Archiwum kategorii: Powieść

Zapomniany noblista

Drzewo człowiecze / Patrick White ; przeł. [z ang.] Maria Skibniewska. Warszawa : Państwowy Instytut Wydawniczy, 1985. 570, [2] s. ; 19 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Mogłoby się wydawać, że Literacka Nagroda Nobla, to przepustka do nieśmiertelności. Wieczna chwała, wieczna pamięć, spiżowy pomnik. Ostatnia rozmowa w gronie rozczytanych znajomych sprowadziła mnie właśnie tu. W szeregi zapominanych pisarzy nagrodzonych wydawałoby się przecież najbardziej prestiżową nagrodą literacką na świecie. A wszystko zaczęło się od Patricka White’a, noblisty z 1973 roku. Australijski pisarz (sam o sobie mówił jako o kosmopolitycznym Londyńczyku), dziś nie zaprząta czytelniczych głów przesadnie. I takich noblistów jest wielu. Cóż, wszystko na tym świecie to jednak marność. Sam White o Noblu, na którym w ogóle mu nie zależało, mówił: „Nagroda Nobla, to przerażające i destrukcyjne doświadczenie”. Myślę, że w gruncie rzeczy miał dużo racji.

Wspomniana rozmowa sprowokowała mnie do sięgnięcia po dwa tytuły Patricka White’a, które mam na półce – „Drzewo człowiecze” i „Vossa”, do pełnej trylogii brakuje mi „Wozu ognistego”, który muszę ostatecznie w tym roku zdobyć. White’a można nabyć już tylko z drugiej ręki, ale jeszcze w antykwarycznym ruchu jest. Bywa też w bibliotekach (zerknęłam do katalogów online J).

Dziś będzie o „Drzewie człowieczym”, pierwszej powieści, która ugruntowała pozycję White’a  w Wielkiej Brytanii i USA. W samej Australii nie był zbyt szybko oklaskiwany, ale to chyba naturalne, że nie szanuje się „proroków” we własnym kraju. Sam autor mówił o tej powieści, że jest to próba przedstawienia „każdego możliwego aspektu życia przez pryzmat losów zwykłego mężczyzny i kobiety”. I trzeba przyznać, że powieść ta, wydana w 1955 roku, nie straciła nic ze swojej uniwersalności w opowiadaniu o losie człowieka pod każdą szerokością geograficzną.

Czytając „Drzewo człowiecze”, miałam poczucie, że spotykam się z literaturą, za którą nieustannie tęsknię. Gdy docieram do ostatniej strony, czuję żal, że to już koniec (choć książka liczy blisko 600 stron). Będę jeszcze długo myślała o Stanie Parkerze i jego żonie. Będę myślała o ich losie, o tym, jak żyli, jak myśleli i o tym, co ich spotkało. Niby proste życie, ale…: „Nic nie jest tak pożądane, jak rzeczy najprostsze” – mówi narrator. Zgadzam się. Skomplikowany nadmiar zanadto przytłacza.

Od pierwszej sceny tej powieści ma się poczucie, że wchodzimy do swoistej Księgi Rodzaju, gdy już człowiek znajduje się na wschód od Edenu. Stan Parker, główny bohater, czyni sobie australijski busz poddanym. Powoli walczy tam o swoje miejsce, aby żyć, założyć rodzinę i spotkać się z Bogiem. Religijność tej prozy, a w zasadzie pytania o relację człowieka z Bogiem, wypełnia tę fabułę. Nie ma w tym żadnej nachalności, autor zawsze jednak znajduje dobry moment, pretekst, aby stanąć twarzą w twarz z pytaniem o sens, o ludzkie doświadczenie i obecność w tym wszystkim Boga. O tym aspekcie swojej twórczości Patrick White mówił: „Religia. Tak, to ona stoi za wszystkimi moimi książkami. Interesuje mnie relacja między błądzącym człowiekiem a Bogiem”.

Bohaterowie „Drzewa człowieczego” wchodzą w role wyznaczone im od stworzenia, zgodnie z Bożym planem. Są kimś na kształt pierwszych rodziców. Żyją w trudzie, cierpieniu, ale także w chwilach triumfu, gdy pojawiają się dzieci, gdy ziemia się poddaje i wydaje owoce. Zawsze w tym wszystkim towarzyszą im zwierzęta. Mamy tu niemal starotestamentowy obraz człowieka walczącego w spiekocie, z naturą – powodziami, pożarami. Wówczas ludzie zwracają się do Boga i obiecują poprawę, aby po wszystkim znowu wrócić do grzechu: „Przypominało się im dzieciństwo, kajali się za grzechy, obiecywali, że się nawrócą i będą święci, jeśli będzie im dana jeszcze jedna szansa życia i poprawy. Niektórzy zostali wysłuchani, ale uciekli od swych przywar tylko na krótki czas, aby potem stać się jeszcze gorsi niż przed pożarem”.

Małżeństwo, rodzina, rodzicielstwo, codzienność, trud, przemijanie, śmierć – wszystkie najważniejsze tematy znajdziemy w „Drzewie człowieczym”. Fascynował mnie szczególnie obraz małżeństwa Amy i Stana. Towarzyszenie tym bohaterom w ich dojrzewaniu, docieraniu się, służeniu sobie nawzajem aż do starości, głęboko porusza i daje do myślenia. Myślenia o kondycji małżeństwa dziś. Przejmujący jest również obraz rodzicielstwa, które jest trudne i pełne błędów, bo nie ma szkoły dla rodziców. Indywidualność dzieci Parkerów zaprowadzi je w bardzo różne miejsca i na trudne drogi, także te bliskie Kainowi. Trudna ojcowska miłość, szorstkie męskie relacje, ale też kobiece uwikłania, matek, córek, przyjaciółek, zamykają się na kartach powieści w pięknych epickich scenach i dialogach.

Sztafeta pokoleń, spadek duchowy i materialny, który dostajemy po przodkach – to wszystko tworzy to człowiecze drzewo, które się zakorzeniło i trwa, nawet gdy już nas nie ma.

Patrick White dotyka „pierwotności” człowieka (nie należy mylić z prymitywizmem). Dotyka tych najważniejszych emocji, potrzeb ludzkich wbudowanych w nas od początku istnienia. Potrafi opisać tak celnie, że często zdarzało mi się powracać do niektórych zdań, by czytać je wielotonie. Nawet o rzeczach brutalnych czy też bardzo intymnych potrafił pisać z wyczuciem, docierając do sedna – brzydoty lub piękna danej sytuacji. Nie bez znaczenia jest to, że tłumaczką tej powieści, wydanej w 1985 roku jest Maria Skibniewska, dzięki czemu obcujemy z pięknym tekstem.  

