Archiwum autora: antonina10

Po całości

Sprawy, na które przyszedł czas / Petra Soukupová ; przełożyła Julia Różewicz. Wydanie I. – Wrocław : Wydawnictwo Afera, 2022. – 369, [4] strony ; 21 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Historia jednego małżeństwa, a może niejednego?  Zdecydowanie. Petra Soukupová nie odkrywa przed nami nowych lądów. Przecież znamy te historie „że żona go nie rozumie, że wcale ze sobą nie śpią…”. „Sprawy, na które przyszedł czas” to zapis stagnacji i rozpadu relacji, czego należało się spodziewać od samego początku. Dlaczego? Małżeństwo bez fundamentów musi runąć. Bez uczucia, przyjaźni, jasnych motywacji nic na trwałe nie da się zbudować.

Generalnie –  jest dość stereotypowo. Poznajemy parę młodych ludzi, który wiążą się ze sobą. Nie widać w tej relacji szczególnej namiętności. Może ona – Alice – jest zakochana, ale szczególnie mocno to nie wybrzmiewa. W zasadzie nie wiem, co ich motywuje do bycia razem. A zatem, czy można oczekiwać związku do grobowej deski?  

On – Richard – przystojny, poukładany, sportowy typ, emocjonalnie chłodny. Pewnie może się podobać, ale kobieta zakochuje się głównie przez uszy. Kolejne lata upływające bez słów „kocham cię”, dobitnie wyartykułowanych, są nie do przejścia. Tymczasem według męskiego punktu widzenia, jeśli kiedyś tam powiedział te „kocham cię” i nie odwołał, to przecież nadal obowiązuje. A poza tym stara się, dba o rodzinę, to chyba wiadomo jak jest. Nic nowego pod słońcem – uprzedzałam.
Pojawiające się kolejno dzieci to dodatkowe zarzewie konfliktów. Ona przy garach, ta dobra i wyrozumiała, on – 12 godzin w pracy, tyrający na rodzinę, tęskniący za swobodą chociaż w weekendy. Znamy. Klasyczna dychotomia – dobra, poświęcająca się mama, czuła, wyrozumiała (czasem zmęczona i poirytowana) i wymagający, nieobecny tata, do tego pedantyczny gbur, skąpy w okazywaniu uczuć.

Mój stosunek do tej powieści jest mocno ambiwalentny. Z jednej strony jest dość przewidywalna – bo czy zaskakuje tragiczny epilog małżeństwa, gdy jego prolog nie jest specjalnie spektakularny emocjonalnie? Z drugiej strony Petra Soukupová wykreowała wyraziste postacie, o których opowiada ze swadą, dobrze manewrując narzędziami narracyjnymi i potoczystością stylu. A to powoduje, że chce się tę opowieść chłonąć. Jest w tym tekście pewna moc, którą podsyca trzecioosobowy, wszechwiedzący narrator, który wypowiada się za każdego bohatera. Mamy zatem kilka punktów widzenia na tę samą sprawę. Widzimy oczyma dzieci i dorosłych. Każdy filtruje przez swoje emocje. Bohaterowie grają ze sobą, podchodzą się nawzajem. Jedna wielka rozgrywka, w której każdy chce coś uszczknąć i być chwilowym zwycięzcą. W tę grę gładko wchodzą dzieci, doskonale wszystko wyczuwając, rozkładają rodziców na łopatki po swojemu. Aż nadto dobrze widać, jakimi przegranymi są dzieci. I można zaklinać rzeczywistość nową jakością – patchworkową rodziną – jednak to zawsze jest dramat. Wyrwanie z bezpiecznego układu rodzinnego nie pozostaje bez konsekwencji i to również Soukupová  zręcznie podkreśliła.

Autorce udało się wydobyć całą esencję codzienności, pokazując również pewien komizm bohaterów. Nie zanurza swoich czetników w rozpaczy. Mamy twarde realia, w których trzeba się znaleźć. Przecież w zasadzie to się może przydarzyć każdemu. „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. Zapewne Alice i Richard mieliby większe szanse, gdyby ich małżeństwo miało solidniejsze podstawy. Ale i tak po tej lekturze pozostaje we mnie niejasne oduczcie, że oni nadal mają szansę. A może się łudzę…

Alice i Richard potrafią dostrzec swoje braki i niedociągnięcia. Ona wie, że mogłaby czasem poskromić język, on, że mógłby dać z siebie więcej.  Jednak te przebłyski refleksji zostają z nimi, bo tkwi w nich niechęć do przyznania się przed partnerem, że faktycznie przekroczyli pewien próg, za którym czai się upadek. Rodzinne zderzenie czołowe zbliża się nieuchronnie.

 „Sprawy, na które przyszedł czas” nie zaskoczą, ale też nie rozczarują czytelnika. Będzie przewidywalnie i znajomo, ale autorka znajduje także swoje indywidualne struny, na których wygrywa własną melodię.

