Archiwum kategorii: esej

Dobro i prawda przez cały rok

Breviarium kanonu kultury : dobro w sztuce życia Europy łacińskiej : honeste vivere / wybrał & opracował Paweł Milcarek. Dębogóra : Wydawnictwo Dębogóra, 2024. – 1397, [2] strony ; 24 cm.

Breviarium kanonu kultury : prawda w tradycji intelektualnej Europy łacińskiej : sapientia / wybrał & opracował Paweł Milcarek. Dębogóra : Wydawnictwo Dębogóra, 2024. – 1379, [1] strona ; 24 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

W zeszłym roku, mniej więcej o tej samej porze, moją świąteczną polecajką było Breviarium Kanonu Kultury, tom pierwszy – Decorum. Literatura klasyczna  Europy łacińskiej na każdy dzień. Muszę przyznać, że bardzo umiliła mi głównie wieczory w tym mijającym (już prawie) roku. Nie chcą tracić przyjemności codziennego czytania rzeczy wartościowych, z radością będę sięgała do kolejnych tomów, czyli Breviarium Kanonu Kultury. Honeste vivere (tom drugi) i Breviarium Kanonu Kultury. Sapientia (tom trzeci). Tym razem będzie to podróż po moralności i tradycji intelektualnej Europy. Już się cieszę na tę lekturę, tym bardziej, że szczególnie dziś powrót do korzeni europejskich w tych zakresach, wydaje się nader potrzebny.

„Honeste vivere” – „Żyć godnie, szlachetnie, uczciwie” – czyż nie brzmi to, jak prawdziwe zaproszenie do wspaniałego życia, które czynią nam wielcy filozofowie, teolodzy i moraliści? Każdego dnia sącząc nam dobre wskazówki, rady, napomnienia? Fundamenty molarności, sprawiedliwości i szczęścia stoją przed nami w prozatorskiej refleksji największych umysłów Europy, o których nie wolno nam zapomnieć. Platon, Arystoteles, święty Augustyn w czasie duchowego zamętu mogą okazać się bezcenni. Autorzy tego tomu zadbali o komfort czytelnika i zaopatrzyli każdy fragment wstępem i wskazówkami interpretacyjnymi. Można śmiało wkroczyć w myśl starożytnych i średniowiecznych myślicieli Europy i dokonać głębszych refleksji nad tym, co w nas i wokół nas. Dla pełnej harmonii życia.

W trzecim tomie znajdziemy to, co nazywamy tradycją intelektualną Europy, by sięgnąć po prawdę o Bogu, człowieku i świecie. Prawdy, która jest nam niezbędna, by mieć dobry kompas w sobie. Tu również znajdziemy teksty największych umysłów, czyli Platona, Arystotelesa, Cycerona, Galena, Augustyna, Boecjusza, czy Tomasza z Akwinu.

Myślę, że lekturę zacznę jeszcze w tym roku, czas świąteczny doskonale wpływa na nowe otwarcia. A przyznaję, że doczekać się nie mogę, łakomie patrząc na te piękne także edytorsko tomy. Jak dobrze każdego dnia obcować z pięknem w czasach kultu brzydoty.

Z życzeniami radosnego świętowania Narodzenia Pańskiego i wszelkiego dobra w nowym roku, niezmienne polecam dobre książki, czasem także piękne.

Editress

Nikt się nie spodziewał hiszpańskiej… wioski!

Dobrý den : chmiel, tożsamość i luz : polskie mity o Czechach / Jakub Medek. Kraków : Mando, 2025. – 352 strony ; 21 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Książka, która przynosi sporo zaskoczeń i wybija z wielu stereotypów polsko-czeskich. Narosło ich całkiem sporo przez lata i autor (także polsko-czeski :)), świetnie się z nimi rozprawia, a w zasadzie rozkłada na czynniki pierwsze. Jakub Medek, autor podcastu Czechostacja, dzięki swojej „dwunarodowości”, jest szczególnym obserwatorem, czy też interpretatorem tego wszystkiego, co pod warstwą stereotypów się kryje.

