Archiwum autora: antonina10

Gdy kradniesz coś, czego zwrócić nie możesz…

Złodziejka / Katarzyna Wasilkowska. Łódź : Literatura, 2025. Wydanie I.

Wnikliwa powieść, która z wielką dbałością o detale „obserwuje” młodzież i daje im mądre propozycje. Jak zawsze u Katarzyny Wasilkowskiej. Z wielką radością powitałam „Złodziejkę”, nawet z uczuciem ulgi, ponieważ taka proza jest absolutnym lekarstwem na nurt young adult, który – moim zdaniem – jest „rakiem” na literaturze dla młodzieży. Tak, piszę to z pełnym przekonaniem. Young adult to „literatura zła”. Przepychanie tezy, aby młodzi ludzie czytali cokolwiek, byle czytali, to absolutnie ślepa uliczka. Tym bardziej rekomenduję najnowszą, absolutnie rewelacyjną powieść Katarzyny Wasilkowskiej.

fot. Dom Książki/Editress

Autorka stworzyła prawdziwy obraz ósmoklasistów i ich rodzin. (Na marginesie, ósmoklasiści uzyskują ostatnio obok maturzystów szczególny status. Bo pierwszy ważny egzamin, który decyduje o pierwszym ważnym życiowym wyborze, zasługuje na uwagę. Także literacką. O ile maturzyści są literacko rozpracowani, o tyle w moim odczuciu o ósmoklasistów jeszcze nikt tak dobrze nie zadbał, jak robi to w powieści „Złodziejka” Katarzyna Wasilkowska.) Autorka wyłuskała ważne rówieśnicze problemy, stworzyła autentyczną atmosferę polskiej szkoły podstawowej. Szkoła jako „miejsce walki” i ustalania hierarchii. Mamy klasowe „gwiazdy”, które wiodą prym, „friki”, klasowy plankton, swobodne elektrony – którym jest główna bohaterka Marika. Myślę, że wielu czytelników bez problemu znajdzie tu własny „układ klasowy”.

Oto szkoła ze wszystkimi jej problemami, między innymi z przemocą w sieci (popularnymi ostatnio manipulacjami ze zdjęciami, które mają stać się źródłem kompromitacji). Na problemy ósmoklasistów składa się także zbiór dylematów z wyborem szkoły oraz obawy przed egzaminami, które już od września wiszą nad nimi jak miecz Damoklesa. Autorka poprzez bohaterów daje czytelnikowi dyskretnie kilka dobrych rad, jak wybierać szkołę. Licea, technika, praktyczne zawody i ich możliwości. Poprzez swoich bohaterów pomaga czytelnikom, nie narzuca, pokazuje, co jest ważne przy podejmowaniu decyzji i nie wartościuje wyboru.

Opowieść jest rozpisana na głosy. Głos Mariki i Tymona. Zapewnia to czytelnikowi pełen ogląd sytuacji, z różnych punktów widzenia. Bohaterowie są doskonale skonstruowani, jak również dwa, zupełnie inne modele rodzin, w których funkcjonują.

Marika nie jest postacią jednoznaczną i to jest ogromny atut tej powieści. Są bowiem „miejsca”, w których możemy z nią sympatyzować, ale są też sytuacje, które zmuszają nas do pokiwania bohaterce palcem. Nie jest to zatem prosta kreacja literacka, wyidealizowana, narzucająca jeden prawdziwy ogląd. Marika jest zdolną fałszerką usprawiedliwień i podpisów rodziców, a także złodziejką prywatności. Czytelnik otrzymuje życiową postać, złożoną z dobra i zła, jak każdy z nas. Ma przy Marice mnóstwo powodów do namysłu nad jej zachowaniem. Może próbować wejść w jej sytuację i zastanowić się nad tym, co sam zrobiły w takich okolicznościach. Bo przecież jest tyle powodów, żeby jej współczuć. Może zatem również napisać jej usprawiedliwienie?  

W życie Mariki wkracza Tymon i wnosi zupełnie nową jakość. Nietuzinkowa postać, którą dodatkowo podbija ciekawa rodzina. Chłopak rozpoczyna nowe życie po serii rówieśniczych kompromitacji. Ważny wątek, który pokazuje jak łatwo dziś stracić twarz wśród kolegów i jakim zagrożeniem może stać się Internet. Nawet zabawne wpadki mogą być dla młodego człowieka tragedią. Widzimy problemy młodzieży, których nie mieli ich rodzice i stąd mogą wynikać pokoleniowe nieporozumienia.

Na przykładzie tych postaci Autorka zestawia dwa typy rodzin – zimnej uczuciowo i pełnej miłości. Rodzinność i tęsknotę za nią. Dom pełen życia i dom pełen obcości, czasem nawet emocjonalnego okrucieństwa.

Katarzyna Wasilkowska napisała powieść na wskroś współczesną, w której udało się jej oddać dominujące trendy. Wśród młodzieży, jak i dorosłych. Świetnym przykładem jest mama Mariki i jej zawodowe życie. „Wciskanie modowego kitu”, instalajwy, sztuczna ekscytacja i jedna wielka inscenizacja, która pochłania realne życie. A wszystko dla pieniędzy i jakieś marnej lokalnej sławy.