 „…a Richardowi przebiega przez myśl, że chyba naprawdę spieprzył wszystko po całości”. Puenta jest dobitna i nie pozostawia złudzeń. Bohater przegrał, a wraz z nim rodzina. Klasyczna katastrofa małżeńska „po całości”. Być może ta druzgocąca świadomość ruiny jest w stanie ocucić i coś naprawić, stąd moje złudzenia, że Alice i Richard mają jeszcze szansę.

Editress

KSIĄŻKOWY DZIEŃ DZIECKA

Kochane dzieci małe i duże – czasem całkiem dorosłe 🙂 Życzę Wam choć jednej książki, która pomoże Wam żyć! Jeśli jeszcze nie znaleźliście – szukajcie!!!

Każdy coś tam pewnie ma na pechowe puste dni
Jakieś hobby, płytę, psa, stary list
Każdy chowa na ten czas, coś co mu pozwoli żyć…..

(fragment tekstu Andrzeja Mogielnickiego „Pięć minut łez” – piosenka w wykonaniu Haliny Żytkowiak)

Rys. Veroikon/Vi

Dlaczego nie możemy iść w tym samym kierunku?

Sekretne życie Grety O. / Cary Fagan ; przełożyła Maria Jaszczurowska. Kraków : Wydawnictwo Literackie, 2022. – 212, [3] strony : ilustracje ; 21 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Sekretne życie Grety O. / Cary Fagan ; przełożyła Maria Jaszczurowska. Kraków : Wydawnictwo Literackie, 2022. – 212, [3] strony : ilustracje ; 21 cm.

Zacznę od perspektywy. Jako dojrzała czytelniczka, biorąca do ręki powieść dla młodzieży „Sekretne życie Grety O.” Cary Fagana mam wrażenie, że to bardzo udana próba opowiedzenia o nastoletnim dorastaniu, które jest prawdziwym polem bitwy. Walką na wielu frontach – często prowadzoną jednocześnie. Biologia, szkoła, rodzina, rówieśnicy – wszystko szczerzy kły. Sposoby odpowiedzi na te ataki są różne. Autorowi udało się stworzyć nietuzinkowe wersje, pozwalając jednocześnie bohaterom.. być sobą.

Ten bardzo zachowawczy wstęp podyktowany został pod wpływem moich ostatnich przemyśleń, związanych z percepcją literacką i kompetencjami czytelniczymi w sytuacji, gdy dorosły mierzy się z książką dla młodych czytelników. A konkretnie z oczekiwaniami, jakie jej stawia. Nam dorosłym, myślącym o literaturze dla dzieci i młodzieży najczęściej zależy na dydaktyzmie – zbyt nachalnym, oczywistym. Mądre treści, egzemplifikacje, dialogi pełne istotnych życiowych spraw – to główne oczekiwania od powieści obyczajowej. Robi się szkolnie i nienaturalnie. Robi się dorosło. Oczywiście są pisarze, którzy potrafią stworzyć teksty mocno przylegające do dziecięcej rzeczywistości, sami pozostając w pełnej transparentności. I teraz stawiam reflektor punktowy na „Sekretne życie Grety O.” Bo właśnie Cary Fagan idealnie wchodzi w buty swoich bohaterów i… staje się nimi! Postacie pochłaniają autora. On znika. Główny bohater Hartley zdaje się być całkowicie samodzielny, jest sobą. Jest naturalny. Nie jest podszyty dorosłym autorem, który czasem może przebijać przez postać – właśnie w tym nachlanym dydaktyzmie, w topornych dialogach, które mają tryskać mądrością ponad wiek. Tymczasem Hartley jest bystry, „uszyty” na swoje trzynaście lat. Ma inteligentne poczucie humoru, dużo dystansu do siebie i ciągle jest chłopcem.

Czytając tę powieść, czułam się, jakby faktycznie napisał ją nastolatek (tym bardziej, że jest on pierwszoosobowym narratorem, bezpośrednio zwracającym się do czytelnika). Język, kreacja świata przedstawionego, jego percepcja i emocje – są skrojone na miarę młodego bohatera. Choć seria doświadczeń, które na niego spadają jest bardzo wymagająca. I tu konstruuje się największa wartość tej opowieści.

Brat  Hatleya – Jackson – z niewiadomych powodów ucieka z domu. Zostawia siostrę bliźniaczkę, która szczególnie dotkliwie odczuwa jego brak. Przewraca do góry nogami całe życie rodziny, która musi zbudować codzienność na nowo. To wielki trud, który stopniowo się udaje. Obok funkcjonują znajomi, przyjaciele, którzy nie zawsze umieją się znaleźć w dramatycznych sytuacjach. Niektórzy wręcz ponoszą moralnie sromotną porażkę. Ale nie tylko Hartley i jego rodzina przeżywa dramaty i rozczarowania. Gdzieś tam jest mocno osamotniona tajemnicza Greta O., która wysyła swoje SOS. Znajduje swój pomysł na komunikację ze światem. Podrzuca w różnych miejscach miasta nietuzinkowe pocztówki – kolaże z przesłaniem. Tak rozmawia z nieznajomymi. Nie wie nawet, czy celowo zgubione papierowe rękodzieło kogokolwiek zainteresuje. Widać jednak wyraźnie, że każdy człowiek, potrzebujący pomocy, wysyła sygnał. Czasem bardzo wyraźny – jak ucieczka z domu, czasem niezwykle dyskretny, jak porzucona pocztówka, z zastanawiającym tekstem i autorskimi inicjałami. Kto się na nią złapie? Kto będzie chciał drążyć dalej? I czy przyniesie to dobre efekty?