Podział książki na charakterystyczne bloki tematyczne, które poniekąd definiują wzajemne, polsko-czeskie spojrzenie na nasze narody, uważam za bardzo udany. Ateiści, Mali Niemcy, Śmieszny język, Kolaboranci, Piwo… przykłady tytułów rozdziałów, które mówią wszystko. Ale ich zawartość może bardzo zaskoczyć. Myślę, że niewielu czytelników będzie się spodziewało „hiszpańskiej wioski”, ale „czeskiego filmu” na pewno :). I też o nim będzie solidna opowieść (Czeski film, czyli sranda). Kładę nacisk na formę opowieści, ponieważ autor daleki jest od naukowego stylu, pisze ze swadą, bez zadęcia rozprawy socjologicznej, choć tekst jest bardzo bogaty w rozważania historyczne i kulturowe. Czytelnik, który kompletnie nie zna historii Czech, sporo zyska, bez poczucia, że siedzi na nudnym wykładzie. Książkę po prostu się pochłania.

Co jest źródłem czeskiej tożsamości? Jakie znaczenie ma tu język, historia, religia? Co spowodowało, że Czesi są indywidualistami, który chcą żyć, wierzyć, myśleć po swojemu? Sporo odpowiedzi padnie, ale też często pojawi się pewnego rodzaju niejednoznaczność, czy też „to nie takie proste”. W zasadzie to zupełnie naturalne, że naród buduje, „stwarza” wiele czynników i ich wypadkowa daje czasem skomplikowany obraz. To też bywa, że pojawiają się komplikacje.

Język czeski jest śmieszny? Cóż, Czechów śmieszy polski. Przyznaję Autorowi rację, że nauka czeskiego powoduje, że język ten zupełnie wytraca śmieszność, często wprost proporcjonalne do poziomu jego znajomości. Nawet samo podjęcie nauki robi już poważne cięcie w tej „śmieszności”. Mnie już w zasadzie zupełnie nie śmieszy, choć dopiero wspinam się na kolejne poziomy J. Rozdział o języku z pewnością będzie wielkim zaskoczeniem dla czytelnika, jeśli nigdy wcześniej nie wchodził w tę tematykę. Czeskie odrodzenie i rekonstrukcja języka, to prawdziwy ewenement godny podziwu. Język stał się elementem zachowania, przechowywania tożsamości narodowej, kulturowej. Osobiście jestem pod wrażeniem, jak dobrze Czesi mają opracowany korpus językowy, który jest dostępny w sieci. Bezcenne przy nauce. Możemy zazdrościć.

Kolaboranci poddający się przed pierwszym wystrzałem? Niekoniecznie. I nie chodzi tu tylko o słynną akcję Anthropoid. Autor sporo miejsca stereotypowi kolaboracji, bierności i tchórzostwa poświęca. Czy to tylko pragmatyzm, czy coś jeszcze? Przyznaję, że dowcip, którym Medek kwituje rozdział Kolaboranci doskonale pokazuje ten dystans, którzy Czesi zachowują odnośnie do swojej historii. A czym jest ten dystans? Tym mitycznym luzem, który widzą Polacy? I tu wkraczamy w rozdział Pohoda, który dla mnie był najbardziej interesujący. Czym jest „pohoda”. Trudno to zinterpretować, wysłużę się Autorem:

Czasem, tłumacząc w Polsce pohodę, używam określenia „wywalone”. Chociaż ono też nie jest dobre – pohoda jest stanem pozytywnym, tu nie ma rezygnacji, poddania się, przegranej walki, odpuszczenia, które może się z tym „wywaleniem” kojarzyć. (…) Ale pohoda to przede wszystkim styl życia. Czeski dystans do wzniosłości, patosu i wielkich słów na wiele wspólnego z tą postawą. Pohoda nie znosi tragizmu.

Mogłoby się wydawać, że pohoda to absolutnie rewelacyjna postawa życiowa. Jednak Autor pokazuje dalej, że ma ona też złe oblicze, w którym chce się mieć święty spokój, w którym dominuje obojętność.

Rozdział, który najbardziej mnie zaskoczył, to Oligarchowie. Czesi mają swoich oligarchów, którzy doskonale radzą sobie na światowej arenie wielkiego biznesu. Spore wpływy mają także w Polsce. Dobrym przykładem jest InPost. Przyznaję, że nie miałam pojęcia, że w Czeskiej Republice istnieje oligarchiczność, ale chyba nie powinnam mieć z tego tytułu specjalnych wyrzutów, bo jak pokazuje Medek, sami Czesi nie są specjalnie tego świadomi. Czescy oligarchowie nie wiodą celebryckiego życia i drażnią opinii publicznej :).  