„Drzewo człowiecze” na trwale wpisuje Patricka White’a na moją listę top autorów i przy okazji staje się inspiracją.  Myślę, że cykl tekstów pod szyldem „zapomniani nobliści” byłby całkiem dobrym pomysłem, który powinien zagościć w Domu Książki „Editress” i postaram się, aby tak było.

Editress

Gdy kradniesz coś, czego zwrócić nie możesz…

Złodziejka / Katarzyna Wasilkowska. Łódź : Literatura, 2025. Wydanie I.

Wnikliwa powieść, która z wielką dbałością o detale „obserwuje” młodzież i daje im mądre propozycje. Jak zawsze u Katarzyny Wasilkowskiej. Z wielką radością powitałam „Złodziejkę”, nawet z uczuciem ulgi, ponieważ taka proza jest absolutnym lekarstwem na nurt young adult, który – moim zdaniem – jest „rakiem” na literaturze dla młodzieży. Tak, piszę to z pełnym przekonaniem. Young adult to „literatura zła”. Przepychanie tezy, aby młodzi ludzie czytali cokolwiek, byle czytali, to absolutnie ślepa uliczka. Tym bardziej rekomenduję najnowszą, absolutnie rewelacyjną powieść Katarzyny Wasilkowskiej.

fot. Dom Książki/Editress

Autorka stworzyła prawdziwy obraz ósmoklasistów i ich rodzin. (Na marginesie, ósmoklasiści uzyskują ostatnio obok maturzystów szczególny status. Bo pierwszy ważny egzamin, który decyduje o pierwszym ważnym życiowym wyborze, zasługuje na uwagę. Także literacką. O ile maturzyści są literacko rozpracowani, o tyle w moim odczuciu o ósmoklasistów jeszcze nikt tak dobrze nie zadbał, jak robi to w powieści „Złodziejka” Katarzyna Wasilkowska.) Autorka wyłuskała ważne rówieśnicze problemy, stworzyła autentyczną atmosferę polskiej szkoły podstawowej. Szkoła jako „miejsce walki” i ustalania hierarchii. Mamy klasowe „gwiazdy”, które wiodą prym, „friki”, klasowy plankton, swobodne elektrony – którym jest główna bohaterka Marika. Myślę, że wielu czytelników bez problemu znajdzie tu własny „układ klasowy”.

Oto szkoła ze wszystkimi jej problemami, między innymi z przemocą w sieci (popularnymi ostatnio manipulacjami ze zdjęciami, które mają stać się źródłem kompromitacji). Na problemy ósmoklasistów składa się także zbiór dylematów z wyborem szkoły oraz obawy przed egzaminami, które już od września wiszą nad nimi jak miecz Damoklesa. Autorka poprzez bohaterów daje czytelnikowi dyskretnie kilka dobrych rad, jak wybierać szkołę. Licea, technika, praktyczne zawody i ich możliwości. Poprzez swoich bohaterów pomaga czytelnikom, nie narzuca, pokazuje, co jest ważne przy podejmowaniu decyzji i nie wartościuje wyboru.

Opowieść jest rozpisana na głosy. Głos Mariki i Tymona. Zapewnia to czytelnikowi pełen ogląd sytuacji, z różnych punktów widzenia. Bohaterowie są doskonale skonstruowani, jak również dwa, zupełnie inne modele rodzin, w których funkcjonują.

Marika nie jest postacią jednoznaczną i to jest ogromny atut tej powieści. Są bowiem „miejsca”, w których możemy z nią sympatyzować, ale są też sytuacje, które zmuszają nas do pokiwania bohaterce palcem. Nie jest to zatem prosta kreacja literacka, wyidealizowana, narzucająca jeden prawdziwy ogląd. Marika jest zdolną fałszerką usprawiedliwień i podpisów rodziców, a także złodziejką prywatności. Czytelnik otrzymuje życiową postać, złożoną z dobra i zła, jak każdy z nas. Ma przy Marice mnóstwo powodów do namysłu nad jej zachowaniem. Może próbować wejść w jej sytuację i zastanowić się nad tym, co sam zrobiły w takich okolicznościach. Bo przecież jest tyle powodów, żeby jej współczuć. Może zatem również napisać jej usprawiedliwienie?  

W życie Mariki wkracza Tymon i wnosi zupełnie nową jakość. Nietuzinkowa postać, którą dodatkowo podbija ciekawa rodzina. Chłopak rozpoczyna nowe życie po serii rówieśniczych kompromitacji. Ważny wątek, który pokazuje jak łatwo dziś stracić twarz wśród kolegów i jakim zagrożeniem może stać się Internet. Nawet zabawne wpadki mogą być dla młodego człowieka tragedią. Widzimy problemy młodzieży, których nie mieli ich rodzice i stąd mogą wynikać pokoleniowe nieporozumienia.

Na przykładzie tych postaci Autorka zestawia dwa typy rodzin – zimnej uczuciowo i pełnej miłości. Rodzinność i tęsknotę za nią. Dom pełen życia i dom pełen obcości, czasem nawet emocjonalnego okrucieństwa.

Katarzyna Wasilkowska napisała powieść na wskroś współczesną, w której udało się jej oddać dominujące trendy. Wśród młodzieży, jak i dorosłych. Świetnym przykładem jest mama Mariki i jej zawodowe życie. „Wciskanie modowego kitu”, instalajwy, sztuczna ekscytacja i jedna wielka inscenizacja, która pochłania realne życie. A wszystko dla pieniędzy i jakieś marnej lokalnej sławy.

Ale jest też ambitnie. Bohaterowie mają swoje pasje – swoją drogą to ciekawy wątek, jak zainteresowania rozwijają i zbliżają ludzi do siebie. Muzyka i film też mają tu wiele do powiedzenia. Stają się drogą ucieczki, ale także miejscem na porozumienie, spotkanie i znalezienie bratniej duszy.

Jestem przekonana, że młody czytelnik odnajdzie się także w języku powieści. Żywy i autentyczny, nieprzesadzony, idealnie otoczony aurą literackości. Wszelkie proporcje zostały zachowane. Można dobrze i pociągająco, bez wulgarności pisać dla młodzieży, bez epatowania językiem brukowym, który niebezpiecznie rozgościł się niemal w każdej sferze naszego życia. Może w literaturze powinniśmy już dzieciakom odpuścić?

W „Złodziejce” spotkają nas miłe napięcia, zaskoczenia, żywe emocje. Jest również zabawnie – anegdotyczne obrazki z wydarzeń klasowych niezwykle dodają kolorytu opowieści. Bohaterowie są elokwentni, dowcipni – humor słowny i sytuacyjny najwyższej próby.