Mimo iż Hartley jest narratorem tej historii, nie powiedziałabym, że jest również protagonistą. W moim odczuciu każdy bohater jest w tym tekście ważny. Faganowi udało się każdą postać dowartościować, nobilitować jej bolączki. Trudno tu kogoś pomniejszyć, zlekceważyć, oddalić. Wszyscy są potrzebni, każdy wnosi coś istotnego, razem budują powieściowy świat. Widać tę wyjątkową sieć połączeń, przy jednoczesnej niesamowitej konfrontacji postaw, typów osobowość, które idą w przeciwnych kierunkach. Zawsze są jednak te momenty mijania się, w których możemy próbować się zatrzymać i wesprzeć. Tak się właśnie dzieje, gdy Hartley spotka na swojej drodze ślady Gerty O. Wnika w tajemniczy świat nieznanej osoby i na chwilę może porzucić swoje troski. Zadumać się nad treścią numerowanych pocztówek, które pragnie skolekcjonować, żeby odczytać coś więcej.

„Sekretne życie Grety O., nie zafunduje młodemu czytelnikowi idealnego świata z prostymi rozwiązaniami, ale na pewno ożywi i kto wie, może zainspiruje. Pocztówki-kolaże są bardzo pomysłowe i na swój ciekawy sposób otwierające na innych. Dla Gerty to nie tylko arteterapia, ale szansa na rozwiązanie problemów jej introwertycznego świata.

Na jednej z pocztówek Greta O. pyta: „Dlaczego nie możemy iść w tym samym kierunku?” Mnie się zdaje, że wcale nie musimy. Każdy ma swój życiowy kierunek, cel, czasem warto z niego zboczyć, żeby pomóc innemu. Zatrzymać się. Przecież nie musimy iść w tym samym kierunku, aby się rozumieć. Ważne, żeby mijając się – nie ominąć się, ale podać sobie rękę, jeśli sytuacja tego wymaga. Wysłać sobie sygnał, dobre słowo, odrobinę przejaśniającej radości. W samej powieści tych przejaśnień nie brakuje, a humor w niej zawarty jest smakowitą wisienką na torcie, który miejscami bywa słony, a nawet gorzki.

„Zrozumiałam, że nigdy nie wiesz, co będzie dalej” – pisze Greta na dziewiątej, prawdopodobnie ostatniej pocztówce. Zostawia nam sygnał pełen nadziei. Wszystko przed bohaterami jest otwarte, szczególnie, gdy ma się naście lat.

Editress

Czytanie na trawie, czyli majówka z książką!

Jeśli majówka ma być udana, należy koniecznie znaleźć dobrą lekturę. Na czytanie każda chwila jest dobra – a maj wprost doskonały – „gdy wszystko kwitnie i eksploduje w nas” (jak śpiewa zespół T.LOVE :), w piosence może niezbyt optymistycznej, ale pełnej wolności 🙂 ).

A miejsce? Również każde jest dobre, ale tym razem polecam na trawie 😉 Co warto zabrać na majowe czytanie?

Moje typy w kilku zdaniach, dla rozsmakowania:

„Spacerujący z książkami”/Carsten Henn wyd. Marginesy

Dla wszystkich, którzy kochają książki o książkach. Dla tych, którzy kochają księgarnie, starannie opakowane książki dla klienta – na wynos…. Cudowna książkowa atmosfera, nietuzinkowe postacie. Książki, które łączą i zmieniają życie, jeśli tylko trafią we właściwe ręce. To, co czytamy, wiele mówi o nas samych, choć czasem może się okazać, że są obok nas książki, które mogłyby lepiej pokierować naszym życiem, ale o tym nie wiemy. Życie pełne jest nieoczywistości. Może się też zdarzyć księgarz, który książek nie lubi – koszmar! Główny bohater, jednak, jest kwintesencją księgarza i zaprasza na wspaniały spacer z miłą przyjaciółką w żółtym płaszczyku. Będzie wzruszająco i mądrze.

Fot. Dom Książki/Editress

Ślepa kuchnia. Jedzenie i ideologia w PRL/ Monika Milewska wyd. PIW

Wyjątkowa podróż w czasy PRL. Wielka praca autorki, która wieloaspektowo ujęła temat jedzenia i towarzyszącej mu ideologii, która zatruwała w zasadzie wszystko. Codzienność w słusznie minionym systemie przeraża i bawi, bo i humorystycznych wątków nie zabraknie – jakoś trzeba było radzić sobie z permanentnymi brakami. Kartki, spekulacja i mnóstwo innych zagadnień, które lewo mieszczą się w „ślepej kuchni”. Potężna monografia, którą czyta się z wypiekami. Znakomicie napisana, erudycyjna wyprawa w epokę (na szczęście!!), która staje się coraz odleglejsza, ale wciąż wymaga omówień.

