stąd mogą wynikać pokoleniowe nieporozumienia.
Na przykładzie tych postaci Autorka zestawia dwa typy rodzin – zimnej uczuciowo i pełnej miłości. Rodzinność i tęsknotę za nią. Dom pełen życia i dom pełen obcości, czasem nawet emocjonalnego okrucieństwa.
Katarzyna Wasilkowska napisała powieść na wskroś współczesną, w której udało się jej oddać dominujące trendy. Wśród młodzieży, jak i dorosłych. Świetnym przykładem jest mama Mariki i jej zawodowe życie. „Wciskanie modowego kitu”, instalajwy, sztuczna ekscytacja i jedna wielka inscenizacja, która pochłania realne życie. A wszystko dla pieniędzy i jakieś marnej lokalnej sławy.
Ale jest też ambitnie. Bohaterowie mają swoje pasje – swoją drogą to ciekawy wątek, jak zainteresowania rozwijają i zbliżają ludzi do siebie. Muzyka i film też mają tu wiele do powiedzenia. Stają się drogą ucieczki, ale także miejscem na porozumienie, spotkanie i znalezienie bratniej duszy.
Jestem przekonana, że młody czytelnik odnajdzie się także w języku powieści. Żywy i autentyczny, nieprzesadzony, idealnie otoczony aurą literackości. Wszelkie proporcje zostały zachowane. Można dobrze i pociągająco, bez wulgarności pisać dla młodzieży, bez epatowania językiem brukowym, który niebezpiecznie rozgościł się niemal w każdej sferze naszego życia. Może w literaturze powinniśmy już dzieciakom odpuścić?
W „Złodziejce” spotkają nas miłe napięcia, zaskoczenia, żywe emocje. Jest również zabawnie – anegdotyczne obrazki z wydarzeń klasowych niezwykle dodają kolorytu opowieści. Bohaterowie są elokwentni, dowcipni – humor słowny i sytuacyjny najwyższej próby.
Ukraść można dosłownie wszystko. Najgorsze kradzieże okazują się niematerialne. Bolesne, dokuczliwe, bezzwrotne i często nienaprawialne. Zapraszam czytelników, aby sami się przekonali.
Trzydziestego września obchodzimy Międzynarodowy Dzień Tłumacza. Lubię wznieść toast za tłumaczy, bo wyjątkowo cenię sobie ich pracę. Chętnie czytam książki o tłumaczach, przekładach, czy o samej teorii przekładu. Wśród wielu tego rodzaju lektur trafiłam na dość ciekawą opinię, którą mogłabym sprowadzić do wniosku, że nie ma prostych tekstów do przekładu. Gdy się tłumaczowi wydaje, że tekst jest prosty, znaczy to, że zwyczajnie nie zorientował się, gdzie ukryty jest podstęp, haczyk. A tych doprawdy może być wiele.
fot. Dom Książki/Editress
Buduję sobie od lat biblioteczkę fana przekładu i z wielkim zainteresowaniem przyglądam się „sposobom” na udaną translację. To chyba specyficzna pasja :). Z okazji święta tłumaczy, chciałabym wrzucić dziś kilka swoich przemyśleń, którymi podzieliłam się też z zaprzyjaźnionymi tłumaczami w kilku rozmowach. Oto one 🙂
Siła kultowych przekładów
Przekład potrafi głęboko funkcjonować w kulturze. Utrwalić się w świadomości czytelników. Przykładem może być „wyklęte” tłumaczenie „Przygód dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej” Pawła Hullki-Laskowskiego, które w obronę bierze Aleksander Kaczorowski we wstępie do książki „Nim Szwejk poszedł na wojnę”. Podobnie „Proces” Franza Kafki i słynne pierwsze zdanie „Ktoś musiał zrobić doniesienie na Józefa K., bo mimo że nic złego nie popełnił, został pewnego ranka po prostu aresztowany.”, w tłumaczeniu Brunona Schulza lub jak się mówi coraz częściej jego narzeczonej Józefiny Szelińskiej. Tymczasem w 2008 roku Jakub Ekier przychodzi z nowym tłumaczeniem tego klasycznego już dzieła, które się zaczyna inaczej: „Ktoś musiał fałszywie oskarżyć Józefa K., bo przecież on nic złego nie zrobił, a został pewnego ranka pozbawiony wolności”. „Fałszywie oskarżyć”, a nie „zrobić doniesienie”. W „doniesieniu” może być przecież jakaś prawda, w „fałszywym oskarżeniu” nie ma już żadnych wątpliwości, że bohater jest niewinny. To robi jednak sporą różnicę w odbiorze tego utworu. Widać zatem jak na dłoni, jak ważny jest dobry przekład dla zrozumienia pełnego sensu tekstu. Często jednak siła kultowego przekładu utrzymuje go w dominującej mocy.