Ukraść można dosłownie wszystko. Najgorsze kradzieże okazują się niematerialne. Bolesne, dokuczliwe, bezzwrotne i często nienaprawialne. Zapraszam czytelników, aby sami się przekonali.

Editress

fot. Dom Książki/Editress

Finał na Tamizie

Trzech panów w łódce nie licząc psa / Jerome K. Jerome ; tł. [z ang.] Kazimierz Piotrowski. Warszawa : Książka i Wiedza, 1988. Wyd. 4.

fot. Dom Książki/Editress
(moja ulubiona seria na wakacje)

Ta mała, wysłużona książeczka (co widać na zdjęciu) doskonale ukoiła żal kończącego lata i finału wakacji. Niestety. Książka z 1889 roku, którą nadal czyta się z trwałym uśmiechem na ustach, czasem z głośnym śmiechem. Tego nie dostarczą Państwu polskie kabarety. Napisałabym również – niestety – ale wtedy wyjdzie rym. Kabarety – niestety. I będzie równie śmiesznie jak w polskim kabarecie. Chyba udzieliła mi się atmosfera „Trzech panów w łódce nie licząc psa” i zasadniczo o to chodziło. Pozostaje tylko obśmiać wszystko wokół siebie i nabrać dystansu. Lektura dziś prezentowana jest w tej kwestii nader pomocna.

Brytyjska klasyka, początkowo niedoceniona przez krytyków, entuzjastycznie przyjęta przez lud – nic nowego pod słońcem – doskonale pokazuje humor, charakter i nieśmiertelną klasowość wyspiarzy. Chyba każdy z grubsza wie, co się dzieje w owej powieści. Dla porządku, trzej mężczyźni (hipochondrycy) w celu poprawienia swojego słabego (ich zdaniem zdrowia) wybierają się wraz z psem na wyprawę łodzią po Tamizie. Sama wycieczka oraz przygotowania do niej jest okazją do snucia zabawnych opowieści, anegdot, wpadania w wir przedziwnych zdarzeń. Mnóstwo humoru sytuacyjnego, kpiny z ludzkich przywar i spore dawki ironii.

Wspaniałym bohaterem tej powieści jest, niby nieliczący się pies, foksterier Montmorency, potworny zbój i zarazem uroczy łobuziak, który jeszcze bardziej podbija komiczność utworu.

„Trzech panów w łódce nie licząc psa” pomagało mi również wchodzić na wyższe poziomy języka angielskiego, gdyż powieść stała się kanwą podręcznika do samodzielnej nauki. Mam więc do tej powieści szczególny sentyment.

fot. Dom Książki/Editress

Polecam smutasom, hipochondrykom, znudzonym i nostalgikom już tęskniącym za kolejnym latem. Książka jest w wielu formach dostępna. Słuchowiska, audiobooki, ebooki. Są też nowsze tłumaczenia niż to, którym ja dysponuję – z mojej ulubionej serii wydawniczej na lato. A może spróbować po angielsku? Obojętnie jak i gdzie, życzę dobrej zabawy!

Editress

Czas siania, czas zbiorów i… opowieści.

Kornélie / Beata Balogová ; z języka słowackiego przełożyła Izabela Zając. Wrocław : Książkowe Klimaty, 2024. – 302, [1] strona ; 20 cm.

fot. Dom Książki/Editress

Wśród 137 książek zakwalifikowanych do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus w 2025 roku znalazła się słowacka powieść „Kornélie” Beaty Balogovej. Na długiej liście finalistów niestety już się nie pojawia, ale może właśnie dlatego jest to dobry pretekst, żeby pochylić się nad tą prozą i uchronić przed czytelniczym pominięciem. Moim zdaniem, dobra lektura na początek lata. Jest to jednak powieść, którą już gdzieś, kiedyś „słyszałam”. Być może nie będzie porywająco, ale błogo i nostalgicznie, w znanym stylu snucia opowieści. A cóż to za opowieść?

Opowieść, w której prawda miesza się ze zmyśleniami, pomieszanymi wspomnieniami, snami, marzeniami nigdy niespełnionymi. Nostalgiczna historia rodzinna opowiadana przez kobietę i głównie o kobietach. Te najsilniejsze obdarowywane są imieniem Kornélia i niosą szczególny ciężar odpowiedzialności za rodzinę. Częstują kolejne pokolenia rodzinnymi opowieściami, które mogą rozrastać się w dowolnym kierunku, jak jabłonie czy śliwy. Ubarwione, przeinaczone rosły jak chciały. Przeszłość staje się spadkiem, depozytem pamięci. Cóż mieści się w tym testamencie? Sprawy przyziemne i te wzniosłe, które mają pomóc żyć.

Jak zbierać zioła, smażyć powidła, kiedy jest „czas truskawek, pomidorów i porzeczek”. To trzeba wiedzieć. Są jeszcze inne ważne kwestie do opanowania:

Musisz nauczyć się cieszyć bez strachu, że to kiedyś minie – mówi babcia Kornélia Pierwsza, zwana Mamaką, swojej wnuczce Almie, która jest narratorką odsłaniającą przed czytelnikiem tajemnice swojej rodziny. Na radość trudniej się przygotować niż na przeciwności losu, które zdecydowanie dominują w każdym życiorysie. Sporo w tym prawdy. Gdy przychodzi szczęście, od razu pojawia się cień obawy, że to, co dobre, jest tak krótkie i ulotne. Nim się w tym rozsmakujemy, już zblednie i zginie.

„Kornélie”  to powieść pachnąca ziołami, śliwkami, niespełnionymi marzeniami, które zniszczyła wielka historia. Ale nie oszukujmy się. I bez wielkiej historii, wojen, rewolucji, wiele marzeń i tak się nie spełnia. Mamaka chciała studiować, zobaczyć świat. Uda się to dopiero w kolejnym pokoleniu. Tymczasem życie upływa jej we wiosce na węgiersko-słowackim pograniczu. Jabłonowa Panica raz jest częścią Węgier, raz Czechosłowacji,  potem Słowacji. Pogranicze bardzo wpływa na sposób widzenia świata, kulturę i język. A w wojennej zawierusze zyskuje swój szczególny rys. Dobrym przykładem jest wspominany już język:

Słowa były pokaleczone, a uzdrowić mogli je tylko używający ich ludzie. Węgierski krwawił tak samo jak słowacki, rosyjski czy niemiecki. Należało wymyślić nowe słowa, aby zastąpić stare, bo tych większość nie umiała wymówić.(…) Podczas wojny nasze słowa w dziwny sposób łączyły się w pary z obcymi naleciałościami. Powstały przeróżne egzotyczne zlepki, opisujące odległe doświadczenia, równie obce jak same słowa.