Sekretne życie Grety O./ Cary Fagan wyd. Wydawnictwo Literackie

Od pierwszych zdań uderza wyjątkowy język, płynny, delikatny, precyzyjny wciągający bez reszty. Postacie, które szukają równowagi i możliwości odbudowania siebie po dramatycznych historiach, które rzutują na codzienne życie. Tajemnice, sekrety i piękne ręcznie robione pocztówki, które mają swoje przesłane, a znaleźć je można w zupełnie nieoczekiwanych miejscach. Książka dla młodzieży, ale dorosły również może sięgnąć – bez rozczarowań.

Fot. Dom Książki/Edittess

Ukochane równanie profesora/Yōko Ogawa wyd. Tajfuny

Piękna opowieść o tym, jak się buduje relacje. Jak delikatna to materia, tkana z niepewnych nici. Misterne i wymagające odpowiedniego podejścia rozmowy i gesty. Spotkanie z drugim człowiekiem jest zawsze kształtujące i wymagające – czasem rezygnacji z samego siebie. Zawsze jednak zyskuje się coś nowego.
Delikatność i empatia, swego rodzaju prostota otacza bohaterów tej niesamowitej książki. Bywa pięknie i precyzyjnie jak w matematycznych wzorach. Patrzenie na świat przez liczby może być bardzo pomocne w odkrywaniu innych i tajemnic wszechświata. A przecież każdy z nas to inny wszechświat.

cykl Lustrzanna/Christelle Dabos wyd. Entliczek

Cztery tomy o niesamowitych światach i losach niezwykłych postaci. Cykl dla młodzieży i dorosłych. Doskonała reprezentacja steampunku w literaturze. Każdy, kto lubi parę, maszyny i świat pełen magii będzie miał prawdziwą ucztę. Książki pełne niesamowitości, miłości, nienawiści i podstępów. Działają niesamowicie na wyobraźnię. Trudno dziś w literaturze o oryginalność – tutaj znajdzie się jej sporo.

Udanych literackich wypraw!

Editress

Kurzołek, czyli dobry pył wspomnień

Tilda i kurzołek / Andrus Kivirähk ; ilustrowała Joanna Bartosik ; z języka estońskiego przełożyła Anna Michalczuk-Podlecki. Tytuł oryginału: Tilda ja tolmuningel, 2018 Piaseczno : Wydawnictwo Widnokrąg, 2021. 146, [6] stron : ilustracje ; 23 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

W literaturze coraz trudniej o oryginalność. Praktycznie wszystko już było. W twórczości dla dzieci jeszcze trudniej. Co dziś przemówi do współczesnych dzieci? Jak opowiadać świat i jego problemy? Innymi środkami, konceptami, postaciami? To istotnie wielkie wyzwanie stojące przed twórcami. Zdaje mi się jednak, że wielka ekwilibrystyka nie jest potrzebna, bo można ostatecznie przekombinować. Co jest zatem niezbędne? To, co od wieków – wyobraźnia, mądrość i talent do ich literackiego przełożenia. Ot, tylko tyle 🙂 (żart!)

Dlaczego pozwalam sobie na taki wstęp? Otóż, to zasługa estońskiego pisarza, Andrusa Kivirähka, który swoją opowieścią o Tildzie i kurzołku, wywołał we mnie namysł nad tym, jak w zasadzie prostymi środkami, nietuzinkową postacią i czytelnymi sytuacjami można opowiedzieć dzieciom o sprawach skomplikowanych, problemach filozoficznych, czasem zupełnie abstrakcyjnych. Bo jak sprawnie i obrazowo opowiedzieć o własnej tożsamości – czym w ogóle jest tożsamość – dziedzictwo pokoleń? Jak to jest biec w rodzinnej sztafecie potomków, nieść ich spadek w naszej krwi i genach? Czym są nagłe, zaskakujące wspomnienia? Zakorzenienie w przeszłości, które może nam pomóc odnaleźć swoją rolę w życiu? I wreszcie, jak poradzić sobie z przemijaniem?

Zachwycająco opowiedział o tym Andrus Kivirähk w „Tildzie i kurzołku”, po którą powinien sięgnąć także dorosły czytelnik. Zapewniam, że nie dozna zawodu. Ilustracje Joanny Bartosik są również wielką przyjemnością dla oka, także dorosłego. Tytułowy kurzołek zyskał bardzo atrakcyjną postać fizyczną. Budzi sympatię, którą budzić powinien. Ilustratorka „wrysowała” się w intencje autora.