fot. Dom Książki/Editress
Tłumacz i odpowiedzialność…
W recenzowanej na blogu książce Krzysztofa Umińskiego „Trzy tłumaczki” autor przywołuje spór, jaki rozgorzał pomiędzy Jerzym Jarniewiczem a Rafałem Lisowskim w kwestii odpowiedzialności tłumacza za to jak tłumaczy i co tłumaczy. Jerzy Jarniewicz w tekście „Syzyf zwycięzca” w Dwudtygodniku.com, stwierdza, że tłumacz taką odpowiedzialność ma. Rafał Lisowski stwierdził natomiast, że niewielu tłumaczy ma realny wpływ na to, co się przekłada, a “żyć z czegoś trzeba”. Sam Umiński podsumowuje to tak: „Przyznaję, bliższy jest mi maksymalizm Jarniewicza. Uważam, że tłumaczyć warto wtedy, kiedy się książkę uważa za cenną, inaczej człowiek świadomie uczestniczy w zaśmiecaniu świata. A przecież sam więcej niż raz sprzeniewierzyłem się tej zasadzie (m.in. próbując zarobić na pisanie tej książki) i wiem, że czasem trudno uniknąć tłumaczenia książek głupich i złych. Zwłaszcza gdy ktoś żyje wyłącznie z przekładu. Lub jest debiutantem. Lub samotnie wychowuje dziecko”.
Fot. Dom Książki/Editress
Motywacje
Czemu ludzie uprawiają ten trudny i średnio opłacany zawód? W świetnym komiksie o tłumaczach i tłumaczeniu „W głowie tłumaczy” (scenariusz Tomasz Pindel) również omawianym na blogu znalazłam taki zestaw motywacji: altruistyczne, literackie, pragmatyczne, intelektualne. Życzę wszystkim tłumaczom, aby wszystkie motywacje zostały spełnione i nagrodzone finansowo 🙂
Trzech panów w łódce nie licząc psa / Jerome K. Jerome ; tł. [z ang.] Kazimierz Piotrowski. Warszawa : Książka i Wiedza, 1988. Wyd. 4.
fot. Dom Książki/Editress (moja ulubiona seria na wakacje)
Ta mała, wysłużona książeczka (co widać na zdjęciu) doskonale ukoiła żal kończącego lata i finału wakacji. Niestety. Książka z 1889 roku, którą nadal czyta się z trwałym uśmiechem na ustach, czasem z głośnym śmiechem. Tego nie dostarczą Państwu polskie kabarety. Napisałabym również – niestety – ale wtedy wyjdzie rym. Kabarety – niestety. I będzie równie śmiesznie jak w polskim kabarecie. Chyba udzieliła mi się atmosfera „Trzech panów w łódce nie licząc psa” i zasadniczo o to chodziło. Pozostaje tylko obśmiać wszystko wokół siebie i nabrać dystansu. Lektura dziś prezentowana jest w tej kwestii nader pomocna.
Brytyjska klasyka, początkowo niedoceniona przez krytyków, entuzjastycznie przyjęta przez lud – nic nowego pod słońcem – doskonale pokazuje humor, charakter i nieśmiertelną klasowość wyspiarzy. Chyba każdy z grubsza wie, co się dzieje w owej powieści. Dla porządku, trzej mężczyźni (hipochondrycy) w celu poprawienia swojego słabego (ich zdaniem zdrowia) wybierają się wraz z psem na wyprawę łodzią po Tamizie. Sama wycieczka oraz przygotowania do niej jest okazją do snucia zabawnych opowieści, anegdot, wpadania w wir przedziwnych zdarzeń. Mnóstwo humoru sytuacyjnego, kpiny z ludzkich przywar i spore dawki ironii.
Wspaniałym bohaterem tej powieści jest, niby nieliczący się pies, foksterier Montmorency, potworny zbój i zarazem uroczy łobuziak, który jeszcze bardziej podbija komiczność utworu.