Echo wojny i piętno, które zostawia, wyraźnie odbija się w losach bohaterów. Utrata dzieci, mężczyzn kreuje czas silnych kobiet, które musiały odbudować świat, urodzić go na nowo. To również czas rezygnacji z siebie, własnych aspiracji, żeby przywrócić codzienność do normy.

Ten szczególny czas i miejsce kształtuje różne charaktery kobiet, które prezentuje nam Alma. Oto widzimy kobiety, które pragną poznać świat i takie, które kochają swoją wioskę, ogrody, prosty rytm życia, w którym wszystko bezpiecznie się powtarza. Są kobiety, które patrzą w gwiazdy i chcą poznać tam swój los i takie, które wszystko składają Bogu. Porządek pogański i chrześcijanki wyraźnie się mieszają.
Są też kobiety, które kochają życie i takie, które kochają śmierć. Jak Borbála, która ma swój „teatr choroby i umierania“. Śmierć to również ważny problem w tej powieści, który na różne sposoby jest oswajany.

Pomiędzy zasadniczymi potoczkami z losem Beata Balogová snuje przyjemne rozważania o listach, których dziś już nikt nie wysyła:

W tamtych czasach pisanie listów było aktem uroczystym. Czasem pisano je całymi godzinami lub nawet tygodniami. Ludzie długo się do tego przygotowywali. Dodawali zdanie lub dwa za każdym razem, kiedy coś nowego się wydarzyło. Bywało, że zanim list został ukończony, powód jego napisania znikał.

Analizuje opowieści, których nikt dziś nie snuje, pokazuje przemiany języka, nad którym już nikt się nie zastanawia, „zakłada” zeszyty z rysunkami ziół, przepisami, których dziś nikt już nie prowadzi.

Kobiety o imieniu Kornélia, ich córki, mężowie, nieliczni synowie żyją w ogrodzie, żyją blisko natury, roślin, zwierząt – w cyklu narodzin i przemijania. Czasem przemijają zbyt szybko. Szczególnie dotyka to mężczyzn, nie tylko z powodu wojny.  Kobiety w tej rodzinie są spragnione męskiego pierwiastka w swoim życiu, ale nie jest im to dane . A przynajmniej nie na długo. Wielka nieobecność mężczyzn lub tylko chwilowa, krótka obecność, przebija w każdej historii kobiet z Jabłonowej Panicy.

„Kornélie” to powieść bardzo sensualna. Zapach i smak owoców, ziół, naparów unosi się niemal nad każdą stroną. Codzienna powolność na prowincji węgiersko-słowackiej pozwala delektować się tym prostym życiem. Często gorzkim i pełnym rozczarowań, zakrapianym palinką. Jednak lokalny koloryt, ludowość, barwne osobowości zwane „wioskowymi wariatami” dodają dynamiki i tworzą ciekawy literacki obraz przeciętnego bytowania, w rytmie siania, zbierania i opowiadania historii.

Editress

Sztafeta rodzicielska

Petra Soukupová, Nikdo není sam. Host,  2022

Fot. Dom Książki/Editress

Tym razem nietypowo. Recenzja książki jeszcze nieprzetłumaczonej na język polski, ale według zapowiedzi wydawnictwa Afera, już, już jest blisko. Zatem robię małą ucieczkę do przodu i zarekomenduję, aby rozbudzić ciekawość i stworzyć miłą atmosferę oczekiwania na ten tytuł.

Petra Soukupová kolejny raz rozprawia się z relacjami rodzinnymi, biorąc pod lupę przeciętną czeską rodzinę w modelu 2+2. Do pełni rodzinnego obrazka należy dołączyć dziadków, czyli rodziców głównej bohaterki, Veroniki.

Kim jest główna bohaterka? Bibliotekarką z Pragi, żoną, matką syna i córki. A także sama jest córką, która ma spore problemy z rodzicami. Powieść Nikdo není sam (polskie wydanie będzie miało tytuł „Zawsze jest ktoś”) dotyka między innymi relacji dorosłych dzieci z rodzicami. Temat mało literacko poruszany. Kojarzy mi się głównie z książkami Michale Houellebecqa, który ukazuje je w dość skrajnej formie. U Soukupovej nie jest aż tak mocno, ale sielanki również nie ma.

Rodzice mieszkają na wsi, Veronika odwiedza ich wraz z dziećmi i mężem, jadąc kilkanaście kilometrów z Pragi. Każda wizyta kończy się tak samo. Piekłem, awanturą z byle powodu. Dojrzała kobieta nie umie poukładać relacji głównie z matką, która o wszystko zgłasza pretensje. Wytwarza się między nimi psychiczny terror i niewwalający przymus, który kładzie się cieniem na jej codziennym życiu. We własnej rodzinie czy pracy bohaterka traci pewność. Zatem wieczorem musi być wino na odprężenie, powrót do palenia papierosów również wydaje się nieuchronny.

Autorce, dzięki mowie wewnętrznej bohaterów udaje się ukazać niesamowity konflikt uczuć, które rzadko wydobywają się na zewnątrz. Każdy bohater ma okazję pokazać, jak widzi sytuację z wysłanej perspektywy. Ocenić ją przez pryzmat swoich doświadczeń i uczuć.

Kiedy umiera matka Veroniki, nic się nie zmienia, a przynajmniej niewiele, bo odtąd córka słyszy jej głos w każdej konfliktowej, trudnej sytuacji. Nadal żyje pod wpływem matki, która ma swoje konkretne wymagania i dyktuje rozwiązania, a nawet nadal wylewa pretensje. Dołączają do tego nowe problemy z ojcem, który został sam. W konsekwencji życie rodzinne i zawodowe Veroniki zaczyna składać się jak domek z kart.

Szwankują relacje z córką i synem, którzy w szkole również mają swoje małe i duże katastrofy. Sztafeta rodzicielskich problemów nie ma końca.

Powieść wydaje się zaskakująco prawdziwa. Przebywając między bohaterami, czuje się tę szarość codzienności, do której regularnie „wbijają” kolejne, nowe problemy. Autorce udało się uzyskać ten efekt swojskości przy pomocy świetnych dialogów, pozbawionych sztucznych form. Soukupová nie sili się na literackie chwyty. Jest po prostu jak w niejednym domu.

Czy Veronika sobie poradzi i jak wyjdzie z szeregu kłopotów, które się przed nią piętrzą? Jak poukłada relacje z rodzicami i własnymi dziećmi? Jak ogranie się zawodowo? Tego oczywiście nie zdradzę. Zapewniam jednak, że lektura, przy swojej (w jakimś sensie) banalności, potrafi zaskoczyć, pochłonąć i wciągnąć w rozważania bohaterki na całkiem wysoki poziom. Prawdziwe życie jest właśnie tu. W zwykłej rodzinie, w kolejnym poniedziałku, w kolejnej kłodzie rzuconej pod nogi.