Wokół nas tańczy kurz i pył pełen wspomnień, ludzkich zjaw i ich historii. Przenika nas i prowadzi, bo przecież wszystko na tym świecie w proch i pył się obraca. Ale w baśni owy kurz może przyjąć nieoczekiwaną formę. Uroczego kurzołka, który wirując obok ludzkich nosów, po jednym kichnięciu, przypomni o tym, co zapomniane, co zakopane w przeszłości. Tilda nie pamięta zmarłego taty, Lucas nie umie się odnaleźć w życiu, panna Wilhelmina nie rozumie siebie i swoich życiowych wyborów, a inni jeszcze pragną zakopać przeszłość głęboko na dnie duszy. Kurzołek na to nie pozwoli. Pojawia się nagle jak miłe wspomnienie, które wywołuje uśmiech na twarzy. Przypomina zapomniane obrazy, odgrzebuje przeszłość i naprawia. Łata dziury w pamięci, które nie pozwalają ruszyć do przodu. Nagle postacie odkrywają spadek swoich bliskich, swoją tożsamość. Stają się pełniejsi i pewniejsi siebie, bo już wiedzą, co determinuje ich los. Czemu Lucas lubi czytać książki i wchodzić w buty powieściowych bohaterów? Czemu Kych wyróżnia się wyglądem i specyficznym smakiem? A panna Wilhelmina zbiera serwetki, poduszki i szmaciane dywaniki? Na wszystko znajdzie odpowiedź kurzołek i będzie to seria zaskakujących odkryć, przełomowych zdarzeń, które sprawią wiele radości. Bo „Tilda i kurzołek” to pogodna opowieść, mimo że czasem dotyka bardzo delikatnych strun. Szczególnie przypadek Tildy jest z tych wrażliwych. Jednak autor wspaniale prowadzi swoją opowieść. Udało mu się stworzyć naprawdę niezwykłą fabułę o sprawach najważniejszych bez smutku i rozżalenia.

Kurzowi nic nie może się stać, bo istniał od początków świata i będzie istnieć do końca czasów. Bo wszystko, co ginie, obraca się w pył i kurz. A kurz i pył są wieczne.

A co dzieje się z tymi, którzy boją się pyłu wspomnień, a nawet chcą je odebrać innym? Obracają się w proch niepamięci, jak jedyny w „Tildzie i kurzołku” szwarccharakter Abel Ragnardon, który pragnie świata bez drobiny kurzu, bez kurzołków, czyli dobrego pyłu wspomnień.  

Przyznaję, że dzięki tłumaczce tej opowieści, Annie Michalczuk-Podlecki, jednej z trzech tłumaczy języka estońskiego w Polsce, odkrywam literaturę tego bałtyckiego kraju z wielkim zaciekawieniem. „Tilda i kurzołek” to dobry początek, bo Andrus Kivirähk to również autor powieści dla dorosłych, na przykład wydanych w zeszłym roku „Listopadowych porzeczek”, które robią oszałamiające wrażenie. Warto po nie sięgnąć.

Wracając do „Tildy i kurzołka”, opowieść ta przywołała mi w pamięci piosenkę Przemysława Gintrowskiego „Tylko kołysanka”… i tych kilka wersów:

Jutro zbudzisz dzień
Jutro ja twój cień
Będę wszędzie wszędzie będę
Nawet gdy mnie już nie będzie…

Ale proszę nie mieć obaw, jak już wspomniałam, „Tilda i kurzołek” to nie jest smutna historia. Przeciwnie. Jest pełna optymizmu i tańczących w słońcu kurzołków, ale nie każdy może je zobaczyć. Jednak one są. Składają się z wszystkich i wszystkiego, co było…

Editress

Testament w naszym krwiobiegu

Testament / Nina Wähä ; przełożyła Justyna Czechowska. Poznań : Wydawnictwo Poznańskie,2022. – 510, [1] strona ; 21 cm.

Fot. Dom Książki/Editress

Solidna fabuła, opowieść z krwi i kości. Doskonale skomponowana rodzinna historia, wielowarstwowa, bogata i mocna w swojej wymowie. Dobry przykład prozy, która pokazuje, że rodzina jest dla człowieka doświadczeniem najważniejszym, kluczowym, programującym. I dlatego wciąż można o niej mówić, pisać i nigdy nie wyczerpać tematu.

Czy mając czternaścioro dzieci – żyjących dwanaścioro – można kochać jednakowo? Da się podzielić miłość? Czy kolejna „dziecięca wersja” rodziców Siri i Penttiego zadowala ich? Jak bardzo rodzeństwo może być do siebie podobne i różne zarazem? Pytań można postawić mnóstwo. „Testament” jest z tych powieści, które długo pozostają w człowieku i skutecznie go drążą.

Wydawać być się mogło, że na początku była miłość. A przynajmniej jakaś fascynacja. To jednak nie wszystko. Siri i Pentti wnoszą  w małżeństwo życiowe bagaże, o których sobie nie mówią. Przeszłe doświadczenia rozgaszczają się w ich życiu, przenikają ich nawzajem, bez jednego słowa. Bo rozmów w tym małżeństwie nie ma. Obserwują się, tolerują, koegzystują. Gdy umierają pierwsze dzieci, mąż i żona radzą sobie sami. Osobno. Już nigdy nie będzie lepiej, mimo że ich dom w Dolinie Tornio wypełni jeszcze poważna gromada dzieci. Czy pierwsze traumatyczne przeżycia były naznaczające? Wydaje się, że nie aż tak, aby w domu zapanowała lodowata obojętność, złość, a nawet okrucieństwo. Trudy codziennego życia skutecznie leczą z wszelkich sentymentów. To twardzi ludzie, wychowani w rodzinach bez uczuć i dobroci  – czy zatem tu jest ukryty klucz? Siri, której nienawidziła własna matka, kocha swoje dzieci, może nie każdego tak samo, ale stara się dla nich. Oni ją kochają, po swojemu, jak umieją – bo idealnego wzoru nie mają. O miłości ojca trudno mówić. Przeważa jego obojętność i codzienne okrucieństwo.