„Piwo, to moje paliwo”, mawiał mój znajomy czechofil. O piwie oczywiście być musi. Hopsoda, piwo i rytuały z nimi związane to chyba najbardziej nieprzesadzony stereotyp. Potęga hospody jest niezaprzeczalna, a piwo to dobro narodowe. Jakub Medek barwie barwnie charakteryzuje tę piwną religię.

A na koniec? Czeski film? Oczywiście! Wielu Polaków oglądało czeskie seriale, czeskie komedie i żywią do nich prawdziwy sentyment. Rozdział Czeski film, czyli sranda jest czymś na kształt filmoznawczego wykładu. Film z pewnością utrwala różnego rodzaju stereotypy, dlatego zmartwiłam się, gdy w końcowym rozdziale, pokazującym obecne relacje polsko-czeskie, Autor zwrócił uwagę, że wśród Czechów cieszył się popularnością polski serial 1670 … 😉

Tymczasem podobno w Czechach przybywa polonofilów, polska kiełbasa zyskuje na uznaniu, a w Polsce można w sezonie wakacyjnym spotkać wielu czeskich turystów (podczas wakacji na Helu czułam się prawie jak w Czechach :)). Być może dzięki temu pogrzebiemy złe stereotypy i stworzymy  dobre, zacieśniające relacje z bratem Czechem :). Polecam zatem na początek książkę Dobrý den : chmiel, tożsamość i luz : polskie mity o Czechach.

Editress

Biblioteczka fana przekładu

Trzydziestego września obchodzimy Międzynarodowy Dzień Tłumacza. Lubię wznieść toast za tłumaczy, bo wyjątkowo cenię sobie ich pracę. Chętnie czytam książki o tłumaczach,  przekładach, czy o samej teorii przekładu. Wśród wielu tego rodzaju lektur trafiłam na dość ciekawą opinię, którą mogłabym sprowadzić do wniosku, że nie ma prostych tekstów do przekładu. Gdy się tłumaczowi wydaje, że tekst jest prosty, znaczy to, że zwyczajnie nie zorientował się, gdzie ukryty jest podstęp, haczyk. A tych doprawdy może być wiele.

fot. Dom Książki/Editress

Buduję sobie od lat biblioteczkę fana przekładu i z wielkim zainteresowaniem przyglądam się „sposobom” na udaną translację. To chyba specyficzna pasja :). Z okazji święta tłumaczy, chciałabym wrzucić dziś kilka swoich przemyśleń, którymi podzieliłam się  też z zaprzyjaźnionymi  tłumaczami w kilku rozmowach.  Oto one 🙂

Siła kultowych przekładów

Przekład potrafi głęboko funkcjonować w kulturze. Utrwalić się w świadomości czytelników. Przykładem może być „wyklęte” tłumaczenie „Przygód dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej” Pawła Hullki-Laskowskiego, które w obronę bierze Aleksander Kaczorowski we wstępie do książki „Nim Szwejk poszedł na wojnę”. Podobnie „Proces” Franza Kafki i słynne pierwsze zdanie „Ktoś musiał zrobić doniesienie na Józefa K., bo mimo że nic złego nie popełnił, został pewnego ranka po prostu aresztowany.”, w tłumaczeniu Brunona Schulza lub jak się mówi coraz częściej jego narzeczonej Józefiny Szelińskiej. Tymczasem w 2008 roku Jakub Ekier przychodzi z nowym tłumaczeniem tego klasycznego już dzieła, które się zaczyna inaczej: „Ktoś musiał fałszywie oskarżyć Józefa K., bo przecież on nic złego nie zrobił, a został pewnego ranka pozbawiony wolności”. „Fałszywie oskarżyć”, a nie „zrobić doniesienie”. W „doniesieniu” może być przecież jakaś prawda, w „fałszywym oskarżeniu” nie ma już żadnych wątpliwości, że bohater jest niewinny. To robi jednak sporą różnicę w odbiorze tego utworu. Widać zatem jak na dłoni, jak ważny jest dobry przekład dla zrozumienia pełnego sensu tekstu. Często jednak siła kultowego przekładu utrzymuje go w dominującej mocy.