Parę lat temu recenzowałam książkę „Sprawy, na które przyszedł czas” Petry Soukupovej nazywanej często „specjalistką od krojenia rodziny”, dla dopełnienia obrazu autorki i jej twórczości również polecam, aby zajrzeć do tego tekstu http://domksiazki.net.pl/2022/06/30/po-calosci/

Editress

Wina i przymus

Ucieczka Anny / Mattia Corrente ; przełożył Tomasz Kwiecień. – Wydanie I. Kraków : Bo.wiem, 2024. – 237, [2] strony ; 21 cm. (Seria z Żurawiem)

Fot. Dom Książki/Editress

Ciężko się żyje z balastem trudnej przeszłości, który każdego dnia ściąga w dół. Krępuje, zatruwa myśli, odbiera wszelką swobodę bycia. Mało tego, kładzie się cieniem na życiu bliskich. Sączy niepokój, poczucie niezrozumienia, w konsekwencji uniemożliwia normalne funkcjonowanie.

Wina niewypowiedziana, nierozgrzeszona i nieodpokutowana zawsze boleśnie będzie się odzywała w sumieniu i paraliżowała relacje. Czasem jedynym rozwiązaniem jest… ucieczka. Rozwiązaniem ze wszech miar słabym.

Tytułowa „Ucieczka Anny” Matti Correntego  dokonuje się w wielu wymiarach, dosłownym, ale i symbolicznym, duchowym. Jest jak pokuta za nie swój grzech. Bo to nie Anna rozpoczyna sztafetę ucieczek. Bo to nie ona nosi w sobie winę, która obciąża ją i bliskich.

Bohaterka doznaje duchowej krzywdy. Kluczem do jej zrozumienia jest relacja Anny z ojcem, którego tak bardzo kochała. Relacja, która uniemożliwiła jej stworzenie szczęśliwej rodziny. Anna jest połamana rodzinną tajemnicą, ucieczką ojca, która jest jak piętno i staje się również początkiem ucieczki bohaterki od życia. Wyrządzona raz krzywda zatacza kręgi, pochłania szczęście kolejnych ludzi. A próba wymyślonej przez ojca, nikomu niepotrzebnej pokuty, przynosi więcej szkody niż pożytku.

Anna także ucieka. Szuka jej mąż. Ucieka po wielu latach małżeństwa. Trudno jednoznacznie powiedzieć, czy nieudanego, choć czytelnik dostaje wiele takich sugestii. Bo przecież Anna nie chciała wychodzić za mąż. Czy jednak wszystko było nieudane w tym związku? Jakie małżeństwo jest stuprocentową sielanką? Komu udało się uniknąć cierpienia, będąc z kimś w głębokiej relacji? Idzie tu jednak o coś innego. O przymus. Zewnętrzny i wewnętrzny. „Ucieczka Anny” jest również opowieścią o przymusie i działaniu wbrew sobie, co zawsze przynosi opłakane skutki. Kolejne zranione uczucia, pustka po porzuceniu i mnóstwo pytań bez odpowiedzi.

Wiele miejsca autor poświęca również macierzyństwu. Czym ono tak naprawdę jest? Corentte zestawia różne typy kobiet, aby odpowiedzieć na to pytanie możliwie jak najpełniej.

Byłoby lepiej, gdyby Anna nie stanęła przed ołtarzem, jak planowała? Czy to zmieniłoby coś w jej życiu? Czy pomogłoby zrozumieć własnego ojca, dojść do prawdy, uratować życie rodziny? Sądzę, że nie. W moim odczuciu związek z Severinem był dla niej szansą na zakopanie przeszłości, odcięciem się od egoistycznego bólu własnego ojca, który wypaczył jej spojrzenie na świat.

Kolejny dobry, dający do myślenia tytuł wydawnictwa Bo.wiem z serii „Z żurawiem”. Intrygująca okładka autorstwa Małgorzaty Flis jest prawdziwą zachętą. Moja dość enigmatyczna (jak mi się zdaje) recenzja, mam nadzieję, że również zachęci czytelników do lektury „Ucieczki Anny”. Udany debiut, który stawia wiele pytań i wymaga własnych odpowiedzi. Mattia Corrente pisze o życiowych wyborach, które zawsze mają swoje konsekwencje, które nigdy nie „funkcjonują” w oderwaniu od innych. Tekst pociąga od pierwszych zdań, zasiewa emocje i skłania do natychmiastowego przyłączenia się i towarzyszenia bohaterowi-narratorowi w poszukiwaniu żony.

Editress

Filmowy demiurg pod ostrzałem

Nikczemny narrator / Juliusz Machulski. Katowice : Wydawnictwo Sonia Draga, 2024.

fot. Dom Książki/Editress

Kolejna powieść Juliusza Machulskiego, promowana przede wszystkim jako kryminał, dla mnie jest zupełnie czymś innym. „Nikczemny narrator” w moim odczuciu jest wielkim rozliczeniem ze środowiskiem filmowym. Bardzo szczerym – miejscami aż do bólu – spojrzeniem na filmową brać, z wszystkimi jej bolączkami. Lekturę szczególnie polecam wielbicielom filmu, którzy chcieliby zobaczyć, jak kinowe produkcje powstają – od podszewki. Interesujący jest również czas, miejsca i wszystkie okoliczności z nimi związane, które Autor z wielkim pietyzmem odtwarza. Warto podkreślić, że w powieści fikcja miesza się z faktami. Świetna zabawa dla czytelniczych szczególarzy – czytać i wyławiać prawdę, snuć domysły, odszyfrowywać zdarzenia, postacie. Przy tym natychmiast pojawia się pytanie: czy główny bohater to alter ego Autora? 😉

Rzut oka na fabułę. Warszawa, lipiec, rok 1993. Po półrocznej nieobecności w kraju, Kamil Hubeny, scenarzysta filmowy i reżyser z wykształcenia przylatuje z Nowego Jorku do Warszawy, w związku z przerwą semestralną w Hunter Collage, gdzie wykłada scenariopisarstwo. Powrót na krótki urlop bohater łączy z nadziejami na nową współpracę z dawnym kolegą reżyserem Erykiem Mokronowskim, któremu jeszcze ze Stanów wysłał swój nowy scenariusz. Przylot do Polski to także okazja, aby wyjaśnić sobie kilka spraw z żoną Krystyną, która z nieznanych przyczyn stale odkładała przylot do Nowego Jorku. Bohater ma przeczucia, że kryje się za tym jakiś przykry powód. Od postawienia stopy na warszawskim lotnisku Kamil Hubeny jest zaskakiwany nowinami, które znacząco przemeblują mu życie, ponadto wkręci się w cykl przedziwnych, kryminalnych zdarzeń, które będą początkiem i końcem czegoś ważnego.