Testament krwi. Przelewany z ojca i matki na dzieci, daje przedziwne kombinacje. Dzieci Toimich są tak różne. Dobre, złe, nieodpowiedzialne, skrupulatne, zagubione. Każdy niby z podobnym spadkiem genów, ale nie z tymi samymi doświadczeniami, nie z tym samym wychowaniem. Starsze dzieci nie mają głębokiej łączności z młodszymi, rodzice coraz bardziej twardnieją, zmienia się otoczenie.  Różne wydarzenia stają się dla nich Rubikonem. A potem już się toczy. Jedni uciekają z domu, aby się dalej uczyć i zostawiają fińską prowincję. Inni zaszywają się w lesie, wczuwając się w tętno przyrody. Część z nich wciąż dorasta lub daje się pożreć prozie życia. Popełniają mnóstwo błędów, żyją na wyczucie, po omacku, trochę instynktownie.

Fabuła jest pełna napięć, niewidzialnych powiązań. Trzyma czytelnika w czujności. Ta czujność jest konieczna również ze względu na pokaźną liczbę bohaterów. Przy czym należy oddać, że autorka każdą postać wprowadza jak na scenę i prezentuje w kontekście rodzinnych połączeń. Ułatwia tym samym zakotwiczenie postaci w pamięci. Wydobywa charakterystyczne cechy bohatera, daje mu czas, aby zaistniał. Na chwilę skupiamy się tylko na nim, dzięki temu można zapanować nad całą rodziną Toimich. Każdy ma swoje osobne pięć minut, aby się zaprezentować. Odegrać swoją rolę. Jest w tej powieści zaszyta struktura dramatyczna. Sama konstrukcja tekstu, naprowadzające didaskalia, skupiające czytelnika na tym co ważne, podsycają tę dramatyczność. Jednocześnie sam narrator jest tajemnicą. Wchodzi w role swoich postaci, czasem patrzy na nie z boku, czasem za nie mówi,  myśli, odczuwa,  ale i bezpośrednio zwraca się do czytelnika. Snuje domysły, interpretuje, zgaduje, przewiduje. Czasem wie, czasem nie. Bywa, że zdradzi tajemnicę wcześniej, aby poprowadzić czytelnika w głąb, w powody, motywacje.. Czy ma prawo? Pełne. Jest przecież członkiem rodziny. Tylko którym? I jak wszedł w posiadanie tego wielkiego testamentu pamięci?

Autorka nas zwodzi do samego końca bardzo skutecznie, aby dosłownie w ostatnich zdaniach zdradzić, kto nam tę historię opowiada. Doprawy wiele nieoczywistych sytuacji znajdziecie w tym tekście, głęboko zaszytych. Dużo zdumień, zaskoczeń i przeżyć.

Zgrabnie i ciekawie jest również pokazana historia.  Fińskie konflikty, relacje z krajami sąsiadującymi, a także etniczne tarcia. A wszystko to jest opowiedziane przez biografię bohaterów. Nina Wähä wspaniale panuje nad fabułą. To przemyślana powieść, co dziś nie jest tak oczywiste nawet wśród wiodących autorów.

Mimo iż w „Testamencie” dzieje się wiele złego, to przyjmuje się te różne zrządzenia losu, w sposób naturalny, oczywisty. Nie ma tu epatowania brutalnością, dociskania czytelnika obscenicznym  naturalizmem dla samego efektu. Bywa ciężko i boleśnie, ale life goes on (autorka często wtrąca angielskie zwroty).  Życie Toimich płynie wartkim nurtem. Jest dobrze i tragicznie. Wielkie grzechy i małe dobre czyny. Padają okrutne słowa, ale zdarzają się też ciepłe gesty.

Demoniczny ojciec rodziny Pentii nie był taki od początku. Potrafił kochać. Co wzięło nad nim górę? Rodzinny spadek?  A jaki testament zostawia on:

Nagrodzę te dzieci, które kochałem, których sobie życzyłem. Resztą się nie przejmuję. Czy to szokujące? Jaki bóg mnie za to ukarze? Wystąpić i mi pokazać. Pokażcie mi go. Śmieję się z każdego boga, którego macie na myśli.

Aż chciałoby się przytoczyć Miłoszowski wers – Jeżeli Boga nie ma, to nie wszystko człowiekowi wolno…

Pentti uważał inaczej przygotowując swój testament, materialny i ten biologiczny. W genach, krwi w rodzinnej historii. Triumfuje zza grobu. W każdym kolejnym pokoleniu przetrwa jego ślad.  Annie, Lauri, Esko, Tatu, Helmi, Onni, Arto, Tarmo, Lahja, Valo, Hirvo, Voitto – żyjące dzieci niosą ten spadek. Niechciany i chciany – bo i tyrana można kochać. Niektórzy kochali.  Różna będzie pamięć o nim.