fot. Dom Książki/Editress

Tłumacz i odpowiedzialność…

W recenzowanej na blogu książce Krzysztofa Umińskiego „Trzy tłumaczki” autor przywołuje spór, jaki rozgorzał pomiędzy Jerzym Jarniewiczem a Rafałem Lisowskim w kwestii odpowiedzialności tłumacza za to jak tłumaczy i co tłumaczy. Jerzy Jarniewicz w tekście „Syzyf zwycięzca” w Dwudtygodniku.com, stwierdza, że tłumacz taką odpowiedzialność ma. Rafał Lisowski stwierdził natomiast, że niewielu tłumaczy ma realny wpływ na to, co się przekłada, a “żyć z czegoś trzeba”. Sam Umiński podsumowuje to tak: „Przyznaję, bliższy jest mi maksymalizm Jarniewicza. Uważam, że tłumaczyć warto wtedy, kiedy się książkę uważa za cenną, inaczej człowiek świadomie uczestniczy w zaśmiecaniu świata. A przecież sam więcej niż raz sprzeniewierzyłem się tej zasadzie (m.in. próbując zarobić na pisanie tej książki) i wiem, że czasem trudno uniknąć tłumaczenia książek głupich i złych. Zwłaszcza gdy ktoś żyje wyłącznie z przekładu. Lub jest debiutantem. Lub samotnie wychowuje dziecko”.

Fot. Dom Książki/Editress

Motywacje

Czemu ludzie uprawiają ten trudny i średnio opłacany zawód? W świetnym komiksie o tłumaczach i tłumaczeniu „W głowie tłumaczy” (scenariusz Tomasz Pindel) również omawianym na blogu znalazłam taki zestaw motywacji: altruistyczne, literackie, pragmatyczne, intelektualne. Życzę wszystkim tłumaczom, aby wszystkie motywacje zostały spełnione i nagrodzone finansowo 🙂

Editress

Półmetek

Miłe są powroty, szczególnie te letnią porą. Choć trudno w tym roku odnaleźć atrybuty lata, nawet będąc w drodze. Nostalgicznie mi się zrobiło na tym półmetku wakacji, a kolejne odwiedziny w Wiśle, po dość długiej nieobecności, podbiły tę nostalgię jeszcze bardziej. Mural z Jerzym Pilchem, z cytatem z jego „Innych rozkoszy” przyprowadziły mnie bowiem do półki z książkami nieżyjącego pisarza. Uruchomiły się różne wspomnienia i wrażenia lekturowe. Pilch przez lata dostarczał ich wiele. Ostatnie tytuły przyniosły już pewne rozczarowania, ale generalnie twórczość autora z Wisły to dobra uczta literacka. Stąd ta nostalgia, ponieważ dotyka mnie ostatnio pasmo lekturowych zawodów, porażek i rozczarowań, czasem nader spektakularnych. Szumne tytuły często okazują się wydmuszką. Piętrowe eksperymenty z językiem, narracją, czy też wypychanie fabuł tematami z trendów, nie pomaga. Czytelniczy fin de siècle w trzeciej dekadzie XXI wieku? Biorę do ręki książki Jerzego Pilcha i już wiem, że po kolejnej stracie czasu z supernowością wydawniczą, powróci autor z Wisły na pociechę.

Fot. Dom Książki/Editress (było pochmurno)

Jak sam mówił:

Wydaje mi się, że nadmiar prowokacji świadczy o niedoborze talentu.

Tadeusz Nyczek, „Po co jest sztuka? Rozmowy z pisarzami”. Kraków 2012.
Z rozmowy z Jerzym Pilchem.

Mówił tu o sztuce, literatura też nią jest. Prowokacji dziś sporo, talentu mało. Pochód nagich królów spory. Wielu im klaszcze, choć nie ma do czego….

Widać moje zniechęcenie, które jednak w czytaniu mnie nie zatrzymuje. Mam nadzieję, że już niebawem wezmę na warsztat książkę, która mnie oczaruje (muszę wyznać, że jako redaktor dwie takie książki przeczytałam, ale jeszcze trzeba na nie poczekać). Mając w pamięci też inne słowa autora „Pod mocnym aniołem”, trwam przy czytaniu dzielnie, żeby nie stracić czegoś ważnego 😉

Można kochać się w kobiecie, która nie lubi książek?
Można, ale po co?
Kto przy zdrowych zmysłach zakochuje się w kobiecie, która nie lubi książek?

Jerzy Pilch, Zuza albo czas oddalenia

„Szli środkiem listopadowej nocy”… tymczasem dopiero sierpień nadchodzi, a już „jakby” jesień. Może jeszcze to „jakby” lato coś dobrego przyniesie 🙂 I przejdziemy się środkiem świata 🙂 środkiem prawdziwej, dobrej literatury.