Uważam, że brzmi świetnie i zachęcająco J. Bohater, jako tytułowy nikczemny narrator, wciąga czytelnika w tę retrospektywną opowieść, szczegółowo kreśląc sylwetki ludzi, zdarzenia, wątki. Poruszamy się z Kamilem po ulicach Warszawy i Łodzi. Powieść bardzo dokładnie odmalowuje Polskę z początku lat dziewięćdziesiątych, z całym jej transformacyjnym sztafażem. To wielki atut tej książki. Czytelnicy, którzy „załapali” się na „świadomą” egzystencję w przedziwnych latach dziewięćdziesiątych (do których prywatnie żywię wielką niechęć), mogą przeżyć swoiste déjà vu, a ci, dla których to historia, mogą uzupełnić wiedzę. Naprawdę.

Sam wątek kryminalny jest bez wątpienia nietuzinkowy i również budzi ciekawość, jaką będzie miał puentę, jednak mnie głównie „zdominował” namysł nad światem filmowców, który Autor zna jak mało kto, w końcu był i jest  w nim ważną personą od bardzo dawna. Można mu zatem wierzyć na słowo. Uważam, że ta powieść jest naprawdę odważna.

Reżyser jako demiurg – powołuje do życia i również niszczy? Nie czuje ograniczeń? Co w głowie mają aktorzy? Jak się tworzy scenariusz i jaka jest szansa, aby został zekranizowany? Obracając się w filmowym świecie dzięki Kamilowi Hubenemu, czytelnik ma niebywałą szansę poznać od kuchni, jak się przygotowuje film. Jak długa jest droga od scenariusza do pierwszego ujęcia, jak wygląda plan filmowy z całym „sztabem” ludzi, o których istnieniu widz nie ma pojęcia.

„Nikczemny narrator” jest swego rodzaju wyzwaniem czytelniczym. Powieść jest bardzo okazała, Juliusz Machulski nie żałował opowieści, a główny bohater? Cóż, też jest wyzwaniem, bo może zdecydowanie budzić mieszane uczucia. Czasem zwyczajnie wkurzać.

Ale jest osłoda, bo wszystko podlane jest znakomitym rozpoznawalnym humorem Juliusza Machulskiego, humorem słownym i sytuacyjnym, którym solidnie jest okraszona cała fabuła. Myślę, że to dobry środek znieczulający, szczególnie dla tych, którzy będą mogli odnaleźć się w tej powieści albo „wysłuchać” kilku nieprzyjemnych podsumowań. 🙂 Postaciom fikcyjnym towarzyszy bowiem plejada filmowców z krwi i kości. Juliusz Machulski nie bał się wypunktowania swojego środowiska zawodowego, ujawnienia jego słabości, hipokryzji, a czasem głupoty i/lub naiwności. Megalomanii, która zahacza o śmieszność, (choć zdaje mi się, że megalomania z gruntu jest śmieszna).

Kawałek historii kina, spojrzenie na tarcia pomiędzy krytykami a filmowcami, obraz wydmuszkowych festiwali filmowych i „przydział” głównych nagród według z góry określonego „rozdzielnika” – na to wszystko można się „załapać” w „Nikczemnym narratorze”. Autor nie pożałował krytyki nawet tym „największym” w branży.

Zapewniam jednak, że nie tylko filmowy świat ma tutaj głos. Ciekawa intryga, obyczajowe scenki pełne humoru, wielkie wyczulenie na detale ówczesnej rzeczywistości, pozwolą poczuć się czytelnikowi jak na dobrym seansie w kinie. W końcu pisał reżyser i scenarzysta. Kulturalny demiurg :). Żeby już tak zupełnie zaspokoić ciekawość lub odsłonić przed czytelnikiem wszystko, na deser Autor zostawił nam scenariusz filmowy, który jest sympatycznym uzupełnieniem powieści. Teraz, drodzy państwo, będziecie już wiedzieć na pewno – „jak to się robi”. 🙂

Editress

Książkowy kiermasz adwentowy

Zaczynamy odliczanie do świąt Bożego Narodzenia, czyli Adwent. I w absolutnie adwentowym nastroju z przyjemnością polecam wspaniały stos książek dla naszych milusińskich. Małych i trochę większych. Muszę przyznać, że końcówka roku obfitowała w świetne premiery, które będą doskonałymi prezentami pod choinką. I z tą właśnie myślą prezentuję tytuły, po które warto sięgnąć, kompletując świąteczne podarki. Adwent w tym roku jest stosunkowo krótki, zatem nie ma czasu na zastanawianie się. Przychodzę z pomocą w podjęciu świątecznych decyzji.

Na początek książki „ściśle świąteczne”, które zbudują ciepłą atmosferę i zapewnią miły nastrój. Katarzyna Wasilkowska i jej dwie propozycje „Wielki bieg gwiazdkowy” oraz „Kochany Panie Święty Mikołaju” znakomicie spełnią to zadanie. Są to opowieści, które pokazują, że święta Bożego Narodzenia i cała towarzysząca im otoczka, to niewyczerpany temat. Niebanalne, czarujące historie, które miło będzie przeczytać przy choince i zachwycić także się ilustracjami Magdy Brol „Kochany Panie Święty Mikołaju” i Agnieszki Sozańskiej„Wielki bieg gwiazdkowy”.

To nie wszystko, co proponuje nam Katarzyna Wasilkowska. Nie mogę pominąć rodzącej się serii z rewelacyjnym detektywem Mieszkiem. Już drugi tom pojawił się jesienią i trzymam kciuki, aby kolejne pojawiały się w postępie geometrycznym :). Nietuzinkowe dochodzenia detektywistyczne przyjemnie napinają młode szare komórki – starsze również :), a zatem „Mieszko detektyw. Zagadka skradzionych kluczy” oraz „Mieszko detektyw. Kto buchnął kask?” polecam bez wahania, aby wrzucić do świątecznego koszyka sprawunków prezentowych. A ponieważ w ferworze zakupów warto załapać się na bonusy, jako wisienkę na pierniku rekomenduję „Było sobie królestwo”, które czytelnicy mogą pamiętać jako „Królestwo, jakich wiele”, jednak rozszerzone o nowe opowieści. Takie bonusy, to ja rozumiem i co tu dużo mówić – takich oczekuję! 🙂

fot. Dom Książki/Editress
fot. Dom Książki/Editress

Przyznaję, że wielką radość spławiło mi pojawienie się nowej powieści Pawła Beręsewicza, a porwała mnie już sama okładka. „Dziewięć czerwonych iksów” to prawdziwa opowieść z dreszczykiem, jak „głosi” seria. Czytałam z emocjami i wypiekami (prawie świątecznymi). Cały czas zastanawiając się, jak autor rozwiąże ten detektywistyczny horror. Miałam swój pomysł, ale Autor okazał się bardziej sprawny niż ja, czemu nie należy się dziwić, w końcu Paweł Beręsewicz to gwarancja wysokiej jakość literackiej. I z całą pewnością odnalezienie tej powieści wśród prezentów świątecznych sprawi wiele przyjemności i zagwarantuje prawdziwy dreszcz emocji.