Ale jest też ambitnie. Bohaterowie mają swoje pasje – swoją drogą to ciekawy wątek, jak zainteresowania rozwijają i zbliżają ludzi do siebie. Muzyka i film też mają tu wiele do powiedzenia. Stają się drogą ucieczki, ale także miejscem na porozumienie, spotkanie i znalezienie bratniej duszy.

Jestem przekonana, że młody czytelnik odnajdzie się także w języku powieści. Żywy i autentyczny, nieprzesadzony, idealnie otoczony aurą literackości. Wszelkie proporcje zostały zachowane. Można dobrze i pociągająco, bez wulgarności pisać dla młodzieży, bez epatowania językiem brukowym, który niebezpiecznie rozgościł się niemal w każdej sferze naszego życia. Może w literaturze powinniśmy już dzieciakom odpuścić?

W „Złodziejce” spotkają nas miłe napięcia, zaskoczenia, żywe emocje. Jest również zabawnie – anegdotyczne obrazki z wydarzeń klasowych niezwykle dodają kolorytu opowieści. Bohaterowie są elokwentni, dowcipni – humor słowny i sytuacyjny najwyższej próby.

Ukraść można dosłownie wszystko. Najgorsze kradzieże okazują się niematerialne. Bolesne, dokuczliwe, bezzwrotne i często nienaprawialne. Zapraszam czytelników, aby sami się przekonali.

Editress

fot. Dom Książki/Editress

Biblioteczka fana przekładu

Trzydziestego września obchodzimy Międzynarodowy Dzień Tłumacza. Lubię wznieść toast za tłumaczy, bo wyjątkowo cenię sobie ich pracę. Chętnie czytam książki o tłumaczach,  przekładach, czy o samej teorii przekładu. Wśród wielu tego rodzaju lektur trafiłam na dość ciekawą opinię, którą mogłabym sprowadzić do wniosku, że nie ma prostych tekstów do przekładu. Gdy się tłumaczowi wydaje, że tekst jest prosty, znaczy to, że zwyczajnie nie zorientował się, gdzie ukryty jest podstęp, haczyk. A tych doprawdy może być wiele.

fot. Dom Książki/Editress

Buduję sobie od lat biblioteczkę fana przekładu i z wielkim zainteresowaniem przyglądam się „sposobom” na udaną translację. To chyba specyficzna pasja :). Z okazji święta tłumaczy, chciałabym wrzucić dziś kilka swoich przemyśleń, którymi podzieliłam się  też z zaprzyjaźnionymi  tłumaczami w kilku rozmowach.  Oto one 🙂

Siła kultowych przekładów

Przekład potrafi głęboko funkcjonować w kulturze. Utrwalić się w świadomości czytelników. Przykładem może być „wyklęte” tłumaczenie „Przygód dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej” Pawła Hullki-Laskowskiego, które w obronę bierze Aleksander Kaczorowski we wstępie do książki „Nim Szwejk poszedł na wojnę”. Podobnie „Proces” Franza Kafki i słynne pierwsze zdanie „Ktoś musiał zrobić doniesienie na Józefa K., bo mimo że nic złego nie popełnił, został pewnego ranka po prostu aresztowany.”, w tłumaczeniu Brunona Schulza lub jak się mówi coraz częściej jego narzeczonej Józefiny Szelińskiej. Tymczasem w 2008 roku Jakub Ekier przychodzi z nowym tłumaczeniem tego klasycznego już dzieła, które się zaczyna inaczej: „Ktoś musiał fałszywie oskarżyć Józefa K., bo przecież on nic złego nie zrobił, a został pewnego ranka pozbawiony wolności”. „Fałszywie oskarżyć”, a nie „zrobić doniesienie”. W „doniesieniu” może być przecież jakaś prawda, w „fałszywym oskarżeniu” nie ma już żadnych wątpliwości, że bohater jest niewinny. To robi jednak sporą różnicę w odbiorze tego utworu. Widać zatem jak na dłoni, jak ważny jest dobry przekład dla zrozumienia pełnego sensu tekstu. Często jednak siła kultowego przekładu utrzymuje go w dominującej mocy.

fot. Dom Książki/Editress

Tłumacz i odpowiedzialność…

W recenzowanej na blogu książce Krzysztofa Umińskiego „Trzy tłumaczki” autor przywołuje spór, jaki rozgorzał pomiędzy Jerzym Jarniewiczem a Rafałem Lisowskim w kwestii odpowiedzialności tłumacza za to jak tłumaczy i co tłumaczy. Jerzy Jarniewicz w tekście „Syzyf zwycięzca” w Dwudtygodniku.com, stwierdza, że tłumacz taką odpowiedzialność ma. Rafał Lisowski stwierdził natomiast, że niewielu tłumaczy ma realny wpływ na to, co się przekłada, a “żyć z czegoś trzeba”. Sam Umiński podsumowuje to tak: „Przyznaję, bliższy jest mi maksymalizm Jarniewicza. Uważam, że tłumaczyć warto wtedy, kiedy się książkę uważa za cenną, inaczej człowiek świadomie uczestniczy w zaśmiecaniu świata. A przecież sam więcej niż raz sprzeniewierzyłem się tej zasadzie (m.in. próbując zarobić na pisanie tej książki) i wiem, że czasem trudno uniknąć tłumaczenia książek głupich i złych. Zwłaszcza gdy ktoś żyje wyłącznie z przekładu. Lub jest debiutantem. Lub samotnie wychowuje dziecko”.