Editress

Z pięknem w dłoniach przez cały rok!

Breviarium kanonu kultury : literatura Europy łacińskiej : decorum / wybrał & opracował Paweł Milcarek. Warszawa : Ośrodek Rozwoju Edukacji, copyright 2022. – 1199, [1] strona ; 24 cm.

fot. Dom Książki/Editress

Wspaniała księga, wysmakowana edytorsko wpada w moje ręce w świątecznym czasie, dając mi zapowiedź tego, że w przyszłym roku codziennie będę obcowała z klasyczną literaturą piękną od Greków, przez Rzymian do autorów chrześcijańskich. Breviarium kanonu kultury opracowane przez Pawła Milcarka to odświeżający powrót do korzeni literackich Europy. Piękna podróż w klasyczne już teksty Homera, Wergiliusza, czy Seneki.

fot. Dom Książki/Editress

Nie brakuje też tekstów polskich, które nawiązują do klasyki. Czytelnik może w ten sposób ocenić, jak rozumie klasykę w polskim nawiązaniu. W tekstach od średniowiecza do Młodej Polski. Wybór zapowiada się niezwykle obiecująco.

fot. Dom Książki/Editress

Nawiązanie do klasycznego brewiarza zapewnia codzienną dawkę znakomitej literatury do kontemplacji. Uważam, że to niezwykle pomocne i wręcz zbawienne dla ducha w czasach, w których niepokój trawi nasze umysły i serca. Tym bardziej cieszy mnie, że Breviarium kanonu kultury trafiło w święta pod moją strzechę i zostanie przez cały rok.

Rekomenduję każdemu na nadchodzący rok! Oby był udany pod każdym względem. Także literackim!!

Editress

Kolejka! Pan tu nie stał!

Wyjątkowo nie rozpocznę tego roku od recenzji. Mam wrażenie, że jestem mocno przejedzona książkowo i czuję lekki bezwład. Rozejrzałam się wokół i zobaczyłam piętrzące się tomy, które nabyłam jeszcze w minionym roku, a które nadal stoją w kolejce „do przeczytania”. Tymczasem co chwilę wpycha się jakiś nowy nabytek, no bo jak nie kupić, jak nęci. Nie chcę nawet wspominać o e-bookach, które tworzą elektroniczną kolejkę na czytniku. I tam również co chwilę wpada nowy epub, który się rozpycha i czeka. Kolejka rośnie, bo regularnie wciska się „pan, co tu nie stał”.

Tak, klęska urodzaju, a przecież jeszcze tyle nowości w tym roku się pojawi. No właśnie. Nadmiar, łapczywość, a może i obsesja. A przecież nie ma co się oszukiwać, wśród zeszłorocznych lektur, jak i wśród tych, które objawią się w tym roku, było i będzie wiele słabych tytułów, a co za tym idzie, zrodzi się poczucie straconego czasu. W tym nadmiarze natomiast, może umknąć coś istotnie wartościowego.

Przeglądając książkowe portale, rzuciło mi się w oko pytanie, jaka jest najlepsza książka, jaką przeczytałam w styczniu? Szukam w głowie, mam – „Rumowiska” Wita Szostaka – zaległość zeszłoroczna, która dość długo się przeleżała. Takich książek z odleżynami mam już całkiem sporo. Czas się zatem zastanowić i zmienić coś w strategii nabywania nowych tytułów. I to jest mój plan na ten rok. Sensowny umiar (oby się udało!). Żadnej marketingowej presji. Zdroworozsądkowe podejście do tematu – czy dam radę to przeczytać i co z kolejką, która czeka?

A co między innymi jest w tym ogonku? Leo Lipski „Proza wybrana”, Vladímir Binar „Pianka od Chińczyka”, „Środkowoeuropejczyk – gatunek na wymarciu?” Magdaleny Brodackiej-Dwojak, „Pusta mapa” Aleny Morštajnovej, z serii Małe monografie – biografia Wojciecha Kilara (swoją drogą seria PWM-u, która zawiera popularnonaukowe biografie kompozytorów polskich i zagranicznych zasługuje, aby się jej bliżej przyjrzeć).

Dobrze, na początek wystarczy taka wyliczanka. Jest tego znacznie więcej. Za wyliczanie e-booków nawet się nie zabieram. Niestety prawdą jest, że w kalendarzu na ten rok już wynotowałam kilka tytułów, które planuję kupić. Trzeba będzie jednak dokonać pewnej weryfikacji i urealnienia 🙂 .