Fot. Dom Książki/Editress

I absolutnie świeżutkie „Ścinkowe opowieści… nie tylko na dobranoc” Barbary Kosmowskiej! Pełne cudownego ciepła opowieści dla młodszych czytelników, a także ich rodziców, którzy mogą po nie sięgać faktycznie – nie tylko na dobranoc. Myślę, że przy tych opowiadaniach trzeba spędzić czas z dzieckiem, szczególnie ten świąteczny, gdy można zwolnić i zatopić się tej w pogodnej i często wzruszającej lekturze. Pluszaki, które są głównymi bohaterami opowiadań, pomogą dzieciom w wielu trudnych sytuacjach. Przeprowadzą przez lęk, samotność, trudne zmiany w życiu. Dadzą miłość, przyjaźń i ukojenie. A piękne ilustracje Elżbiety Grozdew poruszą wyobraźnię.

fot. Dom Książki/Editress

A na koniec książki Barbary Kosmowskiej, o których już wspominałam, a jedną z nich nawet zaprezentowałam szerzej w ostatniej recenzji z października – czyli „Maraton uczuć”. Z wszystkich proponowanych dziś książek, ta „celuje” w zdecydowanie starszych czytelników, natomiast „Kawa u żyrafy” to propozycja dla młodszych. To mądra i pełna humoru opowieść z niejednym przesłaniem, z bardzo wdzięcznym wykorzystaniem bohaterów zwierzęcych. Wspaniale nawiązuje do najlepszych tradycji polskiej książki dla dzieci, gdzie zwierzęta „opowiadają” świat. Klimat Brzechwy, a może nawet coś z bajek Ignacego Krasickiego. Dużo przyjemności czytelniczej, ale także wizualnej. Ilustracje Kasi Cerazy idealne dopełniają fabułę.

Mam nadzieję, że moje wybory będą inspirujące przy planowanych prezentach, nie tylko świątecznych. Rekomenduję z pewnością, że „będą Państwo zadowoleni” i nie ma tu cienia przesady (ani ironii!) 🙂

Editress

Bieg po najważniejsze

Maraton uczuć / Barbara Kosmowska ; Wydanie I. – Łódź : Wydawnictwo Literatura, 2024. – 210 stron : ilustracje, 22 cm. (Plus Minus 16)

Fot. Dom Książki/Editress

W jesiennych nastrojach poszukujecie dobrej lektury? Mam wspaniałą wiadomość! Mogę ogłosić prawdziwy urodzaj książkowy, bo w księgarniach goszczą tytuły cenionej, uznanej, po prostu markowej pisarki, dbającej o księgozbiory dzieci i młodzieży – Barbary Kosmowskiej. Oczywiście biorę wszystko! „Maraton uczuć” – biegnę, „Kawa u żyrafy” – z przyjemnością wypiję! Rekomenduję, zalecam i polecam te wspaniałe, świeżutkie lektury. Proszę sobie i dzieciom nie żałować jak witaminy „c” na jesienną słotę! Dla młodzieży i dla tych młodszych czytelników to będzie prawdziwa literacka uczta.

Dziś szczególnie chcę poucztować przy jednej z nich, czyli „Maratonie uczuć”, w którym nie dostaniecie zadyszki i z pewnością dobiegniecie szczęśliwie do czytelniczej mety. Szczęśliwie, bo będzie to trasa ze znakomitym tekstem. Potem zostanie czas na przemyślenie tego dystansu, który się razem z Autorką i jej bohaterami przebiegło. A trasa jest urządzona pierwszorzędnie. Są łagodne podbiegi, ale też prawdziwe wyboje. Głównym biegaczem jest Tomek, który nie biegnie sam. Ma pewne „utrudnienia” i nie jest to kamień w bucie. To coś znacznie większego i poważniejszego, bo zdarza się, że uwiera nie w stopę, ale w sercu, głowie, w emocjach. To Kacper. Starszy-młodszy brat, który niczego nie ułatwia i niszczy marzenia! Ale czy aby na pewno? Pod koniec dystansu już takiej pewności nie ma. Okazuje się bowiem, że trudności kształtują mocny charakter i rozbudzają uczucia, o które często nawet byśmy się nie podejrzewali. Tak często bywa, gdy choroba, trudna, kładąca się cieniem na całej rodzinie uczy sztuki rezygnacji, ale czasem też obdarowuje. Tomek wiele ostatecznie zyskuje, choć chciałby biec szybko i być pierwszym na mecie. Jednak wiele życiowych spraw spowalnia go, a nawet zmusza do gwałtownego hamowania, które potrafi całe nastoletnie życie wywrócić do góry nogami. Nie macie pojęcia, co może spowodować damska parasolka, za mały kożuszek w efektownym kolorze i reszta za zakupy w warzywniaku!

Tomek w zasadzie codziennie mógłby recytować litanię:
Gdy musisz pożegnać swoje plany, bo ktoś ma we wszystkim pierwszeństwo…
Gdy musisz palić się ze wstydu, bo ktoś opowiada…. jak puszczasz bąki… (tak, proszę państwa, prawdziwa jazda, tu nie ma miękkiej gry!)
Gdy musisz uciekać z kina, bo ktoś prowokuje małą awanturę…
Gdy musisz tłumaczyć się z dziwnego zachowania, bo ktoś rozumie wszystko zbyt dosłownie…
Gdy nie możesz wyjść z domu, bo ktoś woli siedzieć w domu…
Gdy musisz to wszystko znosić, bo biegniesz w prawdziwym maratonie uczuć, gdzie miłość miesza się z nienawiścią, a ty masz naście lat, dopiero dojrzewasz i potrzebujesz czasu, aby to wszystko zrozumieć, pokonać i zaakceptować.