Fot. Dom Książki/Editress

Motywacje

Czemu ludzie uprawiają ten trudny i średnio opłacany zawód? W świetnym komiksie o tłumaczach i tłumaczeniu „W głowie tłumaczy” (scenariusz Tomasz Pindel) również omawianym na blogu znalazłam taki zestaw motywacji: altruistyczne, literackie, pragmatyczne, intelektualne. Życzę wszystkim tłumaczom, aby wszystkie motywacje zostały spełnione i nagrodzone finansowo 🙂

Editress

Finał na Tamizie

Trzech panów w łódce nie licząc psa / Jerome K. Jerome ; tł. [z ang.] Kazimierz Piotrowski. Warszawa : Książka i Wiedza, 1988. Wyd. 4.

fot. Dom Książki/Editress
(moja ulubiona seria na wakacje)

Ta mała, wysłużona książeczka (co widać na zdjęciu) doskonale ukoiła żal kończącego lata i finału wakacji. Niestety. Książka z 1889 roku, którą nadal czyta się z trwałym uśmiechem na ustach, czasem z głośnym śmiechem. Tego nie dostarczą Państwu polskie kabarety. Napisałabym również – niestety – ale wtedy wyjdzie rym. Kabarety – niestety. I będzie równie śmiesznie jak w polskim kabarecie. Chyba udzieliła mi się atmosfera „Trzech panów w łódce nie licząc psa” i zasadniczo o to chodziło. Pozostaje tylko obśmiać wszystko wokół siebie i nabrać dystansu. Lektura dziś prezentowana jest w tej kwestii nader pomocna.

Brytyjska klasyka, początkowo niedoceniona przez krytyków, entuzjastycznie przyjęta przez lud – nic nowego pod słońcem – doskonale pokazuje humor, charakter i nieśmiertelną klasowość wyspiarzy. Chyba każdy z grubsza wie, co się dzieje w owej powieści. Dla porządku, trzej mężczyźni (hipochondrycy) w celu poprawienia swojego słabego (ich zdaniem zdrowia) wybierają się wraz z psem na wyprawę łodzią po Tamizie. Sama wycieczka oraz przygotowania do niej jest okazją do snucia zabawnych opowieści, anegdot, wpadania w wir przedziwnych zdarzeń. Mnóstwo humoru sytuacyjnego, kpiny z ludzkich przywar i spore dawki ironii.

Wspaniałym bohaterem tej powieści jest, niby nieliczący się pies, foksterier Montmorency, potworny zbój i zarazem uroczy łobuziak, który jeszcze bardziej podbija komiczność utworu.

„Trzech panów w łódce nie licząc psa” pomagało mi również wchodzić na wyższe poziomy języka angielskiego, gdyż powieść stała się kanwą podręcznika do samodzielnej nauki. Mam więc do tej powieści szczególny sentyment.

fot. Dom Książki/Editress

Polecam smutasom, hipochondrykom, znudzonym i nostalgikom już tęskniącym za kolejnym latem. Książka jest w wielu formach dostępna. Słuchowiska, audiobooki, ebooki. Są też nowsze tłumaczenia niż to, którym ja dysponuję – z mojej ulubionej serii wydawniczej na lato. A może spróbować po angielsku? Obojętnie jak i gdzie, życzę dobrej zabawy!

Editress

Półmetek

Miłe są powroty, szczególnie te letnią porą. Choć trudno w tym roku odnaleźć atrybuty lata, nawet będąc w drodze. Nostalgicznie mi się zrobiło na tym półmetku wakacji, a kolejne odwiedziny w Wiśle, po dość długiej nieobecności, podbiły tę nostalgię jeszcze bardziej. Mural z Jerzym Pilchem, z cytatem z jego „Innych rozkoszy” przyprowadziły mnie bowiem do półki z książkami nieżyjącego pisarza. Uruchomiły się różne wspomnienia i wrażenia lekturowe. Pilch przez lata dostarczał ich wiele. Ostatnie tytuły przyniosły już pewne rozczarowania, ale generalnie twórczość autora z Wisły to dobra uczta literacka. Stąd ta nostalgia, ponieważ dotyka mnie ostatnio pasmo lekturowych zawodów, porażek i rozczarowań, czasem nader spektakularnych. Szumne tytuły często okazują się wydmuszką. Piętrowe eksperymenty z językiem, narracją, czy też wypychanie fabuł tematami z trendów, nie pomaga. Czytelniczy fin de siècle w trzeciej dekadzie XXI wieku? Biorę do ręki książki Jerzego Pilcha i już wiem, że po kolejnej stracie czasu z supernowością wydawniczą, powróci autor z Wisły na pociechę.

Fot. Dom Książki/Editress (było pochmurno)

Jak sam mówił:

Wydaje mi się, że nadmiar prowokacji świadczy o niedoborze talentu.

Tadeusz Nyczek, „Po co jest sztuka? Rozmowy z pisarzami”. Kraków 2012.
Z rozmowy z Jerzym Pilchem.