Oprócz wspomnianej powieści „Rumowiska” Wita Szostaka (naprawdę bardzo dobra), kolejkę udało się opuścić „Dziurom w ziemi. Patodeweloperka w Polsce” Łukasza Drozdy (porażający obraz polskiego budownictwa mieszkaniowego),opowiadaniom „W cieniu Brooklynu i inne opowiadania” Stanisława Dygata (znakomite!) i powieści „Którędy szedł anioł” jak zawsze przejmującego Jana Balabána.

Ale udało mi się również dokonać pewnego skoku do przodu i mam już wśród lektur przeczytanych powieść Petry Soukupovej – bardzo lubianej w Czechach, ale w Polsce także, która jest zapowiedzią wydawnictwa Afera na ten rok. A ja już mogę wam z czystym sumieniem polecić „Nikdo není sám”. Książka, która boleśnie dotyka problemów współczesnej rodziny. Momentami miałam wrażenie, że czytam Houellbecqa w znacznie lżejszej wersji, ale jednak…

Fot. Dom Książki/Editress

Skoro się już zdobyłam na wyznania i zwierzenia, przyznam, że ciągnie mnie ku rzeczom starym i sprawdzonym. I dlatego, już od lutego, zaczynam ponowną lekturę „Nowego wspaniałego świata” Aldousa Huxleya. Wydaje się na czasie :). Do nadprodukcji książkowej podejdę z rozwagą i umiarem. Czego i Państwu życzę. Tymczasem wszystkie wymienione w tym tekście tytuły, „oznaczone” jako „przeczytane”, rekomenduję!


                                                                                                                                              Editress

„Zawiadowca Ci odpowie, gdy wypije piwko…”

Stacja Europa Centralna / Jaroslav Rudiš, ; z języka niemieckiego przełożyła Małgorzata Gralińska. Wrocław : Książkowe Klimaty, 2023. – 285, [3] strony : fotografie ; 20 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Tekst zacytowanej w tytule piosenki zespołu „Trzy korony” obijał się w mojej głowie podczas lektury podróżniczego eseju Jaroslava Rudiša „Stacja Europa Centralna”. Książka, która była jednocześnie moją podróżą kolejami, bo przypomniała mi wiele ciekawych tras, ludzi, których w pociągach spotkałam. Przypomniałam sobie także o guzikach z kolejowego munduru, które leżą gdzieś na dnie starej puszki z guzikami, które bardzo lubiłam oglądać,  gdy byłam dzieckiem. Podobnie jak autor, miałam w swojej rodzinie kolejarzy. Jaroslav Rudiš chciał kontynuować kolejarskie tradycje rodzinne, ja nie, ale pociąg do dziś jest moim ulubionym środkiem transportu.

Ze względu na wadę wzroku autor kolejarzem jednak nie został, ale miłość do kolei została, czemu dał wyraz w tej podróżniczej opowieści. „Stacja Europa Centralna” to przyjemna lekcja historii, geografii,  a nawet filozofii :). Naprawdę mnóstwo iście filozoficznych pytań i przemyśleń można znaleźć w tym tekście:

W Ostendzie pociąg kończy bieg. Pośród nas jest także ekspert od dworców. Uwielbia samotność na końcach linii, gdzie podróż dobiega kresu. Mawia, że to miejsca metafizyczne, w których człowiek uświadamia sobie znikomość swojej egzystencji. Na stacji końcowej wyraźnie widać, że życie nie trwa wiecznie. Na końcu toru stoi kozioł oporowy. Dalej nie można już jechać.

Ale my jedźmy dalej, bo podróż z Rudišem obfituje w zaskoczenia, zachwyty i ciekawych ludzi. Podróżnych i ludzi kolei – maszynistów, manewrowych, dyżurnych ruchu, rewidentów taboru, konduktorów – którzy z pasją wykonują swój zawód. Potrafią nawet wskazać, w którym punkcie tunelu kolejowego bije serce Karpat, a może nawet gdzie znajduje się środek Europy? Bo są i tacy maniacy, którzy owych środków poszukują. Jak pewni Anglicy, którzy podczas wspólnej podróży pociągiem dopytywali Rudiša o środek Europy Wschodniej, wytrwale go poszukując.   