Z pewnością lektura powieści „Testament” Niny Wähä będzie literacką wyprawą w sam środek rodzinnych mroków i przejaśnień. Czy z happy endem? W pewnym sensie tak – linia życia ciągnie się dalej i wszystko jest możliwe. Nawet rezygnacja z trudnych zapisów testamentu.

Editress

Kubuś Fatalista i jego maski

Fot. Dom Książki/Editress

Sztuka noszenia masek / Hubert Fryc. Wydanie I. – Pruszków : JanKa, 2021. – 206, [6] stron ; 21 cm.

Czy wszystko jest zapisane na wielkim zwoju i realizujemy cały ten plan? Determinizm, fatalizm, czy samospełniające się proroctwo? Diderot wraz z Kubusiem Fatalistą pochylali się nade mną w trakcie lektury „Sztuki noszenia masek”, autorstwa Huberta Fryca.
Powieść napisana z dużą sprawnością narracyjną, plastycznością, która skutecznie wizualizuje obrazy w głowie czytelnika.

Bohater z Miasta Chorych Dusz, z zapijaczonej rodziny, zanurzonej w depresji – może uwolnić się od tej kuli przytroczonej do nogi od dzieciństwa? Da się zaprzeczyć takiemu spadkowi? Można zetrzeć to naznaczenie? Czy Kainowe znamię wybite w sercu i kodzie genetycznym jest nieusuwalne?

Nie wiem, czy można przed takim spadkiem uciec, zamrozić go w sobie, nie korzystać z podłego rodzinnego „majątku”. Uciec w kompulsywne pisanie, twórczość – spowiedź, jak czyni to główny bohater?

A może bohater faktycznie wpadł w sidła samospełniającego się proroctwa? Czasem zjawiała się w trakcie lektury taka myśl. Pierwszoosobowy narrator zakłada maski, które wcale nie były mu pisane? A przede wszystkim jedną maskę, tę iście z greckiej tragedii.

Jest nad czym podyskutować, a zatem mamy do czynienia z dobrą prozą.

Editress

Skrzypce dla Pana Boga

Ballada o lutniku / Wiktor Paskow ; przełożyła Mariola Mikołajczak. Poznań : Wydawnictwo Poznańskie, copyright 2020. – 214, [1] strona ; 22 cm.

fot. Dom Książki/Editress

Piękna opowieść o człowieku dobrym i złym, z sumieniem i bez. Człowieku pod presją historii, polityki i społecznych uwarunkowań. Opowieść sentymentalna, ale nie ckliwa. O wszystkim co najważniejsze, szczególnie w czasach najgorszych. Nieludzkich, podłych, łamiących ducha i sumienie. Wielopoziomowa, bogata, zachwycająca. A wszystko to w stalinowskiej Bułgarii lat pięćdziesiątych. Jednak nie historia gra tu pierwsze skrzypce. To co gra w tej fabule przede wszystkim to viola d’amore – skrzypce miłości – które poruszane smyczkiem wrażliwości wydobywają z siebie najpiękniejsze dźwięki – miłość do drugiego człowieka, do tego co się robi, do życia – niezależnie od wiatru historii.  

O skrzypcach będzie całkiem sporo, jak na opowieść o lutniku przystało. Historia Georga Josefa Heniga jest niezwykła sama w sobie, ale także stanowi wyjątkową okazję, aby pokazać, co jest solą naszego życia, w każdych warunkach.

Georg Henig, czeski lutnik, postać literacka, która ma swój historyczny pierwowzór, przybywa około 1910 roku do Bułgarii z żoną Bożenką. Rzemieślnik ma wówczas 40 lat. Tworzy bułgarską szkołę lutników, której adepci, doskonale przygotowani, mogą kontynuować nauki mistrza. Czy tak czynią?

Bohatera poznajemy przez retrospektywną opowieść mężczyzny – można sądzić, że to alter ego Paskowa (powieść zawiera wątki autobiograficzne), który jako dziecko zetknął się z legendarnym lutnikiem i mógł zobaczyć upadek świata wartości, który Henig reprezentował. Mężczyzna, o imieniu Wiktor, staje się więc depozytariuszem tego, co lutnik sobą reprezentował, co mu przekazał, czego nauczył swoją wyjątkową postawą. Dyskutuje z tym spadkiem, odsłania go przed nami z bolesnym komentarzem.

Gdy Wiktor ma pięć lat, jego ojciec, muzyk, zabiera go do czeskiego lutnika, aby ten wykonał dla chłopca pierwsze skrzypce. Tak poznajemy wybitnego rzemieślnika, który z wielkim oddaniem zabiera się za wykonanie tego zlecenia. Wówczas jeszcze żyje jego żona, którą również bardzo kochał, podobnie jak swój muzyczny świat. Na kilka lat kontakt między chłopcem, a lutnikiem się urywa. Gdy skrzypce robią się za małe, kolejny raz idą z ojcem po nowy instrument. Zastają wówczas cień cienia Georga Heniga i nędzę, którą trudno opisać.