Mówił tu o sztuce, literatura też nią jest. Prowokacji dziś sporo, talentu mało. Pochód nagich królów spory. Wielu im klaszcze, choć nie ma do czego….

Widać moje zniechęcenie, które jednak w czytaniu mnie nie zatrzymuje. Mam nadzieję, że już niebawem wezmę na warsztat książkę, która mnie oczaruje (muszę wyznać, że jako redaktor dwie takie książki przeczytałam, ale jeszcze trzeba na nie poczekać). Mając w pamięci też inne słowa autora „Pod mocnym aniołem”, trwam przy czytaniu dzielnie, żeby nie stracić czegoś ważnego 😉

Można kochać się w kobiecie, która nie lubi książek?
Można, ale po co?
Kto przy zdrowych zmysłach zakochuje się w kobiecie, która nie lubi książek?

Jerzy Pilch, Zuza albo czas oddalenia

„Szli środkiem listopadowej nocy”… tymczasem dopiero sierpień nadchodzi, a już „jakby” jesień. Może jeszcze to „jakby” lato coś dobrego przyniesie 🙂 I przejdziemy się środkiem świata 🙂 środkiem prawdziwej, dobrej literatury.

Editress

Czas siania, czas zbiorów i… opowieści.

Kornélie / Beata Balogová ; z języka słowackiego przełożyła Izabela Zając. Wrocław : Książkowe Klimaty, 2024. – 302, [1] strona ; 20 cm.

fot. Dom Książki/Editress

Wśród 137 książek zakwalifikowanych do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus w 2025 roku znalazła się słowacka powieść „Kornélie” Beaty Balogovej. Na długiej liście finalistów niestety już się nie pojawia, ale może właśnie dlatego jest to dobry pretekst, żeby pochylić się nad tą prozą i uchronić przed czytelniczym pominięciem. Moim zdaniem, dobra lektura na początek lata. Jest to jednak powieść, którą już gdzieś, kiedyś „słyszałam”. Być może nie będzie porywająco, ale błogo i nostalgicznie, w znanym stylu snucia opowieści. A cóż to za opowieść?

Opowieść, w której prawda miesza się ze zmyśleniami, pomieszanymi wspomnieniami, snami, marzeniami nigdy niespełnionymi. Nostalgiczna historia rodzinna opowiadana przez kobietę i głównie o kobietach. Te najsilniejsze obdarowywane są imieniem Kornélia i niosą szczególny ciężar odpowiedzialności za rodzinę. Częstują kolejne pokolenia rodzinnymi opowieściami, które mogą rozrastać się w dowolnym kierunku, jak jabłonie czy śliwy. Ubarwione, przeinaczone rosły jak chciały. Przeszłość staje się spadkiem, depozytem pamięci. Cóż mieści się w tym testamencie? Sprawy przyziemne i te wzniosłe, które mają pomóc żyć.

Jak zbierać zioła, smażyć powidła, kiedy jest „czas truskawek, pomidorów i porzeczek”. To trzeba wiedzieć. Są jeszcze inne ważne kwestie do opanowania:

Musisz nauczyć się cieszyć bez strachu, że to kiedyś minie – mówi babcia Kornélia Pierwsza, zwana Mamaką, swojej wnuczce Almie, która jest narratorką odsłaniającą przed czytelnikiem tajemnice swojej rodziny. Na radość trudniej się przygotować niż na przeciwności losu, które zdecydowanie dominują w każdym życiorysie. Sporo w tym prawdy. Gdy przychodzi szczęście, od razu pojawia się cień obawy, że to, co dobre, jest tak krótkie i ulotne. Nim się w tym rozsmakujemy, już zblednie i zginie.

„Kornélie”  to powieść pachnąca ziołami, śliwkami, niespełnionymi marzeniami, które zniszczyła wielka historia. Ale nie oszukujmy się. I bez wielkiej historii, wojen, rewolucji, wiele marzeń i tak się nie spełnia. Mamaka chciała studiować, zobaczyć świat. Uda się to dopiero w kolejnym pokoleniu. Tymczasem życie upływa jej we wiosce na węgiersko-słowackim pograniczu. Jabłonowa Panica raz jest częścią Węgier, raz Czechosłowacji,  potem Słowacji. Pogranicze bardzo wpływa na sposób widzenia świata, kulturę i język. A w wojennej zawierusze zyskuje swój szczególny rys. Dobrym przykładem jest wspominany już język:

Słowa były pokaleczone, a uzdrowić mogli je tylko używający ich ludzie. Węgierski krwawił tak samo jak słowacki, rosyjski czy niemiecki. Należało wymyślić nowe słowa, aby zastąpić stare, bo tych większość nie umiała wymówić.(…) Podczas wojny nasze słowa w dziwny sposób łączyły się w pary z obcymi naleciałościami. Powstały przeróżne egzotyczne zlepki, opisujące odległe doświadczenia, równie obce jak same słowa.

Echo wojny i piętno, które zostawia, wyraźnie odbija się w losach bohaterów. Utrata dzieci, mężczyzn kreuje czas silnych kobiet, które musiały odbudować świat, urodzić go na nowo. To również czas rezygnacji z siebie, własnych aspiracji, żeby przywrócić codzienność do normy.