W czym lub w kim szukać wówczas oparcia? W rodzicach, którzy mają jakieś swoje tajemnice? W tej nowej dziewczynie ze szkoły, która fajnie wygląda i jeszcze lepiej biega, stąd ma ksywę Kenia? W najlepszym kumplu Leo, który również dźwiga na plecach mnóstwo trosk i zderza się z niemocą dorosłych? Tak, rodzice też mogą niedomagać, mieć słabsze dni, a nawet całe pasmo podłych tygodni. Tak też się zdarza w rodzinie Tomka, tak też bywa u rodziców Leo, czy Kenii.

Dom Książki/Editress

Barbara Kosmowska zbudowała prawdziwe rodziny, jakie istnieją wokół nas, a może to nawet nasze własne domy wypełnione życiem, które stale się o coś upomina. Młodzi bohaterowie naprawdę zderzają się z poważnymi trudnościami – chorobą, samotnością, brakiem akceptacji, społecznym ostracyzmem, brakiem zrozumienia. Zderzają się z trudnymi ludźmi, czasem po dramatycznych przejściach. Jednak Autorka zawsze daje im pomocną dłoń. No i pierwszorządny balsam na wszystko – humor, który rozsadza każdą ciemną chmurę i anihiluje jej resztki. Autorka doskonale zbalansowała każdy trudny wiraż uśmiechem, który niepodziewanie się pojawia jak prosta droga do mety.
 
Tak, jest ciężko, momentami nawet bardzo. Jednak z humorem i dystansem warto pobiec z Tomkiem, Kacprem, Leo i Kenią w tym wyjątkowym maratonie uczuć, gdzie nic nie jest takie oczywiste, a na trasie czyha mnóstwo wybojów i ostrych zakrętów. Ale nie brakuje też pięknych widoków – na przyszłość! Czy dobiegną razem szczęśliwe i z sukcesem? A to już sprawdźcie sami.

Editress

Cienie dojrzewania

Morten, Emilia i zaginione światy / Reeli Reinaus ; ilustrowała Marja-Liisa Plats ; z języka estońskiego przełożyła Anna Michalczuk-Podlecki. – Wydanie I. Piaseczno : Widnokrąg, 2024. – 187, [4] strony : ilustracje ; 21 cm.

fot. Dom Książki/Editress

„Morten, Emilia i zaginione światy” to kolejna estońska książka dla dzieci i młodzieży, która podbiła moje serce. Autorkę Reeli Reinaus miałam przyjemność odkryć dzięki lekturze powieści „Żona dla taty” i było to bardzo satysfakcjonujące odkrycie. Estońska pisarka z wielkim wyczuciem potrafi dotknąć dziecięcych spraw, nie ucieka od trudnych i niewygodnych problemów. Umiejętnie rozgrywa je fabularnie i zawsze zostawia nadzieję.

W najnowszej powieści Reeli Reinaus, która ukazała się w tym roku na polskim rynku wydawniczym, bohaterem jest nastolatek, który zbyt wiele dźwiga na bądź co bądź dziecięcych plecach.

Życie w beznadziei, ciągłym strachu, z dnia na dzień. Tak można najkrócej podsumować los Mortena. Ten ciężar spada na czytelnika z każdej strony. Lęk w domu, lęk w szkole, żeby się nie wydało, żeby nikt nie zauważył, nie komentował, nie pytał. Rozpaczliwe ukrywanie tego, co dzieje się w czterech ścianach pseudodomu. Ciągłe pilnowanie się, kontrolowanie, żeby nic nie zdradzić. Potworna samotność. Bieda, przemoc. Życie w ciągłym pragnieniu, aby coś się zmieniło:

Pragnął z całych sił, by coś się wydarzyło. Obojętnie co. Żeby coś zmieniło jego życie, nadało mu nowy bieg. By zdarzyło się coś takiego, co wyciągnęłoby go z tego bagna, w którym pogrążył się już niemal po szyję.

Trzeba przyznać, że lektura łapie za serce. Wiele jest takich emocjonalnych obrazów, które budzą niezgodę, żal, nawet gniew, w związku z tym, co spotyka chłopca. Bo Morten tkwi w bagnie z nie swojej winy. Całą odpowiedzialność ponoszą dorośli. Tym bardziej przejmujące jest to, że nastolatek dzielnie niesie swój los i czasem tylko rozpaczliwie pyta, dlaczego spotyka go tak jawna niesprawiedliwość. Po czym stara się ze wszystkich sił pudrować potworną rzeczywistość. Udaje mu się to między innymi dzięki bardzo dobrym wynikom w nauce, dzięki aparatowi fotograficznemu, którym robi profesjonalne zdjęcia. Jednak nie wszystko da się ukryć. Siniaki długo lubią wątpliwie „ozdabiać” skórę.

I pośrodku tego wszystkiego pojawia się Emilia. Tajemnicza dziewczyna spotkana na mokradłach. Morten znajduje wreszcie kogoś, z kim może popatrzeć w gwiazdy i zapomnieć o lęku. Historia Emilii robi na chłopcu wielkie wrażenie. Dzięki niej Morten zaczyna wierzyć, że jeszcze wszystko jest możliwe, jeszcze jest w stanie wyjść na prostą, uciec od tego upiornego życia, bo Emilia już nic nie może zrobić.

Wielką wartością tej powieści jest także wprowadzenie wątków estońskiej historii, folkloru, tradycji, a także obrazów przyrody. Wysepka na bagnach i niezwykłe spotkanie z Emilią jest okazją, aby przenieść czytelnika w inny, nieznany świat. Przyroda jest w ogóle ważnym bohaterem w tej powieści, przynosi Mortenowi spokój i zachwyt nad światem, który mimo wszystko jest piękny. Przełamuje beznadziejność, która otacza nastolatka. Jednooki kot Nurru jest także częścią tej wyjątkowej rzeczywistości, która ratuje Mortena przed utratą wiary w lepszą przyszłość.

Morten, Emilia i zaginione światy” to bardzo dobra propozycja czytelnicza dla chłopców. Męski bohater jest na pewno atutem, ale sam sposób opowiadania, swego rodzaju surowość, brak taniego sentymentalizmu, siła Mortena i jego moralna przewaga nad dorosłymi, może być bardzo pociągająca. W obliczu kiepskiego czytelnictwa chłopców jest to naprawdę dobra powieść na zachętę.

Mimo wielu trudności i cierpienia, które rzucają drugie cienie na codzienność Mortena, Reeli Reinaus nie zostawia bohatera w beznadziei. Ostatecznie wiele da się zrobić i dla Mortena, i dla Emilii. Lekturę polecam również dorosłym czytelnikom, jest w niej bowiem wiele wątków, które warto przemyśleć z dorosłego punktu widzenia.

Książka w tłumaczeniu niezawodnej Anny Michalczuk-Podlecki porywa, wzrusza i ostatecznie podnosi na duchu.

Editress