„Trzech panów w łódce nie licząc psa” pomagało mi również wchodzić na wyższe poziomy języka angielskiego, gdyż powieść stała się kanwą podręcznika do samodzielnej nauki. Mam więc do tej powieści szczególny sentyment.
fot. Dom Książki/Editress
Polecam smutasom, hipochondrykom, znudzonym i nostalgikom już tęskniącym za kolejnym latem. Książka jest w wielu formach dostępna. Słuchowiska, audiobooki, ebooki. Są też nowsze tłumaczenia niż to, którym ja dysponuję – z mojej ulubionej serii wydawniczej na lato. A może spróbować po angielsku? Obojętnie jak i gdzie, życzę dobrej zabawy!
Miłe są powroty, szczególnie te letnią porą. Choć trudno w tym roku odnaleźć atrybuty lata, nawet będąc w drodze. Nostalgicznie mi się zrobiło na tym półmetku wakacji, a kolejne odwiedziny w Wiśle, po dość długiej nieobecności, podbiły tę nostalgię jeszcze bardziej. Mural z Jerzym Pilchem, z cytatem z jego „Innych rozkoszy” przyprowadziły mnie bowiem do półki z książkami nieżyjącego pisarza. Uruchomiły się różne wspomnienia i wrażenia lekturowe. Pilch przez lata dostarczał ich wiele. Ostatnie tytuły przyniosły już pewne rozczarowania, ale generalnie twórczość autora z Wisły to dobra uczta literacka. Stąd ta nostalgia, ponieważ dotyka mnie ostatnio pasmo lekturowych zawodów, porażek i rozczarowań, czasem nader spektakularnych. Szumne tytuły często okazują się wydmuszką. Piętrowe eksperymenty z językiem, narracją, czy też wypychanie fabuł tematami z trendów, nie pomaga. Czytelniczy fin de siècle w trzeciej dekadzie XXI wieku? Biorę do ręki książki Jerzego Pilcha i już wiem, że po kolejnej stracie czasu z supernowością wydawniczą, powróci autor z Wisły na pociechę.
Fot. Dom Książki/Editress (było pochmurno)
Jak sam mówił:
Wydaje mi się, że nadmiar prowokacji świadczy o niedoborze talentu.
Tadeusz Nyczek, „Po co jest sztuka? Rozmowy z pisarzami”. Kraków 2012. Z rozmowy z Jerzym Pilchem.
Mówił tu o sztuce, literatura też nią jest. Prowokacji dziś sporo, talentu mało. Pochód nagich królów spory. Wielu im klaszcze, choć nie ma do czego….
Widać moje zniechęcenie, które jednak w czytaniu mnie nie zatrzymuje. Mam nadzieję, że już niebawem wezmę na warsztat książkę, która mnie oczaruje (muszę wyznać, że jako redaktor dwie takie książki przeczytałam, ale jeszcze trzeba na nie poczekać). Mając w pamięci też inne słowa autora „Pod mocnym aniołem”, trwam przy czytaniu dzielnie, żeby nie stracić czegoś ważnego 😉
Można kochać się w kobiecie, która nie lubi książek? Można, ale po co? Kto przy zdrowych zmysłach zakochuje się w kobiecie, która nie lubi książek?
Jerzy Pilch, Zuza albo czas oddalenia
„Szli środkiem listopadowej nocy”… tymczasem dopiero sierpień nadchodzi, a już „jakby” jesień. Może jeszcze to „jakby” lato coś dobrego przyniesie 🙂 I przejdziemy się środkiem świata 🙂 środkiem prawdziwej, dobrej literatury.
Kornélie / Beata Balogová ; z języka słowackiego przełożyła Izabela Zając. Wrocław : Książkowe Klimaty, 2024. – 302, [1] strona ; 20 cm.
fot. Dom Książki/Editress
Wśród 137 książek zakwalifikowanych do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus w 2025 roku znalazła się słowacka powieść „Kornélie” Beaty Balogovej. Na długiej liście finalistów niestety już się nie pojawia, ale może właśnie dlatego jest to dobry pretekst, żeby pochylić się nad tą prozą i uchronić przed czytelniczym pominięciem. Moim zdaniem, dobra lektura na początek lata. Jest to jednak powieść, którą już gdzieś, kiedyś „słyszałam”. Być może nie będzie porywająco, ale błogo i nostalgicznie, w znanym stylu snucia opowieści. A cóż to za opowieść?