Ten szczególny czas i miejsce kształtuje różne charaktery kobiet, które prezentuje nam Alma. Oto widzimy kobiety, które pragną poznać świat i takie, które kochają swoją wioskę, ogrody, prosty rytm życia, w którym wszystko bezpiecznie się powtarza. Są kobiety, które patrzą w gwiazdy i chcą poznać tam swój los i takie, które wszystko składają Bogu. Porządek pogański i chrześcijanki wyraźnie się mieszają.
Są też kobiety, które kochają życie i takie, które kochają śmierć. Jak Borbála, która ma swój „teatr choroby i umierania“. Śmierć to również ważny problem w tej powieści, który na różne sposoby jest oswajany.

Pomiędzy zasadniczymi potoczkami z losem Beata Balogová snuje przyjemne rozważania o listach, których dziś już nikt nie wysyła:

W tamtych czasach pisanie listów było aktem uroczystym. Czasem pisano je całymi godzinami lub nawet tygodniami. Ludzie długo się do tego przygotowywali. Dodawali zdanie lub dwa za każdym razem, kiedy coś nowego się wydarzyło. Bywało, że zanim list został ukończony, powód jego napisania znikał.

Analizuje opowieści, których nikt dziś nie snuje, pokazuje przemiany języka, nad którym już nikt się nie zastanawia, „zakłada” zeszyty z rysunkami ziół, przepisami, których dziś nikt już nie prowadzi.

Kobiety o imieniu Kornélia, ich córki, mężowie, nieliczni synowie żyją w ogrodzie, żyją blisko natury, roślin, zwierząt – w cyklu narodzin i przemijania. Czasem przemijają zbyt szybko. Szczególnie dotyka to mężczyzn, nie tylko z powodu wojny.  Kobiety w tej rodzinie są spragnione męskiego pierwiastka w swoim życiu, ale nie jest im to dane . A przynajmniej nie na długo. Wielka nieobecność mężczyzn lub tylko chwilowa, krótka obecność, przebija w każdej historii kobiet z Jabłonowej Panicy.

„Kornélie” to powieść bardzo sensualna. Zapach i smak owoców, ziół, naparów unosi się niemal nad każdą stroną. Codzienna powolność na prowincji węgiersko-słowackiej pozwala delektować się tym prostym życiem. Często gorzkim i pełnym rozczarowań, zakrapianym palinką. Jednak lokalny koloryt, ludowość, barwne osobowości zwane „wioskowymi wariatami” dodają dynamiki i tworzą ciekawy literacki obraz przeciętnego bytowania, w rytmie siania, zbierania i opowiadania historii.

Editress

Sztafeta rodzicielska

Petra Soukupová, Nikdo není sam. Host,  2022

Fot. Dom Książki/Editress

Tym razem nietypowo. Recenzja książki jeszcze nieprzetłumaczonej na język polski, ale według zapowiedzi wydawnictwa Afera, już, już jest blisko. Zatem robię małą ucieczkę do przodu i zarekomenduję, aby rozbudzić ciekawość i stworzyć miłą atmosferę oczekiwania na ten tytuł.

Petra Soukupová kolejny raz rozprawia się z relacjami rodzinnymi, biorąc pod lupę przeciętną czeską rodzinę w modelu 2+2. Do pełni rodzinnego obrazka należy dołączyć dziadków, czyli rodziców głównej bohaterki, Veroniki.

Kim jest główna bohaterka? Bibliotekarką z Pragi, żoną, matką syna i córki. A także sama jest córką, która ma spore problemy z rodzicami. Powieść Nikdo není sam (polskie wydanie będzie miało tytuł „Zawsze jest ktoś”) dotyka między innymi relacji dorosłych dzieci z rodzicami. Temat mało literacko poruszany. Kojarzy mi się głównie z książkami Michale Houellebecqa, który ukazuje je w dość skrajnej formie. U Soukupovej nie jest aż tak mocno, ale sielanki również nie ma.

Rodzice mieszkają na wsi, Veronika odwiedza ich wraz z dziećmi i mężem, jadąc kilkanaście kilometrów z Pragi. Każda wizyta kończy się tak samo. Piekłem, awanturą z byle powodu. Dojrzała kobieta nie umie poukładać relacji głównie z matką, która o wszystko zgłasza pretensje. Wytwarza się między nimi psychiczny terror i niewwalający przymus, który kładzie się cieniem na jej codziennym życiu. We własnej rodzinie czy pracy bohaterka traci pewność. Zatem wieczorem musi być wino na odprężenie, powrót do palenia papierosów również wydaje się nieuchronny.

Autorce, dzięki mowie wewnętrznej bohaterów udaje się ukazać niesamowity konflikt uczuć, które rzadko wydobywają się na zewnątrz. Każdy bohater ma okazję pokazać, jak widzi sytuację z wysłanej perspektywy. Ocenić ją przez pryzmat swoich doświadczeń i uczuć.

Kiedy umiera matka Veroniki, nic się nie zmienia, a przynajmniej niewiele, bo odtąd córka słyszy jej głos w każdej konfliktowej, trudnej sytuacji. Nadal żyje pod wpływem matki, która ma swoje konkretne wymagania i dyktuje rozwiązania, a nawet nadal wylewa pretensje. Dołączają do tego nowe problemy z ojcem, który został sam. W konsekwencji życie rodzinne i zawodowe Veroniki zaczyna składać się jak domek z kart.