Myślę, że autor może odpowiedzieć na wiele kolejowych i około kolejowych pytań. Jego wiedza doprawdy imponuje. Typy lokomotyw, wagony, parowozownie, czy nastawnie. À propos nastawni, Rudiš przywołuje Hrabala i jego chatę w Kersku, którą pisarz nazwał nastawnią. W rozdziale Okna z widokiem na tory, Rudiš opowiada o swoim mieszkaniu w Pradze, blisko Dworca Głównego, które również nazwał nastawnią. Pobrzękiwanie szkła i innych naczyń z każdym przejazdem pociągu, kolejowe zapachy, zupełnie autorowi nie przeszkadzały. Czy to nie jest miłość? Zdarzyło się również i mi mieszkać blisko dworca w pewnym dużym polskim mieście. Przyznaję, że trzeba mieć serce do kolei, żeby lubić pociąg „przejeżdżający“ przez środek mieszkania :).

Jeśli już jesteśmy przy Hrabalu, to oczywiście nie zabrakło wspominek o „Pociągach pod specjalnym nadzorem“, ale i o innych przejawach kultury, nie tylko literackiej, w których objawiała się kolej – w muzyce, malarstwie, filmie. Tak, Jaroslav Rudiš kocha pociągi :), a dzięki nim mijane pejzaże, nocne podróże, dworce kolejowe i bary, w których można zatrzymać się, posilić, popatrzeć na podróżnych, kolejarzy i pomyśleć o celu:

Wcześniej czy później bez wątpienia osiągniemy cel podróży. A może jej cel i sens polega na tym, by nigdzie nie dotrzeć? Liczy się sama podróż, ciągłe bycie w drodze, wysiadanie. Cudowna niepewność: czy dotrzemy do miejsca, do którego zmierzamy, czy może zupełnie gdzie indziej?

My natomiast możemy mieć pewność, że dotrzemy z Rudišem w wiele wspaniałych miejsc w Europie zwanej Środkową, przemierzymy nawet trasę Szwejka do Sanoka. Obejrzymy dworce piękne jak katedry, ale  i prawdziwe dworcowe kaplice. Odmierzymy czas dworcowym zegarem, który także jest jedyny w swoim rodzaju. Podążymy wzrokiem za pociągiem, który odjechał Louisowi Armstrongowi, wypijemy piwko i espresso w dworcowym barze, zjemy w wagonie restauracyjnym lub też własny prowiant, wcześniej przygotowany. Ach, kanapki do pociągu… , wyjątkowa strawa.

Mnóstwo wspomnień powróciło do mnie i miło się rozgościło. A w nich kilku ludzi, których spotkałam tylko raz, w osobowych i pospiesznych, ale rozmowy z nimi nigdy nie zapomnę. Zastanawiam się nawet, jak im się koleje losu ułożyły… Z mojej perspektywy właśnie te spotkania z innymi towarzyszami podróży, przypadkowe, czasem niezwykłe mają największą wartość.

Turystka kolejowa jest moim zdaniem bardzo atrakcyjnym sposobem na poznanie tej najbliższej nam części Europy,  w wielu wymiarach, także historycznym – podróżowanie trasami kolejowymi, które kiedyś leżały w jednym państwie, znajdowanie wspólnego stylu w architekturze dworców, a jak się dobrze ucha nastawi albo zapyta, można wysłuchać wielu barwnych opowieści starych kolejarzy. Rudiš zamknął to wszystko w swoim eseju zgrabnie, z talentem gawędziarza. Okrasił swoją elokwencją i erudycją. Cóż, podróże kształcą, a koleją szczególnie. „Stacja Europa Centralna”, to książka nie tylko dla fanów kolei. Każdy, kto lubi dobre gawędziarskie opowieści znajdzie tu coś dla siebie. A zatem, „wsiadajcie” do lektury (gwizdek) – Odjazd!

 Bucha, bucha dym z komina, płoną złote iskry,
Jeśli nie wiesz, czy dojedziesz – spytaj maszynisty.

Jak napisał Janusz Kondratowicz… „Maszynisty” Rudiša nie musicie pytać, dowiezie was z powodzeniem do wielu ciekawych miejsc, ludzi i historii. Zapewniam! Jeśli się rozsmakujecie, polecam również komiks „Alois Nebel”, o kolejarzu z czesko-polsko-niemieckiego pogranicza, którego również w warstwie słownej stworzył Jaroslav Rudiš.

Editress