Opowieść, w której prawda miesza się ze zmyśleniami, pomieszanymi wspomnieniami, snami, marzeniami nigdy niespełnionymi. Nostalgiczna historia rodzinna opowiadana przez kobietę i głównie o kobietach. Te najsilniejsze obdarowywane są imieniem Kornélia i niosą szczególny ciężar odpowiedzialności za rodzinę. Częstują kolejne pokolenia rodzinnymi opowieściami, które mogą rozrastać się w dowolnym kierunku, jak jabłonie czy śliwy. Ubarwione, przeinaczone rosły jak chciały. Przeszłość staje się spadkiem, depozytem pamięci. Cóż mieści się w tym testamencie? Sprawy przyziemne i te wzniosłe, które mają pomóc żyć.
Jak zbierać zioła, smażyć powidła, kiedy jest „czas truskawek, pomidorów i porzeczek”. To trzeba wiedzieć. Są jeszcze inne ważne kwestie do opanowania:
Musisz nauczyć się cieszyć bez strachu, że to kiedyś minie – mówi babcia Kornélia Pierwsza, zwana Mamaką, swojej wnuczce Almie, która jest narratorką odsłaniającą przed czytelnikiem tajemnice swojej rodziny. Na radość trudniej się przygotować niż na przeciwności losu, które zdecydowanie dominują w każdym życiorysie. Sporo w tym prawdy. Gdy przychodzi szczęście, od razu pojawia się cień obawy, że to, co dobre, jest tak krótkie i ulotne. Nim się w tym rozsmakujemy, już zblednie i zginie.
„Kornélie” to powieść pachnąca ziołami, śliwkami, niespełnionymi marzeniami, które zniszczyła wielka historia. Ale nie oszukujmy się. I bez wielkiej historii, wojen, rewolucji, wiele marzeń i tak się nie spełnia. Mamaka chciała studiować, zobaczyć świat. Uda się to dopiero w kolejnym pokoleniu. Tymczasem życie upływa jej we wiosce na węgiersko-słowackim pograniczu. Jabłonowa Panica raz jest częścią Węgier, raz Czechosłowacji, potem Słowacji. Pogranicze bardzo wpływa na sposób widzenia świata, kulturę i język. A w wojennej zawierusze zyskuje swój szczególny rys. Dobrym przykładem jest wspominany już język:
Słowa były pokaleczone, a uzdrowić mogli je tylko używający ich ludzie. Węgierski krwawił tak samo jak słowacki, rosyjski czy niemiecki. Należało wymyślić nowe słowa, aby zastąpić stare, bo tych większość nie umiała wymówić.(…) Podczas wojny nasze słowa w dziwny sposób łączyły się w pary z obcymi naleciałościami. Powstały przeróżne egzotyczne zlepki, opisujące odległe doświadczenia, równie obce jak same słowa.
Echo wojny i piętno, które zostawia, wyraźnie odbija się w losach bohaterów. Utrata dzieci, mężczyzn kreuje czas silnych kobiet, które musiały odbudować świat, urodzić go na nowo. To również czas rezygnacji z siebie, własnych aspiracji, żeby przywrócić codzienność do normy.
Ten szczególny czas i miejsce kształtuje różne charaktery kobiet, które prezentuje nam Alma. Oto widzimy kobiety, które pragną poznać świat i takie, które kochają swoją wioskę, ogrody, prosty rytm życia, w którym wszystko bezpiecznie się powtarza. Są kobiety, które patrzą w gwiazdy i chcą poznać tam swój los i takie, które wszystko składają Bogu. Porządek pogański i chrześcijanki wyraźnie się mieszają. Są też kobiety, które kochają życie i takie, które kochają śmierć. Jak Borbála, która ma swój „teatr choroby i umierania“. Śmierć to również ważny problem w tej powieści, który na różne sposoby jest oswajany.
Pomiędzy zasadniczymi potoczkami z losem Beata Balogová snuje przyjemne rozważania o listach, których dziś już nikt nie wysyła:
W tamtych czasach pisanie listów było aktem uroczystym. Czasem pisano je całymi godzinami lub nawet tygodniami. Ludzie długo się do tego przygotowywali. Dodawali zdanie lub dwa za każdym razem, kiedy coś nowego się wydarzyło. Bywało, że zanim list został ukończony, powód jego napisania znikał.
Analizuje opowieści, których nikt dziś nie snuje, pokazuje przemiany języka, nad którym już nikt się nie zastanawia, „zakłada” zeszyty z rysunkami ziół, przepisami, których dziś nikt już nie prowadzi.