Szwankują relacje z córką i synem, którzy w szkole również mają swoje małe i duże katastrofy. Sztafeta rodzicielskich problemów nie ma końca.

Powieść wydaje się zaskakująco prawdziwa. Przebywając między bohaterami, czuje się tę szarość codzienności, do której regularnie „wbijają” kolejne, nowe problemy. Autorce udało się uzyskać ten efekt swojskości przy pomocy świetnych dialogów, pozbawionych sztucznych form. Soukupová nie sili się na literackie chwyty. Jest po prostu jak w niejednym domu.

Czy Veronika sobie poradzi i jak wyjdzie z szeregu kłopotów, które się przed nią piętrzą? Jak poukłada relacje z rodzicami i własnymi dziećmi? Jak ogranie się zawodowo? Tego oczywiście nie zdradzę. Zapewniam jednak, że lektura, przy swojej (w jakimś sensie) banalności, potrafi zaskoczyć, pochłonąć i wciągnąć w rozważania bohaterki na całkiem wysoki poziom. Prawdziwe życie jest właśnie tu. W zwykłej rodzinie, w kolejnym poniedziałku, w kolejnej kłodzie rzuconej pod nogi.

Parę lat temu recenzowałam książkę „Sprawy, na które przyszedł czas” Petry Soukupovej nazywanej często „specjalistką od krojenia rodziny”, dla dopełnienia obrazu autorki i jej twórczości również polecam, aby zajrzeć do tego tekstu http://domksiazki.net.pl/2022/06/30/po-calosci/

Editress

Na majówkowy piknik na trawie – książkowe propozycje

Ostatni pisarz / Marek Krajewski ; [projekt okładki Mariusz Banachowicz]. – Wydanie I.Kraków : Wydawnictwo Znak, 2024. – 327, [9] stron ; 21 cm.

Zaklinacz deszczu / Jiří Hájíček ; przełożyła Dorota Dobrew. Wrocław : Książkowe Klimaty, copyright 2018. – 312 stron ; 20 cm.(Czeskie Klimaty)

Mroczniejszy odcień magii / V. E. Schwab ; przełożyła Ewa Wojtczak. – Wydanie I.Poznań : Zysk i S-ka Wydawnictwo, copyright 2016. – 405, [2] strony ; 21 cm.

Masz się łasić : mobbing w Polsce / Katarzyna Bednarczykówna. – Wydanie I.Wołowiec : Wydawnictwo Czarne, 2024. – 242, [5] stron ; 23 cm. (Reportaż)

Do majówkowego kosza piknikowego warto wrzucić kilka książek. Przejrzałam „stosik wstydu”, który piętrzy się z każdym miesiącem coraz bardziej ku sufitowi i wybrałam następująco:  

Marek Krajewski i jego „Ostatni pisarz”. Wrocławski autor kryminałów retro w zupełnie nowej odsłonie. „Futurystyczna powieść kryminalna” – jak rekomenduje wydawca wydaje się ciekawą propozycją na majówkę. Tytuł nurtuje, a skok do Wrocławia z 2079 roku – pociąga. Zobaczymy, czy „Ostatni pisarz” będzie dobrym wyborem 🙂 Robię sobie spore nadzieje 🙂

Fot. Dom Książki/Editress

Książka czeskiego autora, która sporo przeleżała, ale się doczeka 🙂 Jiří Hájíček jest mi znany z powieści „Rybia krew”, która zrobiła dobrze zapisała się w mojej pamięci, zatem mix polsko-czeski urozmaici początek maja.

Fot. Dom Książki/Editress

I propozycja myślę, że dobra dla młodzieży. Intrygująca magiczna, fantastyczna historia z równoległych Londynów, czyli Mroczniejszy odcień magii V. E. Schwab. Mówią niektórzy, że „nie ma takiego miasta jak Londyn, jest tylko Lądek Zdrój”, a tymczasem Londyn może być wielokrotny 🙂 i dużo może się w nim dziać.

Fot. Dom Książki/Editress

Na koniec propozycja reportażowa. Przewrotny wybór na majowe święto pracy. Trudno. Przyznaję, że do tego reportażu zabierałam się dość długo. Wiedziałam, że wywoła przykre obrazy, zdarzenia, słowa i ludzi. Obawiałam się, że w jakieś opowiedzianej przez autorkę historii, będę mogła przeglądać się jak w lustrze. I tak też było.

Fot. Dom Książki/Editress (screen z e-booka)

Mam wrażenie, że mobbing stał się jakąś częścią składową pracy w Polsce. Cechą wręcz dystynktywną. Znam zbyt wielu ludzi, którzy tego doświadczyli, a nawet nadal doświadczają, bo z różnych powodów nie mogą wyrwać się z tej machiny przemocy. Po lekturze „Masz się łasić. Mobbing w Polsce” Katarzyny Bednarczykówny, mając także na uwadze własne doświadczenia oraz znajomych, wniosek wysnuwam jeden. Ofiara mobbingu zawsze przegrywa. Zawsze. Nawet jeśli po latach uda się jej wygrać w sądzie, jest zazwyczaj ruiną psychiczną i fizyczną. Przez lata dochodzi do siebie i nie zawsze z sukcesem. Powiedzmy, że stara się panować nad sytuacją. Wieloletni mobbing w różnym wydaniu dokonuje nieodwracalnych szkód.