Paskow prostymi środkami wydobył z tej opowieści niezwykłe piękno, ból, rozpacz, poczucie krzywdy i postawił ważne pytania. Prosta narracja, przetykana emocjonalnymi apostrofami, kierowanymi do zmarłego już mistrza, przyjaciela, wielkiej postaci w życiu narratora, wyjątkowo gra na strunach uczuć. Bo Henig jest wyjątkowy, trudno powiedzieć że – był. Kochał bezgranicznie swój zawód, rzemiosło, był oddany swojej pracy. Wykonywał instrumenty z wielką miłością, uczył, jak pracować z drewnem, jak je dobierać, a nawet z nim rozmawiać, aby wykonać idealny instrument. Sztuka zderza się tu z brutalnym światem materializmu. Niestety, jego uczniowie nie byli już tak oddani. Traktowali swój zawód jedynie w kategoriach zarobkowych i z pogardą traktowali swojego mistrza, gdy obezwładnia go starość. Zabiera siły i możliwości. Stary lutnik zostaje jednak wierny swoim zasadom do samego końca. I gdy taniec cieni przeszłości, ludzi, przedmiotów odbiera mu jasność widzenia rzeczywistości, nadal w sercu wie, co jest ważne. Ostatkiem sił rozpoczyna swoje opus magnum – skrzypce dla Boga. Ukoronowanie swojego losu. Wielki człowiek, wyrzucony na margines, trawiony biedą i samotnością, drwiną swoich uczniów, przystępuje do dzieła – dziwnego i potęgującego nierozumienie.

Paskow pokazuje bolesny proces starzenia się i odchodzenia. Jednocześnie dopomina się o godność. Elementarną uczciwość i szacunek wobec tych, który nas ukształtowali, który dali tak wiele, podzielili się swoim czasem, życiem, umiejętnościami. Dali to co najbardziej wartościowe. Nie można bezwzględności tłumaczyć wszechobecną biedą. Nie można w czasach nikczemnych również nurzać się w podłości. Wie o tym Wiktor i jego ojciec, którzy przywracają godność Henigowi, dbają o niego mimo własnej nędzy.

Istotnie, świat bohaterów wypełniony jest biedą. Tą materialną, ale przede wszystkim duchową. Wiktor mieszka w proletariackiej dzielnicy, na ulicy Iskru, w kamienicy, gdzie bieda rządzi z góry na dół i z dołu do góry. Dawny żydowski dom, potem włoska ambasada, przez chwilę dom publiczny – staje się domem biedy materialnej, która doprowadza człowieka także do nędzy emocjonalnej. Rodzice Wiktora ledwie wiążą z koniec z końcem. Kłócą się o niespełnione marzenia, czasem tak prozaiczne, jak – chęć posiadania kredensu. U sąsiadów nie lepiej –  alkoholizm, przemoc, bezrobocie, życie w ubóstwie. Codziennie pchali wspólnie ten wózek upodlenia:

„Mój ojciec pożyczał pieniądze od Roleńskich. Roleński pożyczał od mojej matki. Matka pożyczała pieniądze od Canki. Canka – od Frosy. Frosa – od Wraży. Stamen, mąż Wraży, pił razem z Manolczem i pożyczał od niego pieniądze, Manolczo, kiedy wytrzeźwiał, pożyczał pieniądze od ojca. Pieniądze obracały się w jakimś magicznym kręgu, każdy był coś winien każdemu, w każdej chwili. To był skomplikowany, ale zgrabny system wzajemnej zależności.”

I tak toczyło się życie. Była zazdrość, ale i wspólne „święto Dionizosa”, kiedy komuś się udało i sakiewka zadzwoniła pieniędzmi. Dla Heniga pieniądze nie miały wartości. Przerażała go bieda duchowa. Wielokrotnie tłumaczył ojcu Wiktora –

„Ty bogaty, kiedy z trąbką, jak bez niej, całkiem biedny”.

Niezwykłe skrzypce dla Pana Boga, o nietypowym kształcie i gabarytach, według Wiktora powinny nauczyć Boga miłości, bo stworzył świat naprędce z wieloma błędami. Jest w mężczyźnie dużo goryczy, ale i nadziei, ta iskierka rozpalona przez Georga Heniga, który  miał w sobie tak wiele wiary, pogody ducha, akceptację losu.

Chciałabym podkreślić, że „Ballada o lutniku” nie sączy wyłącznie smutku i nostalgii. Paskow potrafi rozproszyć tę atmosferę humorem, wydobywa komizm postaci, zdarzeń. Można się uśmiechnąć przez kręcącą się w oku łezkę.

Jak podsumowuje tłumaczka, Mariola Mikołajczak, ta powieść to: moralitet bez moralizowania, powieść historyczna bez opisu wielkich zdarzeń, trzyma w napięciu, choć nie jest sensacją, wzrusza, ale bez romantyczności.

Powieść z 1987 roku, którą można z zachwytem przeczytać dziś. Ponadczasowa literatura.   

Editress