Kobiety o imieniu Kornélia, ich córki, mężowie, nieliczni synowie żyją w ogrodzie, żyją blisko natury, roślin, zwierząt – w cyklu narodzin i przemijania. Czasem przemijają zbyt szybko. Szczególnie dotyka to mężczyzn, nie tylko z powodu wojny. Kobiety w tej rodzinie są spragnione męskiego pierwiastka w swoim życiu, ale nie jest im to dane . A przynajmniej nie na długo. Wielka nieobecność mężczyzn lub tylko chwilowa, krótka obecność, przebija w każdej historii kobiet z Jabłonowej Panicy.
„Kornélie” to powieść bardzo sensualna. Zapach i smak owoców, ziół, naparów unosi się niemal nad każdą stroną. Codzienna powolność na prowincji węgiersko-słowackiej pozwala delektować się tym prostym życiem. Często gorzkim i pełnym rozczarowań, zakrapianym palinką. Jednak lokalny koloryt, ludowość, barwne osobowości zwane „wioskowymi wariatami” dodają dynamiki i tworzą ciekawy literacki obraz przeciętnego bytowania, w rytmie siania, zbierania i opowiadania historii.
Tym razem nietypowo. Recenzja książki jeszcze nieprzetłumaczonej na język polski, ale według zapowiedzi wydawnictwa Afera, już, już jest blisko. Zatem robię małą ucieczkę do przodu i zarekomenduję, aby rozbudzić ciekawość i stworzyć miłą atmosferę oczekiwania na ten tytuł.
Petra Soukupová kolejny raz rozprawia się z relacjami rodzinnymi, biorąc pod lupę przeciętną czeską rodzinę w modelu 2+2. Do pełni rodzinnego obrazka należy dołączyć dziadków, czyli rodziców głównej bohaterki, Veroniki.
Kim jest główna bohaterka? Bibliotekarką z Pragi, żoną, matką syna i córki. A także sama jest córką, która ma spore problemy z rodzicami. Powieść Nikdo není sam (polskie wydanie będzie miało tytuł „Zawsze jest ktoś”) dotyka między innymi relacji dorosłych dzieci z rodzicami. Temat mało literacko poruszany. Kojarzy mi się głównie z książkami Michale Houellebecqa, który ukazuje je w dość skrajnej formie. U Soukupovej nie jest aż tak mocno, ale sielanki również nie ma.
Rodzice mieszkają na wsi, Veronika odwiedza ich wraz z dziećmi i mężem, jadąc kilkanaście kilometrów z Pragi. Każda wizyta kończy się tak samo. Piekłem, awanturą z byle powodu. Dojrzała kobieta nie umie poukładać relacji głównie z matką, która o wszystko zgłasza pretensje. Wytwarza się między nimi psychiczny terror i niewwalający przymus, który kładzie się cieniem na jej codziennym życiu. We własnej rodzinie czy pracy bohaterka traci pewność. Zatem wieczorem musi być wino na odprężenie, powrót do palenia papierosów również wydaje się nieuchronny.
Autorce, dzięki mowie wewnętrznej bohaterów udaje się ukazać niesamowity konflikt uczuć, które rzadko wydobywają się na zewnątrz. Każdy bohater ma okazję pokazać, jak widzi sytuację z wysłanej perspektywy. Ocenić ją przez pryzmat swoich doświadczeń i uczuć.
Kiedy umiera matka Veroniki, nic się nie zmienia, a przynajmniej niewiele, bo odtąd córka słyszy jej głos w każdej konfliktowej, trudnej sytuacji. Nadal żyje pod wpływem matki, która ma swoje konkretne wymagania i dyktuje rozwiązania, a nawet nadal wylewa pretensje. Dołączają do tego nowe problemy z ojcem, który został sam. W konsekwencji życie rodzinne i zawodowe Veroniki zaczyna składać się jak domek z kart.
Szwankują relacje z córką i synem, którzy w szkole również mają swoje małe i duże katastrofy. Sztafeta rodzicielskich problemów nie ma końca.
Powieść wydaje się zaskakująco prawdziwa. Przebywając między bohaterami, czuje się tę szarość codzienności, do której regularnie „wbijają” kolejne, nowe problemy. Autorce udało się uzyskać ten efekt swojskości przy pomocy świetnych dialogów, pozbawionych sztucznych form. Soukupová nie sili się na literackie chwyty. Jest po prostu jak w niejednym domu.