To nie tylko szef, dyrektor, kierownik. Ale także współpracownicy. Kiedy widzą, że mogą, również będą, mówiąc kolokwialnie – dojeżdżać. Często przemoc nie kończy się w momencie odejścia z pracy. Kto ma ochotę na lekturę zdecydowanie nie rozrywkową, polecam.

Editress

Wina i przymus

Ucieczka Anny / Mattia Corrente ; przełożył Tomasz Kwiecień. – Wydanie I. Kraków : Bo.wiem, 2024. – 237, [2] strony ; 21 cm. (Seria z Żurawiem)

Fot. Dom Książki/Editress

Ciężko się żyje z balastem trudnej przeszłości, który każdego dnia ściąga w dół. Krępuje, zatruwa myśli, odbiera wszelką swobodę bycia. Mało tego, kładzie się cieniem na życiu bliskich. Sączy niepokój, poczucie niezrozumienia, w konsekwencji uniemożliwia normalne funkcjonowanie.

Wina niewypowiedziana, nierozgrzeszona i nieodpokutowana zawsze boleśnie będzie się odzywała w sumieniu i paraliżowała relacje. Czasem jedynym rozwiązaniem jest… ucieczka. Rozwiązaniem ze wszech miar słabym.

Tytułowa „Ucieczka Anny” Matti Correntego  dokonuje się w wielu wymiarach, dosłownym, ale i symbolicznym, duchowym. Jest jak pokuta za nie swój grzech. Bo to nie Anna rozpoczyna sztafetę ucieczek. Bo to nie ona nosi w sobie winę, która obciąża ją i bliskich.

Bohaterka doznaje duchowej krzywdy. Kluczem do jej zrozumienia jest relacja Anny z ojcem, którego tak bardzo kochała. Relacja, która uniemożliwiła jej stworzenie szczęśliwej rodziny. Anna jest połamana rodzinną tajemnicą, ucieczką ojca, która jest jak piętno i staje się również początkiem ucieczki bohaterki od życia. Wyrządzona raz krzywda zatacza kręgi, pochłania szczęście kolejnych ludzi. A próba wymyślonej przez ojca, nikomu niepotrzebnej pokuty, przynosi więcej szkody niż pożytku.

Anna także ucieka. Szuka jej mąż. Ucieka po wielu latach małżeństwa. Trudno jednoznacznie powiedzieć, czy nieudanego, choć czytelnik dostaje wiele takich sugestii. Bo przecież Anna nie chciała wychodzić za mąż. Czy jednak wszystko było nieudane w tym związku? Jakie małżeństwo jest stuprocentową sielanką? Komu udało się uniknąć cierpienia, będąc z kimś w głębokiej relacji? Idzie tu jednak o coś innego. O przymus. Zewnętrzny i wewnętrzny. „Ucieczka Anny” jest również opowieścią o przymusie i działaniu wbrew sobie, co zawsze przynosi opłakane skutki. Kolejne zranione uczucia, pustka po porzuceniu i mnóstwo pytań bez odpowiedzi.

Wiele miejsca autor poświęca również macierzyństwu. Czym ono tak naprawdę jest? Corentte zestawia różne typy kobiet, aby odpowiedzieć na to pytanie możliwie jak najpełniej.

Byłoby lepiej, gdyby Anna nie stanęła przed ołtarzem, jak planowała? Czy to zmieniłoby coś w jej życiu? Czy pomogłoby zrozumieć własnego ojca, dojść do prawdy, uratować życie rodziny? Sądzę, że nie. W moim odczuciu związek z Severinem był dla niej szansą na zakopanie przeszłości, odcięciem się od egoistycznego bólu własnego ojca, który wypaczył jej spojrzenie na świat.

Kolejny dobry, dający do myślenia tytuł wydawnictwa Bo.wiem z serii „Z żurawiem”. Intrygująca okładka autorstwa Małgorzaty Flis jest prawdziwą zachętą. Moja dość enigmatyczna (jak mi się zdaje) recenzja, mam nadzieję, że również zachęci czytelników do lektury „Ucieczki Anny”. Udany debiut, który stawia wiele pytań i wymaga własnych odpowiedzi. Mattia Corrente pisze o życiowych wyborach, które zawsze mają swoje konsekwencje, które nigdy nie „funkcjonują” w oderwaniu od innych. Tekst pociąga od pierwszych zdań, zasiewa emocje i skłania do natychmiastowego przyłączenia się i towarzyszenia bohaterowi-narratorowi w poszukiwaniu żony.

Editress

Opowiadanie, jakie jest, nie każdy widzi…

Anatomia opowiadania / Maciej Miłkowski. Warszawa : Wydawnictwo Próby, 2024.