Czy Veronika sobie poradzi i jak wyjdzie z szeregu kłopotów, które się przed nią piętrzą? Jak poukłada relacje z rodzicami i własnymi dziećmi? Jak ogranie się zawodowo? Tego oczywiście nie zdradzę. Zapewniam jednak, że lektura, przy swojej (w jakimś sensie) banalności, potrafi zaskoczyć, pochłonąć i wciągnąć w rozważania bohaterki na całkiem wysoki poziom. Prawdziwe życie jest właśnie tu. W zwykłej rodzinie, w kolejnym poniedziałku, w kolejnej kłodzie rzuconej pod nogi.
Parę lat temu recenzowałam książkę „Sprawy, na które przyszedł czas”Petry Soukupovej nazywanej często „specjalistką od krojenia rodziny”, dla dopełnienia obrazu autorki i jej twórczości również polecam, aby zajrzeć do tego tekstu http://domksiazki.net.pl/2022/06/30/po-calosci/
Mroczniejszy odcień magii / V. E. Schwab ; przełożyła Ewa Wojtczak. – Wydanie I.Poznań : Zysk i S-ka Wydawnictwo, copyright 2016. – 405, [2] strony ; 21 cm.
Masz się łasić : mobbing w Polsce / Katarzyna Bednarczykówna. – Wydanie I.Wołowiec : Wydawnictwo Czarne, 2024. – 242, [5] stron ; 23 cm. (Reportaż)
Do majówkowego kosza piknikowego warto wrzucić kilka książek. Przejrzałam „stosik wstydu”, który piętrzy się z każdym miesiącem coraz bardziej ku sufitowi i wybrałam następująco:
Marek Krajewski i jego „Ostatni pisarz”. Wrocławski autor kryminałów retro w zupełnie nowej odsłonie. „Futurystyczna powieść kryminalna” – jak rekomenduje wydawca wydaje się ciekawą propozycją na majówkę. Tytuł nurtuje, a skok do Wrocławia z 2079 roku – pociąga. Zobaczymy, czy „Ostatni pisarz” będzie dobrym wyborem 🙂 Robię sobie spore nadzieje 🙂
Fot. Dom Książki/Editress
Książka czeskiego autora, która sporo przeleżała, ale się doczeka 🙂 Jiří Hájíček jest mi znany z powieści „Rybia krew”, która zrobiła dobrze zapisała się w mojej pamięci, zatem mix polsko-czeski urozmaici początek maja.
Fot. Dom Książki/Editress
I propozycja myślę, że dobra dla młodzieży. Intrygująca magiczna, fantastyczna historia z równoległych Londynów, czyli Mroczniejszy odcień magii V. E. Schwab. Mówią niektórzy, że „nie ma takiego miasta jak Londyn, jest tylko Lądek Zdrój”, a tymczasem Londyn może być wielokrotny 🙂 i dużo może się w nim dziać.
Fot. Dom Książki/Editress
Na koniec propozycja reportażowa. Przewrotny wybór na majowe święto pracy. Trudno. Przyznaję, że do tego reportażu zabierałam się dość długo. Wiedziałam, że wywoła przykre obrazy, zdarzenia, słowa i ludzi. Obawiałam się, że w jakieś opowiedzianej przez autorkę historii, będę mogła przeglądać się jak w lustrze. I tak też było.
Fot. Dom Książki/Editress (screen z e-booka)
Mam wrażenie, że mobbing stał się jakąś częścią składową pracy w Polsce. Cechą wręcz dystynktywną. Znam zbyt wielu ludzi, którzy tego doświadczyli, a nawet nadal doświadczają, bo z różnych powodów nie mogą wyrwać się z tej machiny przemocy. Po lekturze „Masz się łasić. Mobbing w Polsce”Katarzyny Bednarczykówny, mając także na uwadze własne doświadczenia oraz znajomych, wniosek wysnuwam jeden. Ofiara mobbingu zawsze przegrywa. Zawsze. Nawet jeśli po latach uda się jej wygrać w sądzie, jest zazwyczaj ruiną psychiczną i fizyczną. Przez lata dochodzi do siebie i nie zawsze z sukcesem. Powiedzmy, że stara się panować nad sytuacją. Wieloletni mobbing w różnym wydaniu dokonuje nieodwracalnych szkód.
To nie tylko szef, dyrektor, kierownik. Ale także współpracownicy. Kiedy widzą, że mogą, również będą, mówiąc kolokwialnie – dojeżdżać. Często przemoc nie kończy się w momencie odejścia z pracy. Kto ma ochotę na lekturę zdecydowanie nie rozrywkową, polecam.
Radości płynącej z tej Prawdy, życzy – Dom Książki „Editress”.
Ta strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Więcej informacji use of cookies