Podobno opowiadania cieszą się mniejszą popularnością wśród czytelników, w języku marketingowców – gorzej się sprzedają. Gdy w zeszłym roku wpadł mi w ręce zbiór szkiców Macieja Miłkowskiego „Anatomia opowiadania”, od razu pomyślałam, że trzeba skreślić kilka słów o tej książce, aby poprawić PR opowiadania. Bo autor zrobił to wybornie. Po zbiór powinni sięgnąć miłośnicy tego gatunku, przeciwnicy (ci przede wszystkim) i autorzy, którzy z materią opowiadania się mierzą. Będzie to bowiem doskonała lekcja, jak dobry tekst stworzyć, czego unikać, jaką drogą podążać. Do rozbiórki na części pierwsze autor wybrał dwadzieścia cztery opowiadania najlepszych z najlepszych, światowe sławy literatury – Nabokova, Conrada, Zweiga, Fuentesa, Hemingwaya, Bartha, Borgesa… (wszystkich wymieniać nie będę, państwo sami sprawdzą :)).

Miłkowski rzeczywiście tworzy atlas anatomii opowiadania. Wybór tekstów nie jest przypadkowy. Każde opowiadanie jest dobrane tak, aby omówić, naświetlić, wziąć na warsztat konkretną technikę, cechę, element świata przedstawionego, temat i dokładnie rozebrać. Uwaga – od razu uprzedzam, nie są to nudne literaturoznawcze szkice. Mamy do czynienia z pasjonującą, dociekliwą analizą, oczywiście bardzo subiektywną, ale zarazem żywą, często zaskakującą. Autor dostarcza wielu ciekawych spostrzeżeń, które mogły umknąć w trackie czytania i rozbudza wielką chęć, aby po omawiane teksty sięgnąć jeszcze raz lub, jeśli się ich nie czytało wcześniej, natychmiast się po nie rzucić.

Maciej Miłkowski pokazuje, jak bogatym gatunkiem jest opowiadanie i zarazem, jak trudną sztuką jest napisać dobry, ograniczony objętościowo tekst, w porównaniu z powieścią. Autor na poszczególnych tekstach analizuje techniki narracyjne, konstrukcję bohaterów, dookreślenia czasu, dialogi, intencje, ważne tematy, ucieczki w irracjonalność, oniryczność (która zdaniem Miłkowskiego jest kiepskim chwytem, są jednak chwalebne wyjątki i w tym zbiorze je znajdziemy). Okazuje się, że nawet tytuł może narzucać sposób lektury i wyznaczać oczekiwania czytelnika.

W opowiadaniu, jak w soczewce, widać wyraźnie wszystkie kwestie techniczne literatury. Trzeba umieć bardzo dobrze manewrować, żeby w krótkim tekście, operując wycinkiem rzeczywistości, uzyskać pożądany efekt:

Istotą opowiadania jest to, że mówi nie wszystko. Opowiadanie pokazuje jakiś fragment, jakiś kawałek i nie próbuje ogarniać całości.

I chyba dlatego tak cenię ten gatunek. Opowiadanie może dostarczyć znacznie więcej poruszeń, zaskoczeń, emocji, dzięki czemu dłużej i lepiej się je pamięta. Po prostu potrafi czasem wbić w ziemię. W powieści ten efekt często rozmywa się w „przeciągniętej” narracji. Opowiadanie potrafi efektownie wstrząsnąć, zostawić w rozpaczliwym niedopowiedzeniu.

Jak już wspomniałam, znakomity dobór analizowanych opowiadań autorów z różnych zakątków świata, daje bogaty obraz tego gatunku. W każdym szkicu Miłkowski buduje ciekawość odkrywania kolejnego tekstu, dzięki rozbudowanemu wstępowi, który zakreśla coraz węższe koła, aby wreszcie spotkać się z omawianym opowiadaniem i znaleźć w nim te zasygnalizowane kręgi.

Maciej Miłkowski zna się na rzeczy. Sam jest autorem opowiadań i jak widać bardzo uważnym czytelnikiem tego gatunku. Dzięki lekturze „Anatomii opowiadania” na pewno odkurzę tekst Stefana Zweiga „Zbiór, którego nie było”, w którym to nieznajomy z pociągu opowiada historię narratorowi, „Siedem pięter” Dino Buzzatiego, który pokazuje, że nawet posługując się alegorią, trzeba zadbać o realizm. Czy też Bassinego, „Tablicę na via Mazzini”, w którym autor poruszył cztery wielkie tematy według „listy” Borgesa: wojnę, powrót, poszukiwanie, poświęcenie.

Maciej Miłkowski zdobywa się również szersze rozważania dotyczące roli literatury w ogóle. I na ogół się z nim zgadzam:

Literatura piękna każe wniknąć w samo sedno cierpienia – zmierzyć się z własnym nieszczęściem i z własnym lękiem – a przez to nieraz, choćby tylko na pewien czas, od nieszczęścia i lęku uwalnia.

To obserwacja poczyniona przy okazji analizy rewelacyjnego opowiadania Edgara Allana Poego „Przedwczesny pogrzeb”.

Wszystkie szkice ukazały się jako osobne teksty w „Czasie Literatury”. Bardzo cieszę się, że wydawnictwo Próby zdecydowało się na zebranie ich w jeden znakomity tom. Inspirująca pod wieloma względami lektura pomaga rozsmakować się w tym nie zawsze docenianym gatunku literackim, jakim jest opowiadanie. Zachęca do celebrowania czytania, delektowania się słowem, namyślania się nad tym, co i jak czytam. Miłkowski poszerza pole widzenia, uczula, daje narzędzia. To zbiór dla każdego, nie tylko dla teoretyków literatury.

Editress